- homiki.pl - http://homiki.pl -

„Ciśnienie” na równość, nie na związki

[1]

Po latach działania na rzecz równouprawnienia nieheteroseksualnych ekspresji płciowych w przestrzeni społecznej (czym nazywam nie tylko równouprawnienie jako dopuszczenie do pełnego udziału w życiu publicznym, lecz także w równość sensie stricte prawnym), które efekty przynosi nie tyle kiepskie, ile stopniowe, niczym dziwnym nie jest ogólna frustracja, głównie gejów i lesbijek, chcących wreszcie rewolucyjnej zmiany, a nie pełzania określanego dyplomatycznie „jednostkową zmianą świadomości społecznej”.

Ciągła potrzeba masowego (o tyle, o ile) zrywu w słusznej sprawie skończyła się zrywem w sprawie związków partnerskich. Co ciekawe, zryw nie był, jak zazwyczaj, reakcją na skandaliczną akcję (tu: wypowiedź, pomysł na konserwujące nas w ciemnocie rozwiązanie prawne), tylko samoorganizującym się projektem, który sezonowo staje się, przynajmniej z perspektywy medialno–politycznej, najważniejszym postulatem osób nieheteroseksualnych.

Jeśli miałabym określić swój stosunek do rejestrowanych związków w ogóle, byłby on taki, jak radykalnych młodych feministek z filmu „Stowarzyszenie Małych Cycków”: najlepiej, żeby ich w ogóle nie było (tak dla osób homo, jak heteroseksualnych), bo – szczególnie w formie czegoś, co nazywamy małżeństwem – są reliktem konserwatyzmu i narzędziem opresji. Przynajmniej w takim kształcie, w jakim istnieją do tej pory. Rozumiem, że rejestracja związku pociąga za sobą szereg przywilejów socjalnych dot. dziedziczenia itp., ale wierzę, że przy odrobinie chęci można by bez przysięgania sobie wiecznej miłości przed urzędnikiem państwowym rozwiązać te kwestie z korzyścią dla obu stron.

Jednak, niestety, chęci takich nie ma, a małżeństwo jest póki co powszechnie uważane za najdoskonalszą formę współżycia społecznego. Jakkolwiek jestem przeciwna opieraniu strategii emancypacyjnych na istniejących już normach i próbach pozornego przystosowania się do nich (czyli ogólne pragnienie pokazania, że „jesteśmy tacy sami”, co jest bzdurą niesamowitą, bo tak samo, jak wszyscy geje i wszystkie lesbijki nie są takie same, tak cały gatunek ludzi nie jest jednakowy…), tak nietrudno przyznać, że w jakimś stopniu stanowione prawo ma moc zmiany tych norm (w przypadku kwestii związków: nadal małżeństwo pozostaje małżeństwem i mimo że nie traci na znaczeniu w sensie społecznym i politycznym, to samo pojęcie zostaje przedefiniowane). Pod warunkiem, że zakłada faktyczną równość, a nie jej substytut. Substytutem jest właśnie żądanie „jakiejkolwiek regulacji” statusu związków par jednopłciowych, które w dyskusji tej już się kilka razy przewinęło. I głupotą – bo tak naprawdę jakakolwiek regulacja właśnie jest – jakakolwiek, czyli żadna.

Dobrze byłoby, gdyby osoby nieheteroseksualne miały możliwość zawierania związków między sobą, na takich samych warunkach, jak mogą to zrobić pary heteroseksualne. Dlatego popieram postulat „związkowy”, ale tylko wtedy, jeśli chodzi w nim o całkowite zrównanie praw osób hetero i nieheteroseksualnych, czyli w tym przypadku – prawo do zakopywania się w opresyjnych instytucjach w równym stopniu. To, że sama nie skorzystałabym z tego prawa, to już insza inszość, sama możliwość stworzona dla wszystkich, którzy chcą, jest cenna i potrzebna – właśnie z perspektywy równości wszystkich obywateli i obywatelek.

Krótko mówiąc: mam ciśnienie na równość, a nie na związki. Na ekspresję, a nie tożsamość. Na zaufanie, a nie opresję. Na emancypację, a nie asymilację.

Rozumiem, że temat ustawy o związkach partnerskich pojawił się, bo była potrzeba jakiegoś jednego, transparentnego przekazu / żądania rzuconego w przestrzeń polityczną. Ale życzyłabym sobie, aby ten przekaz jednak zawierał w sobie – oprócz ślepego pragnienia – również trochę zdroworozsądkowego myślenia z egoistycznym: „co my z tego będziemy mieli” na czele. W innym przypadku postulat równości zastąpi pragnienie litości. A to chyba nie o to w tej całej imprezie chodzi.

Aleksandra Sowa – rzeczniczka prasowa festiwalu Queerowy Maj i Marszu Równości w Krakowie, koordynatorka KPH Kraków, współpracowniczka „Furii”. Ma dziewczynę lesbijkę, brata geja, pluszowego hetero–kota, a sama jest biseksualna.

Autorzy:

zdjęcie Aleksandra Sowa

Aleksandra Sowa [2]

Dziennikarka i publicystka. Współorganizatorka i rzeczniczka prasowa festiwalu Queerowy Maj i Marszu Równości w Krakowie. Świeża teatromanka i od zawsze nałogowa czytelniczka. Do niedawna związana z Kampanią Przeciw Homofobii, wcześniej – z Krytyką Polityczną i partią Zieloni 2004.