Związki? Bądźmy realist(k)ami

Kilkanaście dni temu napisałam na moim blogu, jaki rodzaj formalizacji związków w pełni mi odpowiada (pełne zrównanie praw), a jaki, z różnych względów, o których za chwilę, byłabym w stanie zaakceptować (rozwiązanie kwestii socjalnych – dziedziczenie, ubezpieczenie itp.). Chwilę później pod moim wpisem pojawił się komentarz mniej więcej tej treści „Fajny post, ale nie na tę chwilę, bo artykulacja potrzeb już się dawno odbyła. Teraz czas na działanie”. I po niezbyt długim namyśle się z nim zgodziłam. Nie dlatego, że uważam dyskusję o kształcie ustawy za niepotrzebną, ale dlatego, że moim zdaniem nie ona jest tutaj najistotniejsza, bo decyzja o wprowadzeniu ustawy w takim czy innym kształcie nie od nas zależy. A w każdym razie nie w takim stopniu, w jakim byśmy sobie życzyli. Bo pewnie, że łatwo jest napisać, jak wiele osób, które zabrały głos w debacie na Homikach (czy to w tekstach, czy w komentarzach), że takie czy inne rozwiązanie jest dla mnie nie do zaakceptowania. Tyle że to nie ja będę je akceptować, ale partia A, B czy C, która stanie się rzecznikiem moich praw w Sejmie.

Nie oznacza to, że cała ta dyskusja jest zbędna – bynajmniej, gdyby tak było, nie zabierałabym w niej głosu. Ale widzę w niej bardziej rolę edukacyjną (i to raczej „do wewnątrz” niż „na zewnątrz”) niż jakąkolwiek inną. Nie oszukujmy się, nasza rola w kształtowaniu rzeczywistości politycznej zazwyczaj ogranicza się do oddania głosu na określone ugrupowanie. Nie mamy natomiast nad nim żadnej realnej kontroli. Oczywiście można lobbować, protestować, organizować pikiety, pisać maile i zbierać podpisy, jednak, co już nieraz udowodniliśmy, nie jesteśmy w tym najlepsi. Dotychczas największą liczbę podpisów pod apelem o wprowadzenie jakiejś formy legalizacji związków jednopłciowych udało się zebrać w akcji „Wszyscy na tak” – i jest to zaledwie 14 tysięcy. Biorąc pod uwagę ogólną liczbę użytkowniczek i użytkowników portali LGBTQetcetera oraz fakt, że osoby, które wyraziły poparcie dla akcji, miały zagwarantowaną anonimowość, to naprawdę nędzny wynik. Że o kilku kilkunastoosobowych pikietach pod Sejmem (szybko zarzuconych) nie wspomnę. Tak że jak na mój gust nasza droga do stania się realną siłą, z którą politycy po prostu muszą się liczyć, jest jeszcze daleka. A nasze głosy tutaj są jedynie głosami mniejszości w mniejszości.

Co z tego wynika? Wbrew pozorom nie, że trzeba czekać, ale że trzeba po prostu działać. Dlatego cieszy mnie powstanie Grupy Inicjatywnej ds. związków partnerskich. Z drugiej jednak strony uważam, że, chociażby ze względu na ograniczone środki (finansowe i osobowe), lepiej by było, gdyby zajęła się wyłącznie napisaniem ustawy i przekonywaniem do niej polityków, a nie edukacyjno-dyskusyjną objazdówką po Polsce. Bo przeświadczenie, że nie da się wprowadzić ustawy bez szerokiego poparcia w tzw. środowisku, a już szczególnie, że się do tego środowiska dotrze i ono tego poparcia udzieli, można między bajki włożyć. Niestety. Jasne, że można wylistować najważniejsze postulaty i zrobić portalowe badanie opinii społecznej. I jasne, że można się tymi głosami potem kierować, bo skoro mamy już dyskusję „ogólnopolską”, to nie widzę powodu, by nie było również dyskusji ogólnoportalowej. Tym bardziej że skoro nie ma co liczyć na głosy większości, wypada szanować zdanie tych, którym się chce i którzy się sprawą interesują. Kłopot w tym, że w końcu trzeba zrobić ten decydujący krok i ustawę po prostu napisać. I pchać ją dalej. I to nie w imieniu wszystkich, ale wbrew wielu. I szczerze mówiąc, tego właśnie oczekuję od Grupy Inicjatywnej. Że napisze projekt ustawy, przyjmie na klaty krytykę (w tym pewnie również i moją), znajdzie tych piętnastu posłów (bo w 100 tysięcy podpisów jakoś mi się nie chce wierzyć, choć byłby to dla nas niezły sprawdzian), da im go do rąk i będzie się modlić, bo więcej zrobić nie może, by ustawa została poddana pod głosowanie. A jak nie przejdzie (bo raczej nie przejdzie), to zrobi to jeszcze raz. I jeszcze raz.

Po tym przydługim wstępie, czas na mój przyczynek do dyskusji o tym, co właściwie w tej ustawie powinno się znaleźć. Ale od razu ostrzegam – nie będę oryginalna. Jak już napisałam na początku, uważam, że jedynie pełne zrównanie praw osób nieheteroseksualnych z prawami osób heteroseksualnych jest satysfakcjonującą opcją, bo lobbowanie za jakimkolwiek innym rozwiązaniem jest jednoczesnym przyznaniem, że jesteśmy gorszym gatunkiem ludzi i jako takim równe prawa nam się po prostu nie należą. Z drugiej strony rozumiem, że przy obecnym układzie politycznym, a właściwie przy jakimkolwiek z tych, które miałam już okazję obserwować w tym pięknym kraju nad Wisłą, szanse takiego rozwiązania są raczej marne. Pytanie, czy byłabym w stanie zaakceptować jakiekolwiek inne. I jednak mimo wszystko tak, choć równie słabo wierzę w jego rychłe wprowadzenie. Kłopot w tym, że nawet jeżeli szanse przyjęcia ustawy dającej mi jakiekolwiek prawa są choć ciut większe niż znikome, to chciałabym spróbować – a nuż się uda i będę miała choć kilka powodów mniej do zmartwień. Bo te kilka to czasami bardzo dużo i w pewnych sytuacjach mogą się okazać ważniejsze niż poczucie, że, według prawa, jest się człowiekiem drugiej kategorii, czy że dostałam się ochłap na odczepne. Smutne, ale prawdziwe.

Miewam od czasu ponure myśli spod znaku „co by było, gdyby”. Co by było, gdyby coś mi się stało, a moja partnerka zostałaby sama z niespłaconym kredytem mieszkaniowym i koniecznością zapłacenia dwudziestoprocentowego podatku spadkowego za tę połowę mieszkania, które jest na mnie. Co by było, gdyby zabrakło mojego ubezpieczenia zdrowotnego, które szczęśliwie, dzięki otwartej polityce mojej firmy, obejmuje nas dwie. Ot, takie drobiażdżki – nagle to wszystko, co jest nasze, wspólne, na co pracowałyśmy przez te wszystkie lata związku, nie stałoby się automatycznie jej. Gorzej, musiałaby jeszcze raz płacić za coś, co, gdy jesteśmy razem, jest naszą własnością. Nawet gdybyśmy spisały testament albo moja rodzina stwierdziłaby, że to jej się po prostu należy. Inna historia, pewnie z niejednego życia. Rozstajemy się, jedna jest sytuowana lepiej – ma mieszkanie, dobrą pracę itd. itp. Druga – cóż, nie ma. Co się wydarza? Ano czasami to, że jedna osoba zostaje nagle bez środków do życia. Ewentualnie musi egzystować na granicy ubóstwa, bo zarabia tyle, że stać ją co najwyżej na podnajmowanie pokoju i zapiekankę z makaronu na kolację. Gdyby to był rozwód, nie „zwykłe” rozstanie, miałaby prawo do alimentów. A tak? Cóż, jest zdana na łaskę drugiej osoby. A na jakim koniu jeździ łaska, każdy wie. Mogłabym też opowiedzieć historię o wspólnym dziecku czy o tym, co się dzieje, jak druga osoba leży nieprzytomna w szpitalu, ale wiadomo, jak się takie opowieści rozgrywają i kończą.

Słowem, wzięłam pod uwagę to, co jest dla mnie najważniejsze. A najważniejsze jest dla mnie zabezpieczenie bliskiej mi osoby (lub osób, gdy w grę wchodzi również dziecko) na wypadek, gdyby coś mi się stało. Rytuały mnie nie kręcą. Nie interesuje mnie też, jak ten nasz związek miałby się nazywać. Chciałabym tylko, gdy znowu najdzie mnie nastrój na „gdybanie”, myśleć w wyłącznie kategoriach emocjonalnych, nie finansowych. A równość? Cóż, w sytuacji, gdy będziemy mieli inne rozwiązanie niż małżeństwo (a jeżeli już do czegoś dojdzie, to raczej tak się stanie), chciałabym, aby objęło ono również pary różnopłciowe. To, że my jesteśmy wykluczani, nie powinno nam dawać prawa do wykluczania innych. I tłumaczenie, że osoby heteroseksualne nie są zainteresowane takim rozwiązaniem, nie jest dla mnie żadnym tłumaczeniem. Bo tak naprawdę tego nie wiemy.

Na zakończenie jedna uwag ogólna. W dyskusji o związkach brakuje mi jednego słowa (choć czasem się pojawia) – „obowiązki”. Jak obowiązek alimentacyjny czy niemożność ubiegania się o zasiłek, gdy jedna osoba ma niskie dochody, a druga zarabia sporo. Uważam, że powinniśmy częściej podkreślać, że chodzi nam nie tylko o prawa, ale też o wzięcie na siebie wszystkich obowiązków, które niesie ze sobą zawarcie związku. Ot, tak PR-owa zagrywka, bo wiadomo, że o tym wiemy, ale podkreślanie tego przy każdej okazji mogłoby trochę pomóc. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Ewa Tomaszewicz Rocznik '77. Na stałe już tylko w kabarecie Barbie Girls. Muzyka: lesbijskie piosenkarki folkowe, prasa: tylko w internecie, książki: oprócz Winterson czeka na Rawińską, marzenie: Michigan Womyn's Music Festival, wyznanie: SEO.
Współpracuje z tymi, których lubi.
Blog autorki: http://trzyczesciowygarnitur.blogspot.com

Autorzy:

zdjęcie Ewa Tomaszewicz

Ewa Tomaszewicz

Ewa Tomaszewicz – rocznik ’77, założycielka bloga http://trzyczesciowygarnitur.blogspot.com, współtwórczyni kabaretu Barbie Girls. Dziennikarka. Niezrzeszona, wspiera tych, których lubi. Muzyka: (polityczny) folk (kobiecy), prasa: tylko w internecie, książki: oprócz Winterson czeka na Rawińską, marzenie: Michigan Womyn’s Music Festival, wyznanie: SEO.

8 komentarzy do:Związki? Bądźmy realist(k)ami

  • Bobo

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    Nareszcie jakiś przytomny głos w tej całej dyskusji o związkach i przyległościach. Nareszcie taki normalny, ludzki, osobisty.

  • do BOBO (didżeja bobo?)

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    A poprzednie były nieludzkie?

  • junior

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    bardzo rozsądna, wyważona opinia

  • Xys

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    bliskie mi myślenie.

  • Blis

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    Obowiązki to bardzo ważna kategoria, cieszę się, że Autorka zwróciła na to uwagę. Faktycznie nie można zapominać o alimentach, alimentach na dzieci niebiologiczne, zobowiązaniach finansowych i całego szeregu zależności. Nie wiem, czy to regulują kodeksy, czy musi być dodane do ustawy.

  • Adam Em.

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    W pelni sie zgadzam z ostanim akapitem – obowiazki nie powinny byc traktowane jedynie jako PR zagrywka, wszak one stanowia o powaznym podejsciu do zagadnienia regulacji prawnej zwiazkow osob nieheteroseksualnych. Poczucie zapewnienia bezpieczenstwa dla swojej partnerki/swojego partnera wynika wlasnie z polaczenia przywilejow jak i obowiazkow, i tak jak piszesz musi to byc podkreslane przy kazdej okazji projektow owej ustawy. Od razu odpowiem ci na pytanie czy osoby niehetero sa zainteresowane takim rozwiazaniem – tak jak najbardziej (przynajmniej dwie osoby juz masz na liscie zainteresowanych :) ) ) Wszak mam juz ponad 30 lat i w koncu najwyzszy czas sie ustabilizowac, zalozyc rodzine i marzyc o wnukach. A co z kwestiami dziedziczenia majatkow przez dzieci i wnuki osob nieheteroseksualnych? Spraw jest duzo i pewnie pojawi sie jeszcze wiecej do zawarcia w ustawie :)

  • KaFor

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    Najważniejsze na dzisiaj przedstawić projekt ustawy i wprowadzić go do Sejmu. nie przejdzie? Nie przejdzie. To jeszcze i jeszcze raz! Do skutku.

  • Zen

    [Re: Związki? Bądźmy realist(k)ami]

    Ale też najważniejsze, to taką ustawę napisać i dać publiczności do wglądu. Nawet jak się nie znamy na prawie (tzn. poza prawnikami), to i tak ze względów propagandawych jest to wskazane. Ciekawe czy można by zorganizować projekt obywatelski i 100 tys. podpisów. Pamiętam, że przed wyborami prezydenckimi prof. Szyszkowskiej zabrakło kilka tysięcy tylko do zarejestrowania się jako kandydat, więc może by to się udało.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa