Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej

Należałoby chyba zacząć od tego, że lesbijki mają trudniej niż geje. Przychodzi mi na myśl taka metafora, że o ile mężczyźni o orientacji homoseksualnej są prozą, to kobietom zostaje status poezji. I widać to właśnie w literaturze – o ile można by obronić tezę, iż jest obecnie pewnego rodzaju boom na prozę gejowską, o tyle prozy lesbijskiej jest nie tylko mniej, prawie jej nie słychać i, niestety, co tu dużo mówić – jest ona często o wiele słabsza od produkcji, których autorami są mężczyźni.

O tym, gdzie ukryły się lesbijki, o dobrej literaturze oraz Olsztynie, który w 2009 roku mocno zaznaczył się na branżowej mapie Polski – z Bernadettą Darską, wydawczynią, akademiczką, krytyczką literacką, rozmawiają Damian Krzysztoń i Marcin Teodorczyk.

Jesteś redaktorką naczelną „Portretu”, cenionego pisma kulturalnego rodem z Olsztyna i wydawnictwa zarazem. Po znakomitych debiutach prozatorskich bardzo młodych autorów Ewy Berent („Rdza”) i Kamila Gołaszewskiego („Rozpad”), w których wątki homoseksualne są ważne, przyszedł czas na tom poezji Tadeusza Olszewskiego, cenionego poety od dawna, ale szerzej znanego homikom z powieści „Zatoka Ostów”. Co zauroczyło Cię w twórczości Olszewskiego, że postanowiliście ją wydać? Wypada dodać, że dawno żadna książka nie wywołała na Homikach.pl takiego szumu. To fascynujące, gdy ludzie spierają się o poezję…

Zwróciłeś uwagę na tytuły, które zostały przez nas wydane i na wątki homoerotyczne, które w tych książkach się pojawiły. Myślę, że taką ważną zmianą, dostrzegalną w pisarstwie debiutujacycyh autorów jest fakt, iż homoseksualność któregoś z bohaterów służy opowieści o problemach, z którymi musi zmagać się człowiek-każdy. W przypadku Berent – można by powiedzieć, że są to ograniczenia generowane przez społeczeństwo i czyhające na dorastającą dziewczynę, w przypadku Gołaszewskiego mamy z kolei kontekst rodziny jako miejsca cierpień – tych psychicznych, pojawiających się na przykład i paradoksalnie za sprawą milczenia. Z kolei poezja Tadeusza Olszewskiego jest niezwykle intrygująca przez wielość możliwych odczytań – można ją nazwać opowieścią o człowieku wobec kultury na przykład, ale i można by ją na przykład interpretować jako piękną poezję miłosną. Z jeszcze innej strony to niezwykle celna opowieść o cierpieniu. W każdym wypadku wybór na poziomie podstawowym jest oczywisty – decydujemy się wydawać po prostu dobrą literaturę.

„Czas Fem”, twoja publikacja z ubiegłego roku, zajmuje się czasopiśmiennictwem kulturalnym pod kątem obecności kobiet, tematyki genderowej i queerowej. Czy prasa kulturalna w Polsce jest otwarta na kwestie osób LGBTQ?

Feminizm, gender i queer to trzy wiodące motywy pojawiające się w „Czasie Fem”. Nie bez powodu występują razem/obok siebie. Jestem bowiem zdania, że właśnie w prasie feministycznej i w czasopismach kulturalnych doskonale widać, jak kwestie te zazębiają się, wiążą się ze sobą, wzajemnie uzupełniają, są swoim dopowiedzeniem. Jeśli więc po lekturze „Czasu Fem” można postawić tezę, że feminizm z anegdoty zamienił się w równoprawny dyskurs, to samo da się powiedzieć i o queer. Może trudniej do niektórych tekstów dotrzeć, skoro nie ma środowiskowej etykiety, ale zmianę tę uważam za zdecydowanie pozytywną – część dyskursu dominującego została w ten sposób zawłaszczona przez dyskurs odmienności/różnicy.

Właśnie ukazała się twoja kolejna książka „Głosy kobiet”, w której badasz prasę feministyczną po 1989 roku. Jest to kontynuacja „Czasu Fem”, a przy okazji stanowi kapitalne rozpoznanie sytuacji ostatniego 20-lecia. Interesują nas w tej konfiguracji lesbijki. Czy jest jakaś cezura dla obecności lesbijek w mediach feministycznych?

Należałoby chyba zacząć od tego, że lesbijki mają trudniej niż geje. Przychodzi mi na myśl taka metafora, że o ile mężczyźni o orientacji homoseksualnej są prozą, to kobietom zostaje status poezji. I widać to właśnie w literaturze – o ile można by obronić tezę, iż jest obecnie pewnego rodzaju boom na prozę gejowską, o tyle prozy lesbijskiej jest nie tylko mniej, prawie jej nie słychać i, niestety, co tu dużo mówić – jest ona często o wiele słabsza od produkcji, których autorami są mężczyźni. Lesbijki były obecne już w „Pełnym głosem”, tak – by kolokwialnie rzecz ująć – szły łeb w łeb z feministkami. Problem w tym, że po bardzo rozwojowym wydawaniu „Furii Pierwszej” nieco wycofały się z tej przestrzeni. Uważam na przykład, że projekt „Zeszytów Gender Studies”, który pojawił się przy „Furii Pierwszej”, to pomysł, który wymaga kontynuacji. W pewnym sensie nastąpił tu dość istotny zwrot – oto lesbijki oddały część przestrzeni feministkom, jest to więc gest nie tylko równościowy, przede wszystkim niezwykle znaczący, jeśli chodzi o symbolikę.

Pytanie o lesbijki padło nieprzypadkowo i prowokacyjnie. Ostatnio byłem na dyskusji w UFIE zorganizowanej wokół „HomoWarszawy”. Padła tam konkluzja, nieco żartobliwa, że wiele lesbijek ukryło się w ruchu feministycznym. Ale ja pamiętam przypadki ustawiania transparentów na Manifie tak, by hasła lesbijskie nie rzucały się w oczy. Oczywiście to przeszłość, ale zastanawia nas, czy z prasy feministycznej wybija się strategia chowania tego, co niewygodne wizerunkowo? Czy Polska w tej kwestii jest bardziej zjednoczona niż np. USA, gdzie ruch feministyczny przeżył schizmę z powodu niepasujących lesbijek?

Sytuacja jest chyba jeszcze bardziej złożona niż sugerujesz. Pozornie takiego rozłamu nie ma. Zastanowiła mnie jednak dyskusja, która przetoczyła się w środowisku feministycznym po Kongresie Kobiet Polskich. Kwestia tematów przynależnych do dyskursu dominującego i tematów pomijanych (m.in. tu właśnie znalazł się homoseksualizm) wybrzmiewała w tle dosyć mocno. „Zadra”, obchodząca właśnie dziesięciolecie, dużo miejsca poświęca lesbijkom. Można nawet postawić tezę, iż są one stale obecne na łamach „Zadry”. Tematyka ta pojawiała się i w „Pełnym głosem”, i w „Katedrze”, i w „OŚCe” na przykład. Niewątpliwie jest niedoreprezentowana, ale to raczej wina lesbijek a nie feministek. Choć zaznaczam od razu, że opozycja lesbijki-feministki ma w sobie coś fałszywego. Wychodzę jednak z założenia, że nie tylko należy domagać się obecności w przestrzeni cudzej albo tej, która została przed kimś zamknięta, a też do niego należy, ale trzeba też generować przestrzenie własne, mocno słyszalne, wyraziste.

Jak widzą lesbijkę feministki, a jak redaktorzy i redaktorki pism kulturalnych?

Chciałabym wierzyć, że i feministki, i twórczynie i twórcy czasopism kulturalnych nie zastanawiają się nad tym, czy warto współpracować z lesbijką i pisać o lesbijce. Tak samo, jak wierzę, że nie zastanawiają się – ci drudzy zwłaszcza – czy warto współpracować z feministką i czy jest sens o niej pisać. Bo liczy się dobry tekst. Tylko tyle i aż tyle.

Stricte lesbijskich tytułów w prasie kulturalnej doszukaliśmy się tylko dwóch: „Furia Pierwsza”, „Inaczej” i „Interhom” (dwa ostatnie są bardziej „gejowskie”), to dużo czy mało? [na marginesie - 19 grudnia swoją premierę ma mieć nowe pismo lesbijskie, z Anną Laszuk w roli rednaczki, zrecenzujemy je na pewno].

Można by jeszcze wspomnieć o „Replice”, prawda? To chyba niedużo, zważywszy na fakt, że wszystkie trzy wymienione przez Ciebie tytuły już się nie ukazują. Oczywiście, można by pytać „dlaczego?” i można by się zastanawiać, dlaczego nie powstają nowe tytuły. Niech będą efemerydami, ale niech zaświadczają, że ludziom przynajmniej przez jakiś czas się chce. Nie wiem, jakie są tego przyczyny. Na pewno tematyka queerowa jest coraz częściej obecna na łamach prasy kulturalnej niezorientowanej branżowo. Ale to chyba nie jest wyczerpujące wyjaśnienie tego milczenia. Na marginesie można by też powiedzieć o dwóch innych kwestiach – pierwsza, że być może polskie lesbijki nie chcą występować jako grupa (kwestia ta pojawiła się w ankiecie przeprowadzonej niegdyś przez Joannę Mizielińską i opublikowaną na łamach „Furii Pierwszej”); druga, że być może część kobiet jest zrażona chętnie stosowaną taryfą ulgową dla tego, co lesbijskie, mówiąc wprost, że jakość jest mniej istotna niż temat.

A jak to jest z literaturą popularną? Wydaje się, że w świecie Grocholi nie istnieje feministka czy lesbijka, a jeśli już pewnie byłaby to jakaś chłopczyca. Istnieje za to kobieta z problemami sercowymi, która potrafi pozabijać rybiki w łazience. Sami sobie serwujemy te stereotypy?

A tutaj muszę was zaskoczyć. W literaturze popularnej motyw lesbijki wydaje się dosyć modny i czasami wręcz wprowadzany „na siłę”, bez fabularnego uzasadnienia. Wątek homoerotyczny służy często rozwiązaniu problemu wtedy, gdy nie bardzo wiadomo, jak go rozwiązać w inny sposób. Przykładem mogą być chociażby następujące powieści: „Kara” Mai Wolny, „Przecudna” Grażyny Bełzy czy „Zadrośnica” Katarzyny Wasilewskiej. Świetnym pomysłem jest napisanie quuerowej powieści z kręgu „lekkich, łatwych i przyjemnych”, ale z tym są jednak problemy. Książka Anny Arendt „Życie rodzinne świstaka”, wpisująca się w taki projekt, to, niestety, dość marna literatura. Z drugiej jednak strony, jeśli przyjrzymy się kryminałom, to znajdziemy tam świetne portrety kobiet niezależnych, funkcjonujących poza modelem romansowym i instrumentalnie przywoływanym wątkiem homoerotycznym. Z pewnością należałoby tu wspomnieć o siostrzenicy dr Kay Scarpetty z cyklu książek Patricii Cornwell czy o Lisbeth Salander z popularnego trójksięgu Stiega Larssona. Czyli jednak można.

Masłowska, która ostatnio w „Między nami dobrze jest” zarysowała postacie trzech kobiet: babci, jej córki rodem z powieści Grocholi i najmłodsze pokolenie, czyli Metalowej Dziewczynki. Z szafy tym razem wyskakuje II wojna światowa, która wszystko determinuje. Czy w Polsce da się kiedyś pootwierać wszystkie szafy? Powiedzieć głośno o lesbijce z Powstania Warszawskiego?

Jest np. książka autorstwa Marii Nurowskiej – „Hiszpańskie oczy” – gdzie taki wątek się pojawia, bardzo intrygująco poprowadzony i dzieje się w trakcie wojny. Mamy, ważną także na gruncie polskim, książkę „Aimee & Jaguar” Eriki Fischer. Ostatnio ukazały się dzienniki Anny Kowalskiej. Wierzę, że wojna nazywana cywilną dojdzie do głosu. Że przestaniemy słuchać historii o bohaterstwie, ale damy szansę wybrzmieć też tym opowieściom, w których dramat rozgrywa się w milczeniu. Bo jak pisze w książce „Bohater, spisek, śmierć” Maria Janion, także ta cicha śmierć ma prawo głosu, bo nie jest wcale śmiercią gorszą. Szafy mogą się otworzyć dopiero wtedy, gdy wyrzekniemy się martyrologii oraz patosu i pozwolimy zabrzmieć świadectwom prywatnym, intymnym, codziennym.

Przywołana wcześniej Masłowska, stwierdziła też, że: Magazyny kobiece są zawsze o marzeniach, są zawsze „nie dla ciebie”, są festiwalem nieistniejących rzeczy. Ich fałsz jest jak szyba wystawy, którą liżesz. Zastanawiamy się nad odbiorcami i odbiorczyniami. Czy babcia słuchająca głosu Rydzyka, nie jest odpowiednikiem trzydziestolatki pracującej w korporacji? Jedna słucha Radia Maryja, druga czyta Cosmo, jedna chodzi do Złotych Tarasów, druga na pielgrzymkę? Czy obie nie żyją w jakimś zgrabnie opakowanym, bezpiecznym świecie wystaw i ciuchów, a z drugiej strony, wystaw grobu Jezusa na Wielkanoc?

Ciekawe porównanie. Coś w tym pewnie jest. Można by stwierdzić, że kobiety stare uciekają w wersję kościoła proponowaną przez Rydzyka, dlatego że tylko tam czują się dostrzeżone i upodmiotowione, choć – oczywiście – upodmiotowienie to mocno pozorne. Z kolei kobiety młode i dojrzałe cierpią na nadmiar zainteresowania, a raczej na osaczenie szablonem serwowanym na łamach prasy kobiecej – albo jemu sprostają i będą wtedy istniały w przestrzeni publicznej, albo przegrają i wtedy też skażą siebie na niewidzialność. Rydzyk mówi do grupy, ale do grupy wykluczonej, dzięki temu daje pozór pochylenia się nad indywidualnym losem. Przekaz prasy kolorowej dotyczy grupy, ale takiej, do której wypada należeć. Słowa „Jesteś tego warta” w podtekście znaczą: „zachowuj się tak, jak piszemy, a będziesz prawdziwą kobietą”. Rydzyk wyciągając dłoń (też po pieniądze) starszych słuchaczek, pozwala im zaistnieć. Twórcy prasy kolorowej nakazują istnieć w określony sposób. Zasada jest więc podobna.

Jak wygląda olsztyńska kontrkultura. Co można zaoferować osobom LGBTQ? Albo inaczej: co my możemy zaoferować Olszynowi?

Przewrotnie mogłabym odpowiedzieć pytaniem: a czy w ogóle w Olsztynie jest kontrkultura? Oczywiście, pojawiają się co jakiś czas różne inicjatywy odwołujące się czy to do feminizmu, czy to do gender, czy do queer, z pewnością jednak nadużyciem byłoby powiedzenie, że tematyka ta traktowana jest jako równoprawna wobec innych dyskursów i inspirująca intelektualnie. Mam wrażenie, że upodobanie do stereotypów jest jednak silniejsze od otwarcia się na szeroko pojmowaną odmienność. Za moich czasów studenckich razem z koleżankami zorganizowałyśmy Genderowe Koło Naukowe, wydaliśmy jeden numer pisma „Androgyne”, wiem, że było koło naukowe poświęcone płci kulturowej na pedagogice, teraz – również przy pedagogice – organizowane są cykliczne spotkania „Kofe(m)iny”, kilka lat temu Zieloni 2004 inicjowali kilka dyskusji panelowych (m.in. na temat akcji „T-shirt dla wolności”), dwa lata temu udało mi się zorganizować Dni Genderowe, wiosną tego roku w Miejskim Ośrodku Kultury odbywał się Festiwal Niemal Feministyczny, niebawem będzie miał miejsce Festiwal bez Tabu, zaczyna działać w Olsztynie KPH, od lat działa Warmińska Biblioteka Wolnościowa, Teatr im. Jaracza po raz trzeci w tym roku organizował Cykl spotkań Czerwony Październik… Tyle że wszystkie te inicjatywy, zapewne jakąś pominęłam, niewiele zmieniają w mentalności ludzi. Olsztyn zdaje się, niestety, trwać w uśpieniu, w zadowoleniu z tego, co ma, z przekonaniu, że nie warto szukać, bo to, co się ma, wystarczy… Ten marazm dotyczący nie tylko inicjatyw genderowo-queerowo-feministycznych dotyczy kultury w ogóle. Nie mam pomysłu na to, co mogłoby spowodować zmianę. Pocieszające jest to, że coraz więcej studentów interesuje się tą tematyką i chce z niej pisać prace licencjackie i magisterskie. Z tego z pewnością mogą wyniknąć tylko korzyści.

A my, dziękując za rozmowę, polecamy wszystkim czytelniczkom i czytelnikom książki wydawnictwa „Portret”. Więcej informacji o ofercie wydawniczej, na stronie www.portret.org.pl

Bernadetta Darska – ur. w 1978 r. Krytyczka literacka. Redaktor naczelna pisma literacko-kulturalnego „Portret”. Doktor literaturoznawstwa. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWM. Publikacje m.in.: „Dekada Literacka”, „Res Publica Nowa”, „Nowe Książki”, „Twórczość”, „Odra”, „FA-art.”, „Opcje”, „Zadra”, „Pogranicza”, „Kresy”, „artPapier”, „Newsweek”, „Dziennik”, „Tygodnik Powszechny”, a także w tomach zbiorowych. Współredaktorka [razem z G. Borkowską i A. Staniszewskim] książki pt. „Regionalne, narodowe, uniwersalne. Literatura i media w perspektywie komparatystycznej” (2005). Redaktorka dwóch tomów pod wspólnym tytułem „Kultura wobec odmienności” (2009). Autorka trzech książek: „Ucieczki i powroty. Obrazy rzeczywistości w prozie najnowszej” (2006), „Czas Fem. Przewodnik po prasie feministycznej i tematach kobiecych w czasopismach kulturalnych po 1989 roku” (2008) oraz „Głosy kobiet. Prasa feministyczna po roku 1989 wobec tożsamości i dyskursu” (2009). Prowadzi bloga o książkach http://bernadettadarska.blog.onet.pl/

Homiki.pl objęły matroqueeropatronatem medialnym najnowsza publikację Portretu: tomik poezji Tadeusza Olszewskiego Tropiki smutku

Autorzy:

zdjęcie Damian Krzysztoń

Damian Krzysztoń

autor dodany w procesie porządkowania tabeli autorów (ID ref. 604)

zdjęcie Marcin Teodorczyk

Marcin Teodorczyk

Stowarzyszony w Otwartym Forum, współautor „HomoWarszawy. Przewodnika kulturalno-historycznego”, redaktor pisma uniGENDER.org. Współpracuje z feministyczną „Zadrą”.

7 komentarzy do:Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej

  • Lisa

    [Re: Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej]

    Bardzo ambitny wywiad, bardzo interesujące spojrzenie na lesbijki w literaturze, no i książki, których nie znałam, a po które sięgnę.

  • Literaturomanka

    [Re: Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej]

    Ciekawe, że proza lesbijska jest słabsza, ale myślę, że wynika to z niedoreprezentowania lesbijek w literaturze. Najbardziej znana jest chyba Izabela Filipiak. A na stronę Portretu chętnie zajrzę. Dziękuję za ten wywiad!

  • Uschi

    [Re: Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej]

    „Na marginesie można by też powiedzieć o dwóch innych kwestiach – pierwsza, że być może polskie lesbijki nie chcą występować jako grupa”

    To ciekawe spostrzeżenie i myślę, że gdzieś tu może kryć się ziarno prawdy o niewidoczności polskich lesbijek w literaturze, sztuce. Splata się tutaj lęk przed zaszufladkowaniem, coraz wyraźniejsza i coraz bardziej przepełniona wrogością opozycja „butch” – „femme” (cudzysłów zamierzony!), nieprzepracowany problem z wizerunkiem lesbijki (jaka ma być, żeby była godna reprezentować społeczność, nawet jeśli tego nie chce…), słabsza pozycja społeczna kobiet, słabsza pozycja autorów piszących ambitnie, na pewno jeszcze wiele innych czynników. Ale w świetle obserwowanej przeze mnie dyskusji wizerunkowo-reprezentacyjnej nie mam złudzeń – nasza pozycja się nie wzmocni, wcześniej się potrujemy jadem :/

    Przepraszam za pesymizm i życzę powodzenia wszystkim, które i którzy takie czarnowidztwo przełamują i piszą, publikują, wydają pod swoją własną twarzą, nazwiskiem i tożsamością. Odmieńczą.

  • Soniasonia

    []

    Przeglądając zagraniczną literaturę LGBT, również można zauważyć nieproporcjonalnie mały udział literatury lesbijskiej i transseksualnej w porównaniu do publikacji gejowskich. Prawdopodobnie więc opisany problem nie jest typowy wyłącznie dla Polski.

  • czytelniczka

    [Re: Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej]

    To ciekawe, na pewno przemawia za tym fakt, że lesbijek jest mniej. Ale też jeśli byśmy „wagowo” potraktowali ten podział, to przecież Virginia Woolf i tak zmiata wszystkich pisarzy gejów:) A poważnie, myślę, że wątki lesbijskie mogą być atrakcyjne dla polskich czytelniczek (hetero i nie tylko). Na pewno sięgnę po wspomniane w wywiadzie książki.

  • czytelniczka także

    [Re: Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej]

    W pewnym sensie to przełomowy wywiad, gdyż nie znam żadnych tez dotyczących lesbijek w literaturze widzianych feministycznym okiem. Kupię sobię Czas Fem na pewno.

  • Irbisek

    [Re: Lesbijki w prasie feministycznej i kulturalnej]

    Nie wiem w czym geje mają ławiej niż lesbijki …. ? Może w kontekście wydawniczym .. literackim – ale nie w prozie zycia .. Tam – to ONE mają lepiej. Sa mniej widoczne, łatwiej się ukrywają a nawet jeśli nie – to i tak ludzie są bardziej przyzwyczajeni do czulosci miedzy kobietami niż mężczyznami .. Nie chodzi to – jakies publiczne prowokacje, ale chociażby zwykłe trzymanie sie za rękę w miejscu publicznym… Geje mają przerąbane, a lesbijkom juz to uchodzi („bezkarnie” … :-) )




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa