Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka

Mam nadal w szufladzie małą, różową legitymację krakowskiego oddziału Lambdy. Wystawiono ją na moje nazwisko w 1993 roku. Ta Lambda zdziałała to, co wówczas było możliwe i została rozwiązana. Potem powstała nowa wraz z innymi lesbijsko-gejowskimi organizacjami. Przez te siedemnaście długich lat starałem się coś robić dla Wspólnej Sprawy. Ot pisałem coś, rysowałem coś, tłumaczyłem coś, redagowałem coś, chodziłem na marsze i inne demonstracje, brałem udział w debatach. Biję się w piersi – tego „coś” było z pewnością za mało. Dlatego też „z pewną taką nieśmiałością” chciałbym się podzielić z Czytelniczkami i Czytelnikami paroma uwagami na temat polskiego ruchu emancypacyjnego, które przez ten czas mi się nagromadziły. Bo choć sam nie zrobiłem może zbyt wiele, zawsze starałem się być na bieżąco, pilnie czytałem i obserwowałem. Chcę podkreślić, że nie jest moim zamiarem krytykowanie kogokolwiek w tym ruchu, tym bardziej aktywistek i aktywistów, których pracę szanuję i doceniam, a jedynie podzielenie się rozmaitymi własnymi przemyśleniami na temat emancypacji lesbijek i gejów w Polsce. Dla ułatwienia lektury uczynię to w punktach.

1. Cele
Przede wszystkim zastanawiam się, czy istnieje obecnie jakaś długofalowa strategia działań emancypacyjnych. Czy mamy jasno wyartykułowane postulaty polityczne? Czy podejmowanym akcjom towarzyszy namysł, w jaki sposób mają one zmienić świadomość społeczną oraz stosunek do lesbijek i gejów? Czy wiemy, do kogo się zwracamy? Wydaje mi się bowiem, że w wielu wypadkach zwracamy się niestety do samych siebie (czyli do ujawnionych już lesbijek i gejów, którzy ze swoją tożsamością nie mają istotnych problemów). Chodzi mi po głowie pomysł na działania emancypacyjne, który polskiemu, spontanicznemu myśleniu (np. „zróbmy coś fajnego”) jest raczej obcy, a może nawet i nudny, za co z góry przepraszam. Mianowicie, zastanawiam się, czy nasze homoakcje nie powinny wyglądać mniej więcej tak:

a. Określamy problem, który wymaga rozwiązania.
b. Ustalamy sposób rozwiązania tego problemu, czyli:
c. Definiujemy cele, które chcemy osiągnąć.
d. Określamy grupy, do których chcemy dotrzeć.
e. Ustalamy, co i jak możemy zrobić – i robimy to.
f. Oceniamy, co osiągnęliśmy.

Przykładowo mogłoby to wyglądać następująco:

a. Mamy problem: wielu ludzi uważa, że homoseksualność jest złem.
b. Jak temu zaradzić? Chcemy przekonać ich, by zmienili zdanie.
c. Co chcemy osiągnąć? Uświadomić im, że homoseksualność jest w świecie zjawiskiem normalnym i nikomu nie szkodzi.
d. Do kogo się zwracamy? Do przeciętnych, niefanatycznych Kowalskich i Nowaków.
e. Jak to robimy? Przygotowujemy na przykład transparenty na marsz. Ustalamy, jakie hasła się na nich pojawią, jakie słowa przemówią do mediów (a przez media do społeczeństwa), a jakie nie. Konsultujemy pomysły z osobami mogącymi myśleć inaczej niż my. Zastanawiamy się, czy przekaz, jaki wysyłamy, jest jasny i spójny. Ustaliśmy już? Ok! Mamy dość kartonów? Farb? Pędzli? No to do dzieła!
f. Uff, już po marszu, pora na wnioski. Sprawdzamy więc, co o nas napisano w mediach (bo na zlecenie badania opinii publicznej niestety nas nie stać). Pytamy o zdanie heteroseksualnych znajomych i wyciągamy naukę na przyszłość.

Tylko… komu by się tak chciało?

Wiem, że niektórych znudziłem. Dodam jednak, że nie odkrywam tutaj Ameryki. To jest normalny sposób postępowania tam, gdzie ludzie mają rudymentarną wiedzę na temat takiej działalności społecznej. Może niektórzy w Polsce ową wiedzę posiedli, lecz ja obserwuję jej nagminny brak. A więc, choć to właśnie głównie przez hasła na transparentach komunikujemy się ze społeczeństwem (widzą je przechodnie, pokazują media), sytuacja dotychczas wyglądała najczęściej tak:

— Masz klej? Ten stary transparent z ostatniej manify można by jakoś przerobić.
— Wymyślcie mi jakieś hasło, bo nie mam co malować!
— To może dajmy „Gay is OK”?

Lecz uczestnicy takiego marszu wiedzą przecież doskonale, że „Gay is OK”. Uprzedzonych czy niedoinformowanych obserwatorów hasło takie jednak z pewnością nie przekona, ponieważ siła jego przekazu jest minimalna. Mało tego. Gdy zobaczą jeszcze transparenty z napisami „Bóg Ojciec, Matka Polka, Syn Ateista”, „Bezpłatne operacje dla ludzi transpłciowych” oraz „Ręce precz od mojej macicy”, będą chyba zdezorientowani: o co im do diabła chodzi? Nie ma wspólnego głosu, jasnego przekazu. Narobiliśmy się wprawdzie wszyscy solidnie, łapy farbą umazane, ale efekt — powiedzmy to sobie — żaden.

Zapewne usłyszę teraz, że w Polsce nie ma pieniędzy, nie ma wielu zaangażowanych ludzi… Ale, ale! Czy taki właśnie ukierunkowany na efektywność sposób myślenia nie powinien towarzyszyć każdej działalności (zresztą nie tylko lesbijsko-gejowskiej!), bez różnicy, czy ją organizuje jedna, pięć czy tysiąc osób? Czy duża ilość pieniędzy jest decydująca, zwłaszcza jeśli mogą być one utopione w nieprzemyślane działania? Oto przykład z szarej codzienności: chcę upiec ciasto. Czytam przepis. Pytam, czy goście nie są uczuleni na czekoladę. Kupuję składniki. Piekę. Pytam, czy smakowało i w razie potrzeby zmieniam polewę na inną. A w Polsce najczęściej najpierw robi się bałagan w kuchni, a potem biegnie po mąkę do sklepu…

Czasami też wybujały indywidualizm przeszkadza solidarności grupowej. Zamiast wspólnego głosu, zbyt często słyszę w polskim dyskursie emancypacyjnym zaimek JA. Ja aktywistka, ja aktywista, ja bloger, ja blogerka, moja organizacja, mój portal! Moja koteria, moje promowanie się, moja dupa. Ja, ja, ja. Polskie piekiełko? Może to dlatego w naszym kraju zamiast zapraszającego określenia „społeczność” tak często słyszymy i czytamy odrzucające i sugerujące izolację słowo „środowisko”?

Ze wzruszeniem przeczytałem kiedyś, jak lesbijsko-gejowska społeczność Berlina w ciągu kilkunastu godzin skrzyknęła się, żeby tłumnie zamanifestować przeciwko homofobowi, właścicielowi lodziarni na Kreuzbergu. W tym kontekście aż wstyd wspomnieć, jak wiele głosów „liberum veto” padło, jak wiele polskich internetowych sejmików się odbyło, kiedy trzeba było zwyczajnie zaprotestować przeciwko słynnej „kozie w »Rzeczpospolitej«”: karykaturze zrównującej związki jednopłciowe z zoofilią. (Tylko część nas zadziałała solidarnie i chlubnie, zobacz: http://www.naszasprawa2.pl.) Wręcz nasuwa się pytanie, czy niechęć polskich lesbijek i gejów do wspólnych działań prospołecznościowych (bądź obojętność) nie jest czasem pochodną ogólniejszego zjawiska: naszej sarmackiej, aspołecznej, pieprzonej prywaty i anarchii, ale to temat na inny tekst.

2. Grupa docelowa
Do kogo powinniśmy więc kierować swoje komunikaty? Przecież nie do tej części społeczeństwa, która nasze postulaty doskonale rozumie i z nami sympatyzuje (znaczna część lewicy, racjonalistów czy ateistów). Także nie do tych, którzy chętnie paliliby nas na stosach, bowiem ich myślenia prędko nie zmienimy. Chyba raczej powinniśmy się zwracać do tej grupy ludzi, całkiem zresztą licznej, która w istocie nie wie, co ma o nas sądzić (i z pewnością także do tych spośród nas samych, którzy cierpią z powodu zinternalizowanej homofobii albo ze względów rodzinnych lub zawodowych obawiają się pójść na marsz lub wyjść z ukrycia indywidualnie).

3. Język
Jeśli chcemy dotrzeć do tej części społeczeństwa, której poglądy możemy zmienić, powinniśmy też zwracać uwagę na to, JAK mówimy. Na warszawskim marszu widziałem kiedyś transparent, który zachwycił mnie wpierw swoim przekazem: „Nasza parada – wasza pielgrzymka!”. Potem jednak pomyślałem: a jak na taki transparent reagują ci mieszkańcy ulicy Marszałkowskiej, którzy choć na pielgrzymki chodzą, do lesbijek i gejów stosunek mają (na razie) obojętny? Mało tego, jak poczują się wcale liczne rzesze lesbijek katoliczek i gejów katolików, którzy mimo wszystko swoją homoseksualność jakoś akceptują? Czyż takie hasła nie wpychają ich jeszcze bardziej (proszę mi wybaczyć te dosadne słowa) w szpony kleru, który chce ich „leczyć”? Czy nie pokazują im innej drogi niż hipokryzja?

Spotykam się też z hasłem: „Żądamy związków partnerskich”. Owszem, popieram, sam bym chętnie żądał, są to przecież PRAWA CZŁOWIEKA. Jednak uważam, że w obecnej rzeczywistości politycznej równie dobrze możemy żądać „Dyskoteki dla biseksualnych w każdym powiecie” albo „Zniżek na suknie ślubne dla lesbijek”. Do czasu, kiedy badania opinii publicznej nie pokażą choć kilku procent więcej na naszą korzyść, możemy na razie nie ŻĄDAĆ, lecz tylko przekonywać do siebie i edukować społeczeństwo o tym, kim jesteśmy. Albo też, jeśli już teraz chcielibyśmy społeczeństwo przyzwyczajać do tego żądania i je sygnalizować, powinna temu towarzyszyć wspomniana przemyślana i intensywna akcja edukacyjna.

4. LGBTQQIA+XYZ
Społeczeństwo potrzebuje prostego, jasnego przekazu. O ile przeciętni ludzie są w stanie przyjąć do wiadomości (choć niekoniecznie zaakceptować) postulaty lesbijek i gejów domagających się równych praw, o tyle czują się oni zdezorientowani mnożeniem tożsamości płciowych w skierowanym do nich dyskursie… jeśli w ogóle rozumieją, o co chodzi! Kowalski z ulicy nie rozumie nawet skrótu LGBT, nie mówiąc o jego rozszerzeniach. Właśnie się z wielkim bólem przestawił z pederasty na geja, a tu nowa etykietka, nie wiadomo co to jest, z czym to się je i jak to się ma do tych całych ped… ehm, gejów. We wstecznym społeczeństwie trzeba niestety czasem działać konwencjonalnie, żeby w ogóle zostać usłyszanym, niekiedy nawet kosztem kopiowania normatywizujących strategii. (Nawiasem mówiąc, czy dwa tysiące lat temu w podobny zdroworozsądkowy sposób nie krzewił swojej wersji chrześcijaństwa Paweł z Tarsu, uważając, że musi przemawiać do Greków jak Grek, a do Żydów jak Żyd? Efekty jego akcji, cokolwiek byśmy o nich sądzili, są widoczne do dziś…).

Wydaje mi się, że społecznej emancypacji wszystkich „barw tęczy” (=LGBTQQIA…) na razie niestety nie wywalczymy i powinniśmy się skupić na dwóch najbardziej reprezentowanych wśród nas literach, czyli L i G. Już widzę oburzone miny tych, którzy zarzucą mi teraz, że nie odrobiłem lekcji poprawności politycznej, utrwalam mechanizmy opresji i wykluczam. Ja jednak tylko pytam spokojnie, jak dalece poszerzanie spektrum kategorii odmienności służy efektywności emancypacyjnej. Czy nie zaciemnia ono przekazu kierowanego do społeczeństwa, do przeciętnych ludzi, z którymi — tak się składa — przede wszystkim trzeba się liczyć? Literki oznaczające kategorie wykluczanych odmienności można by zresztą (w miłej atmosferze genderowych konferencji) mnożyć ad absurdum: jasnowłosi geje, dziewczęce lesbijki, wysocy mężczyźni aseksualni… A jeszcze będą pojawiać się głosy oburzenia, że kogoś w niecny sposób pominięto i wykluczono. Czy istnieje granica między myśleniem egalitarystycznym (czyli skuteczną troską o każdego człowieka) i importowaną bez wyobraźni obsesją? Dodam, importowaną z rzeczywistości zupełnie innej od naszej, z amerykańskich metropolii.

Dlatego z premedytacją wciąż używam tutaj fantazmatycznego zaimka „my”. Mówienie do społeczeństwa jednym głosem (propaganda) działa! „My Polacy pedałów i lesb nie chcemy”, mówią prosto i głośno środowiska prawicowe i zyskują spory posłuch.

Mam wrażenie, że opcją jest właśnie taka „konserwatywna” strategia lesbijsko-gejowska, uzupełniana w miarę potrzeby o pewne nowsze pomysły, ale spójna i operująca skończoną liczba pojęć, którą człowiek z ulicy może sobie przyswoić. Pozostaje też faktem, że lesbijki i gejów łączy na emancypacyjnym polu wspólny interes i cel, który niekoniecznie dzielą oni na przykład z ludźmi transpłciowymi (chcącymi najczęściej dostosować się do heteroseksualnych wzorców społecznych) czy aseksualnymi, których postulaty wydają się, niestety, większości społeczeństwa absolutnie egzotyczne i absurdalne. Podobnie nie po drodze jest zwykle lesbijkom i gejom z ludźmi biseksualnymi, którzy w naszym kraju wcale nie chcą dołączać do społeczności „LGBTQQIA” (choć mają w niej zarezerwowaną literę B), są mocno zakotwiczeni w heteroseksualnym świecie i zwykle określają się z niejakim poczuciem wyższości jako ci „spoza środowiska” (poza chwalebnym i pionierskim przypadkiem wielbionej przeze mnie Oli Sowy, ale jedna Sowa wiosny niestety nie czyni…).

Cudownie byłoby oczywiście walczyć razem o prawa dla nas wszystkich, o prawa dla wszystkich liter alfabetu łacińskiego (w razie potrzeby jest jeszcze do dyspozycji cyrylica, alfabet grecki i inne), ale czy skupienie się NAJPIERW na dwóch (L i G) nie byłoby jednak bardziej strategicznie uzasadnione, a więc racjonalne? I czy udana emancypacja lesbijek i gejów nie stworzyłaby w konsekwencji przychylnego klimatu dla wyzwolenia kolejnych wykluczanych liter? W końcu w takiej kolejności osiągnięto znaczące sukcesy w wielu krajach. Czy wykonywanie przez nas od razu zbyt długich skoków nie wiąże się z ryzykiem upadku? Czy da się społeczeństwu sprzedać na raz osiągnięcia czterdziestu lat emancypacji na Zachodzie? Owszem, „nasza” świadomość jest inna, ale jaka jest świadomość ludzi, do których powinniśmy dotrzeć? Tak sobie tylko pytam… Ale najchętniej zawołałbym: pragmatyzm, głupcze!

Sprawa dotyczy także jednopłciowych związków partnerskich. Z zaciekawieniem śledziłem debatę na ten temat w naszych mediach. Pomijam tutaj złożone zagadnienie, czy (lub: jak dalece) lesbijki i geje powinni naśladować heteroseksualne, patriarchalne wzorce społeczne. Zresztą, jako zdeklarowany singiel i wolny strzelec, niewiele mam pewnie na ten temat do powiedzenia. Jestem jednak przekonany, że sam fakt wprowadzenia możliwości usankcjonowanego prawnie zawierania związków jednopłciowych byłby dużym krokiem naprzód i ustawa taka przyczyniłaby się istotnie do pozytywnych zmian w świadomości społecznej. W dyskusji o związkach padały jednak także propozycje walki o rejestrację związków wieloosobowych. Osobiście nic przeciwko nim nie mam, lecz nawet na „oświeconym” Zachodzie, w krajach, w których lesbijki i geje mogą zawierać małżeństwa (a nie tylko związki partnerskie) takie postulaty nie mają obecnie najmniejszych szans. Zatem po co włączać teraz te kwestie do dyskursu emancypacyjnego w naszym kraju?! Możliwość ich realizacji jest zerowa, a stopień szkodliwości, biorąc pod uwagę przewidywalną, negatywną reakcję społeczeństwa, ogromny. Mało kogo to do nas przekona, a wzmocni tylko mit o dzikiej swobodzie seksualnej odmieńców-potworów. Jeśli chcemy podwyżki pensji, prosimy chyba najpierw o kilkaset złotych, a nie o kilka tysięcy. Inaczej mówiąc: trochę wyobraźni!

5. Queer
Uczestniczyłem ostatnio w krakowskim festiwalu „Queerowy Maj”. Pomagałem przy organizacji marszu równości, brałem udział w debacie na temat odzyskiwania przeszłości lesbijek i gejów. Cały czas jednak zastanawiałem się, co ów zwrot „Queerowy Maj” powie, powiedzmy, ludziom z Wadowic, Murzasichla czy Bochni, którzy przyjechali do Krakowa na zakupy i przez przypadek zobaczyli na przystanku tramwajowym śliczny plakat z tęczowym gołąbkiem. Otóż nie powiedział on im NIC. Równie dobrze można było napisać „Paludalny Maj” lub „Proparoksytoniczny Maj”, efekt byłby ten sam. W krajach anglosaskich słowo queer, zanim zostało „odczarowane”, budziło określone konotacje (pedał, odmieniec). U nas funkcjonuje ono jednak jako dostępny tylko „wybranym” tajemny kod. Tyle na temat niezrozumiałego angielskiego słowa na plakacie, a teraz o samej teorii queer w kontekście emancypacji.

Z całym moim szacunkiem dla teoretyczek i teoretyków queer w Polsce, wprowadzanie tej akademickiej dziedziny do dyskursu emancypacyjnego jest w naszym kraju, jak sądzę, na razie bez sensu. Studenci teorii literatury, których uczę, mają problem ze zrozumieniem queer theory, co dopiero mówić o reszcie społeczeństwa. Nieobeznanym wyjaśniam, że owa dyscyplina uniwersytecka zajmuje się dramatyzowaniem pęknięć w deterministycznym modelu zależności pomiędzy płcią, płcią kulturową i pożądaniem. Owszem, queerowanie jest fascynujące, intelektualnie pożyteczne i inspirujące, jednak w naszej rzeczywistości politycznej daje ono zerowy efekt emancypacyjny. Absolutnie nie twierdzę tu, że istnienie teorii queer przyczynia się do małej skuteczności emancypacyjnej w Polsce. Zastanawiam się tylko, czy jej miejsce nie powinno być na uniwersytetach i w wewnętrznych debatach społecznościowych, a nie w głosie skierowanym do społeczeństwa (patrz punkt: grupa docelowa).

Jeśli ktoś mnie przekona, że wprowadzanie queerowego dyskursu akademickiego do języka aktywizmu emancypacyjnego (czytaj: ukierunkowanego na przeciętnych zjadaczy chleba) da w efekcie to, że w ciągu pięciu lat więcej rodziców nie będzie miało nic przeciwko temu, żeby ich dzieci uczyli w szkole lesbijka i gej – z radością zmienię zdanie! Spytałbym jeszcze, czy queer, urastający w tej chwili w Polsce do podstawowego paradygmatu emancypacyjnego, a kwestionujący tożsamości, nie rozbraja całkowicie bardziej esencjalistycznych strategii, ale boję się reakcji tych, którzy w tę ideę tak wiele zainwestowali…

Czy tej chwili nie są bardziej potrzebne raczej solidne, staroświeckie gay and lesbian studiem, czyli w naszym nadwiślańskim narzeczu: badania nad gejostwem i lesbijstwem? Przypomina mi to sytuację, kiedy na uniwersytetach kwitnie feminizm akademicki, a nadal jest problem z dostępem do żłobków i antykoncepcji. Queerowanie jest dla mnie taką właśnie metaforą działań podejmowanych obecnie przez polski ruch emancypacyjny. Skupiamy się na sobie, organizujemy debaty i spotkania, dyskutujemy. Oczywiście są to rzeczy ważne, gdyż w ten sposób poznajemy się lepiej, integrujemy i uczymy. Ale śmiem twierdzić, że działania te nie przekładają się w żadnym stopniu na poprawę naszej sytuacji w Polsce, nie powodują wzrostu sympatii dla nas w sondażach opinii publicznej. Trafiają one bowiem tylko do nas samych i do nikogo innego. I to jest właśnie ten emancypacyjny chów wsobny. Organizujemy pokazy filmów, debaty, masujemy przyjemnie własne lesbijskie, biseksualne lub gejowskie ego, bijemy pianę, ale na marsze przychodzi niewiele osób. A przecież to jest właśnie jedna z istotniejszych form komunikowania się ze społeczeństwem, w którym żyjemy!

6. Praca u podstaw
Przyznam, że mam już trochę dość referatów o „aposjopezie podmiotowości”, dość dyskutowania nad fantazmatami, dość debat na temat „queerowej narracji”. Przywodzą mi one na myśl psa z budy, który chce złapać własny ogon, a nie potrafi wyszczekać mieszkańcom wsi, że mu źle na łańcuchu. Może zbyt dużo czasu i energii marnujemy starając się złapać ten swój ogon? Zamiast kolejnej queerowej rozprawy przeczytałbym chętnie na przykład jakieś rzetelne studium socjologiczne dotyczące badań opinii publicznej na nasz temat. (Bo co one w istocie badają? Opinie na temat lesbijek i gejów, czy opinie na temat MITÓW o nich? Jakie pytania padają w takich kwestionariuszach? Czy udzielający odpowiedzi znają w ogóle jakąś lesbijkę lub geja, bądź taką ich liczbę, by się na ich temat wypowiadać?!) Przeczytałbym też chętnie nie tylko HomoWarszawę, ale i HomoKraków, HomoWrocław, HomoTrójmiasto. Dowiedziałbym się z radością czegoś na temat kolejnych Homobiografii, Gejdarów i Lesdarów, zapoznał z następnymi Kręgami obcości polskich uczonych. I chciałbym dać bratankowi kolejne książeczki, bo te (bezcenne) o pingwinach oraz królu i królu to on już zna. Koledze, który niedawno się ujawnił podarowałem Radość seksu gejowskiego — teraz chętnie dałbym mu jakiś sensowny gejowski poradnik na temat bycia w związku, na Zachodzie wydano tego od groma. Mało tego! Chciałbym wreszcie wziąć udział w debacie, w której będzie można omawiać tematy:
— Do kogo mówimy?
Po co mówimy?
Jakim językiem powinniśmy mówić?
Czego w istocie chcemy?
Jak możemy zwiększyć liczbę wyjść z ukrycia znanych osób, „celebrytek” i „celebrytów”, dziennikarek i dziennikarzy, aktorek i aktorów, uczonych, piosenkarek i piosenkarzy tudzież szarych, lecz jakże ważnych, lesbijek i gejów?
Jak skutecznie walczyć na drodze sądowej przeciwko zniesławianiu nas i mowie nienawiści?
— Jak mamy zachęcić i zmobilizować do działania — w końcu na rzecz własnego dobra — tych spośród nas, którzy wciąż się boją?
Jak zaktywizować te osoby, które siedzą w domu z partnerką lub partnerem i uważają, że sprawy emancypacyjne ich (już) nie dotyczą, jak otworzyć im oczy na położenie innych?
— W jaki sposób zwiększać wiedzę na nasz temat?
Jak mamy reagować na hipokryzję odwiedzających gejowskie lokale i szukających seksu prawicowych polityków, księży i zakonników? (O zakonnicach w lokalach lesbijskich jeszcze nie słyszałem).
Jak sprawić, aby ci, którzy bycie lesbijką lub gejem sprowadzają do wizyt na czacie, w dyskotece czy w darkroomie, słuchania Madonny, K.D. Lang lub oper Wagnera, chcieliby wreszcie dołączyć do tych nielicznych, którzy robią coś dla wspólnego dobra? Jak wykorzystać ich potencjał?
— Wreszcie jak tworzyć — może to trudne słowo u nas, lecz normalne w innych częściach świata — nadającą się do zastosowania, pragmatyczną strategię naszej emancypacji tu i teraz?
Tego mi właśnie brakuje.
Ma ktoś jakiś pomysł?

7. Wniosek
Jak będziemy tylko gadać do siebie samych o niuansach i rozdrabniać się, zamiast mówić do ludzi w prostym i zrozumiałym dla nich języku, to guzik będziemy mieli.

(Dla poprawienia humoru: w roku 1994 brałem udział w krakowskiej manifestacji gejowskiej przed pomnikiem Tadeusza Boya-Żeleńskiego na Plantach. Przyszło ośmiu manifestantów i dziennikarz. Nikt nie chciał się dać sfotografować. Coś się więc przez szesnaście lat zmieniło na lepsze. Tylko dlaczego idzie to tak wolno?).

dr Piotr Oczko, ur. 1973, anglista, polonista i niderlandysta, adiunkt na Wydziale Polonistyki UJ. Autor 20 artykułów historycznoliterackich i trzech książek: Mit Lucyfera. Literackie dzieje Upadłego Anioła od starożytności po wiek XVII; W najdroższej Holandyjej… Szkice o siedemnastowiecznym dramacie i kulturze niderlandzkiej, Życie i śmierć doktora Fausta… (w druku). Redaktor książki CAMPania. Zjawisko campu we współczesnej kulturze, tłumacz literatury angielskiej i niderlandzkiej (Cudowna historia Maryjki z Nijmegen…; J. van den Vondel, Lucyfer; J. Huizinga, Kultura XVII-wiecznej Holandii; B. Jezernik, Dzika Europa. Bałkany w oczach zachodnich podróżników, F. Westerman, Ararat). W „Tekstach Drugich” 2008/5 opublikował artykuł Dlaczego nie chcę pisać o staropolskich samcołożnikach? Przyczynek do „archeologii” gay studies w Polsce. Obecnie wraz z Tomaszem Nastulczykiem przygotowuje książkę o homoseksualności w kulturze staropolskiej.
Wcześniejszy wywiad na Homikach: Archeologia gay studies.

Autorzy:

zdjęcie Piotr Oczko

Piotr Oczko

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 316; nazwa: Piotr Oczko

62 komentarzy do:Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    bardzo dobry tekst, z którego wieloma tezami w pełni się zgadzam

  • Maciek

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    madrze i jakze prosto!
    doskonala obserwacja i wnioski logiczne az do bolu. Takich glosow powinno byc wiecej, ludzi swiatlych i umiejetnie ukladajacych swoje trafne slowa ci u nas dostatek tyle, ze posluch maja niewielki, gdyz zdecydowana wiekszosc nas samych ma wiele naszych narodowych i chorobliwych cech: zajadlosc, zapyzialosc, zawisc i arogancje. No ale w koncusmy sa Polakami a to nasze narodowe wady, czy to gej, czy „strejt”.
    Narzakac umiemy i bic sie bez sensu, byle potem bylo komu pokazywac rany i leczyc sie z nich w glosnym cierpieniu.
    A nagadamy sie przy tym…! Jacy to wszyscy zli i nas nie kochaja. No bo nie kochaja, bo nie znaja, nie rozumieja, boja sie po trochu i zdecydowanie nie chca przestac, bo im tak wygodniej a my sami w dodatku im w tym pomagamy, co swietnie opisal Autor artykulu.
    Mieszkam w Londynie i latwiej mi byc gejem w srodowisku, gdzie ministrowie rzadu jej Krolewskiej Mosci otwarcie przyznaja sie do swej orientacji a od kilku lat zwiazku partnerskie sa legalne i kazdy sie trzy razy jezor ugryzie zanim palnie na glos przy innych cos, co o nas prywatnie mysli.
    Czy bedziemy umieli sami ze soba sie dogadac i znalezc droge do celu wspomnianego przez Piotra? Na pewno tak; poczatek jest juz jakis; wiemy tez, ze to, co robimy dotychczas, sie nie sprawdza tak do konca i ze tylko „praca u podstaw”, swoista i mozolna, moze zmienic cokolwiek.
    Jestem na TAK.
    Gratuluje swietnego artykulu, chce wiecej!!!

  • Monika Czaplicka

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Piotrze :)
    doskonale wiesz jak to wygląda – sam w tym siedzisz po uszy. jeśli uda Ci się znaleźć wzlędny konsensus co do jednej sprawy (np związków partnerskich/małżeństw), to będzie to ogromny sukces.
    Na 100% środowiska związkami interesuje się może 10%, z czego 0,5% to aktywiści, którzy coś z tym zrobią, z czego 55% jest za związkami, 30% za małżeńśtwami (już), a 15% za paksem – i każdy będzie ciągnąć w swoją stronę mimo negocjacji.

    Przecież nikomu nie można zabronić aktywizmu, a trudno nam o wspólną pracę :(

  • Trymalchion

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Charakterystyczna jest ta wsobność języka, za którą idzie wsobność myślenia i działania. To jest do zaakceptowania w dyskursie akademickim, ale jako element strategii emancypacyjnej – katastrofa. Kiedy język emancypacyjny przestaje być skutecznym środkiem walki politycznej, prostym, zrozumiałym i oczywistym, a zaczyna wymagać znajomości hermetycznego dyskursu teoretycznego i dziesiątek szczegółowych kategorii, to coś tu rzeczywiście nie gra. Dobrze, ze taki głos sie pojawił – wydaje mi się, ze nie jest przytykiem wobec refleksji teoretycznych jako takich, ile raczej ostrzeżeniem przed mechanicznym przenoszeniem całej możliwej teorii do języka emancypacji. Efekt jest taki, że z zewnątrz po prostu nie wiadomo o co i komu chodzi, za to wąska grupa uświadomionych działaczy mówi do siebie w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Moniko – a co stało się z naszą (moją i Twoją) inicjatywą petycji o związkach (www.petycje.pl)?

    Dlaczego jej nie złozyłaś, tyle ludzi z nią wiązało ogromne nadzieje: takich nadziei nie wolno! marnować – tymczasem petycji, powstałej z mojej i Twojej inicjatywy Ty nie złozyłaś Marszałkowi (jako ją zamieszczająca).

    Była to część większej całości przeze mnie zaplanowanej – łącznie (m.in.) z inną moją inicjatywą: pikietami pod Sejmem.

    Petycja nie zlożona, pikiety zarzucone.

    Nie można działać skokowo. Trzeba dołączać (korzystać z tego co już), do tego co sie udało wcześniej, kolejne ‚klocki’ – traktować je jako logiczną całość.

    Co się stało od czasu mojego ruszenia środowiska w czerwcu ub.r. w sprawie głośnego artykułowania konieczności instytucjonalizacji związków partnerskich?

    Krystian ruszył ze swoją koncepcją PACS (którą popiera NAJMNIEJSZA GRUPA osób będaca za instytucjonalizacją zwiazków) i co GI zrobiła? Politycznie przedstawiła tę własnie koncepcję lewicy (w formie tak kiepskiej zresztą, która nigdy przedstawiana nikomu być nie powinna).

    Nie wolno nam – szkoda energii jaka jest w jednostkach na to – by ‚taplać’ robić takie rzeczy.

    Do czego nas wszystkich to doprowadzi?
    Do dalszego rozproszenia.

    Czy jesteśmy skazane / skazani na wciaż małą aktywność LGBT, na indywidualne działania poszczególnych osób?

    Czy można się godzić na reprezentowanie ruchu przez osoby, które nie mają dystansu do własnych poczynań (tak spostrzegam to co robi Krystian ze związkami, samowładnie przy tym stając przed szeregiem – jako reprezentant wszystkich, mimo słownych zaprzeczeń GI, iż tego nie robią).

    Tak nie wolno działać.

    Aby przeprowadzic tak ważną sprawę jak instytucjonalizacja związków trzeba reprezentacji (nie 4 osób samorzutnie zjednoczonych, jak GI), która BĘDZIE MIAŁA DEMOKRATYCZNE POPARCIE osób, którym zalezy właśnie na tej sprawie – ponad orgami zajmującymi się wszystkim innym.

    Potrzebna jest przywódczyni ruchu / przywódca PONAD ISTNIEJĄCYMI ORGAMI, mająca / mający poparcie tychże, a co najważniejsze poparcie LGBTetc jako całości.

    Sprawa wprowadzenia związków partnerskich / małzeństw w Polsce jest taką sprawą: ponad podziałami – opartą na ruchu, który musi stać się polityczny (bo tego wymaga sama sprawa, by ją z sukcesem przeprowadzić).

    Pozdrawiam wszystkich

    Katarzyna

  • Krzysztof Zabłocki

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Bardzo dobry i trafny tekst. Ale niestety w ruchu LGBT (pomijam literke Q ! :-) ) jest klimat rozbicia, patrzenia na siebie wilkiem, wzajemnego utrudniania sobie życia. Czasem chyba tak po prostu na zlośc, z frustracji, ze ktos nie jest „number one” – obserwuje to od dawna i robi mi sie smutno. Ta łatwośc wzajemnego oskarzania się, wytykania sobie błedów, no i każdy chce byc „pierwszy” – Ja, Ja, Ja (vide Dziennik Gombrowicza :-) ).

    Proponuję: więcej skromnosci, więcej usmiechu, wiecej wzajemnej zyczliwosci.

    Pisze te slowa w imieniu „spolecznosci” – bo sam czuje sie swietnie, nikt mnie nie „uciska”, jest mi dobrze, itp. Ale chodzi o to, by wiecej osób mogło tak o sobie powiedziec! A wiadomo – w jednosci siła.

    Wiecej luzu, wiecej usmiechów, wiecej wspołdziałania…

  • minc

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Po prostu wcale nie jest [nam] tak źle, jak to się [gdzieniegdzie] przedstawia, kropka.

  • Marcin

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Pan Oczko wypisuje o chowie wsobnym i potrzebie wyjścia do ludzi na portalu homiczym, czyli sam zaprzecza swojej tezie.

  • Jakbyco

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @Marcin
    Eę???
    a gdzie niby miałby pisać o _strategiach_, które jego zdaniem powinni przyjąć działacze.
    Chyba że ja już nie umiem czytać ze zrozumieniem…

    A gdzie Ty widziałbyś taki tekst? Na gazecie.pl?

  • Favst

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Ups… Doczytałem I już sobie znalazlem odp. ;)

  • Michał

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Tak, wszystko OK i tekst mi się podoba. Sam nie uczestniczę w „ruchu emancypacyjnym” przez jego hermetyzm, czasami megalomanię i poczucie wyższości „oświeconych” LGBT nad całą pozostałą heteroseksualną hołotą. Może przesadzam, ale mniej więcej o to mi chodzi. Nie zapominajmy jednak, że pracę u podstaw możemy wykonywać nie tylko poprzez media, marsze, hasła, ale w bardziej „nuklearnych” środowiskach, w swoich rodzinach, wśród przyjaciół, znajomych, bez budowania tej dramatycznej opozycji: my – oni. Mam wielu przyjaciół tradycyjnie uważanych za wrogów LGBT, bo są wśród nich i katole i „ceniący wartości rodzinne”, a przyznaję się wśród nich otwarcie do bycia gejem, wiedzą o moich miłościach i miłostkach, wypadach do klubów, itd. i nie tylko tolerują to co robię, ale i akceptują. Co więcej, wydaje mi się, ba!, jestem pewien, że te nasze osobiste relacje zmieniły w ich myśleniu o gejach i lesbijkach więcej niż niejeden marsz, niejedna parada i tysiące haseł. Przeciwko którym, żeby nie było, nie mam nic przeciwko.

  • Jakbyco

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @Michał
    Ale jedno drugiego nie wyklucza, tzn. „działactwo” w ramach ruchu emancypacyjnego nie kłóci się, jak sam zresztą chyba przyznajesz. ze strategiami, które można stosować w swoim mikroświecie rodziny i znajomych. Tylko problem leży niestety głębiej – żeby te strategie stosować, trzeba być wyoutowanym. Więc potrzebna jest działalność pomagająca ludziom w outowaniu się. I taką działalność najlepiej jest chyba prowadzić jednak w wymiarze „ogólnośrodowiskowym” czy też „ogólnospołecznościowym”, bo jakże inaczej Ty sam osobiście dotrzesz do innego gej i innej lesbijki i przekonasz ich do wyoutowania się, jeśli ich nie znasz, bo nie są wyoutowani?

    Więc żeby prowadzić działania, o jakich piszesz, tez potrzebujemy tej przykrywki ruchu emancypacyjnego. Tego się nie da tak łatwo rozdzielić.

    A swoją drogą – ludzie tak strasznie boją się outować, że aż. Kojarzysz akcję http://comingout.blox.pl/html ? Powalająca liczba nagrań, zaiste. Więc jeśli masz plan, jak ich do tego zachęcić – działaj :) . Sam widzisz, ile dobrego przynosi otwarte mówienie o swojej orientacji w swoim środowisku.

  • Michał

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @Jakbyco
    Jasne, popieram działania aktywistyczne. Mogą one poprawić, owszem, ogólną sytuację społeczną gejów i lesbijek w Polsce i popieram takie działania całym sobą. I są pewnie bodźcem do podejmowania działań w kierunku coming-outu przez jednostki. Ale po pierwsze: nie każdy ma naturę aktywisty i tak wśród gejów i lesbijek (jak i wśród heteryków, co chyba wręcz głupio już podkreślać) są osoby, które chętnie wezmą udział w tego typu inicjatywach , jak i tacy, którzy z natury nie lubią demonstrować innym czegokolwiek. Żyją w swoich światach i pójście na marsz może być tak samo wbrew nim samym, jak dla innych pójście na manifestację „Wolny Tybet”, mimo iż w pełni zgadzają się z postulatami. Więc powiedzmy sobie też to: jak jakiś gej nie idzie na marsz, to nie znaczy, że jest ble, nie akceptuje swojej orientacji czy się jej wstydzi, tylko po prostu: nie lubi i kropka. Jeśli idzie o coming-out, to moim zdaniem, sprawy nie rozwiąże proste działanie „zewnętrzne”, jeśli ta czy inna osoba nie upora się z własnymi”barierami”, które takiemu odkryciu się towarzyszą. Dla jednego będzie to sprawa prosta, bułka z masłem, drugiemu będzie towarzyszył irracjonalny paraliżujący lęk i wstyd. I znowu nie można nikogo zmusić do publicznego coming-outu, nie znając jego backgroundu, bo może pochodzi z wioski w Podlaskiem, ma starą matkę i kiedy ta się dowie, to mu zejdzie na zawał, bo nieraz słyszała o „takich” od księdza na ambonie. Dlatego mądre działanie „zewnętrzne” są fajne, ale nie wszyscy muszą/mogą/chcą w nich uczestniczyć, i to nie musi znaczyć, że są ble. No i to co napisałem to chyba truizm i nie wiem, po co to tak wszystko podkreślam :)

  • Jakbyco

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @Michał
    Może dlatego napisałeś, bo mnie trochę nie zrozumiałeś, ale zapewne dlatego, ze sama mam tendencje do motania ;) .

    Chodziło mi o to, że gdyby nie ten cały „aktywizm”, to ja sobie nie wyobrażam, co mogłoby skłonić, zachęcić, przekonać kogoś do coming-outu. Bez osób publicznych, działaczy, organizacji, ksiażek, stron internetowych osoby LGBTQ nie mają szansy na dowiedzenie się czegos o sobie, próbo poszukania swojej tożsamości, odniesienia swoich doświadczeń do czegokolwiek. I nie maja szansy uporać się ze swoimi „barierami wewnętrznymi”, bo nie będą wiedzieć czasem nawet o ich istnieniu. Dlatego niebezpieczna wydaje mi się ta opozycja, którą tworzysz.

    I doskonale rozumiem, że jedni działają tak, inni inaczej, a jeszcze inni w ogóle. Tu się zgadzamy :)

  • Michał

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    O jejku, stworzyłem opozycję? o__o
    Ależ oczywiście, zgadzam się! Nawet jeśli ktoś buduje swoją gejowską tożsamość w opozycji (;p) do takich czy innych działań/zachowań – gdyby ich nie było, nie miałby takiej szansy.

  • Max

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Uważam, że mówienie „o wyższości aktywistów nad hołotą”, mające owych aktywistów zdyskredytować, wynika z Twoich – nie wiem jak to nazwać? – kompleksów? poczucia niższości, nie względem aktywistów, ale odnośnie do wyłącznie Twojej osoby. Bo to wszystko wyświechtane slogany, a aktywiści to też ludzie zwyczajni. No, ok – Raczek czy Biedroń do medialne gwiazdy, osoby rozpoznawalne, ale reszta?
    I może tutaj warto – uwzględniając społeczne odruchy takich osób jak Michał – podjąć pracę i wysiłek, by najpierw zacząć od przekonania nieprzekonanych, że my to właśnie MY! Bezprzymiotnikowo, bo „katole i ceniący wartości rodzinne” (a czemuż to przeciwstawiać gej/les wartościom rodzinnym? przecież tworzymy homorodziny!) są wśród gejów i lesbijek, powiedziałbym, że to większość nawet. Trzeba zrozumieć, że krytyka homofobii jest nierozerwalna z krytyką Kościoła katolickiego, jako instytucji będącej wylęgarnią homofobii, przykładów na to są setki, niekoniecznie musi odnosić się to do praktyk religijnych jednostki, bo to kwestie prywatne!
    Praca u podstaw – tak. Najpierw do wewnątrz środowiska, by odrobić lekcje (można odkurzyć pierwsze publikacje na homikach, które miały właśnie taki charakter, dla mnie on jest w tej chwili szalenie naiwny, historyczny niemal, ale widocznie jest to potrzebne, bo lekcja wciąż nieodrobiona).

  • [Re: ]

    Rewelacyjny (w swej „odkrywczej oczywistości”) tekst! Gratulacje dla Autora!…

  • boge

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    W ogóle się zgadzam, w niektórych szczegółach nie. Nie można wykluczać postulatów osób transpłciowych. Niekoniecznie pod niezrozumiałym dla szerszego ogółu szyldem LGBT i teorii queer, ale ich głos też musi być słyszalny. Nawet jeśli ze względów strategicznych „cała para” powinna tymczasowo pójść w coś bardziej strawnego, jak np. związki partnerskie.

  • Przemek

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    nareszcie ktos te nadety balon z klirami przebil, brawo. pieprza i piperza, a gowno z tego wynika. Jak sobie poczytam co ci aktywiści wymyślaja, to to jest fizyka kwantowa

  • Michał

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @Max
    hmmm… ale jak ty chcesz pracować z moimi odruchami skoro na wstępie zarzucasz mi kompleksy i poczucie niższości? Cóż, używanie ataków ad personam, żeby nie zgodzić się z czyjąś opinią to cios poniżej pasa i w takiej dyskusji raczej nie zamierzam brać udziału i zripostuję jedynie: Chyba Ty!

  • Pawel

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Świetna robocza analiza sytuacji. Takiego spokojnego, nieagresywnego, przejrzystego i krytycznego myślenia bardzo nam potrzeba. Efektywne komunikowanie się ze społeczeństwem (oraz między samymi aktywistami i aktywistami) to podstawa … tego trzeba się pokornie UCZYĆ. Gratuluję tekstu!

  • junior

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Bardzo dobry tekst.
    Mniej teoretyzowania, więcej praktycznego działania i współpracy! O wzajemnym szacunku nie wspominając…

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Pytanie – jak mamy sie dogadac czy my* chcemy zwiazkow, malzenstw czy pacsow, jesli nie mozemy sie dogadac czy chcemy tolerancji, rownosci, bezpieczensta czy permisywizmu? Do tego stopnia ze zadanie rownosci nadal przez czesc z nas jest postrzegane jako niebezpieczny radykalizm? Albo konserwatywizm, albo – szczyt doublethinku – jedno i drugie jednoczesnie!?

    * i przeciwnie do autora tekstu – przestrzegam przed kolektywizacja, nie ma „Nas” przez „duze N”, jest tylko „my” = „skrot na: x jednostek”. Konsekwencje „Nas przez duze N” juz sa – chocby w postaci marginalizacji osob z grupy „rownosc teraz” oraz samozwanczych „przedstawicieli” chcacych zrobic z lgbt huxleyowskich „nowych ludzi”.

    Spolecznosc to fajna, czesto pozyteczna rzecz, ale jesli zapomni sie ze nadrzedna zawsze jest i musi byc jednostka szybko zmienia sie w kolektyw. A kolektyw jest juz bardzo niefajny. Moge dzialac w stadzie, za ul dziekuje.

  • Piotr Oczko

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @ Lilianne E. Blaze

    Nadinterpretacja! Nie nawołuję bynajmniej do „kolektywizacji”, ale do wysyłania społeczeństwu SPÓJNEGO KOMUNIKATU. Oczywiście pluralizm poglądów i postaw był, jest i będzie (i bardzo dobrze!!!), jednak takie wspólne (czytaj: strategiczne) podejście jest możliwe, o ile się tylko tego chce.

    Wymaga to jednak umiejętności słuchania i rozmawiania ze sobą (a nie monologowania), gotowości do pójścia na ustępstwa (a nie bronienia swoich racji za wszelką cenę), chęci zrobienia czegoś dobrego dla społeczności (a nie manifestowania własnego, często dość wybujałego, ego), umiejętności działania w zespole. Pozdrawiam

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    „Nadinterpretacja!”

    O „nadinterpretacji” mozna by mowic gdyby moja wypowiedz byla bezposrednia odpowiedzia, nie luznym komentarzem z nawiazaniem do paru roznych rzeczy rowniez z poza tego tekstu.

    ” ale do wysyłania społeczeństwu SPÓJNEGO KOMUNIKATU.”

    Wiec ponawiam pytanie – jak mamy wyslac „spojny komunikat”, jesli nie mozemy dogadac sie czy chcemy rownosci czy tolerancji, ani nawet co te slowa znacza?

    Dobrym punktem do wyslania tego „wspolnego komunikatu” byla niedawna ankieta. Wyniki byly jednoznaczne i na ich bazie mozna bylo probowac cos budowac, a ponad cztery tysiace osob to jak na warunki polskie bardzo duzy odzew.

    Oczywiscie zostalo to jak zwykle uwalone na amen, a za rok nikt nie bedzie o tym pamietal.

    ” gotowości do pójścia na ustępstwa (a nie bronienia swoich racji za wszelką cenę)”

    Jesli wierzysz w to co mowisz, to tego bronisz. Oczywiscie nie oznacza to gluchoty na argumenty drugiej strony (jesli maja racjonalne podstawy), ale ustepstwa w imie niczego wiecej niz „spotkania sie w polowie drogi” to amoralny pragmatyzm.

    Z reszta sie zgadzam.

  • d.biskupa

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Chciałam tylko ogłosić światu, że kocham Krzysia Zabłockiego. Dziękuję za uwagę i serdecznie Państwa pozdrawiam.

  • Piotr Oczko

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @ Lilianne E. Blaze

    W Holandii, gdzie studiowałem, chyba najbardziej indywidualistycznym kraju w Europie, większość sporów rozwiązuje się na drodze konsensusu i kompromisu. Ludzie siadają przy stole nie po to, by bronić swoich racji, ale po to, żeby wypracować wspólne rozwiązanie, wiedząc przy tym doskonale, że dla żadnej ze stron nie będzie ono do końca zadowalające. Przedstawiają swe poglądy, negocjują, ale jednocześnie wszyscy od początku zdają sobie sprawę, że z czegoś będą musieli zrezygnować. Na końcu zaś spisuje się protokół… :-) Moim zdaniem, taki model się jednak sprawdza.

    Tymczasem w Polsce ludziom chodzi przede wszystkim o to, żeby się nagadać, nawrzeszczeć, zaistnieć, wypromować, obrażać, walczyć. Cel zostaje w tyle. Jak na sejmiku szlacheckim. Dotyczy to zresztą nie tylko działalności lesbijsko-gejowskiej. Działalność emancypacyjna nie powinna moim zdaniem przypominać partii politycznych (jak to jest u nas), współpracę wspólnego dobra. Wątpię jednak, czy z naszym narodowym charakterem jest to możliwe.

  • yog

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Tekst jest ok. Chciałem zadać pytanie co tak naprawdę przez te lata dawały nam parady moim zdaniem ten model w Polsce totalnie się nie sprawdza a wręcz szkodzi sprawie chodzą na nie aktywiści i na nikim nie robi to dobrego wrażenia statystyczny Nowak uważa to za obnoszenie się ze swoim homoseksualizmem i nie rozumie o co chodzi i po co ci ludzie wychodzą może więc czas zmienić podejście i pomyśleć o jakiejś kampanii społecznej przedstawiającej „normalnego” gaja jako przede wszystkim człowieka tak tak jednego z nas Polaków, obywateli z jakimi się jedzie autobusem rano do pracy gej miły sąsiad lepiej trafia do świadomości niż biegający z flagą po ulicy pedał (jego ludzie się boją myślą, że chce zabrać im dzieci itd). Ponieważ żyjemy w Polsce a nie w Holandii proponował bym też politykę małych kroków w naszej sprawie tzn. nie zaczynajmy od Małżeństw czy związków partnerskich zacznijmy od umowy cywilnej na początek zaraz zaczną się ataki, że to zdrada sprawy itd ale może lepiej jest osiągnąć coś małymi krokami dać się ludziom oswoić z tym tematem poznać nas zobaczyć, że nie bolało a dzieci są nadal w domu i nic im nie jest :)
    może więc zamiast iść na kolejny marsz pomyślmy o tym co jest nie tak przez te lata zanim zedrą nam się buty
    nutka indywidualna :) Tak sobie czasami myślę jaki efekt dałoby moje ujawnienie się tak zupełnie, czy przypadkiem pokazanie się Tych wszystkich pochowanych gejów Kowalskich, gejów Sąsiadów itd nie dało by więcej społeczeństwu do myślenia niż wysiłki działaczy LGBT przez 1000 lat trudno jest pomyśleć, że miły kolega z pracy chce zniszczyć „polską rodzinę” gej z parady tak, ale gej kowalski nigdy :)

  • globetrotter

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Małymi krokami dochodzi się donikąd, dużymi do celu.

  • czytelniczka

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @yog
    A weźże się ujawnij, każdy walczy swoimi sposobami… (sory, opad rąk na kolejne robienie opozycji: parady vs. „Niech nas zobaczą”) Czy Ty słyszałeś o kampanii Niech nas zobaczą? Widziałeś ją? Widziałeś, jaka była neutralna, miła, jak pokazywała „zwykłych LGB”? I co, przepraszam, zmieniła coś? Nic. Wielkie NIC. Nie wierzysz, zajrzyj do badań Krzemińskiego za ten okres.

    A swoją drogą – czy Ty kiedykolwiek widziałeś, jacy ludzie NAPRAWDĘ chodzą na parady???

  • Reader

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Owszem, język to podstawa. Ten, którym mówimy o sobie do innych i do siebie nawzajem. Równie ważny jest ten, którym o sobie myślimy. Pozwolę sobie wykorzystać metaforę autora. Trzeba sobie mianowicie uświadomić, że nie ma żadnego psa przy budzie. Są tylko ludzie, których prosięta przywiązały do budy i którym wmawiają tą całą psowatość. Niektórzy to niestety kupili. Przy budzie, przy nodze czy ganiając luzem bedą nadal myśleć, że są psami.
    Praca u podstaw to wcale nie jest przekonywanie innych do siebie, choć to również bardzo ważne. Najpierw my sami musimy się do siebie przekonać. Z całym szacunkiem do orgów, wszystkich aktywistów, mediów i każdego, kto cokolwiek robi, ale u nas żadnej społecznośći LGBT nie ma. Garstka działaczy plus troche portali, to jest tylko wierzchołek góry lodowej, pustej w srodku ze aż dudni. Mamy pierwiosnki w postaci drużyn piłki czy siatki, grupe dla osób wierzacych i chyba nawet tęczowych rodziców ale to sa dopiero początki.

  • Krzysztof Zabłocki

    [coming out]

    Wszyscy tu dyskutuja, ale czemu nikt SAM sie nie ujawnia? A co niby strasznego by sie stało, gdybyscie podpisywali się swoimi imionami i nazwiskami? Czy to nie byłoby cos konkretnego, jakis krok naprzód? Co sie może stac, jeśli chocby tu, na forum homików się ujawnicie? NIC, ABSOLUTNIE NIC. SPRÓBUJCIE I ZOBACZYCIE.

    Mały krok naprzód „w odwagę”, a wielki krok dla lespedludzkości :-)

    P.S. D.Biskupa ujawnił(a?), ze mnie kocha. Chetnie odwzajemniłbym uczucie, ale komu? D.Biskupa, masz moj adres mailowy na facebooku, czy na stronie Lambdy, ujawnij sie więc chocby mnie, przyslij fotkę – a może Ciebie juz znam i nie wiem, co tracę? na razie wyobrażam siebie, że jestes pięknym chłopcem, takim chocby z „Samotnego męzczyzny” – czyż jest może tak? :-)

    Tak czy owak, apeluję jeszcze raz: podpisujecie się wszyscy swoimi imionami i nazwiskami, to bedzie duzy krok naprzód i Wasze głosy beda miec większą wagę!

    Pozdro!

  • nimb

    [coming out?]

    niektórzy są po prostu ekshibicjonistami…

  • d.biskupa

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Ja wolę się nie ujawniać. Czasem wstawiam jakieś obleśne komenty, a w realu to jednak zgrywam poważnego i na poziomie. Jeśli się zacznę tu podpisywać, to rodzicom będzie przykro.

    Ale generalnie to uważam, że Krzysiu ma–jak zawsze–rację. Myślę, że Lilianne Blaze mogłaby zacząć. Ona jest kurtularna i nie ma się czego wstydzić :)

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    (Piotr Oczko) ” większość sporów rozwiązuje się na drodze konsensusu i kompromisu. Ludzie siadają przy stole nie po to, by bronić swoich racji, ale po to, żeby wypracować wspólne rozwiązanie, wiedząc przy tym doskonale, że dla żadnej ze stron nie będzie ono do końca zadowalające”

    To moze zaglosujmy albo wypracujmy kompromis np. czy rak jest choroba? Albo czy niewidomi moga prowadzic samochod?

    Moze np. tak – „rak jest choroba tylko do pierwszego przerzutu, w ten sposob potem nie bedzie trzeba go leczyc wiec oszczedzi sie mase pieniedzy, a niewidomym pozwolmy prowadzic samochody, ale przez polowe doby kiedy ruch na ulicach jest mniejszy zeby powodowali mniej wypadkow. Oczywiscie zeby ustalic kiedy ma byc ta polowa dobry zwolajmy specjalny komitet, zlozony z socjologow, ekologow i aktywistow spolecznych, tylko Marksie bron nie lekarzy i mechanikow samochodowych, bo oni jeszcze mogliby miec czelnosc twierdzic ze obiektywna rzeczywistosc jest wazniejsza niz wrazliwosc spoleczna”.

    Nie widzisz ze takie przedkladanie „porozumienia” ponad twarde fakty jest np. jednym z glownych czynnikow legitymizujacych teorie „WHO stwierdzilo ze homoseksualizm nie jest choroba przez glosowanie i naciski, wiec nie jest wiarygodne”?

    Ja moge na to odpowiedzec – „WHO to nie demokracja tylko meritokracja, nie wpuszczaja do siebie aktywistow z ulicy, glosowanie odbylo sie miedzy specjalistami posiadajacymi konkretna wiedze i podpierajacymi sie konkretnymi badaniami przeprowadzanymi zgodnie z wysokimi standardami i wyprobowanymi procedurami. Zadaniem medycyny nie jest decydowac co jest choroba na podstawie mody, naciskow czy wrazliwosci, a badac rzeczywistosc w oparciu o stopniowo, starannie przez lata budowana wiedze i wysokie standardy naukowe i etyczne oraz sprawdzone procedury”.

    Co Ty mozesz odpowiedziec? „Tak, takie glosowanie mialo miejsce, zostal osiagniety konsensus wiec homoseksualizm nie jest choroba bo zostal osiagniety konsensus”?

    Obiektywna rzeczywistosc istnieje i nie podlega glosowaniu.

    „taki model się jednak sprawdza. „

    Taki model jest w najlepszym razie bardzo nieefektywny.

    Ale ok, wrocmy do spraw lgbt. Glownym problemem jest brak rownosci wobec prawa.

    Jak wyobrazasz sobie rozwiazanie tego „konsensusem i kompromisem”?

    Rownosc jest albo jej nie ma. Nie ma czegos takiego jak „polowa rownosci” czy „wieksza rownosc”. To jest matematyka.

    Proby kompromisow skoncza sie w najlepszym razie tak jak „kompromis aborcyjny”. Naszych przeciwnikow jest wiecej, sa lepiej zorganizowani, maja znacznie wieksze srodki. Rozwiazania inne niz twarde trzymanie sie rzeczowych argumentow opartych na obiektywnej rzeczywistosci – podstawach demokracji, zasadzie rownosci wobec prawa i konsekwentnemu eksponowaniu calkowitej irracjonalnosci „argumentow” naszych przeciwnikow – nawet jesli dadza cokolwiek, to to bedzie bardzo, bardzo male cokolwiek i nadal nijak bedzie sie to mialo do rownosci. Jesli pojdziemy na jakiekolwiek ustepstwa to po prostu nie uzyskamy nic. Zero. Null. Zilch.

    Znasz takie powiedzenie – „nieklocacy sie Zyd to martwy Zyd”?

    (yog) „Chciałem zadać pytanie co tak naprawdę przez te lata dawały nam parady moim zdaniem ten model w Polsce totalnie się nie sprawdza a wręcz szkodzi sprawie chodzą na nie aktywiści i na nikim nie robi to dobrego wrażenia „

    „Szkodliwosc” parad to w najlepszym razie domysly. To co nalezy zrobic to nie protestowac / bojkotowac parady, ale zadac rzetelniejszego przedstawiania ich w mediach (pierwszy z brzegu przyklad – dlaczego nikt nie protestuje przeciw ilustrowaniu polskich Parad Rownosci zdjeciami z niemieckiej Love Parade?).

    ” Ponieważ żyjemy w Polsce a nie w Holandii proponował bym też politykę małych kroków w naszej sprawie tzn. nie zaczynajmy od Małżeństw czy związków partnerskich zacznijmy od umowy cywilnej na początek zaraz zaczną się ataki, że to zdrada sprawy itd ale może lepiej jest osiągnąć coś małymi krokami dać się ludziom oswoić z tym tematem poznać nas zobaczyć, że nie bolało a dzieci są nadal w domu i nic im nie jest :)

    1. Ehm. „Kompromis” aborcyjny.

    2. Metoda „malych krokow” nie dala kompletnie nic od 1932.

    (globetrotter ) „Małymi krokami dochodzi się donikąd, dużymi do celu.”

    Dokladnie.

    (czytelniczka) „Czy Ty słyszałeś o kampanii Niech nas zobaczą? Widziałeś ją? Widziałeś, jaka była neutralna, miła, jak pokazywała „zwykłych LGB”? I co, przepraszam, zmieniła coś? Nic. Wielkie NIC.”

    Tak, troche zmienila i byla to jak dotad najlepsza akcja w polsce.

    (Reader) „. Najpierw my sami musimy się do siebie przekonać. Z całym szacunkiem do orgów, wszystkich aktywistów, mediów i każdego, kto cokolwiek robi, ale u nas żadnej społecznośći LGBT nie ma”

    Niestety masz racje.

    (Krzysztof Zablocki) „Wszyscy tu dyskutuja, ale czemu nikt SAM sie nie ujawnia? A co niby strasznego by sie stało, gdybyscie podpisywali się swoimi imionami i nazwiskami? Czy to nie byłoby cos konkretnego, jakis krok naprzód? Co sie może stac, jeśli chocby tu, na forum homików się ujawnicie? NIC, ABSOLUTNIE NIC. SPRÓBUJCIE I ZOBACZYCIE.

    Tak czy owak, apeluję jeszcze raz: podpisujecie się wszyscy swoimi imionami i nazwiskami, to bedzie duzy krok naprzód i Wasze głosy beda miec większą wagę!”

    Zawsze mnie to rozbawia. Przekonanie ze powiedzenie na necie „nazywam sie Jan Kowalski i jestem gejem” jest coming outem i cos zmienia. Tym bardziej ze na otwartych forach z reguly dane nie sa w jakikolwiek sposob weryfikowane, wiec skad mamy wiedziec czy Jan Kowalski nazywa sie Jan Kowalski a nie Adam Malinowski? Twierdzenie ze osoby podpisujace sie (jakims, nieweryfikowalnym i niekoniecznie swoim) nazwiskiem sa automatycznie bardziej wiarygodne niz chocby HappyGayWawa, Johnny2 czy RozowaKaczuszka88 jest naiwnoscia. Tym bardziej ze wiele osob wie ze tacy naiwni sa, i wlasnie dlatego posluguje sie (falszywymi, ale prawdziwie brzmiacymi) imieniem i nazwiskiem.

    Coming out nie oznacza robienia z siebie osoby publicznej, wystarczy „tylko” nie ukrywac sie w swoim otoczeniu.

    „Myślę, że Lilianne Blaze mogłaby zacząć. Ona jest kurtularna i nie ma się czego wstydzić :)

    Ja sie nie ukrywam. Wszedzie (z praca wlacznie) podpisuje sie w ten sposob, wie o mnie (zna moja orientacje) cala moja rodzina, wszyscy moi znajomi, wszyscy (lub znaczna wiekszosc) znajomi z pracy. Jezeli z jakiegos powodu bedzie taka potrzeba sa osoby ktore sa powszechnie znane z nazwiska (np. Szymon Niemiec) ktore moga potwierdzic ze mnie znaja osobiscie, ze istnieje i ze jestem soba.

    Nazwiska podawac nie zamierzam z bardzo prostego powodu – nie jestem i nie mam zamiaru byc osoba publiczna. A jesli ktos ocenia moje wypowiedzi nie po tresci, a po sygnaturce, to – mowiac eufemistycznie – nie uwazam go za moj target. Poza tym najzwyczajniej w swiecie nie mam zamiaru musiec co chwila wzywac policje i straz pozarna.

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    I ponawiam pytanie – czy w zwiazku z niedawna ankieta zostana podjete jakiekolwiek dzialania, czy bedzie to kolejna rzecz ktora poszla nie po mysli milosciwie nam dzialajacych wiec zostanie zagluszona, zgarnieta pod dywan i zapomniana?

  • Piotr Oczko

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    A tak z innej beczki, co by moje dywagacje podeprzeć praktyką. Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pomysł na „homoakcję” podczas lipcowej parady w Warszawie. Mianowicie, przemarsz lesbijek i gejów ubranych w polskie stroje ludowe (tak!) niosących transparent, który mogę wymalować:

    Zośka z Kaśką
    Kuba z Maćkiem

    Cel tej akcji byłby następujący:

    1. Obalenie stereotypowych wyobrażeń: ludzie kojarzą lesbijki i gejów z artystami, wielkimi miastami, a przecież żyjemy wszędzie.
    2. Pokazanie, że symbole i kultura (ludowa) też do nas należą: i biało-czerwona flaga, i pawie pióro, i łowicki pasiak, tak samo jak tęczowa chorągiewka i gwiazdki na fladze UE.
    3. Zdekonstruowanie tej części tradycji, która jest uważana za mityczny „matecznik polskości”.

    Żeby jednak akcja przyniosła efekt, trzeba przynajmniej 15-20 osób, które coś zainwestują – załatwią sobie (wypożyczą z teatru/zespołu) stroje ludowe.
    Uwaga! Muszą to być też osoby, które nie boją się pokazać swoich twarzy: zdjęcia i relacje w mediach gwarantowane! :- )
    Kontakt: caspardavid@interia.pl

  • Wojtaszek

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Lilianne, uwielbiam Cię za niewidomych i raka! To było ZAJEBISTE!!!!!!!

    Różnimy sie jednak w poglądach na temat małych/dużych kroków.

    Moim zdaniem osiągnąć cokolwiek można tylko MAŁYMI krokami i tylko OSOBIŚCIE. Wśród moich bliskich znajomych miałem kilkoro homofobów, którzy już nimi nie są, odkąd wiedzą, że jestem gejem. Było ciężko, ale zrobiłem to. Było warto. Lubimy się do dziś. Akcja „Niech nas zobaczą” była dla nich śmieszna. Parady ich drażniły. Zaakceptowali homoseksualizm, bo najpierw zaakceptowali mnie – a nie jakąś anonimową grupę o nieokreślonej wielkości i nie do końca jasnych (dla nich) celach. Zresztą społeczeństwo nie lubi dużych grup nacisku, które wychodzą na ulicę. Strajkujące pielęgniarki niemiłosiernie denerwowały nauczycieli itp. Jak już powychodzimy z wszystkich możliwych szaf, będzie można mówić o równości. Ale tego dzieła każdy musi dokonać sam, na własną rękę. Na razie większość Polaków jest przekonana, że geje i lesby istnieją co najwyżej w amerykańskich filmach, a ich problemy to zupełna abstrakcja. Nie dziwię się. A wystarczyłoby po jednym coming oucie w statystycznym zakładzie pracy…

  • Wojtaszek

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    A jednak… ludowa akcja Piotra bardzo mi się podoba… Rozważę udział. :-)

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    „A tak z innej beczki, co by moje dywagacje podeprzeć praktyką. Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie pomysł na „homoakcję” podczas lipcowej parady w Warszawie. Mianowicie, przemarsz lesbijek i gejów ubranych w polskie stroje ludowe (tak!) niosących transparent, który mogę wymalować:”

    Dobry pomysl. Oczywiscie przez czesc osob to bedzie odebrane jako prowokacja i „atak na polskosc”, ale mnie sie podoba. Ale mam drobna uwage – to musialoby byc naprawde dopiete na ostatni guzik, doslownie i w przenosni, stroje musza byc bez zarzutu, musi byc widac ze to bylo zorganizowane przez osoby ktore znaja te kulture a nie „chca ja zawlaszczyc”.

    To czego mnie bardzo brakuje na paradach – byloby swietnie gdyby udalo sie wystawic pare grup osob zawodow „zaufania publicznego”, policjantow, lekarzy, nauczycieli, w strojach i z transparentami jednoznacznie ich identyfikujacymi. Ale zeby to mialo sens to musza byc prawdziwi przedstawiciele tych zawodow, jesli ktos zrobi zdjecie i pusci artykul o tym ze dana osoba/y jest przebierancem efekt bedzie odwrotny.

  • Piotr Oczko

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @ Lilianne E. Blaze

    1. Jestem pół-Żydem, na razie jeszcze całkiem żywym, i nie lubię się kłócić. Bardzo nie lubię też tzw. łagodnego antysemityzmu zawartego w Twoim cytacie.

    2. Samo używanie określenia „twarde fakty” zdradza, jak dla mnie, brak skłonności do jakichkolwiek kompromisów i budzi mój niepokój. Jeśli ktoś uważa, że ma monopol na prawdę i świętą rację, uciekam od niej/niego jak najdalej. Żadne fakty nie są „twarde”, no, poza tym jednym, że umrzemy. A negocjuje się nie „fakty”, ale różne ROZUMIENIE tych „faktów”.

    3. Zaangażowanie w działalność emancypacyjną łączy się z zostaniem osobą publiczną. Innym zostaje spełnianie się w komentarzach w Internecie.

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Antysemityzmu jeszcze nikt mi nie zarzucal. Przeciwnie, przewaznie zarzucaja mi radykalny syjonizm. Czego zreszta wcale sie nie wypieram. Zreszta mozesz sprawdzic moje ostatnie komentarze pod artykulem o DADT na ISie.

    Nie uwazam ze mam monopol na prawde.

    Wiekszosc faktow jest „twarda”, a wiekszosc kwestii w skali macro jest redukowalna do matematyki. 2 + 2 = 4. 1 = 1. A jest A.

    Jesli nie bronisz siebie i swoich racji nikt nie zrobi tego za Ciebie. Jesli „racje” uznajesz tylko za umowny punkt rozpoczecia dyskusji to jednoczesnie kwestionujesz obiektywna rzeczywistosc i swoj wlasny rozum.

    Slyszales „All that is needed for the triumph of evil is for good men to do nothing”? Albo „Evil requires the sanction of the victim”? Albo chociaz o wilkach i owcy glosujacych co bedzie na obiad?

    Dziekuje, ale „spelniac” „spelniam” sie w pracy, jesli myslisz ze widocznosc = skutecznosc, to jestes w bledzie, a takie tanie przytyki po mnie po prostu splywaja i swiadcza o Tobie, nie o mnie. Wszystko co robie robie za wlasne pieniadze wiec nie musze nikomu zdawac raportu, a gdyby zalezalo mi na widocznosci czy popularnosci moglabym ja miec bez zadnych problemow.

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    „Różnimy sie jednak w poglądach na temat małych/dużych kroków.

    Moim zdaniem osiągnąć cokolwiek można tylko MAŁYMI krokami i tylko OSOBIŚCIE.”

    Ale ja sie w pelni zgadzam z tym ze coming outy i dzialania osobiste sa bardzo wazne, wrecz niezbedne. Nie zgadzam sie ze wystarcza, ale zgadzam sie ze sa bardzo wazne.

    Ale rownolegle do indywidualnych coming outow potrzebne sa zdecydowane, konkretne dzialania w skali macro. Twarde zadanie rownosci teraz poparte silnymi, racjonalnymi argumentami, nie ciapcianie w kolko i blablanie o tolerancji, postepie i wrazliwosci spolecznej.

    „Wśród moich bliskich znajomych miałem kilkoro homofobów, którzy już nimi nie są, odkąd wiedzą, że jestem gejem. Było ciężko, ale zrobiłem to. Było warto.”

    Ty – jednostka, Twoje otoczenie, Twoi bliscy znajomi, bylo ciezko. W takiej skali i kontekscie nie okreslilabym tego jako „maly krok”.

    „Zaakceptowali homoseksualizm, bo najpierw zaakceptowali mnie – a nie jakąś anonimową grupę o nieokreślonej wielkości i nie do końca jasnych (dla nich) celach.”

    Dlatego tak wazne sa coming outy.

    ” Zresztą społeczeństwo nie lubi dużych grup nacisku, które wychodzą na ulicę. Strajkujące pielęgniarki niemiłosiernie denerwowały nauczycieli itp.”

    Jest taki schemat, ale to nie jest uniwersalna regula. Rozni ludzie w roznym stopniu mysla i obserwuja samodzielnie. Jednego draznia przemarsze i dla niego to jest koniec sprawy, drugi zobaczy i zacznie szukac co to jest za grupa i czego i dlaczego chce.

    ” Jak już powychodzimy z wszystkich możliwych szaf, będzie można mówić o równości. Ale tego dzieła każdy musi dokonać sam, na własną rękę.”

    Coming outy moga byc podstawa, ale jesli za nimi nie pojda konkretne dzialania w skali macro to ten potencjal zostanie – jak zwykle tutaj – roztrwoniony.

    ” Na razie większość Polaków jest przekonana, że geje i lesby istnieją co najwyżej w amerykańskich filmach, a ich problemy to zupełna abstrakcja.”

    To nie jest takie proste. W duzej czesci przypadkow po prostu dziala propaganda, np. duza czesc Polakow autentycznie wierzy w to ze np. kwestia odwiedzin w szpitalu da sie rozwiazac upowaznieniem (co nie jest prawda), ze do dziedziczenia wystarczy testament, etc, wiec skoro te wszystkie problemy (ich zdaniem) nie istnieja, to czego ci geje chca?

    Nie trzeba chyba dodawac ze jak w tym momencie wyskakuje GI z tymi ich huxleyowskimi pacsami to poparcie dla nas idzie sie #$%#$%##.

    ” Nie dziwię się. A wystarczyłoby po jednym coming oucie w statystycznym zakładzie pracy…”

    Nie przesadzajmy, nie po jednym. Ale zawsze i wszedzie od czegos trzeba zaczac.

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Lilianne, dlaczego na moje pytanie czy nazywasz się tak, jak podpisujesz sie na forach – gdy zaczęlaś pisywać na liście dyskusyjnej’ zwiazki partnerskie – odpowiedziałaś: TAK.

    Teraz temu zaprzeczasz.

    Osobą publiczną jest ta, która sprawuje konkretny URZĄD.

    Tu co najwyżej można mówić o ‚osobach ZNANYCH (lecz nie publicznych).

    To rozróżnienie ma bardzo ważne znaczenie praktyczne: pisanie o osobach publicznych: W ZWIAZKU Z WYKONYWANIEM PRZEZ NIE PRACY ZAWODOWEJ (URZĘDU) jest prawem mediów do wolności wypowiedzi, osoby znane sa objęte już wiekszą ochroną prawa (osoby prywatne pełną).

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Póki co – przed nami wybory prezydenckie –

    SPRAWY LGBT KONKRETY

    Kandydaci

    Poparcie dla „homomałżeństw”

    Poparcie dla związków partnerskich

    Poparcie dla „homoadopcji”

    Marek Jurek NIE NIE NIE

    Jarosław Kaczyński NIE NIE NIE

    Bronisław Komorowski NIE częściowo TAK NIE

    Janusz Korwin-Mikke NIE NIE NIE

    Andrzej Lepper NIE częściowo TAK NIE

    Kornel Morawiecki TAK TAK NIE

    Grzegorz Napieralski TAK TAK TAK/NIE

    Andrzej Olechowski NIE TAK NIE

    Waldemar Pawlak NIE ? NIE

    Bogusław Ziętek TAK TAK TAK


    SONDA

    Marek Jurek 0.33 %

    Jarosław Kaczyński 4.61 %

    Bronisław Komorowski 16.14 %

    Janusz Korwin-Mikke 3.62 %

    Andrzej Lepper 0.16 %

    Kornel Morawiecki 0.66 %

    Grzegorz Napieralski 66.72 %

    Andrzej Olechowski 4.45 %

    Waldemar Pawlak 0.66 %

    Bogusław Ziętek 2.64 %

    http://www.innastrona.pl/magazyn/wybory-prezydenta-2010.phtml

  • yog

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    no to mamy odpowiedzi i już krytyczne proponował bym skupić się bardziej na tym co można poprawić ja bron boże nie zabraniam chodzenia na parady biegajcie ile chcecie i na pewno to coś da :) w stroje ludowe też się ubierać można podkreśli to jeszcze bardziej panujący w Polsce wizerunek „geja cudaka” ktoś napisał o zdjęciach z Berlina no właśnie jak się pisze w PL o gejach to daje się mega obleśne zdjęcie całujących się 2 facetów taki czaeny pr.
    Może właśnie powinno się popracować na pr bycia gejem że to nie jest takie straszne. Akcję niech nas zobaczą widziałem oceniam pozytywnie ale nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia nie jestem specem w tej dziedzinie ale wydaje mi się że można pomyśleć o czymś innym ale idącym w tym kierunku może macie jakieś kreatywne pomysły na reklamę homoseksualizmu :)

  • yog

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    p.s ogólnie to chciałem jeszcze powiedzieć, że bardzo podobają mi się niektóre wypowiedzi.

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    „Lilianne, dlaczego na moje pytanie czy nazywasz się tak, jak podpisujesz sie na forach – gdy zaczęlaś pisywać na liście dyskusyjnej’ zwiazki partnerskie – odpowiedziałaś: TAK.

    Teraz temu zaprzeczasz.”

    Czy chodzi Ci o te moja wypowiedz:

    „Moje imie jest „prawdziwe” (…) fotki na portalach spolecznosciowych i lgbt rowniez sa moje i bez przerobek.” z 7/13/2009 11:05 PM ?

    Czy o inna, ktorej w tej chwili nie moge znalezc, a ktorej sens byl taki ze przedstawiam / podpisuje sie w ten sposob wszedzie i ze te dane identyfikuja mnie jednoznacznie wiec sa prawdziwe pod kazdym wzgledem poza prawnym?

    Wszystko sie zgadza. Niczemu nie zaprzeczam ani w zadnym momencie nie podalam informacji ktora nie bylaby prawdziwa. I tak jestem o wiele bardziej „publiczna”, czy jesli wolisz „znana”, niz mi to pasuje i niz zamierzalam, i dostalam juz wystarczajaco obelg i grozb (rowniez smierci i rowniez od osob podpisujacych sie jako osoby homo) zeby zobojetniec na nie calkowicie. Natomiast naprawde nie mam ochoty musiec gasic mieszkania, widzialam slady podpalenia w mieszkaniu Szymona i to mi wystarczy. Tym bardziej ze z policja mam bardzo kiepskie doswiadczenia.

    „Osobą publiczną jest ta, która sprawuje konkretny URZĄD. Tu co najwyżej można mówić o ‚osobach ZNANYCH (lecz nie publicznych).”

    W jezyku potocznym sposob w jaki uzylam okreslenia „osoba publiczna”, w szczegolnosci jako antonim „osoba prywatna”, jest poprawny.

    Masz mojego maila i gg, musimy tracic czas na takie glupoty jeszcze na publicu? Jesli wydawalo Ci sie ze w moich wypowiedziach byly sprzecznosci wystarczylo krotkie pytanie na gg.

    Tym bardziej ze ten caly #$%#$%$^ z Flotylla „Pokoju” MOCNO dziala mi na nerwy i gdyby pewne rzeczy nie wymagaly komentarzy na biezaco najchetniej zajelabym sie teraz tylko praca, a nie w wiekszosci jalowymi dyskusjami.

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Został przedstawiony projekt ustawy równościowej:

    http://bip.kprm.gov.pl/g2/2010_05/2702_fileot.pdf

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    „wydaje mi się że można pomyśleć o czymś innym ale idącym w tym kierunku może macie jakieś kreatywne pomysły na reklamę homoseksualizmu :)

    Jestesmy tak daleko w tyle za cywilizowanym swiatem ze nie musimy byc kreatywni, wystarczy sciagac z glowa.

    Bardzo pomoglaby seria „reklam” przedstawiajacych osoby homo w normalnych sytuacjach (jako po prostu normalne – czyli w sumie podobnie jak wlasnie Niech Nas Zobacza). Jak sie da to filmy, jak nie to chociaz zdjecia.

    Mnie bardzo podoba sie ta reklama z mlekiem -

    http://theinspirationroom.com/daily/2007/gay-marriage-is-just-like-yours/

    ” ktoś napisał o zdjęciach z Berlina no właśnie jak się pisze w PL o gejach „

    Mozna zrobic chocby bardzo prosta rzecz – akcje wysylania listow do rekacji gazet ktore robia takie numery, na poczatek zwykle, proste, uprzejme „Prosimy o ilustrowanie artykulow o polskich Paradach zdjeciami z polskich Parad”.

  • stereo-typ

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    @ yog

    „… może macie jakieś kreatywne pomysły na reklamę homoseksualizmu :)

    Znowu mam wrażenie, że kolejny agent „wrogich sił” usiłuje nas wpuścić w „maliny”…
    Reklama… Promocja… Oj! Zapachniało wszechpolactwem!

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Dla mnie najważniejsze są działania polepszające codzienność rodzin par tej samej płci w Polsce.

    Oczywiście celem jest zniesienie dyskryminacji, a ten osiągnięty zostanie wyłącznie poprzez wprowadzenie cywilnych małzeństw jednopłciowych.

    Jednak każda wygrana sprawa – ułatwiająca życie związkom tej samej płci w naszym kraju – do tego celu przybliża.

    Dlatego np. nikt nie podejmuje działań w sprawach, które są aktualnie wprowadzane – jak ta: osoby niepełnosprawne mogą w najbliższych wyborach (w końcu) głosować przez pełnomocników. W tym celu należy zlożyć w urzędzie miasta / gminy pełnomocnictwo do głosowania i zgodę do głosowania. na druku urzędowym pełnomocnictwa zaznacza się m.in. stopień bliskości / pokrewieństwa z osobą upoważnianą. Do zaznaczenia jest m.in. małżonek / konkubent. Ani jedna, ani druga opcja (zakładając, iż mówimy o polskim prawie rodzinnym nie daje nam szansy wskazania – tak określonej – osoby najbliższej).

    Takich sytuacji są setki!

    Jak choćby ubezpieczenia członka rodziny (przykładem druk Generali): tu znów małżonek / konkubent.

    Te ustalenia praktycznego postępowania w poszczególnych sytuacjach życia są tworzone na naszych oczach. Tu wszędzie powinniśmy być my – moniotorwać i na bieżąco wpływać na taką zmianę praa i praktyki, która uwzględnia NASZE RODZINY.

    Mniejszośc kaszubska wywalczyła sobie – po uwagach w trakcie próbnego spisu powszechnego by można było zaznaczać w spisie, iz są zarówno Polakami, jak i Kaszubami.

    Ja czekam na odpowiedź dot. pytań w spisie i opcji możliwych odpowiedzi: czy uwzględniaja one rodziny par tej samej płci.

    Tu trzeba naciskać, działać, prowadzić lobbing i sprawy przed sądami.

    To są konkrety – te sprawy, które wpływają na nasze codziene życie.

  • Madzia

    [A propos sondy wyborczej na innejstronie]

    @KaFor

    Co warte są takie wyniki, jesli nawet nie podano metodologii prowadzenia badania? No, chyba, że coś przeoczyłam?

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    O których wynikach piszesz?
    Myślisz o poparciu LGBT dla kandydatury Napieralskiego?

    To SONDA.

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Czy Portugalia, Hiszpania, Belgia, Szwecja, Holandia, a nawet RPA – to świat ludzi o większych prawach niż Polki i Polacy?

  • Herostrates

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    A wiosną – niech wiosnę nie LGBT zobaczę!

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Masz dużą na to szansę – wiosna jest wszędzie napastliwa :], LGBT nie.

  • cinclus

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Zacząłem pisać komentarz, ale wszystko skasowałem, bo zaczął z tego wychodzić jakiś dziwny pamiętnik. Jestem zbyt sfrustrowany, rozżalony i wkurwiony.
    Napiszę tylko tak: tekst jest świetny.
    I jeszcze taka myśl, pytanie (retoryczne): ile osób chętnych do działania traci środowisko?

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    „Zacząłem pisać komentarz, ale wszystko skasowałem, bo zaczął z tego wychodzić jakiś dziwny pamiętnik. Jestem zbyt sfrustrowany, rozżalony i wkurwiony.”

    Sadze ze po tym wszystkim co do tej pory sie w tym kraju w sprawach lgbt „dzialo” wiekszosc normalnych jest sfrustrowana, rozzalona i wk******.

  • brak

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    1. „Mało tego, jak poczują się wcale liczne rzesze lesbijek katoliczek i gejów katolików, którzy mimo wszystko swoją homoseksualność jakoś akceptują? Czyż takie hasła nie wpychają ich jeszcze bardziej (proszę mi wybaczyć te dosadne słowa) w szpony kleru, który chce ich „leczyć”? Czy nie pokazują im innej drogi niż hipokryzja?”
    Dla mnie łączenie akceptacji homoseksualizmu z byciem katolikiem to hipokryzja, którą przez jakiś czas uprawiałem, bo tak wygodniej. W ogóle osoby wierzące póki są wierzące powinny uznawać cierpienia im zadawane za korzystne, bo przybliżające je do sprawiedliwej nagrody nieba.

    2. „LGBTQQIA+XYZ”=Q, w szczególności Q+XYZ=Q
    „pragmatyzm, głupcze!” – rzeczywiście jestem na tyle głupi, że nie mam argumentów, ale czuję, że w tym wątku nie zgadzam się dość skrajnie.

  • KaFor

    [Re: Emancypacyjny chów wsobny, czyli o hasłach, marszach i queerach słów kilka]

    Katolicyzm nie równa się KRK.

    Chrześcijaństwo jest znacznie bardziej bogaty niż jedynie to co głosi Watykan.

  • angst

    []

    Bardzo dobry tekst! Cieszy mnie, że ktoś wreszcie powiedział głośno to, o czym wielu mysli. To namolne importowanie cudzych wzorców i doswiadczeń i „introdukowanie” ich (na siłe) na specyficzny grunt polski musi skończyć się tragedią. Nasi LGBT-bracia i siostry z zachodu traktują nas jak dzikich „irokezów Europy”, którzy dopiero co zleźli z drzew. Musimy bardziej polegać na własnych doswiadczeniach i polskiej specyfice a nie dawać się sprowadzać do roli ubogiej kolonii, która z wdzięcznoscią przyjmie kazdy chłam…byle zachodni.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa