- homiki.pl - http://homiki.pl -

O teorii i praktyce, czyli co ma piernik do wiatraka

[1]

Zachęcona dwoma artykułami i licznymi komentarzami na Homikach o związkach teorii z praktyką, o strategii ruchu LGBT i pokrewnych, postanowiłam wtrącić swoje przysłowiowe trzy grosze do dyskusji.

Słusznie pyta Marcin Teodorczyk, w jakim miejscu się znajdujemy, co robić dalej, jak przyciągnąć nowe osoby do ruchu LGBTQ, jaką przyjąć strategię. Sądzę, iż odpowiedzi na te pytania, niestety nie zna nikt z nas – zarówno teoretyków /-czek jaki praktyków /-czek. Niestety – po iluś tam latach praktykowania i działania. Projekty są rozproszone, ilość organizacji i działań rośnie, ale zainteresowanie, mamy wrażenie, jest odwrotnie proporcjonalne. Być może – mam nadzieję – tylko nam się tak wydaje. Większość z nas (jakoś zaangażowanych w sprawy LGBTQ i w kwestie zmiany społecznej) chciałaby wszystko od razu, całego świata, a przynajmniej szybszych zmian. Z naszej perspektywy może wydawać się, iż sprawy idą zbyt wolno, nic się nie zmienia, wszystkiego jest za mało. Moja długoletnia obserwacja podpowiada mi taką diagnozę: nie osiągnęliśmy jeszcze masy krytycznej. Potrzebnej do tego, aby stanowić siłę polityczną, języczek u wagi, abyśmy mogli realnie wpłynąć na decyzje polityczne związane ze zmianą społeczną. Jesteśmy zbyt małym organizmem, skupiskiem działania, aby ktoś nas szanował. Niestety. I póki nie okaże się, ktoś nie zauważy, nie pokażemy, że mamy taką moc, że możemy na coś wpływać – sytuacja się nie zmieni. Być może to kwestia czasu, ilości osób zaangażowanych, bo w mediach jesteśmy w miarę obecni – to jedyne terytorium, gdzie mówi się o naszych wydarzeniach dość sporo. Nie mamy też strategii ruchu – już wiele lat temu były podejmowane próby zorganizowania „okrągłego stołu” organizacji LGBTQ, po latach udało się takie spotkania zorganizować w liczbie dwóch („okrągłe stoły” organizacji LGBTQ w Krakowie w 2008 r. i w Warszawie w 2009 r.). Póki co nie zanosi się na kolejne, a podczas tych dwóch, strategicznych poniekąd, udało się porozmawiać o tym, co chcemy – m.in. legalizacji związków i wprowadzenia zakazu mowy nienawiści do przepisów prawa – z czym borykamy się i napotykamy na mur, na przeszkody, których jest ogromna ilość. Nie zdążyliśmy tylko zastanowić się, JAK to robić, jakimi metodami, co jest skuteczne, a co nie. Na pocieszenie mogę dodać tylko, że w podobnej, a może nawet gorszej, sytuacji, jest ruch kobieco-feministyczny. On także nie może uporać się ze strategią. Trudno jest wg mnie bowiem stwierdzić, jaka strategia byłaby tu skuteczna – do tego potrzebny jest czas, pieniądze, praca strategów. W Polsce generalnie rzadko stosuje się takie metody, aby w działaniach społecznych postępować podobnie jak w biznesie – gdzie wydaje się to łatwiejsze. Działamy więc po omacku troszkę. Choć według mnie (subiektywnie) strategia, jaka byłaby skuteczna, to obecność WSZĘDZIE. Czyli starania o to, aby tematyka homo-, bi-, transseksualna pojawiała się w największej ilości miejsc, dziedzin. Jeśli pokażemy, że jesteśmy wszędzie – łatwiej nam będzie podbić „cały świat”. Drugim aspektem, bardzo ważnym, niestety wciąż zbyt mało licznym – są coming outy Te codzienne, jak największej ilości osób – w pracy, w domu, wśród najbliższych i znajomych. Gdyby choć 50% społeczeństwa polskiego znało jakiegoś geja czy lesbijkę (na razie zna ok. 10% zaledwie wg różnych badań) – byłoby zupełnie inaczej. Jako że osoby nas znające, mają zupełnie inne podejście do związków partnerskich, adopcji dzieci i szeregu spraw związanych z byciem osobą homoseksualną (a zapewne i bi- i transseksualną). To niestety praca nas samych, praca u podstaw i codzienne zmaganie się z życiem. Pozwoliłoby to na inne postrzeganie nas przez osoby „zewnętrzne”, czyli heteroseksualne tudzież tzw. społeczeństwo – nie jako domagających się zalegalizowania uprawiania „perwersyjnego” seksu, ale na dostrzeżenie w nas ludzi, osób pragnących być uczestnikami zalegalizowanego uczucia, mających partnerów i partnerki, kochających się rodzin jednopłciowych.

A gdzie miejsce dla teoretyków /-czek? Zgodzę się z wypowiedzią jednego z komentatorów, Bartka, o trzech równoległych czasoprzestrzeniach, które nie potrafią się spotkać – akademicy /-czki, działacze –czki i tzw. „zwykli” geje i lesbijki. Nie wiem, jak jest za granicą i jestem tego bardzo ciekawa – czy w innych krajach te płaszczyzny przenikają się w ogóle? Może bardziej? A może wcale? Prawdą jest, że teoria queer, podobnie jak inne zagadnienia akademickie, są mało znane działaczom /-czkom, a już prawie zupełnie „zwykłym” lesbijkom i gejom. Ale czy to jest takie złe? Nie każdy musi rozumieć, znać intelektualne i akademickie konstrukty. Część z nich przenika się jakoś do życia, ale to zaledwie promil. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby więcej osób znało książki, teorie, koncepcje. Mnie niepokoi bardziej jednak trzecia część „układu wg. Bartka”, czyli osoby, do których powinniśmy jak najszerzej trafiać – ta część „tortu” jest ogromna, niezagospodarowana i z ogromnym potencjałem. Ale boi się, również niewiadomego, albo zaszywa się, wcześniej ułożywszy sobie jako-tako życie. I nie ma ochoty na wychodzenie ze swojej norki, pójście na paradę, zostanie wolontariuszem /-szką czy choćby przeznaczenie 1% dla organizacji, zrobienia czegokolwiek dla społeczności, której – chcąc nie chcąc – jesteśmy częścią. Niepokoją mnie takie osoby i spać czasem nie dają. Zastanawiam się nad ich strachem, niechęcią, obojętnością. Czasem nawet krytyką wszelkiego „wychylania się”. Bo przecież dawniej, gdy nie było jeszcze parad i debat, żyło się według nich lepiej – nikt nie był agresywny, nie było Młodzieży Wszechpolskiej i pseudokibiców rzucających kamieniami, nie słyszało się o atakach na osoby LGBTQ pod klubami – bo ich prawie nie było… Jest to kłopot również tego, o czym pisze szanowny komentator Bartek, iż jesteśmy społeczeństwem postindustrialnym, postpolitycznym i polsatowskim – a wolność daje nam kredyt w banku, własne M-ileśtam i przyzwoita praca; nic więcej nie potrzebujemy, nie chcemy, nie wymagamy, nie angażujemy się. I obawiam się, iż trudno będzie to zmienić, niestety, coraz trudniej.

Dlatego, póki co – pozostaje nam robić swoje, budować powolny wzrost, zachęcać na ile się da – ostatecznie, jeśli dobrze się przyjrzeć – pojawiło się sporo młodych ludzi, z nowymi pomysłami i ciągle coś się dzieje, powstają nowe projekty i inicjatywy. Ja w gruncie rzeczy wierzę w młodych i w ich energię, czasem być może nieokiełznaną i nieukierunkowaną.

Inną metodą jest szok i nagła zmiana – być może, mam nadzieję, takim lekkim szokiem będzie EuroPride 2010 w Warszawie, gdy pojawi się, zapewne dla wszystkich zauważalne, kilkadziesiąt tysięcy gejów, lesbijek, osób bi- i trans a także innych „dziwaków”. Spodziewam się, iż to będzie wstrząs również dla nas samych jako środowiska, społeczności. I mam nadzieję, iż da nam to pozytywną energię do dalszych działań.

Yga Kostrzewa aktywistka LGBTQ, rzeczniczka Lambdy Warszawa, feministka, ekolożka, studentka warszawskich Gender Studies. Uwielbia czytać, oglądać filmy, słuchać dobrej muzyki, fotografować i pisać. Chciałaby zalegalizować swój długoletni związek z partnerką. Prowadzi bloga: www.ygakostrzewa.com [2]

Autorzy:

zdjęcie Yga Kostrzewa

Yga Kostrzewa [3]

aktywistka LGBTQ, rzeczniczka Lambdy Warszawa, członkini Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, feministka, ekolożka, absolwentka warszawskich Gender Studies. Uwielbia czytać, oglądać filmy, słuchać dobrej muzyki, fotografować i pisać. Prowadzi bloga www.ygakostrzewa.com