- homiki.pl - http://homiki.pl -

O braku jedności w różnorodności

[1]

Kilka dni temu, grupa osób zaangażowanych w działalność na rzecz lesbijek, gejów i innych osób nieheteroseksualnych, w odpowiedzi na happening organizatorów EuroPride pod wdzięcznym tytułem „Rzuć jajkiem w pedała po raz ostatni”, wystosowała otwarty list, sprzeciwiając się odwoływaniu do przemocy i nieprzemyślanej prowokacji w celu promocji warszawskiej parady.

Za to najdalej tydzień temu, kilka miesięcy po stworzeniu przez Grupę Inicjatywną ds. Związków Partnerskich założeń projektu ustawy wprowadzającej możliwość zawierania rejestrowanych związków przez pary jednopłciowe i deklaracji SLD, że wprowadzi ją pod obrady Sejmu, powstał kolejny pomysł. Konkretny projekt, zgłoszony został przez grupę osób związanych z portalem LGBTQ Homiki.pl i wysłany do tej samej partii, w której, jak wieść gminna niesie, po intensywnej łapance będącej skutkiem śmierci Izabeli Jarugi – Nowackiej, wreszcie wyznaczona została osoba do przedstawienia go na forum komisji sejmowej.

Z wieści zagranicznych: w Marsylii odbyły się dwie imprezy gay pride, bo organizatorzy mieli różne pomysły na to, jaki parada powinna mieć kształt i przekaz. A podczas berlińskiego Christopher Street Day, Judith Butler, autorka głośnej książki Gender Trouble, odmówiła przyjęcia nagrody od organizatorów, tłumacząc, że byłoby to jednoznaczne ze zgodą na dyskryminujące tendencje wobec imigrantów i rasizm wśród gejów i lesbijek, od którego CSD się jasno nie odcina. Oraz z uwagi na zbyt komercyjny charakter całej imprezy, rozmywający cele organizowania tego typu imprez. Butler ostatecznie uznała, że nagroda za „odwagę cywilną” w kontekście berlińskiej parady nie należy się jej, lecz ludziom skupionym w małych formalnych i nieformalnych berlińskich grupach dostrzegających wykluczenia i dyskryminację na wielu poziomach identyfikacji tożsamościowej.

Tam, gdzie pojawiają się podobne do powyższych newsy, fora toną pod stertami rwanych z głów komentatorów włosów, krzyczących o tym, jak niestrategiczne jest pokazywanie braku jedności w działaniach i poglądach gejów i lesbijek, bądź po prostu kwitujących takie doniesienia krótkim: „Głupie cioty znowu się kłócą”.

Smutne, ale prawdziwe: nawet sami geje i lesbijki widzący potrzebę jakiegokolwiek działania na rzecz swoich praw, często uważają, że ich homoseksualność, przynajmniej w sferze publicznej, powinna być ukazywana jako tożsamość, w najbardziej esencjalnym tego słowa znaczeniu, determinująca poglądy polityczne, styl życia, cele i pragnienia, zawsze jednakowe dla osób o tej orientacji seksualnej, aby przypadkiem nie urazić uczuć moralnych, religijnych czy estetycznych wyobrażonej większości społeczeństwa, bo to na pewno „nam” zaszkodzi. Przeświadczenie o tym, że tak jest łatwiej coś „ugrać” w działalności antydyskryminacyjnej i walce o równouprawnienie, jest tak powszechne, że trudno jest, nawet racjonalnymi argumentami i działaniami w przestrzeni publicznej posługującymi się odmienną strategią, zachęcić do refleksji nad skutecznością i sensownością budowania wyidealizowanego wizerunku osoby homoseksualnej na potrzeby polityczne. Demaskowanie zgubnego wpływu działań inspirowanych przede wszystkim teorią queer stało się ostatnio popularnym zajęciem publicystycznym osób niezadowolonych z efektów prawie dwudziestoletnich starań o bardziej tolerancyjne społeczeństwo i równościowe ustawodawstwo w Polsce. Taka strategia byłaby uprawniona, gdyby rzeczywiście w naszym kraju panował niepodzielnie przez ten czas zróżnicowany i wrażliwy na wszelkie wykluczenia dyskurs w aktywizmie LGBT. Nie jest tak jednak, że queer studies opanowały uniwersytety, a działacze i działaczki ruchu uprawiają politykę destabilizacji znaczeń kulturowych i są wrażliwi na wszelkie formy wykluczeń: seksualne, płciowe, rasowe, etniczne, ekonomiczne, wiekowe i inne. Mamy w Polsce kilka miejsc na uczelniach wyższych, gdzie można znaleźć pracownika naukowego zajmującego się badaniami queer, kilka publikacji z tej dyscypliny (w odróżnieniu od niezwykle bogatej literatury np. anglojęzycznej na ten temat), ze dwa pisma internetowe i kilka – głównie nieformalnych – grupek aktywistów wskazujących na teorię queer jako inspirację swoich działań, i tyle.

Prawdą jest, że w ciągu ostatnich dwóch dekad nastąpiły pewne pozytywne zmiany w sytuacji społecznej osób nieheteroseksualnych. Nie udało się wprawdzie osiągnąć żadnych zmian w prawie, jednak istotna poprawa dokonała się w świadomości społecznej, co wykazują choćby najnowsze badania CBOS-u. Wskaźniki jej stanu są bardziej subtelne, są nimi: odbiór działań organizacji pozarządowych zajmujących się kwestiami LGBT w przestrzeniach miejskich i kulturalnych, ilość wydarzeń skupiających społeczność oraz osoby heteroseksualne zainteresowane tematem nieheteroseksualności. Przyczyn tych zmian i ich charakteru (głównie pozytywnej reorientacji indywidualnych postaw, a co za tym idzie powiększania się przestrzeni kulturowej przyjaznej osobom nieheteroseksualnym) należy szukać w rosnącej społecznej akceptacji dla różnorodności postaw i stylów życia. Polacy i Polki mają kontakt z kulturą zachodnią nie tylko przez media, ale także bezpośrednio – gdy wyjeżdżają, pracują w krajach zachodniej Europy, obserwując tam m.in. sposób funkcjonowania społeczności LGBT. Wszystko to skutkuje większą otwartością. Na ile są to efekty dotychczasowych działań ruchu w jego dotychczas najbardziej widocznej tożsamościowej retoryce? Zapewne w takim samym stopniu przysłużyły się one do ich osiągnięcia, jak bardzo wiele różnych czynników. Czy jednak nie pora na działania mniej zmonopolizowane przez jeden rodzaj praktyki emancypacyjnej, wynoszącej na sztandary białego i młodego homoseksualnego mężczyznę z klasy średniej? Może zatem czas rozszerzyć arsenał środków i strategii?

Z doświadczeń zachodnich ruchów na rzecz praw LGBT wiemy, że to już jest maksimum tego, co można uzyskać za pomocą dotychczasowej logiki działania. Być może kilka lat temu, kiedy odbywała się akcja „Niech nas zobaczą”, posługująca się właśnie tym rodzajem asymilacyjnego dyskursu, taka strategia była słuszna (czego dowodem mogą być chociażby reakcje na tę kampanię, która nie była przecież w żadnym stopniu prowokacyjna). Jednak teraz, po latach manifestowania swojej obecności w przestrzeni publicznej i obrony prawa do mówienia o seksualności (która dopiero teraz – być może ze właśnie ze względu na pojawienie się bardziej „odważnych” działań – zaczyna być traktowana jako kwestia polityczna, choć taką była zawsze), pora zwrócić się po narzędzia emancypacyjne, które w obecnej sytuacji może już zapewnić tylko polityka „przyznania się” do różnorodności, w której nie będzie miejsca na zakłamywanie rzeczywistości, rzekomo mające pomóc wkupieniu się w łaski opinii publicznej. Polityka, która nie zakłada porzucenia posługiwania się kategoriami geja, lesbijki, biseksualności (tak mało obecnej do tej pory w dyskursie organizacji i portali LGBT) i transpłciowości, ale dostrzega zróżnicowanie ekspresji, pragnień i sposobów „uwikłań” w wiele innych aspektów tych tożsamości.

Po pierwsze, należy uświadomić sobie, że nie da się stworzyć długofalowej, spójnej strategii działania – doświadczenia ruchu LGBTQ w Polsce, którego przedstawiciele (należący do różnych organizacji i grup nieformalnych) próbowali spotykać się na tzw. Okrągłym Stole organizacji LGBTQ pokazują, że nie ma możliwości wypracowania nawet wspólnych dla wszystkich osób nieheteroseksualnych postulatów, a co dopiero wspólnej drogi osiągania celów. Właśnie dlatego ważniejsze od skupiania się na tym, aby przekaz był jednorodny, jest skupienie się na wypromowaniu tych działań, które posługują się wielogłosem organizacji, grup, jednostek. Czytelniczkom i czytelnikom myślącym, że możliwe jest redukowanie ilości grup i organizacji odpowiadamy od razu: zapraszamy do działania i przekonania się. Sojusze i współpraca są możliwe i potrzebne, ale ujednolicanie perspektyw myślenia i sposobów działania w ramach wszystkich stowarzyszeń, fundacji i grup nieformalnych ruchu LGBTQ to utopia.

Dwa lata temu po raz pierwszy odbył się w Krakowie festiwal Queerowy Maj, który jest przykładem bardzo udanej, zarówno medialnie jak i merytorycznie, próby wkluczania maksymalnie wielu perspektyw do dyskursu o seksualności. Okazało się, że wcale nie trzeba próbować „przepchnąć” postulatów gejów i lesbijek, specjalnie uciszając inne ekspresje płciowe i seksualne, np. biseksualność, aseksualność czy transpłciowość. Mówienie o innych tożsamościach nie jest powodem klęski działań emancypacyjnych – tak jak świat jest złożony, tak złożona jest ludzka seksualność, którą należy opowiedzieć w sposób jak najmniej zamykający w dwubiegunowości, która, jak wiemy, po latach badań i dyskusji, dwubiegunowa nie jest.

Jednocześnie doświadczenie Queerowego Maja pokazuje, że tę opowieść i wielogłos można ukazać w atrakcyjnej i zrozumiałej dla odbiorcy formie. Okazało się, że strach przed tym, że ciemny lud nie kupi słowa queer, udaje się w Krakowie przełamać. Queer, jako maksymalnie wkluczający dla wszystkich ekspresji termin, queer jako strategia wielogłosu i wreszcie – queer jako świadomość, że nie ma czegoś takiego jak model domkniętej, jednoznacznej tożsamości – to świadomy wybór organizatorów i organizatorek festiwalu, którzy uczynili go swoim narzędziem emancypacji. Mamy świadomość, że wśród „zwykłych ludzi” może on być niezrozumiały, że wymaga zainteresowania się, o czym mówi i dlaczego został użyty – jest to jednak normalna praktyka demokratyczna: zarówno o swoich, jak i dla nas obcych, problemach musimy najpierw posiąść pewną wiedzę, aby je rozpoznać i wyartykułować. To, aby przekaz festiwalu Queerowy Maj i krakowskiego Marszu Równości był komunikatywny przyświecało jego organizatorkom i organizatorom na każdym etapie jego tworzenia i działania.

Po drugie, nie ma czegoś takiego jak „grupa docelowa”, do której mielibyśmy się zwracać. Zwracamy się najczęściej o uwagę, akceptację społeczną, równość w przestrzeni publicznej. Założenie, że pewne działania mają szansę dotrzeć do szerszej grupy osób tylko dzięki prostocie języka czy strategii są z gruntu błędne, bo np. osoby deklarujące się jako heteroseksualne, o których akceptację najczęściej trzeba zabiegać, nie są jednorodną masą – są wśród nich ludzie różnych poglądów, zawodów, doświadczeń – do jednych możemy trafić happeningiem ulicznym, do innych dyskusją panelową, książką czy filmem… Do jednych prostym językiem, do innych – dzięki posługiwaniu się dyskursem akademickim ukazującym złożoność pewnych problemów. Dlatego wielość strategii daje większe szanse do trafienia pod strzechy, niż jakiś jeden, odgórny, spójny, przez co spłycający sposób na aktywność publiczną. Uważamy też, że ten zróżnicowany wielogłos pozwala też trafiać do obojętnych dotąd na działania ruchu osób nieheteroseksualnych, ale to temat na odrębny tekst.

Po trzecie, trzeba wiedzieć, że realia działania na rzecz praw człowieka w NGO, to wieczna walka z brakiem funduszy, trudnościami instytucjonalnymi, a przede wszystkim – brakiem zapału do pracy. I wynika on nie tylko ze zwykłego „nie widzę sensu” czy „nie chce mi się”. Jednym z największych problemów jest brak uczucia partycypacji. Postulowana przez wielu komentatorów strategia wyboru wspólnego sposobu działania i zajmowania się „najpierw gejami i lesbijkami”, oczywiście tymi monogamicznymi, w długoletnich związkach, jako najbardziej skutecznym sposobem na zrozumiałość przekazu, zyskanie sympatii mediów, polityków i opinii publicznej, przyczynia się do tego, że ruch LGBTQ jest jeszcze mniej reprezentacyjny, uczucie partycypacji w działaniach i tego, że robi się to również dla siebie, jest coraz słabsze. W sytuacji, kiedy przy organizacji dużych imprez pracuje czasem po kilka, maksymalnie kilkanaście osób, szaleństwem jest postulowanie jeszcze większego zawężania tej grupy.

Nasz postulat jest więc następujący: zamiast walczyć z różnorodnością we własnych szeregach i uparcie podejmować próby wypracowania wspólnego języka, perspektywy, strategii i innych wspólności, ruch na rzecz praw osób nieheteroseksualnych, musi zrobić z niej swój atut. Jak? Po prostu dostrzegając i szanując swoją różnorodność.

Aleksandra Sowa – współorganizatorka i rzeczniczka prasowa festiwalu Queerowy Maj i Marszu Równości w Krakowie, koordynatorka KPH Kraków, ciotka – aktywistka, wierząca i praktykująca queer oraz wcielająca w życie swoje teoretyczne dywagacje – ostatnio głównie te dotyczące poszukiwania znaczeń i opisywania doświadczeń biseksualności.

Piotr Wójtowicz – współorganizator festiwalu Queerowy Maj i Marszu Równości w Krakowie, współpracownik KPH Kraków oraz innych przedsięwzięć z zakresu polityki gender/queer, interesuje się studiami kulturowymi, historią społeczną, postkolonializmem i wierzy w rozwój Madonna Studies: http://en.wikipedia.org/wiki/Madonna_Studies [2].

Autorzy:

zdjęcie Aleksandra Sowa

Aleksandra Sowa [3]

Dziennikarka i publicystka. Współorganizatorka i rzeczniczka prasowa festiwalu Queerowy Maj i Marszu Równości w Krakowie. Świeża teatromanka i od zawsze nałogowa czytelniczka. Do niedawna związana z Kampanią Przeciw Homofobii, wcześniej – z Krytyką Polityczną i partią Zieloni 2004.

zdjęcie Piotr Wójtowicz

Piotr Wójtowicz [4]

autor dodany w procesie porządkowania tabeli autorów (ID ref. 603)