Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?

1.Wyznanie wieku dojrzałego

Zbliżając się do końca opowieści o szkolnym etapie mojego dojrzewania, muszę zająć się tym, o czym nigdy publicznie nie mówiłem. Muszę, bo gdybym sprawy te przemilczał, moja relacja o sobie byłaby ułomna, fałszywa, zakłamana, czyli – użyję słowa dobitnego – bezwartościowa. Jest to sfera ścisłej intymności, jednakże bez jej przedstawienia nie mógłbym analizować swej życiowej sytuacji – ówczesnej, późniejszej, obecnej, w istocie ciągłej i niezmiennej, gdy ogląda się ją od tej strony. Przyznaję: pisanie na ten temat przychodzi mi z trudem, a od momentu, w którym postanowiłem, że nie będzie to dziedzina osłonięta szczelną kurtyną, muszę przełamywać w sobie silne, niekiedy wręcz paraliżujące pióro opory. Nie ma dla mnie znaczenia to, co dzisiaj nazywane bywa „ujawnianiem się” (coming out), decyduję się na odsłonięcie tej sfery życia z tego względu jedynie, że zależy mi na tym, by ta opowieść o sobie samym wolna była od luk i fałszów, od nieautentyczności i udawania.

Te słowa padają w opublikowanej właśnie (nakładem Wydawnictwa Literackiego) obszernej „opowieści autobiograficznej” Michała Głowińskiego, pod znaczącym tytułem Kręgi obcości. Autor (rocznik 1934), wieloletni profesor Instytutu Badań Literackich, autor wielu książek naukowych, podręczników, a w ostatnich kilkunastu latach także i prozy wspomnieniowej, to jedna z najbardziej cenionych i szanowanych postaci polskiej humanistyki, prawdziwy uczony w starym stylu (tak, uczony, a nie szeregowy „naukowiec”), o imponującej skali naukowych (i nie tylko stricte naukowych) zainteresowań. To teoretyk literaturoznawstwa, a jednocześnie wybitny analityk polskiej literatury na przestrzeni całego ubiegłego stulecia. Młoda Polska, poezja międzywojenna, Gombrowicz – you name it, jak mawiają Anglicy. Zauroczony byłem jego Fabułami przerwanymi – zwięzłymi i głębokimi refleksjami o ludziach, „błahych” zdarzeniach, sytuacjach, czy w ogóle „życiu”.

Jednocześnie Michał Głowiński, z racji swego ogromnego naukowego dorobku (warto wspomnieć, że jest i członkiem rzeczywistym PAN-u), a także znaczącego wkładu w rozumienie i interpretację współczesności zwłaszcza w kategoriach lingwistycznych (arcytrafne teksty o nowomowie), i wreszcie czegoś, co określiłbym mianem konsekwencji ładu moralnego na swojej życiowej drodze, stał się jednym z punktów odniesienia współczesnej polskiej humanistyki i środowiska (jakby to nie brzmiało pretensjonalnie!) naukowo-kulturalno-intelektualnego.

W dotychczasowych tekstach autobiograficznych autor dużo uwagi poświęcił traumie związanej ze swoim żydowskim pochodzeniem – doświadczył wiele w okresie wojny, był też jednym z dzieci uratowanych z warszawskiego getta dzięki Irenie Sendlerowej. Żydowskość Michała Głowińskiego to jeden z tytułowych kręgów obcości – natomiast innym kręgiem jest właśnie jego homoseksualizm, który „ujawnia” dopiero w wydanym obecnie tomie.

Podobne wyznanie padło też w latach dziewięćdziesiątych z ust Juliana Stryjkowskiego – w rozmowie, która ukazała się w jednym z dzienników (nie pamiętam, czy była to „Gazeta Wyborcza”, czy może ówczesna wersja „Życia Warszawy”). Julian Stryjkowski powiedział, że w końcowym okresie życia nie chce już dłużej tej strony swej osobowości skrywać. Dodał też, co było dość frapujące, że z powodu pogłosek o swoim homoseksualizmie traktowany był z nieufnością w środowisku Komunistycznej Partii Polski. Oczywiście w chwili wyznania autor Biegu do Fragala, sztandarowej powieści pierwszej połowy lat pięćdziesiątych, miał kilkanaście lat więcej niż obecnie profesor Głowiński.

2. Urocze definicje w encyklopediach i leksykonach

Słowo homoseksualizm z trudem przechodzi Profesorowi przez pióro (lub zapewne klawiaturę komputera); ale tym bardziej trudno mu było odnieść je do samego siebie, gdy uświadomił sobie swoją „przypadłość” w wieku trzynastu lat. Oswoił je nieco odczytując stosowne hasło w encyklopedii Gutenberga, biblii międzywojennej liberalnej inteligencji.

H o m o s e k s u a l i z m (greck., łac.), popęd płciowy do osób tej samej płci, może być wrodzony (prawdziwy) lub nabyty (pseudo-h.). Ten ostatni spotykany często w więzieniach, koszarach, pensjonatach i t p. U kobiet nazywa się też h. lesbizmem, safizmem, mężczyzn określa się jako uranów lub urningów. Homoseksualni są to zwykle fizycznie i umysłowo zdrowi, często intelektualnie i etycznie wysoko stojący ludzie, którzy z powodu swych skłonności często moralnie bardzo cierpią. Wielu jednak zdradza pewne zewnętrzne cechy płci przeciwnej, a nawet charakteru, manifestując je w stroju, zachowaniu, upodobaniach i t d. Psudo-h. daje się wyleczyć.

Przytoczyłem ten passus in extenso nie tylko z uwagi na nieodparty urok ujęcia i frazy, ale żeby uzmysłowić klimat (choćby „lingwistyczny”) ongi związany z ową straszliwą tajemnicą, „wykrywaną” u siebie samego. Nawet jeśli – jak we wspomnianej „oświeconej” encyklopedii – słowo to nie było tożsame z perwersją i brudem, to sama już aura dość dziwacznej czy wręcz groteskowo (chyba i wówczas) brzmiącej terminologii czyniła tę skłonność czymś co najmniej osobliwym i skazującym na wyobcowanie. I ta wzmianka o moralnym cierpieniu! Ja sam, będąc około dwudziestu lat młodszy od Profesora, odkryłem (a właściwie „wyczułem”) u siebie ową predylekcję, będąc dokładnie w tym samym, co autor wieku, czyli mając trzynaście lat. Przeczuwałem jakby, że w moim przypadku będzie to coś bardziej poważnego, niż u tego czy innego kolegi (jednocześnie przechwalającego się swoim uczuciem do koleżanki z klasy), z którym od dawna zabawiałem się w „doktora” lub „starożytną szkołę” z obowiązkową karą chłosty wymierzaną w bardzo erogenną część ciała. I miałem chyba mniej szczęścia niż Michał Głowiński, gdyż w tym samym czasie, prosząc o wyjaśnienie słowa homoseksualizm (nie łączyłem tego z zabawą w doktora), usłyszałem od mojej mamy, że jest to coś tak strasznego, że nie może mi nic więcej powiedzieć – i że dowiem się w odpowiednim czasie. Co i nastąpiło, ale inaczej niż mama to sobie wyobrażała. A zaglądając do Słownika Wyrazów Obcych PIW-u (co prawda wydanego dziesięć lat wcześniej), mogłem się dowiedzieć, że „homoseksualizm [złoż. gr. homos równy i łac. sexualis płciowy]” to „przeciwny naturze pociąg płciowy do osobnika tej samej płci”. Definicje słownika wspierali swoim autorytetem między innymi „doc. kand. nauk” Leszek Kołakowski (filozofia), „samodz. prac. nauki” Feliks Korniszewski (psychologia), czy „reż.” Helena Opoczyńska (filmoznawstwo), choć (może na szczęście) nazwisko późniejszego wielkiego interpretatora filozofii nic mi wtedy nie mówiło. Natomiast wydany parę lat później Mały Słownik Języka Polskiego PWN definiował homoseksualizm jako „zboczenie płciowe polegające na pociągu seksualnym do osobników tej samej płci (gr. + łac.)”. Określenia „zboczenie” czy „przeciwny/wbrew naturze” pojawiały się również w innych edycjach słowników czy encyklopedii PWN-owskich, ale nie traktowałem ich już à la Lettre. Z kolei z pewnej książki wydanej w Anglii – popularnej, choć o pretensjach naukowych – mogłem się dowiedzieć, że wprawdzie seks analny (nie pytałem się już mamy i nie wiedziałem, czy na przykład zabawy w doktora także pod to podpadały) jest dla katolików grzechem śmiertelnym (ładne rzeczy!), to uczony autor nawet „lubi” homoseksualistów, bo posiadają rozmaite uzdolnienia artystyczne – od talentów baletmistrzowskich aż po kulinarne.

3. Autobiografia – a co to takiego?

Licząca pięćset kilkadziesiąt stron autobiografia nie jest opowieścią literacką, a bardziej faktograficznym, szczegółowym, wręcz „chłodnym” sprawozdaniem z całego życia. Dla osób interesujących się powojennym życiem naukowo-kulturalnym stanowi lekturę arcyciekawą – dla osób z zewnątrz tej tematyki, którym liczne wymienione nazwiska powiedzą niewiele, nie będzie to dzieło zbyt frapujące. Mnie osobiście uderza pewna swoistość tej książki, a mianowicie odtwarzanie drobnych nieraz faktów i zdarzeń w sposób, powiedziałbym, klinicznie „czysty”, bez filtru epoki i klimatycznego kontekstu. Tak jakby narrator opowiadał o czymś, co wydarzyło się wczoraj, nie starając się oddać uwarunkowań epoki i szczególnego w danej chwili sposobu myślenia. Autobiografizm to w ogóle fascynująca dziedzina – niedawno poczytywałem wydany przez wydawnictwo „słowo/obraz terytoria” tomik Autobiografia, zawierający eseje z archiwum przekładów „Pamiętnika Literackiego” – a ta bardzo wartościowa seria literaturoznawcza ukazuje się pod kuratelą profesora Głowińskiego właśnie… Podczas spotkania, które odbyło się niedawno w „Gazecie Wyborczej”, Michał Głowiński powiedział, że jako profesjonalny badacz literatury mógłby z łatwością napisać hasło „autobiografia” do literaturoznawczego leksykonu, ale samo pisanie to sprawa już nieco bardziej złożona. Ba, ja poszedłbym dalej: hasło może dałoby się napisać łatwo – natomiast sama teoria autobiografii (wskażę również na wydany niedawno zbiór rozmów z badaczami francuskimi pod redakcją Pawła Rodaka) to ekwilibrystyka umysłowa zwijająca nieraz mózg w trąbkę – i poza dostarczaniem porywających, przyznam, intelektualnych ćwiczeń, nie mająca większego przełożenia na praktykę pisarską samych teoretyków. Zresztą profesor Głowiński (co zresztą przyznaje) w ostatnich latach jak gdyby bierze rozbrat z teorią literatury i bardziej skłania się ku swobodnej twórczości prozatorskiej. A pisząc Kręgi obcości w ogóle chyba odsunął na bok wszelkie (paraliżujące?) kwestie „meta” i przyjął postawę narratora niejako „naiwnego”. Ale to już całkiem inne sprawy, choć może nie do końca.

Tymczasem przyjmijmy – dla uproszczenia i tak czy owak! – „naiwne” założenie, że autobiografia to szczera i prawdziwa opowieść o własnym życiu, że narrator/autor tożsamy jest z fizycznie istniejącą osobą, której nazwisko umieszczone jest na okładce, no i… no i niech to będzie na tyle.

4. I co z tego dalej wynika?

Niniejszy tekst piszę z myślą o „homikach.pl”, więc siłą rzeczy motyw homoseksualizmu w książce i życiu Profesora jest w tym miejscu najważniejszy. Ale chcę postawić pytanie – także samemu sobie – jaka jest otóż waga zamieszczonego w tekście wyznania, i jakie jest miejsce homoseksualizmu w życiu autora Kręgów obcości? Jakie jest miejsce homoseksualizmu w życiu i twórczości innych autorów, ba, w życiu/”twórczości” nas wszystkich, także i w moim własnym?

Tak fundamentalne pytanie trącić może naiwnością, ale jednak fundamentalne pytania warto wciąż przywoływać. Cóż innego robi na przykład Kościół? Czy swojej siły nie zbudował na stawianiu wciąż ponawianych fundamentalnych pytań i napomnień? Ale żarty na bok. Zresztą ja tylko stawiam pytanie, nie sądzę, był dał i odpowiedź.

Jak już wspomniałem, pisanie o homoseksualizmie i swojej orientacji nie przychodzi Profesorowi łatwo, pisze o tych sprawach bardzo powściągliwie, wręcz zdawkowo, i poza wspomnieniem o zauroczeniu pewnymi osobami (o których niewiele się dowiadujemy), poza wzmiankowaniem – trochę na modłę Białoszewskiego – o tajemniczej postaci kryjącej się pod inicjałem „M.” (możemy domniemywać, ze była/jest to osoba bliska), nie dowiadujemy się niczego o miejscu orientacji homoseksualnej w życiu autora. Życie Michała Głowińskiego (jak wynikałoby z książki) to życie w całości nastawione na rozwój intelektualno-naukowy, a sprawy intymne czy, nazwijmy to wprost, sprawy erotyki i seksu, jak gdyby dla autora nie istniały.

Niedawno na portalu „Inna strona” swoje refleksje o Kręgach obcości zamieścił Krzysztof Tomasik, autor jakże ważnej pozycji Homobiografie. Tomasik z właściwą sobie pryncypialnością (chociaż to człowiek przemiły!) zarzuca Głowińskiemu zbytnią powściągliwość i czyni mu wyrzuty, że nie tylko nie wspomina nic o homoseksualizmie niektórych wybitnych polskich pisarzy, z którymi zetknął się osobiście, ale że na przykład w bardzo zawoalowany sposób pisze także o osobach osobiście mu bliskich.

Ale czy w ogóle można, czy należy takie zarzuty autorowi stawiać? Wpierw zapytajmy, dlaczego autobiografia Michała Głowińskiego wywołuje tak szeroki odzew, dlaczego o niej w ogóle piszemy. Otóż dlatego, ze napisał ja profesor Głowiński, człowiek, który wiele w życiu dokonał dzięki jasnemu ustawieniu priorytetów, konsekwencji, systematyczności i pracowitości. O intelekcie oczywiście już nie wspominam. I dlatego właśnie fakt, że dokonuje teraz swojego wyznania (a którego nie chce nazwać coming outem) godny jest odnotowania. Gdyby był po prostu zwykłym, nieznanym Michałem G. (przy całym szacunku dla zwyczajności), nikt by jego wspomnień nie wydał, a jego wyznanie nie miałoby takiej wagi i pozostałoby niezauważone. Rzecz jasna, gdyby ten zwykły Michał G. miał talent Jeana Geneta czy choćby Michała Witkowskiego, to byłaby inna sprawa. Jednak Michał Głowiński nie jest akurat wielkim prozaikiem, ale wybitnym przedstawicielem nauki i środowiska intelektualnego, i żeby swoją pozycję osiągnąć, musiał się skupić przede wszystkim na pracy naukowej, a nie na wypełnianiu roli poety przeklętego bądź literackiego performera-prowokatora. Myślę, że oczekiwania nasze zostały bardzo podwyższone przez wydane parę lat temu Dzienniki Zygmunta Mycielskiego, a całkiem niedawno dwa tomy Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, czy także opublikowane fragmenty Dziennika Mirona Białoszewskiego. Zauważmy jednak, że są to zapiski, które ukazały się wiele lat po śmierci pisarzy! Możemy się natomiast spodziewać, że za trzydzieści, powiedzmy, lat wyda swoją autobiografię Michał Witkowski i tam już będzie wszystko! Ale Michał Głowiński, choć o ponad pokolenie młodszy od Iwaszkiewicza, należy jednak do mentalnej formacji „Starego poety”, „Gombra” czy „Kota” Jeleńskiego, ukształtowanej jednak (mimo quasi-otwartości tych wielkich postaci) w epoce przedemancypacyjnej. Jedynym wyjątkiem od reguły jest w Polsce pisarstwo jego rówieśnika, Jerzego Nasierowskiego. I choć chapeau bas dla pracowitości tej tragicznej postaci – czy jego plotkarskie enuncjacje w rodzaju Nasierowski, ty pedale, ty Żydzie (gdzie pisze wprost o wszystkim, a nawet więcej) mają wagę choć w części dorównujące wyznaniu Michała Głowińskiego? Gdybyż Nasierowski był polskim Genetem (do czego się przymierzał), gdybyż… Ale przecież nie mamy o to do niego pretensji. I tak ma niemałe zasługi.

Pamiętajmy, Polska to nie – na przykład – Francja, gdzie André Gide już sto lat temu mógł publikować pełne otwartości wspomnienia, dzienniki, czy inne teksty omawiające explicite jego pederastyczne skłonności. Tak, otwarcie uważał się bowiem za „pederastę”, i określenie to precyzyjnie omówił w swoim Dzienniku (choć w niezwykle okrojonym polskim wydaniu jego klasyfikacja terminologiczna rzecz jasna się nie pojawia). Albo Roland Barthes, którego przywołuje i Michał Głowiński. W pośmiertnie wydanych zapiskach Incidents Barthes bez ogródek pisze o swoich „numerkach” z chłopcami z okolicy Café de Flore (tak, po drugiej stronie bulwaru St.Germain wystawali chłopcy). Ale i tu zauważmy – tomik ukazał się pośmiertnie! Natomiast o pokolenie młodszy Renaud Camus wydał już ponad dwadzieścia lat temu opasły tom Tricks – rodzaj dziennika, którego głównym motywem są tytułowe szybkie numerki, co nie przeszkodziło autorowi w zachowaniu pozycji „publicznego intelektualisty”.

A zatem: radujmy się z faktu, że w Kręgach obcości, autobiografii napisanej z elegancką powściągliwością człowieka wewnętrznie uporządkowanego, pojawiło się aż tak szczere wyznanie. Gdy byłem na spotkaniu z autorem w redakcji „Gazety Wyborczej”, sala wypełniona była po brzegi głównie szacownym starszymi osobami – i należy docenić to właśnie, że wobec tych wszystkich znamienitych nieraz osób (w tym luminarzy polskiej nauki i kultury) profesor Głowiński uczynił swój (nazwijmy to tak jednak!) coming out, i że nic się z tego powodu nie stało. Ba, zachwyciło mnie i inne zdarzenie – gdy podczas spotkania w kawiarni „Czytelnika” stary aktor odczytywał fragmenty z drugiego tomu Iwaszkiewiczowego Dziennika, w tym słowa, że homoseksualizm nie polega tylko na „rżnięciu w dupę”. Tę właśnie frazę wykrzyczał z aktorską emfazą, i to w obecności podobnie szacownych osób, jak w „Gazecie Wyborczej”. I znów nic się nie stało. Więc chyba nie jest najgorzej z tym naszym krajem, a postęp jest krok po kroku.

5. Coda

Podobnie jak Krzysztof Tomasik uważam, że homoseksualnej orientacji wybitnych postaci kultury nie można przemilczać. W Polsce jednym z prekursorów w tej dziedzinie był Stefan Kisielewski – w wydanym w latach siedemdziesiątych „Gwiazdozbiorze muzycznym” wyatutował (po raz pierwszy oficjalnie na „polskim gruncie”!) – Piotra Czajkowskiego i Karola Szymanowskiego. Ja sam (nie porównując się, rzecz jasna z Kisielem) w wydanym kilkanaście lat temu przez „Literaturę na świecie” opasłym Leksykonie pisarzy świata XX wieku konsekwentnie wspominałem o homoseksualizmie wielu czołowych twórców angloamerykańskich i francuskich – co wzbudziło kąśliwe uwagi pewnych osób bardziej niż ja przywiązanych do „uniwersalnych wartości kultury”.

Jednak zawsze należy zachowywać umiar i proporcje, i pamiętać, że to nie orientacja seksualna decyduje o randze człowieka i twórcy, i to nie orientacja jest dominantą jego życia, choć absolutnie nie powinno się jej ukrywać. Odwołajmy się tu do trafnej uwagi Kingi Dunin: „Gejów ani lubię, ani nie lubię, bo cóż to za kategoria? Ludzie jak inni, jedni warci sympatii, inni nie”. Dlatego bawi mnie nieco, gdy słyszę raz po raz – choćby na spotkaniach poświęconych literaturze i biografistyce „gejowskiej” (czy to w siedzibie mojej Lambdy, czy bliskiej mi Krytyki Politycznej), że mamy i polskie postaci będące odpowiednikiem Oscara Wilde’a, tylko mało o nich wiemy. A cóż to za „odpowiedniki” – zapytam za Kingą Dunin? Tragizm postaci Marii Komornickiej vel Piotra Własta albo Zofii Sadowskiej (a tym bardziej innych, tych jeszcze „nieznanych”) nie czyni z nich kogoś formatu Lorda Paradoxa, a proces obyczajowy jako taki – cóż, to sprawa historycznie istotna, ale nie porównywalna z procesem sławnego twórcy, który już wtedy był jedną z wielkich ikon kultury z racji swego geniuszu i zachwycających literackich dokonań (na premierę ostatniej jego sztuki – na krótko przed pierwszym procesem – przybył sam następca tronu). Bo, jak to trafnie wyrażono w jednym z dowcipów z serii „Radio Erewań odpowiada” (obecnie mamy Erywań, ale wtedy obowiązywała nazwa rosyjska): „Czy to prawda, że Piotr Iljicz Czajkowskij był homoseksualistą? Tak, to prawda, ale nie za to go kochamy”. I zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego ten prekursorski dowcip miał być taki śmieszny.

A autobiografia Michała Głowińskiego? Uważam że to lektura obowiązkowa dla każdego studenta nauk humanistycznych w naszym kraju, która pomoże mu zrozumieć wiele z tego, co działo się w Polsce po wojnie. I przy okazji – zarówno młodszym, jak i starszym czytelnikom – uzmysłowi, że można być wybitnym, a zarazem bardzo zwyczajnym człowiekiem, i jednocześnie „najzwyklejszym” homoseksualistą – i pisać o tym (co prawda po latach) w sposób całkiem naturalny, z godnością i bez jakiegokolwiek przepraszania, jakiejkolwiek minoderii. Parę lat temu burmistrz Berlina Klaus Wowereit (nim jeszcze został wybrany) wypowiedział publicznie słowa – też proste, jak gdyby oczywiste: Ich bin Schwul, und das ist auch gut so – jestem gejem i tak też jest dobrze. Te ujmująco proste, lecz jakże nośne słowa stały się sławne. I takimi prostymi słowami mówi o sobie teraz profesor Michał Głowiński, podsumowując swoje bardzo wartościowe i chyba udane, i spełnione życie. Powinniśmy mu być za to wdzięczni. I czekamy na dalsze teksty! Może nawet bardziej otwarte.

Więc co to właściwie znaczy być homoseksualistą? Hm, a cóż to za kategoria, jak powiedziała Kinga Dunin.

Michał Głowiński
„Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna”
Wydawnictwo Literackie 2010
s. 536.
www.wydawnictwoliterackie.pl

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

19 komentarzy do:Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?

  • d.biskupa

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Cóż za wodolejstwo, Panie Krzysztofie!

  • Oczko

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    No, w końcu jakaś mądra recenzja książki Michała Głowińskiego. Nareszcie ktoś to przeczytał ZE ZROZUMIENIEM.

  • marcin

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Problem polega na tym, że za Głowińskiego zabierały się osoby, których interesował wyłącznie owy „coming out”, choć wcześniej w ogóle prawdopodobnie nie słyszały o nim. A jednak profesor ma chyba bardziej doniosłe dokonania niż bycie homo, o czym każdy inteligent powinien wiedzieć. Szkoda człowieka okrajać do jednej kwestii, poza tym śmiem twierdzić, że jednak autobiografie z definicji nie oznaczają od razu big brothera w sypialni, choć takie na krótszą metę są pożądane.

  • Twoje imię 2

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?
    Nic nie znaczy poza tym, że ma się odmienne upodobania seksualne.

  • zewsząd i znikąd

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Marcinie, skoro już piszesz o inteligenckiej lekturze, to pamiętaj: „ów”, a nie „owy”! Dziękuję.

  • boge

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Wyatutować – ładny neologizm :)

  • Jakbyco

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    @Twoje imię 2

    No wiesz. Dla niektórych faktycznie bycie homoseksualista nie ma żadnego wpływu na jakiekolwiek dziedziny ich życia poza tym, jakiej płci partnera/partnerów sobie szukają. Podobno. Nie do końca w to wierzę, bo – przynajmniej żyjąc w Polsce – trudno jest nie natknąć się choćby na utrudnienia związane z orientacją, ale może chodzi bardziej o to, że orientacja nie zawsze musi być sprawą – jakby to ująć – polityczną. Że nie zawsze musi mieć wpływ na poglądy, postawę życiową itp.

    Ale może to kwestia pokolenia? Bo wśród swoich rówieśników (późne dwudziestolatki) raczej nie spotykam ludzi, na których życie orientacja nie ma wpływu. Mimo, ze teraz jest nam łatwiej, nie ma aż takiej konieczności ukrywania się, lawirowania jak w czasach młodości Głowińskiego – to jednak orientacja często determinuje postawy życiowe i poglądy.

  • Walpurg

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Krzysztofie!
    Brawo!

    I za takie teksty kochamy Homiki.
    I za takie teksty kochamy Zabłockiego.

  • Wojtaszek

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Dziękuję za ten tekst!
    Czytałem wcześniej wspominaną tutaj recenzję Tomasika (być może jest przemiłym człowiekiem, ale to nie ma większego znaczenia) i byłem przerażony jej poziomem. Wyglądało na to, że czytał Głowińskiego mając w głowie jedynie: „dobra, dobra, streszczaj się pan i dawaj coś o pedałach”. Głowiński jest wielkim intelektualistą i jego autobiografia byłaby niezwykle cenną pozycją, nawet gdyby nie dokonał w niej coming outu. A że dokonał, tym lepiej.

  • Hm

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Traktujmy homoseksualizm jak coś zupełnie normalnego. Profesor Głowiński, przynajmniej sam dla siebie, postrzegał to jednak chyba jako coś właśnie normalnego, i prowadził normalne zycie. Zapewne erotyka tez byla dla niego ważna, ale zachował tą sferę dla siebie. Teraz – w jesieni zycia – zdecydował się powedziec o sobie otwarcie. I tyle. Nie można od niego wymagac, by podawal „nazwiska”, albo by sie rozpisywał o innych twórcach czy pisarzach, którzy są/byli homo. To przeciez nie ten inny wspomniany w tekscie pisarz-skandalista. Bądżmy prof.Głowińskiemu wdzięczni za jego skromne wyznanie, bo to i tak bardzo duzo.

  • d.biskupa

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    „Profesor Głowiński, przynajmniej sam dla siebie, postrzegał to jednak chyba jako coś właśnie normalnego, i prowadził normalne zycie.”

    Hmmm, myślę, że piszesz bzdury.

  • Hm

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    uzasadnij swoje słowa, zamiast obrażac – myślę, że jestes prawicowcem

  • Jarek

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    czyj coming out będzie następny? Umieram z ciekawosci!

  • nimb

    [Dorabianie wątpliwej filozofii przez zadawanie głupich pytań]

    „Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?”
    ANO NIC NIE ZACZY PONAD TO, ŻE MA SIĘ POCIĄG DO OSÓB TEJ SAMEJ PŁCI.
    Koniec [filozofii]!

  • homik

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    ale mozna swój homoseksualizm róznie przeżywac i doswiadczac – moze byc czyms najwazniejszym w zyciu, czyms, co przeslania wszystko inne, a moze byc tylko jednym z elementow tego zycia – waznym, ale skrywanym, a moze czasem wypieranym. W sumie wszelkie zlozone kwestie rodzą się z „głupich” (czyli pozornie zbyt prostych) pytan.

  • Hm

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    ciekawe co powie prof.Głowińśki profesorowi Zollowi, gdy go kiedys spotka…

    pewnie Zoll uzna, że prof Głowiński obnosi się publicznie z intymną sprawą. Smute. Po prof.Zollu spodziewałem się czegoś więcej. Noc cóż – nie od razu widac, co siedzi w człowieku… Ale zeby profesor prawa nie potrafił logicznie myślec… nie mówiąc już o „moralności”…

  • republika-demokratyczna

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    Aleja Marxa :) Tam niedaleko na ulicy Marchlewskiego mieszkała moja pierwsza homoseksualna miłość, niestety niespełniona ale wspominać zawsze miło.
    Tekst fajny, miło się go czytało.

  • KZ

    [Re: Co to właściwie znaczy być homoseksualistą?]

    dzięki :-) . Znam w miarę Berlin i sam mieszkałem kilkakrotnie we wschodnioberlińskiej dzielnicy Friedrichshein na Helsingforser Str. – tuz obok jest Marchlewskistr. i Karl Liebknechtstr.

    Ich bin ein Berliner! :-) – por. okrzyk prezydenta Kennedy’go ze zbędnym „ein”… :-)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa