Realizm życiowy: jak w Polsce wygląda grunt do przyjęcia ustawy o związkach p.

Zainspirowany tekstem Adama Bodnara „Realizm konstytucyjny: jak w Polsce uchwalić ustawę o związkach partnerskich” opublikowanym przez www.homiki.pl postanowiłem pokrótce odnieść się do stawianych w nim tez.

A. Bodnar zaczyna od stwierdzenia, że realna perspektywa uchwalenia ustawy o związkach partnerskich to co najmniej sześć lat. Mi – dla odmiany – trudno operować jakąkolwiek skalą czasową odnośnie do powstania odpowiedniego klimatu politycznego, ale też społecznego, dla wprowadzenia w Polsce związków partnerskich. Sądzę jednak, że – wbrew temu, co sugerował tytuł tekstu A. Bodnara – problem nie leży w konstytucji ani w klimacie politycznym. Problemem jest nastawienie społeczne do omawianej kwestii, które – niejako zogniskowane – tworzy klimat polityczny oraz zapisy ustaw, w tym konstytucji.

Społeczeństwo w swej masie nie zauważa braku rozwiązań prawnych dla par jednopłciowych, bo dla społeczeństwa brak ten nie jest ani problemem, ani dolegliwością, ani – tym bardziej – przejawem dyskryminacji osób LGBTQ. Co więcej, wydaje się, że ogromna większość osób LGBTQ też nie traktuje tej sprawy ani jako problemu, ani jako priorytetu w walce z homofobią. Adam Bodnar stawia – na pozór przekorne – pytanie o potrzebę jakiejś ustawowej regulacji związków par tej samej płci. Dość w tym kontekście przypomnieć, że w ramach akcji „Wszyscy na tak!” ogólną ideę wprowadzenia związków partnerskich w Polsce poparło (od startu akcji 16 września 2009 roku) niespełna 15 tysięcy osób. A wystarczyło tylko kliknąć w Internecie. Idąc tym tropem nie powinno dziwić, że na spotkania z tzw. grupą inicjatywną ds. związków partnerskich, która od lata zeszłego roku odwiedziła kilka większych miast w kraju, przyszło łącznie – wg informacji pochodzących od samej grupy – między 150 a 500 osób (z ostrożności, ale też kierując się informacjami o części tych spotkań, skłaniam się ku pierwszej z tych wielkości). Może wyglądać zatem na to, że ustawa o związkach partnerskich nie jest potrzebna, bo temat nie cieszy się zainteresowaniem.

Na szczególną uwagę zasługuje stosunek organizacji LGBTQ do kwestii wprowadzenia w Polsce związków partnerskich. Organizacji tych jest niewiele, zrzeszają nieliczne osoby, są mało znane i dysponują bardzo szczupłymi zasobami kadrowymi i finansowymi. Część istnieje już tylko w Krajowym Rejestrze Sądowym, część ma charakter czysto towarzyski, a część toczy walkę, ale nie z homofobią, tylko o własne przetrwanie, walkę z marazmem zrzeszonych w nich ludzi. Podczas tzw. okrągłych stołów organizacji LGBTQ w 2008 roku, w długiej liście postulatów i spraw do wspólnego załatwienia przez spotykające się organizacje, wymieniono związki partnerskie. Po drugim okrągłym stole organizacje przestały się spotykać, ich komunikacja zasadniczo zamarła, współpraca stała się incydentalna, a w sprawie związków partnerskich przez rok nie uczyniono niczego. Po roku pojawiła się wyżej wspomniana grupa inicjatywna. Niech o słabości organizacji LGBTQ najlepiej świadczy to, że trzy z czterech osób w tej grupie to ludzie ze ścisłej czołówki KPH i Lambdy Warszawa; najwyraźniej nie tyle zabrakło chętnych z drugiego czy trzeciego szeregu tych organizacji, ile zabrakło samych szeregów. Warto jednocześnie wskazać, że grupa nie jest platformą współpracy organizacji – to inicjatywa czysto prywatna, która cieszy się poparciem dwóch organizacji LGBTQ i nikogo więcej. Co więcej, jest to poparcie bardzo ogólne, dość mgliste i raczej dla działań grupy jako takich, niż ich konkretnych przejawów. Grupa inicjatywna reprezentuje zatem zasadniczo samą siebie. Jednocześnie nie ma wspólnego zdania czy wspólnych działań organizacji LGBTQ ani na takie działania się nie zanosi – a to organizacje powinny wykazywać największą aktywność w powyższej kwestii.

Podsumowując powyższą część mojego wywodu: praca nad rozbudzeniem świadomości osób LGBTQ i reszty społeczeństwa, aby – jak to ujął Adam Bodnar – osiągnąć to, że kwestia związków partnerskich stanie się centralnym punktem bieżącej polityki, może potrwać dużo dłużej niż sześć lat. Zależy to przede wszystkim od tego, jak będą zachowywać się same organizacje LGBTQ, bo – nie ma co ukrywać – to do nich należy pierwszy ruch. Jeśli będą postępować tak, jak do tej pory – zmian w prawie się nie doczekamy. Jeśli zaczną współpracować, propagować ideę związków partnerskich, tłumaczyć potrzebę ich wprowadzenia, wskazywać na brak rzekomych zagrożeń, organizować spotkania i debaty, gromadzić poparcie kolejnych osób, informować media o postępach i urabiać grunt społeczny, jeśli uda im się wywołać taki ferment – najpierw wśród osób LGBTQ, a potem wśród reszty społeczeństwa – to osiągniemy stan, o którym pisał A. Bodnar. Jest to zadanie na długie lata, wymagające przygotowań, planowania, dobrego przepływu informacji oraz elastyczności w działaniu, ale – przede wszystkim – woli współpracy i świadomości swoich ograniczeń.

Pomysł, że wystarczy jedna grupa inicjatywna, że wystarczy okazjonalny kontakt z jedną partią, że takie działania zaowocują niedługo – to kiepskie podejście. Również jako przedwczesne i – na obecnym etapie – całkowicie nierealistyczne oceniam rozważania A. Bodnara odnośnie do sposobu złożenia projektu w sejmie (obywatelska inicjatywa ustawodawcza lub alians z jakąś siłą polityczną reprezentowaną sejmie). Na dziś nie tylko nie ma projektu ani chętnych, aby poprzeć go swoim podpisem, głosem czy mandatem – na dziś nie ma komu zbierać tych podpisów, głosów ani mandatem. Tymczasem hasło związków partnerskich – jako namacalny konkret, produkt, który można reklamować i sprzedać – byłoby nie tylko świetnym zwornikiem współpracy organizacji LGBTQ: byłoby też magnesem przyciągającym ludzi, tworzącym ruch LGBTQ, którego w Polsce nie ma. Wyzwaniem dla organizacji LGBTQ byłoby działanie lokalne, w terenie, na prowincji, inicjowanie dyskusji tam, gdzie ludzie boją się ją prowadzić i gdzie nie są całkowicie zblazowani, gdzie panują siermiężność i homofobia, jakich nie widać z Warszawy. To jest grunt, na którym trzeba tworzyć poparcie dla zmiany prawa, to są warunki, które stanowią wyzwanie, ale i ogromną szansę dla organizacji LGBTQ.

Adam Bodnar rozpatruje różne modele rozwiązań prawnych dla par osób tej samej płci, koncentrując się na dwóch opcjach: PACS oraz związkach partnerskich. Obie te propozycje poddaje krytyce: PACS za mnożące się wątpliwości prawne ze stosowaniem tego rozwiązania, a związki partnerskie – w wersji dostępnej dla par osób różnej płci – za zbytnie podobieństwo do małżeństw. W tym drugim przypadku A. Bodnar wskazuje na uchylenie przez węgierski trybunał konstytucyjny pierwszej ustawy o związkach partnerskich, którą przyjął węgierski parlament. Istotnie, węgierski trybunał oparł swoje rozstrzygnięcie na kwestii nadmiernego podobieństwa przyjętego rozwiązania, dostępnego dla par różnej płci, do małżeństwa, również (i wyłącznie) dostępnego dla osób par różnej. Stwierdzić jednak należy, że obawy związane z udostępnieniem związków partnerskich parom osób różnej płci są – oględnie pisząc – przedwczesne, skoro polski sejm nie uchwalił żadnej ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny może wysłać do kosza. Przedmiotem niepokoju może być tylko gotowa ustawa, a nie sam zamysł, aby związki partnerskie były dostępne także dla par różnopłciowych, podczas gdy finalny, ustawowy zakres uprawnień nie jest znany. Ponadto nie można zapominać, że są kraje, gdzie związki partnerskie (dostępne dla wszystkich) funkcjonują z powodzeniem obok małżeństw. Warto przy tym przypomnieć, że porównywanie ze sobą systemów prawnych różnych krajów jest zwodnicze i niemiarodajne. Każdy kraj ma swoją własną tradycję, kulturę i specyfikę prawną oraz swoje indywidualne nastawienie do wspólnych instytucji prawnych, takich jak małżeństwo. Przenoszenie obcych rozwiązań ustawowych czy rozstrzygnięć sądowych na grunt własny i twierdzenie, że „u nas będzie/może być podobnie” jest przypuszczeniem tak samo uzasadnionym jak twierdzenie przeciwne.

Nie widzę też żadnego zagrożenia w tym, żeby równolegle przygotowywać projekty dwóch rozwiązań – zbliżonego do PACS i zbliżonego do „tradycyjnych” związków partnerskich. Obawy o rozpraszanie sił, o dzielenie zasobów, jakich należy użyć do przygotowania i pozyskania poparcia dla ustawy, o zagmatwanie przekazu w mediach – są nie na miejscu w sytuacji, gdy gotowe są co najwyżej wyjściowe założenia projektów, gdy nie ma indywidualnego ani organizacyjnego poparcia dla nich, gdy szanse na uchwalenie są żadne. Teraz mamy i czas, i miejsce, i przestrzeń, żeby analizować, rozważać oraz rozwijać różne projekty. Na wybór jednego z nich – być może – przyjdzie czas w przyszłości, kiedy powstaną szansę na uchwalenie ustawy. Docelowo i tak tylko otwarcie małżeństw dla par jednopłciowych oznaczać będzie koniec nierównego traktowania, a związki partnerskie czy PACS to tylko rozwiązania pośrednie, „mniej zaawansowane”, przybliżające osoby LGBTQ do należnych im równych praw.

Mam też jedno zastrzeżenie do wywodu Adama Bodnara: jest on – odnośnie do modelu i rozwiązań przyszłej ustawy – napisany z pozycji autorytetu, który wie, co ustawa powinna zawierać. Takie podejście jest dla mnie niedopuszczalne. W sprawie tak szczególnej, tak mocno osadzonej w problematyce praw człowieka, walki z dyskryminacją, utrwalonymi kulturowo stereotypami wszelkie głosy ex cathedra brzmią fatalnie i patronizująco. W moim odczuciu pierwotny kształt propozycji ustawowych, swoisty górny pułap stawki, o którą będzie toczyć się gra polityczna, powinien zostać wyznaczony przez same osoby zainteresowane – przede wszystkim przez osoby LGBTQ. Ekspertyzy, konsultacje, kompromisy, negocjacje i obniżanie stawki – to będzie się działo później i będzie tym bardziej zacięte, im bliżej będzie moment wprowadzenia związków partnerskich do polskiego prawa. To nie głos ekspercki, ale vox populi powinien zabrzmieć jako pierwszy i nadać ton dyskusji. To osoby LGBTQ, jako główna grupa, której sytuacja prawna ma ulec poprawie, powinny przemówić i określić, czego oczekują, co je interesuje. Wyznaczanie różnych nieprzekraczalnych granic – wynikających z polityki czy konstytucji – czy rezygnacja z części postulatów jeszcze przed startem to kiepski prognostyk, podobnie jak forsowanie tylko jednej wizji ustawy bez oglądania się na cudze zdanie i opinie.

Eksperyment, który pokazał, że można zachęcić „zwykłych ludzi” do w miarę konkretnych wypowiedzi nt. treści ustawy i że z tych wypowiedzi można skonstruować projekt ustawy – już się odbył za pośrednictwem www.homiki.pl. A skoro udało się skłonić 4,5 tysiąca osób do zabrania głosu w ciągu kilku dni za pośrednictwem internetu, to czemu nie spróbować tego w większej skali? Wracając do roli, jaką – moim zdaniem – powinny odegrać organizacje LGBTQ: czemu „homikowego eksperymentu” nie powtórzyć poza internetem, wszędzie tam, gdzie się da? Czy to nie byłby idealny punkt wyjścia do dalszych prac nad projektami ustawy oraz mandat dla różnych grup inicjatywnych?

Przemek Szczepłocki „Multilicus” – prawnik, prawnik, należy do Stowarzyszenia „Pracownia Różnorodności”, działalnością na rzecz osób LGBTQ zajmuje się od lutego 2006 roku.

Autorzy:

zdjęcie Przemek Szczepłocki

Przemek Szczepłocki „Multilicus”

Rocznik ’79, prawnik, na rzecz osób LGBTQ działa od początku 2006 roku, oficjalnie: osoba wchodząca w skład zarządu Stowarzyszenia „Pracownia Różnorodności” (www.spr.org.pl)

18 komentarzy do:Realizm życiowy: jak w Polsce wygląda grunt do przyjęcia ustawy o związkach p.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa