Tylko homiczek

Zobacz, na sukience usiadł ci motyl! To chyba rusałka. Sama jesteś rusałka! Miłka się śmieje. To paź królowej. Żółty, a tu ma oczka. Tu, na dole. Rzeczywiście, zgoda, moja królowo, mogę być twoim paziem, twoją dwórką, czym tylko sobie zażyczysz. Tak? Spogląda mi zaczepnie w oczy. Hm… Wolę cię raczej w roli kolekcjonerki motyli. E… Przesadzasz! Jaki tam ze mnie kolekcjoner. Mnie nie interesują inne motylki, ćmy, ważki, bąki i wszelakie latające paskudztwa, ja tam wolę skoncentrować się na jednym okazie. Dobrze wiesz jakim. Jestem raczej entomologiem. Z zamiłowania, powołania i z wieloletnim doświadczeniem. Chodź, zbadam twojego motylka. Zwariowałaś! W szczerym polu! No właśnie, lipiec – wokół pszenica, świerzop albo inna dzięcielina – nie znam się na tym. Chodź, połóż się, sarenko. No coś ty, Dorota! – przekomarza się mój homiczek. A jak ktoś zobaczy? To będzie miał kino za darmo. Nie przejmuj się tak. Poczekaj, tu będzie dobrze. Tylko moją wiatrówkę ci podłożę, żebyś się nie pokłuła, i strzepnę te mrówki. Jak one mogły w tym zbożu, kiedyś? Te wszystkie chłopki? Przecież to ostre i twarde cholerstwo jest!
A tu nie. Tu jest mięciutko… rozchylę delikatnie twoje skrzydełka… i już mokro. Całkiem mokro.

Dlaczego, jak się śmiejemy, to trzęsie się nam brzuch? A nie płuca? – jęczy wśród chichotów Miłka. Zaraz też piszczy i znów kwiczy, biorąc najwyższe C pośród główek, rączek, pup i nóżek. Ledwie wystaje spod kłębka dziewczynek, które łaskoczą ją z wprawą. A wrzawy robią więcej niż marcowe koty. Małe: Sławka i Bożka. Czyli: Grzymisława i Bożysława. Kto to widział normalnym dzieciom takie imiona nadawać? Ale ona, Ludmiła, chciała tradycję rodzinną podtrzymać, że niby słowiańskie, staropolskie imiona mają znaczenie. Kiedyś każde imię było osobne, jedyne, na własność, idealnie pasujące jak portki szyte na miarę. Tacy Indianie jakie opisowe, wszystko mówiące imiona nosili: Wiatr we Włosach, Siedząca Sowa, Gryzący Bóbr, Trzy Zęby, Jeleń na Rykowisku… Nazwy z sensem jak przy stwarzaniu świata. Gdyby nie ta tradycja, to pomyślałabym, że moja Miłka do jakichś nacjonalistów, narodowców przystała, bo tam wśród nich także moda na Mieszków, Sławków, Ziemków i podobnych Piastów z Rzepichą. I jeszcze chciała, żeby starsza dziewczynka sławiła absolut, a druga żeby nie bała się swego głosu dziewczyńskiego, żeby słychać ją było niczym wulkan, kiedy złość się w nim gotuje. Nie żeby cicha i potulna była, jak jej mamusia nie przymierzając. Choć Miłka tylko na pierwszy rzut oka taka myszka pod miotłą, a swego jak trzeba umie bronić. Pazurami choćby.

A Dorota? Widać, że moi starsi nie przywiązywali wagi do tradycji. Bo to było tak. Jedziemy kiedyś z wycieczką krajoznawczą, w Polskę tak sobie jedziemy, ale na trzeźwo. Patrzymy po drodze: Kalisz. Pradawne miasto słowiańskie, jeszcze z czasów rzymskich, więc się zatrzymujemy. A tam niespodzianka: baszta Dorotka. Podobno zły starosta kazał swoją córkę Dorotkę żywcem w jednej z piętnastu baszt zamurować. Za zakazaną miłość do szewczyka. Wiadomo, że ubogiego, bo innych szewczyków wówczas nie było. Nie to co dziś – Manolo Blahnik „Seks w wielkim mieście” obsługujący. To tyle legenda. Bardziej prawdopodobne jest, że w baszcie kaliskiej córy Koryntu zamykano, które od prawieków nazywano dorotkami, wystarczy Morsztyna poczytać, to co miesiąc temu „swawolne, wszeteczne i niezawstydzane” czytała mi na głos Miłka. Tak jak ja na wszystkie pędraki niewyrośnięte Kajtek wołam, tak kiedyś widocznie lekkie panienki zwano, różnicy nie czyniąc, dorotkami. Więc taki źródłosłów jest, cokolwiek by rzec, staropolski, mojego imienia.

Jak już dziewczynki wykąpałyśmy, poczytałyśmy im do snu „Pippi” – o, ta Lindgren mądrą babką była, to położyłam homiczka na łóżku, odsłoniłam jej brzucho śmiejące i patrzę. Na wielką podłużną bliznę od samego pępka się ciągnącą. Pamiątkę po cesarkach. Najpierw, dawno temu, kiedy się poznałyśmy, myślałam sobie: szpeci moją sarenkę. Oj, nie podobała mi się ta różowa krecha wklęsła, dzieląca niczym rzeka piękny brzuch Miłki na dwa urodzajne brzegi. A teraz? To część jej samej, jej bólu, jej porodów, jej zwycięstw. Nie chciałabym, żeby miała gładką skórę. Wyciągnęłam z wazonu bukiet łąkowych wiechciów, co to go z wycieczki niedzielnej przytachały Bożka ze Sławką, zrywałam po jednym płatku i obsypywałam nimi brzuch mojej dziewczyny, ciało mojej bogini, boże ciało. Pachniało skoszoną trawą i mlekiem. Jak ona to robi, że nigdy nie śmierdzi? Nawet jej pot, jej najbardziej intymne zakamarki… A kiedy było po wszystkim, ona w śmiech. Strzepnęła przyklejone płatki margerytkowe, zwinęła się w fotelu, zamyśliła, a po chwili nagryzmoliła coś na kartce. Pyta, czy pamiętam, jak wygląda Wenus z Milo albo figurki płodności z paleolitu. I czyta mi „Śmiejącą się brzuchem”. Za diabła nie rozumiem jej wierszy, ale może sobie czytać. Wtedy tak błyszczą jej oczy. Widać, że poezja dobrze na krążenie jej robi.

Miłka maluje rzęsy. Na przyjście Kasi i Igi. Lubię patrzeć, jak mój homiczek robi delikatny makijaż. Już nie próbuje mnie namawiać do malowania. Ja i pomadka! Jak wół do karety! Ty masz twarz trolla. Herbertowską – docina mi Miłka. Jasne oczy, zadarty złośliwie nos i pełne szerokie usta. Gdzie tam wypełnione kolagenem lub permanentnie powiększone za pomocą implantów miękkich. Wyciąganych na życzenie. Z uwzględnieniem zapalenia, wyparcia „Obcego IV” lub przesunięcia go na policzek, brodę, nos ewentualnie do żołądka. W najlepszym wypadku rybie gwiazdy i gwiazdeczki, celebryty od Hollywood po Psią Wólkę nie mogą poruszać sparaliżowanymi wargami z implantem, który wstrzyknęły sobie w usta. Do mnie nie pasuje ani kolagen, ani implant, ani szpilki. Bo usta mam do jedzenia i całowania, stopy do stąpania po ziemi, a tyłek do siedzenia na krześle. Kęs smaczny, chód prosty, a siad rozwarty.
Pierwsza przychodzi Kasia. Z torbą pełną lodów. Kasia to z tych, co ma humorki, wielkie serce i wyrozumiałego męża. Reprezentuje idealnie typ dziewczyn zadbanych do niemożliwości. Czasowych i finansowych. Prosto z frytkownicy, zmarszczki jak nic murowane za lat kilka, a na razie bordowe pazurki, fioletowe podcienie oczu ściąg¬nięte z filtrów artystycznych Photoshopa i pasemka zielonkawe na głowie. Omiata mnie wzrokiem krytycznie i mruczy, że mogłabym brwi do regulacji, rzęsy na spiralę dać, a fryz zmienić, tobym niezła laska była.
Wszystkie będziemy Angeliną Jolie, prorokuję beztrosko, chirurgia twarzowa w Chinach ma przed sobą przyszłość świetlaną, angeloplastyka przemieni nas w chude anielice o żabich ustach z połamanymi szczękami. Wszyscy faceci będą ostatnim Bondem. Jamesem Bondem. Młodzi aż do śmierci, na środkach przeciwbólowych, faktem tym będziemy wstrząśnięci, ale nie zmieszani. Kasia ręką na mnie macha, że niereformowalna jestem, a ona chciała dobrze, kosmetyczkę swoją by mi wypożyczyła.

Iga ląduje po godzinie, jak zwykle zalatana, choć w życiu nie widziała kosmetyczki. Z wyjątkiem tych od piercingu. Inkrustowana jest kolczykami srebrnymi rozsianymi po całym ciele w liczbie coś koło sztuk dziesięciu, wliczając w to i te na częściach najbardziej niedorzecznych. Kolczyk w nosie jak obrączkowany byk, którego do rozpłodu prowadzi się, ciągnąc za kółko. Kolczyk na języku, kolczyk w sutku i na łechtaczce podobno zwiększają doznania erotyczne, jakby erotyka nie w głowie siedziała. I zero makijażu. Co nie przeszkadza jej zmieniać dziewczyny jak redakcje gazet, do których pisuje. Felietony ociekające śliną i zajadłością. Umie być w tym testosteronowa. Kiedyś myślałam, że hormon męski tylko mężczyźni mają, a tu się okazuje, że nie, że i kobiety. Z tym że gdy jeden facet może mieć dwa razy więcej testosteronu od drugiego faceta w skrajnych wypadkach, to jedna kobieta od innej kobiety nawet sto razy, o czym świadczy jej palec serdeczny dłuższy od wskazującego. Choć kto wie, może niedługo naukowcy odkryją, że za wolę walki odpowiada i estrogen, i sportowcy będą faszerować się przed startem żeńskimi hormonami? Wiedźmowatymi?
Iga Inkrustowana znana jest medialnie jako zdecydowana feministka i z branży. Na srebrnym łańcuszku zawsze wyeksponowana siekierka o dwóch ostrzach jej dynda, żeby broń Boże nie przegapiła jakiejś okazji. Tyle że nie wszystkie les wiedzą, co to labrys. Ja też nie wiedziałam, póki mi Miłka nie wytłumaczyła symboliki. Demeter bogini przed wiekami i mitami berło sobie zrobiła z siekiery o podwójnym ostrzu, a ku jej czci kapłanki kochały się miłością rodem z wyspy Safony. I Amazonki nie tylko z łuku strzelały, co miało wpływ na ich piersi pojedyncze, ale i wymachiwały całkiem z wprawą labrysami.

Przyszły więc do nas z lodami orzechowymi i sprawą. Tą sprawą, jak się zaraz okazało, było namówienie nas na marsz równości. Kasia, choć jest heteryczka, zawsze bawi się w organizację tego typu imprez. W ogóle na demonstracjach homki są w mniejszości, idą nasi przyjaciele, znajomi, zupełnie obcy heterycy, którzy pokazują, że są za. Nie licząc cyklistów i osób niepełnosprawnych, którzy paradują w swoich interesach, w końcu każdy do jakiejś mniejszości należy. Na marszach byłam kilka razy. Pamiętam, jak w Krakowie ludzie niepewnie uśmiechnięci tuptali, z rowerami, psami, dziećmi, kolorowymi chorągiewkami. W Poznaniu też jakoś niemrawo wcześniej bywało, pyrami nas co najwyżej obrzucano, póki policja na koniach nas nie rozgromiła, bo prezydent zgody na marsz nie podpisał. Niechcący chyba się nam przysłużył, bo od tego roku ludzie na nas sympatyczniej spojrzeli, a niebiescy z psami już nie na nas, a na wszechpolaków, którzy by komuś w mordę ideologicznie dali, oraz na zwykłych chuliganów, co to idei nie potrzebują, by komuś zasunąć, oko mieli. Ostatnio my z bębnami, z tęczowymi włosami, balonikami, transparentami oraz byłym księdzem odzianym w czarną skórę motocyklisty ciągnęliśmy, a komu nie w smak było, mógł sobie co najwyżej pozwolić na skandowanie: pe-da-ły, pe-da-ły, lub na recytowanie uroczego wierszyka: Chłopczyk i dziewczynka to normalna rodzinka. Ewentualnie zostało mu powiewanie napisami: RÓB TO W DOMU PO KRYJOMU, jakbyśmy seks na ulicy uprawiały, na co zresztą z ochotą niejeden by popatrzył.

Ale odkąd Miłkę poznałam, nic mnie do uczestnictwa w paradzie razem z nią nie skusi. A tym bardziej grymasy Igi lub trzepot rzęs Kaśki. Sama chodzę. Bo gdyby ktoś ośmielił się obrazić moją sarenkę lub czymś w nią rzucić, lub po skończonej manifie szarpać, do bramy ciemnej ciągnąć, to sprawa finał na policji albo pogotowiu by znalazła. Aż mnie szczęka boli, gdy mnie taki obraz olśni. I po kiego licha bym się szarpała zresztą z jakimś dresiarzem lub moherową babcią, posyłającymi nas do krematorium, do obozów zagłady, wymyślonych jednak dobrze na Żydów i zboczeńców, choć w ogóle to zło, to zło…
Miłka długo kłóciła się z Igą, aż im lody się roztopiły z tej złości i niezjedzenia. Trzeba ludziom uświadamiać, ilu nas jest, bo mówią, że nie znają żadnego geja, żadnej lesbijki, że to wymysł szatański jest. Jak będziemy siedzieć cicho, to nas połkną. Najpierw musimy pokazać wszem wobec, że jesteśmy, że mamy problemy, musimy zaistnieć jako siła społeczna i polityczna, ludzie tylko z silnymi się liczą, tylko z nimi pertraktują, potrząsała kolczykiem w nosie Iga.

Można uświadamiać na co dzień, powoli rodzinę, znajomych, sąsiadów, tupała nogą Miłka. Jak ja w pracy. Wszyscy wiedzą, że jestem leską, i nikt mnie nie wyrzucił. Razem kupujemy w jednym sklepie pod firmą drożdżówki, wodę mineralną, bułeczki, pastę do zębów i podpaski, wspólnie pijemy kawki, nasze dzieci do tych samych szkół chodzą. I powiem więcej: lubią mnie bez względu na moją orientację. Ja też się kumpel i kumpli nie pytam, czy preferują seks misjonarski, czy od tyłu.

Ale z tą pracą to Miłka nie do końca ma rację. Ona robi w reklamie, to wiadomo. Artysta zawsze był autsajderem, dziwakiem. Ma społeczne przyzwolenie na odmienność swoją. A ja? Gdybym wyszła z cienia, „Wejście Smoka” bym dyrektorce fundnęła, z miejsca by mnie wyrzucili na łeb, na szyję ze szkoły. Bo uczniów nie można deprawować. A pani od wuefu nie znajdzie pracy bez dzieci. Ciekawe, taki Giza to znęca się psychicznie i fizycznie daje w kość ponad miarę słabszym dzieciakom, dziewczynki mi donoszą, że je przy ćwiczeniach dotyka, gdzie nie trzeba, ale jego nie usuną. Tylko mnie, za moją sarenkę. Próbowałam coś zrobić w sprawie dziewczynek. Wezwałam rodziców, nie przyszli, dwie się zjawiły tylko mamusie i oznajmiły, że ich pociechy bujną wyobraźnię mają albo przesadzają, bo nie znają się na rzeczy. To znaczy na molestowaniu. I że ja także lepiej bym cicho siedziała, bo jak się trener obrazi, to ich dziewczynek dalej nie będzie szkolić, a one mogą daleko zajść w siatkę. Jak nasze złotka polskie kochane.
Tyle o mojej szkole, a tu Kaśka wierci nam dziurę w brzuchu, że może parady nie są doskonałe, ale że nie wymyślono niczego skuteczniejszego. To co, idziecie? Może spotkamy Magdalenę Środę albo Marię Janion? A co to ja? Nie widziałam ich? Co z tego, że w telewizji. Na marszu też nie będzie okazji pogadać. Co osiągamy, dając tumanom okazję do znieważania i rzucania w nas świeżymi jajkami z braku śmierdzących? Nie dawała się Miłka Idze. To ekshibicjonizm. Ty masz bojowy stosunek do świata. Nie każdy ma potrzebę zdobywania barykady z chorągiewką i śpiewem na ustach. Milczenie wcale nie oznacza zgody.

Ależ oznacza, dodaje swoje trzy grosze Kaśka. Skąd ludzie mają się dowiedzieć, że jesteście normalni, skoro w mediach nie istniejecie prawie, a jak już, to po to, by zrobić sobie komiczny przerywnik na facia-pedała. Powyśmiewać się z dziwaka, co to ni chłop, ni baba, ni wydra. Mięciutki taki, kobiece ciuszki, wysoki głosik i nic, tylko dać mu w mordę. Nie ma żadnych pozytywnych wzorców geja lub lesbijki w polskiej kulturze, filmie, literaturze. Jak chcecie to zmienić? Milcząc?

Ja tam wolę ewolucję niż rewolucję, odparowuje mój homiczek. Wszelkie rewolucje kończyły się krwawo. Bo zmiany wymagają ofiary, unosi się Iga. Nieprawda! Patrz: Gandhi, nasz papież, dalajlama. O ich sile stanowi brak przemocy i cierpliwość, można by rzec, kobieca.
A co, może powiecie, żeby sufrażystki też siedziały w domu, a nie po więzieniach się szwendały?! Dziewczyny, dotąd praw wyborczych byście nie miały, a o wyższym wykształceniu to zapomnijcie. Przecież jeszcze w dwudziestym wieku lekarze przekonywali po serii eksperymentów, że kobiety mają mniejsze mózgi nie dlatego, że proporcjonalnie mniej ważą, ale dlatego, że są głupsze i do nauki poważnej się nie nadają. O to, to. W tyradę Igi wtrąciła się Kasia. Mnie tego uczyła w podstawówce biologica, pamiętam, jak się chłopaki potem nabijali na przerwie z mojego mózgu, choć gorsze stopnie mieli.
Jeśli korzystasz z wywalczonych przez prababcie praw, to masz obowiązek coś z siebie dać. Z tym wykrzyknikiem na ustach Iga Inkrustowana zastygła jak pomnik Nike walczącej. Po czym na pożegnanie ucałowała mnie i Kasię, obrażona nie zwracając uwagi na Miłkę. I dobrze. Jestem zazdrosna o jej pocałunki. Sztywne, lepkie i lubieżne – trzy w jednym, połączyła niemożliwe z możliwym, umiejętniej niż krem na zmarszczki dla szesnastolatki.
Cholera, nie taki ser kupiłaś! Miłka się złości. Jak nie taki, jak nie taki? Przecież wiem, że lubisz tylko Marysieńkę Sobieską. To jest Marysieńka?! Zapomniałaś, jak wygląda? Twarda, ciemnożółta. A to, to coś, jest sklapciałe, wyblakłe, bez dziur prawie, kruszy się w palcach, o, nawet plasterki już się skleiły. Sama spróbuj, jak nie wierzysz. Gorzkie i kwaśne paskudztwo! Ale Miłka, prosiłam o Marysieńkę i popatrz, tu na paragonie, pospiesznie papierek wyjmuję, tu wydrukowali jak byk: Marysieńka Sobieska 32 dag. Rzeczywiście! Ale co ty, oczu nie masz? Jak takie świństwo przywieźli, to nie bierz. Mogłaś wziąć inny, na przykład Królewski. Ale ja wiem, że ty najbardziej Marysieńkę. Marysieńkę, ale nie takiego trupa nie do jedzenia! A teraz co ja z nią zrobię? Pies zje, choć na mleko uczulony. I co ja podam gościom? No co? To ja skoczę do… Nigdzie nie skoczysz, wrzeszczy. Jak cały ranek biegałaś po lesie, to teraz nie ma czasu! Kto posprząta łazienkę? Miałaś mi pomóc, jak zwykle tylko obiecujesz. Ja sama nie dam rady, a one już za godzinę przychodzą. No, co ja im podam? No, co? Ze zdenerwowania jest bliska płaczu.

Nie odzywam się. Opracowałam już taktykę na przeczekanie histerii Miłki. Jak się nie da nic zrobić, to najlepiej się nie odzywać i z oczu jej zejść, rozpłynąć się. Na początku próbowałam ją uspokajać, żartować, ale to tym bardziej ją wkurzało. Teraz idę szybko pucować kurki, zlew, sracz. Ja wiem, że ze mnie dupa wołowa i Miłka miała prawo się wkurzyć. Zaprosiła koleżanki z liceum. Prawie dwadzieścia lat się nie widziały. Ale teraz wszystko „Nasza Klasa” rozwiązuje. Straciliście kontakt? Nie ma sprawy. Nie było was? To i będziecie. Miłka lubi mieć przed przyjściem gości wysprzątane, pozamiatane, upieczone. Mnie tam śmieci i kurz nie przeszkadzają. Przecież znajomi przychodzą pogadać, a nie za sanepid pedantyczny, wściubiający nos i oczy, robić. Ale Miłka mówi, że się wstydzi. To raz. A tu jeszcze planuje przed nimi wyjście z cienia, chce wyautować się na powitanie. Przecież nie zamknie mnie w piwnicy i nie będzie udawać samotnej rozwódki z dwójką dzieci. Boi się, sarenka, jak to będzie wyglądać: albo stwierdzą, że homo to normalka, albo będą udawać, jak to najczęściej wygodnie, że nic nie zauważyły, że do nich nie dotarło, i omijać będą ten temat szerokim łukiem ploteczek za plecami albo wyjdą, trzasnąwszy drzwiami. I tak bywało.

Przepraszam. Miłka wchodzi do łazienki. Nie powinnam być Wezuwiuszem twoim kosztem. Mogę się przytulić? – pyta i wślepia się w świeżo umytą podłogę, żeby nie mnie w oczy. No pewnie, jak na ciebie patrzę, to mi od razu gniew przechodzi. Możesz być zawsze moim Wezuwiuszem, a ja twoimi Pompejami. Przyciskam ją i obejmuję żółtymi rękawicami, brudnymi od mleczka czyszczącego. Puść! – piszczy homiczek i już się śmieje.

A ty, mimo że jesteś homo, masz dużo wspólnego z hetero. Szepczę jej do ucha i nie puszczam. Tak? Patrzy na mnie zaczepnie spod oka. Tak, moja ty hetero. Ja jestem heterą?! Sekutnicą, jędzą, wiedźmą? I plask, mokra szmatka ląduje mi na twarzy. No, teraz ja jej dam!

***
O książce: Miłka i Dorota są parą od kilku lat. Wspólnie wychowują córeczki Miłki i starają się o jeszcze jedno dziecko. Miłka próbuje zajść w ciążę drogą inseminacji. Razem z Dorotą, która wyposażona jest w „usta do jedzenia, stopy do stąpania po ziemi, a tyłek do siedzenia na krześle” poszukują plemnikodawcy, znajdując czas na codzienne zajęcia: happeningi wegetarian, dysputy z Babą na Wysokościach, awantury domowe i namiętne godzenie, pomoc przyjaciołom w opresji i niezupełnie dobrowolny wolontariat w hospicjum… Spotykają przy tym całą galerię dziwnych typów zamieszkujących nasz kraj: Kasię Organizatorkę, Lupkę-Dupkę, co przemieniła się w Antosię, Bysia Ochroniarza, Łukasza Awanturnika, Klarę Czarnulkę… Postacie zarysowane są ostrą kreską, wyraziście, ale prawie nic nie jest tu czarno-białe, jednowymiarowe. (źródło: notka promocyjna wydawcy)

Zofia Staniszewska Moja Les
Wydawnictwo Prószyński, 2010
Stron 224
Cena 26 zł
Więcej informacji: www.proszynski.pl

Dziękujemy wydawnictwu Prószyński za udostępnienie fragmentu powieści.

10 komentarzy do:Tylko homiczek

  • Soniasonia

    [Re: Tylko homiczek]

    Dlaczego wszyscy bohaterowie polskich powieści LGBT muszą mieć takie nierealne problemy? Czekam na powieść, która opowiadałaby o postaciach niezaangażowanych w żaden ruch na rzecz niczyich praw, chodzących najwyżej na spotkania literackie w bibliotece – ot, zwykłych, średniozamożnych mieszkańców przeciętnego miasta, a przy tym świadomych, że nie są „dziwadłami” czy „odmieńcami” i pewnych swoich racji. Jak dotychczas miałam szansę zapoznać się wyłącznie z dziwnie nierealnymi bardzo (jak na polskie warunki aż zbyt) nowoczesnymi mieszkańcami stolic albo ludźmi w średnim wieku nadal żyjącymi w epoce, kiedy „to” było tabu. Nie uważacie, że po n-tym razie taki schemat może się znudzić? Wystarczy popatrzeć na zachodnią literaturę LGBT: są tam i kryminały, i science-fiction, powieści historyczne itp. Przy tym ich polski odpowiednik wydaje się niesamowicie tematycznie ubogi.

  • CCc

    [Re: Tylko homiczek]

    Zgadzam się w 100%, te powieści podejmujący współczesną tematykę życia gejów i les są bardzo monotonne, niestety. To próba mało ambitna przeniesienia tvn-owego wzorca komedii romantycznych, gdzie trawa jest bardziej zielona niż w realu, a każdy mieszka w apartamentowcy, jednak widać takie jest zapotrzebowanie. Mi się podoba ten fragment, ale popieram!!

    Rok temu po tekście na homikach (był to fragment Fryne Hetera) polubiłem powieści Witolda Jabłońskiego o mistrzu Witelonie, to takie fanasy trochę pomieszane z powieścią historyczną, zdecydowanie nowa jakość, wykraczająca poza schemat komedii romantycznych o pięknych i młodych. Pozdrawiam Pana Witolda!!!

  • Jakbyco

    [Re: Tylko homiczek]

    Czekajcie, a może to po prostu wydawnictwo wybrało taki fragment do publikacji? Bo heterycy uznali, że na pewno zainteresuje nas kawałek o paradach? Ja tam jestem ciekawa, czy jednak całość nie będzie bardziej „życiowa”. Martwię się tylko, że to takie czytadło, styl wygląda kiepściej niż w „Życiu rodzinnym świstaka”…

  • moskwa

    [Re: Tylko homiczek]

    Rozpacz. Tak to jest jak się heteryczki biorą za pisanie o branży.

  • ewaeva

    [Re: Tylko homiczek]

    Zaraz rozpacz:) Na zgniłym zachodzie radzą sobie całkiem nieźle, nasze pewnie też się nauczą w końcu.

  • mimi

    [Re: Tylko homiczek]

    chryste panie, ale grafomania.

  • Kakaowy Łasuch

    [Re: Tylko homiczek]

    ale po co odrazu Jezusa Chrystusa w to mieszać ….

  • Rilla

    [Re: Tylko homiczek]

    No niestety, po przeczytaniu fragmentu, już wiem, że się za tę książkę na pewno nie wezmę. Już pal sześć tematykę i jej ujęcie, ale styl! Grafomania okropna. Zupełnie nie rozumiem skąd u współczesnych piszących, takie zamiłowanie do rwanego stylu, pełnego równoważników i upartego czasu teraźniejszego, koniecznie w pierwszej osobie. Czyta się to na dłuższą metę z pewnym wysiłkiem, a przede wszystkim, nieprzyjemnie.

  • Anka Zet

    [Re: Tylko homiczek]

    Chciałam pogratulować Autorce świetnie napisanej historii.
    Finisz był cudowny!

    Serdecznie pozdrawiam i polecam lekturę!

  • Jakbyco

    [Re: Tylko homiczek]

    Ja niestety nie byłam w stanie przebrnąć przez lekturę tej książki. Może i historia jest fajna, może i zakończenie ciekawe, ale całkowicie i na śmierć zamordował ją grafomański styl, nie przypominający niczego zupełnie. Szkoda, les-książek jest tak mało na rynku, i zmarnować taką okazję. :(




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa