QaF vs LW z perspektywy bi

Nie ukrywam, nie jestem omnibusem jeśli chodzi o kulturę popularną. Tak naprawdę jeśli chodzi o homokulturę homopopularną to moja wiedza jest tak żałośnie niewielka, że aby móc w pełni śledzić wszystkie niuanse rozmów moich homoznajomych, doceniać żarty, łapać aluzje, dopowiadać półsłówka, postanowiłam jakiś czas temu nadrobić braki.

Nie mam wiele wolnego czasu, a kiedy go mam, wolę pogrzebać w necie, poczytać książkę, porobić biżuterię czy pobawić się z kotami niż spędzić godzinę-półtorej-dwie na oglądaniu jednego filmu (ponoć to przekleństwo młodego pokolenia – nie jestem już młodym pokoleniem!!! – brak umiejętności skupienia uwagi przez dłuższy czas na jednej czynności). Fakt, że od lat nie mamy telewizora jakoś wzmacnia tę tendencję.

No ale. Ponieważ, jak wspomniałam, postanowiłam się dokształcić, nielegalnymi kanałami (ciiiii…) zdobyłam kilka sezonów The L-Word (przypis dla gejów i heretyków: serial o grupie przyjaciółek lesbijek i biseksualistek, ich perypetiach głównie uczuciowych, ale i szerzej życiowych, oparty na podobnym schemacie co – jak mi mówiono – wiele seriali heretyckich). Obejrzałyśmy go z Żoną z nieukrywanym zaciekawieniem, przez pierwszą i drugą serię poważnie uzależnione od fascynujących losów pięknych, seksownych, frapujących, (zazwyczaj) bogatych burżulesek. Co najmniej jeden odcinek co wieczór, pal sześć pracę, książki, koty i inne zajęcia; zarwane noce; monotematyczność rozmów w domu i poza nim (nawet koleżanki w pracy katowałam losami Bette, Tiny, Shane, Dany, Jenny, Alice i spółki). Dramaty, radości, smutki, związki i rozwiązki, zawirowania uczuciowe, dzieci, pieniądze, a gdzie tam daleeeeeko, na dziesiątym planie, heteroświat (i jego z zasady źli przedstawiciele). Jakież to było cudowne zanurzyć się choćby na dwie godziny dziennie w luksusowej wersji rzeczywistości tylko i wyłącznie naszej. Ciepło tego, co znamy, spokojna pewność bliskości tylko kobiet nam podobnych, nawet żaden gej się w pole widzenia nie pcha, bo na równi z heretykiem zaburzałby rajski obraz. No bajkowo. Kolejne serie dostarczały coraz śmielszych scen erotycznych (mrrryyyy…), za to niestety coraz bardziej widoczne były braki w pomysłach scenariuszowych – jakoś z Dynastią radzono sobie lepiej. Po piątej serii nie zdzierżyłyśmy i szósta już nas nie interesuje (z nieukrywaną satysfakcją śledzę w Internecie, jak nie pozostawia się suchej nitki na Ilene Chaiken za szóstą serię właśnie, nie mówiąc już o pomyśle filmu długometrażowego).

No ale cel został osiągnięty, teraz już wiedziałam, co oznacza charakterystyczny dźwięk w komórce nieznajomej kobiety w tramwaju, rozumiałam sformułowanie „jak Bette&Tina”, łapałam dowcipy Barbie Girls („syndrom Shane” mogę już nawet odgrywać z artystkami!). Tylko że naprawdę nie mogłyśmy znieść myśli o kolejnym sezonie i coraz bardziej pokręconych losach burżulesek. Przyszedł moment na powrót do heteroświata, również w serialach, i utonęłyśmy w objęciach dr House’a (mrrrryyyyyyyyyyyy…). Ten błękit oczu, ten zawadiacki uśmiech, ta genialna mimika, ta wymowa tak brytyjska, ten błękit oczu, ten błękit…. Dobra, dobra, moje bi-zmysły pasły się i pasły, ale nawet i Żona z zainteresowaniem wpatrywała się w ekran.

Nasza fascynacja błękitnookim lekarzem pozostaje do dziś niezmienna, ale przerwałyśmy pławienie się w błękicie zainspirowane pomysłem dokształcenia się kulturowego w tematyce naszych braci gejów. Żona jako stuprocentowa lesbijka kręciła trochę nosem („geeeejeeeee? a fuuuuuuj!”), ale w końcu uznała konieczność nadrobienia braków w wiedzy o tych, niby nam bliskich, ale tak różnych istotach.

Przyszła pora na Queer as Folk (przypis dla lesbijek i heretyków: serial o grupie przyjaciół gejów i orbitującej gdzieś niedaleko parze lesbijek, ich perypetiach głównie uczuciowych, ale i szerzej życiowych, oparty na podobnym schemacie co – jak mi mówiono – wiele seriali heretyckich). No i się zaczęło… Zdobywszy amerykańską wersję filmu, zasiadłyśmy do śledzenia losów Michaela, Briana, Justina, Teda i Emmeta.

I wiecie co? Od razu poczułam, że jesteśmy w innym, jakiś bardziej demokratycznym – i bardziej realnym – świecie. Burżuleski i ich problemy wydały mi się nagle totalnie odległe, abstrakcyjne, wydumane. Na pewno, na sto procent, ma tu znaczenie fakt, że oglądamy dopiero drugą serię – druga seria The L Word też była jeszcze super, ale pewne różnice są już w szkielecie tego serialu i są to poważne różnice jakościowe.

To prawda, świat gejów – a może to kwestia świata mężczyzn? – jest mi obcy o tyle, że to świat seksu. Seksu, seksu, seksu i jeszcze raz seksu. Ale wiecie co? To ociekanie seksem wcale mnie nie razi (no dooobra, czasem już naprawdę przesadzają…). Włącza mi się w głowie mały socjolog-kulturoznawca-absolwent queer studies i mówi z przekonaniem, że w końcu taki właśnie wszechobecny, ociekający, wręcz campowo-queerowy seks to podstawowy element kultury queer-gejowskiej, a braci gejów trzeba przecież kochać takimi, jacy są! Więc kochamy.

No dobrze, a o co chodzi z tą demokratycznością? Otóż zachwyciło mnie, że nawet ten przesiąknięty seksem świat gejów w QaF nie jest nadęty, nie jest bogaty (nawet kasa Briana tego nie zmienia), nie jest taki strasznie high life. Jest zwykły, codzienny, bardziej przyziemny. Faceci bywają przystojni, ale jednak częściej nie (choć dbają o kondycję i kształty ile mogą – nawet totalnie ciotowaty Em, mój ukochany bohater). Mieszkają w mieszkaniach, w których mogłabym poczuć się swobodnie. Chodzą po bliskich mi ulicach. Mają tak cudownie znane mi rodziny – takie same typy znajdę wokół siebie. Mają pracę, w której mogłabym sobie wyobrazić siebie. No po prostu moja Polska, tyle że w Hameryce. Swojsko.

I, last but not least, w tym gejowskim świecie jesteśmy i my. Tak, les-teśmy. Poprawcie mnie, jeśli mnie pamięć zawodzi, ale nie przypominam sobie w LW żadnej znaczącej postaci geja – znaczącej, mówię. Owszem, czasem przewiną się gdzieś w tle i na dodatek – za wyjątkiem tego uroczego typa o siwawych skroniach – okropnie stereotypowi, zupełnie jak heterycy. W QaF jest oczywiście sporo równie okropnych lesstereotypów. Są wredne babochłopy, nieatrakcyjne szare myszki, wojujące butche i dykes on bikes (przynajmniej tyle do tej pory się przewinęło – przypominam, jesteśmy pod koniec sezonu 2). Ale jest skarb – Mel i Linz. Melanie i Lindsay. Prawie-butch i niemal-femme, do tego z dzieckiem, czyżby ucieleśnienie tego, jak widzą nas nasi bracia? Ważne, praktycznie równorzędne wobec chłopaków, żywe, wielowymiarowe, zajmujące proporcjonalny kawałek ekranu. One powodują, że w tym słodkim, ale dla mnie jednak trochę nierealnym świecie gejów czuję się jeszcze bardziej u siebie, jeszcze bardziej w domu. Tu, w QaF, mam wszystko, czego trzeba mi, małemu wesołemu biseksowi – piękne ciała płci obojga; czego trzeba mi z moimi zapędami działackimi – zżyta homospołeczność, zazwyczaj w opozycji do heteroświata (no dobra, to jedna z nielicznych słabości tego scenariusza: heterycy są tu naprawdę zbyt stereotypowi, ciągle – co to jest, zemsta? za stereotypowe pokazywanie nas w mainstreamie? czy jak?); czego trzeba mi na etapie stabilizacji życiowej – stabilna para lesbijek z dzieciakiem i walka gejów – no, przynajmniej niektórych – o dobre związki. Tu, powtórzę się, jest mi comfy&cosy, tu jestem w domu.

W starciu LW vs QaF geje wygrywają – może nie w blokach startowych, ale w połowie dystansu to już na pewno.

9 komentarzy do:QaF vs LW z perspektywy bi

  • Loth

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    LW nie widziałem, ale podobnie jak autorka posiadam QaF ;) i jestem w połowie 5 niestety ostatniego sezonu :/ a oglądam już 3 miesiąc. Serial po prostu świetny, tak jak napisała Royte. Mnie jedynie denerwuje Teddy, taka trochę niedojda ale wyrabia się powoli…

    To, co ważne – QaF pokazał mi to, czego w Polsce zobaczyć nie mogę. Wychowywanie dziecka przez Mel i Linz, albo później przez gejów i to dziecka hetero i trochę wyrośniętego ;) Poruszenie tematyki HiV na każdej płaszczyźnie – przeciwdziałaniu, akceptacji, walki o każdy dzień (na zasadzie, że to nie wyrok). Walki tamtejszego środowiska LGBTQ o swoje prawa – i to w większej perspektywie np. istniejące grupy pomocy dla rodziców, którzy mają dzieci homoseksualne – legendarna Debbie :) czy matka Justina..

    Można tak pisać i pisać – właśnie skończyłem kolejny odcinek, a tutaj taka niespodzianka od Royte :D

    PS: TVP powinna w ramach misji publicznej puszczać LW i QaF obowiązkowo! :)

  • Shaka

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    Widzę, że też powinienem nadrobić zaległości ;)

    a Hugh Laurie na potrzebe grania dr House’a nauczył się amerykańskiego akcentu, by usłyszeć go używającego akcentu brytyjskiego należy obejrzeć jakis wywiad z nim lub jego stare skecze komediowe na youtubie

  • morphine

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    QAF jest mimo wszystko bardziej realistyczny i wielopłaszczyznowy niż TLW (i nie chodzi tu o ilość scen do tańczenia w klubie Babylon ;)
    Plus amerykańska wersja góruje nad brytyjską.

  • morphine

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    A jeśli chodzi o tematykę les serialach, to dla fanów brytyjskiego humoru i akcentu Sugar Rush będzie dobrą propozycją :-)

  • Loth

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    W zasadzie QaF podobny jest do Ally McBeal – może mniej komediowy, bardziej obyczajowy ale dość pouczający – taki właśnie wielopłaszczyznowy. Tam mieli swój pub z Vonda Shepard, tutaj mają Babylon :)

  • Karolcia

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    Niestety dopiero teraz sciagam sobie z sieci serial. Wczesniej nie bylo takiej mozliwosci.

  • Mr. Posejdon

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    QaF obejrzalem juz kilka razy. Teraz ogladam pierwsza serie LW.

  • baluk

    [Re: QaF vs LW z perspektywy bi]

    Wszystko pięknie, ale nie każdy ogląda filmy czy seriale po to, by móc się utożsamić z bohaterami i nie dla każdego lepszy jest ten wyimaginowany świat, w którym czujemy się bezpiecznie i jak u siebie.
    Kino się kocha za to, czego nie mamy, a byśmy chcieli.

  • PYRAp-ń

    [QaF vs LW z perspektywy bi]

    jestem po ogladnieciu jakis czas temu juz wszystkich sezonow QAF I STWIERDZAM ZE TAKIE SERIALE JAK BRZYDULA CZY INNE PERYPETIE PUSTEJ NIUNI ZASTAPIONE POWINNY BYC CHLOPAKAMI ALE ZABIORE SIE JESZCZE ZA TLW TYLKO NIEWIEM SKAD MAM WZIAC WSZYSTKIE TE DOBROCI ….CZY KTOS MA JAKIS NAMIAR????POZDRAWIAM GORACO




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa