- homiki.pl - http://homiki.pl -

NGO-izacja w środowisku LGBT /cz. 2/

[1]

Agnieszka Graff opisała zjawisko NGO-izacji, które w skrócie polega na tym, że Organizacje pozarządowe wyrastają z pewnej odważnej, wręcz utopijnej wizji sprawiedliwości, z pragnienia głębokiej zmiany społecznej. Jednak odchodzą od tej szerokiej perspektywy, bo zajęte są własnym przetrwaniem. Można polemizować z wieloma tezami Graff i to już raz zrobiłem, dzisiaj jednak chciałbym zająć się innym problemem – mnogości organizacji.

Nie wiem czy wiecie, ale „na rzecz LGBTQ” działa w Polsce kilkanaście organizacji. Co ciekawe tylko trzy z nich są organizacjami pożytku publicznego, a więc można uzyskać więcej informacji na ich temat, ale to akurat teraz zostawmy. Czy słyszeliście o Bears of Poland? A co wiecie o Stowarzyszeniu Otwarte Forum? Z czym wam się kojarzy Fundacja Autonomia? Co ostatnio zrobiło Stowarzyszenie Pracownia Różnorodności? I co sądzicie o działaniach Pozytywni w Tęczy? Sam się czasem gubię w tych organizacjach, działaczach i ich dziełach, chociaż siedzę w tym od jakiegoś czasu prawie po uszy. Powinniśmy się cieszyć, że w tak wielu miejscach organizują się osoby chcące pomagać „branży” , ale moim zdaniem bardziej to utrudnia sensowne działanie niż w nim pomaga.

Sytuacja jedna z wielu – osoba X, publiczna, znana i popularna wygłasza homofobiczne kazanie, w którym powiedzmy, że zestawia nas z pedofilami. I teraz każda organizacja, ba – nawet strony internetowe (tak – „nasze” portale też mają zacięcie działaczowskie) wysyłają, każda osobno, listy do Rzecznika Praw Obywatelskich, Premiera, kogoś tam jeszcze. Z tego wszystkiego powstaje masa korespondencji, która jednak nie ma szans na przebicie się informacyjne. Bo co się stanie gdy dziesięć organizacji roześle po 5 listów do tych samych instytucji? 50 listów, 50 odpowiedzi, w efekcie czego żadna z tych odpowiedzi ani żaden list nie staje się „newsem”. Tzn każdy traktuje swój własny list jako news i próbuje się z nim przebić, a następnie obraża się na innych, bo przecież myśmy byli pierwsi, bo przecież myśmy napisali proteścik lepiej, ładniej, a nasza strona internetowa jest bardziej popularna i więcej osób się pod tym podpisało… Tak to później zaczyna wyglądać.

Inna sytuacja – Fundacja Y przyznaje granty na działalność w temacie „tolerancja”. Sześć organizacji LGBT przygotowuje sześć zasadniczo sensownych projektów, ale Fundacja nie widzi sensu organizowania trzech żywych bibliotek i – dajmy na to – trzech „monitoringów”. W końcu grant wygrywa jedna z organizacji, a reszta wścieka się, że ich ominięto.

Organizacje to też liderzy i liderek. I tu właśnie leży pies, a raczej gej i lesbijka pogrzebany. Kilkunastu osób – liderzy i liderki cieszą się, że „ma swoją orgę”, w której mogą sobie rządzić jak chcą (kult wodza, kult zarządu, kult realizowanego grantu czy polityki), przez co na samą myśl o działaniu z innymi orgami lider/liderka dostaje wysypki. Świetnie, że są lokalni liderzy, ale czy czasem nie byłoby fajnie jakby głos orgów LGBTQ brzmiał w zgodnym chórze? Razem? Szybko? Bez tygodniowych konsultacji z obawą, że ktoś się wyłamie i pierwszy gębę otworzy? Bo niestety tak to teraz wygląda.
A przecież gdyby zebrać te wszystkie indywidualności, do tego dorzucić wolontariuszy i wolontariuszki, a przyprawić wszystko ludźmi którzy zamiast działać lubią wymyślać i projektować, to powstałaby fantastyczna siła – od Bałtyku po Tatry! Tęcza dla każdego miasta!

Najśmieszniejsze w całym tym tekście jest to, że już kilka takich prób było. Lambda ogólnokrajowa się rozpadła, oddziały KPH też z czasem zaczynają myśleć o samodzielności. Dlatego fajnie (co za słowo, ale nie mam innego) by było, gdyby chociaż w kwestii niektórych działań głos organizacji LGBTQ brzmiał wspólnie. Jakby pokazać i politykom i mediom, że kilkanaście organizacji to – w porywach – ponad tysiąc wolontariuszy i współpracowników, to kilkadziesiąt tysięcy osób popierających, to silny głos słabej mniejszości – może by było łatwiej? Ale wtedy trzeba zrezygnować z gwiazdorstwa, marzeń o pierwszej stronie w Rzepie czy zaproszeniu do TokFM, bo przecież ktoś to wszystko musi reprezentować. I tu się pobijemy torebkami (jak już stereotypami lecę – lesbijki niech wezmą plecaki).

Jako bajkopisarz mogę sobie wyobrazić taką sytuację, że powstanie jakaś wspólna instancja, w której „nasze” orgi będą mogły wspólnie i demokratycznie rozstrzygać niektóre kwestie, dzięki czemu ich siła rażenia zwiększy się, a geje i lesbijki w Polsce może choć na chwilę poczują, że ktoś faktycznie dba o ich interesy i robi to sprawnie. Nie jest tak, że nikt o „nasze” interesy nie dba – robią to wszyscy, tylko w końcu jakoś tak wychodzi, że nie wiadomo co kto robi, a ciągła konkurencja między orgami sprawia, że w wielu sprawach zamiast działać grzęźniemy w bezsensownych i przeciągających się dyskusjach.

Agnieszka Graff pisząc o organizacjach pozarządowych, właśnie wytyka im, że same nie wiedzą do końca czy reprezentują siebie (czyt. komercja i zarabianie) czy ludzi (wolontariat). Można do tego dołożyć stwierdzenie, że organizacje zbyt często walczą ze sobą, a nie z debilizmami, dla których zwalczania zostały utworzone. Front Jedności LGBT gdyby zaistniał byłby fantastyczną odpowiedzią na obawy Graff o komercjalizację i źle pojmowaną w wykonaniu org profesjonalizację. Ułatwiłby też decyzję wszystkim, którzy chcą wesprzeć orgę LGBTQ, ale nie wiedzą którą. Opłaciłoby się to zarówno finansowo jak i wizerunkowo.

Już przy tekście Graff będąc – w GW ukazała się polemika autorstwa Bodnara i Kucharczyka. Właśnie kłopot z reprezentacją uważają autorzy za jeden z najważniejszych: Są dwa istotne problemy, jeżeli chodzi o miejsce polskich NGO-sów w demokracji: niewielka liczba dużych organizacji – „okrętów flagowych” sektora – i nieobecność jakiejkolwiek organizacji na wielu polach życia społecznego.

Nie ma okrętu flagowego LGBT, organizacji, która potrafiłaby skupić w sobie różne prądy i nimi zarządzać. Która nie obawiałaby się jawności, przejrzystości, demokratycznych procedur, która potrafiłaby angażować w uczestnictwo „człowieka z ulicy”, nie straszyła autorytetem (dziękuję Ewie Tomaszewicz za zwrócenie uwagi na ten aspekt) i nie sprawiała wrażenia „szklanego sufitu”. Czy czasem nie jest tak, że taki „zwykły” żuczek i żuczka, gdy myśli o pomocy w ordze LGBT, to sobie może pomyśleć – ale co ja tam wśród tych wyedukowanych, rozpolitykowanych Biedroniów, Abramowicz, Szypułów, Kostrzewów czy innych będę robić? Orgi LGBT mają gębę, nie twarz. Czas na twarz, najlepiej ludzką i w liczbie mnogiej.

Niestety proste pomysły mają to do siebie, że wywracają się o najlżej odstające kostki w bruku.

Wojciech Szot rocznik 86, właściciel wydawnictwa Abiekt.pl, student, pracownik, blogger.
Zapraszamy i polecamy!
www.abiekt.blogspot.com [2]

Autorzy:

zdjęcie Wojciech Szot

Wojciech Szot [3]

rocznik 86, pracownik, księgarz