Projekt: moja żona

Pod wpływem dwu ostatnich wypowiedzi – felietonu Klęska postępowej polityki gender i queer w Polsce? autorstwa T. Kitlińskiego, P. Leszkowicza, M. Tarkawiana oraz uwag na blogu Abiekta odnośnie „naszej małej stabilizacji”, czyli braku aktywności osób LGBTQ, wpadłam na pomysł tyleż przyjemny, co radykalny (z punktu widzenia naszego faktycznego bezwładu na większą skalę).

Zgadzam się bowiem z moimi przedmówcami, iż postęp, zmiany społeczne, które są pożądane z naszego punktu widzenia (LGBTQ, aktywistów, osób jakoś zaangażowanych w ruch czy też sympatyków lub – po prostu – osób chcących zmieniać rzeczywistość na lepsze), nie dokonują się, skala naszych oddziaływań (parady, marsze, konferencje…) jest wciąż zbyt mała. Zmiana obserwowana „z wewnątrz” jest słabo widoczna, a na pewno dokonuje się zbyt powoli w stosunku do potrzeb i żądań wielu osób LGBTQ. Również obserwując zmiany w krajach Unii Europejskiej i poszczególnych stanach USA dotyczące związków partnerskich czy małżeństw dla osób homoseksualnych, możemy zazdrościć i wkurzać się: czemu nie w Polsce? No właśnie, coś jednak nas hamuje, coś sprawia, że nie jesteśmy w stanie skutecznie przeciwdziałać. Być może są to za małe środki, zbyt mało zaangażowanych osób, zbyt silni oponenci…

Według mnie nie osiągnęliśmy jeszcze „masy krytycznej”, tj. zaistnienia w przestrzeni publicznej co dzień – w sposób „zwyczajny”. Coroczne przemarsze zwracają uwagę mediów. Liczne publikacje, komentarze – zarówno w mediach otwartych, jak i prawicowo-narodowych, opisujących jakieś żądania, historie obcych osób, przypadki z zagranicy. Nie ma tam NAS, czyli twarzy, które mogą się kojarzyć komuś z osobą z krwi i kości. Nasi sąsiedzi nie widzą nas – sąsiadek i sąsiadów, nasza rodzina i nasi znajomi nie wiedzą o nas, współpracownicy nie znają nas od „tej” strony. W związku z tym wpadłam na genialny pomysł: gdyby jednego dnia ujawniło się wśród swoich najbliższych 100 tysięcy lesbijek i gejów – mielibyśmy efekt piorunujący na skalę o niebo większą niż po akcji „Niech nas zobaczą”. Nie wiem jednak jak spowodować to, abyśmy dali się poznać naszemu otoczeniu, aby więcej osób nie wstydziło się i nie bało powiedzieć o sobie szczerze. Wiem, to trudne – znam to uczucie, gdy nagle stajemy pod ścianą pytań: „Kiedy wyjdziesz za mąż?”, „Czy masz chłopaka?”, itp. Niepokój i bieg myśli związanych z tym, jakie stanowisko podjąć – mówić prawdę, ściemniać czy odpowiedzieć wymijająco… Nie zawsze mówienie szczere jest najlepszym rozwiązaniem, ale w dłuższej perspektywie na pewno najbardziej nam się opłaca. Szczególnie osobom, które pozostają w stabilnym i poważnym związku. Jest to wręcz niewyobrażalne i absurdalne, ale można być ze sobą 11 lat i nikt poza nami może o nas nie wiedzieć (historia prawdziwa!) – tylko my – 2 osoby w związku… To smutne, ale by aż do tego stopnia zamknąć się na otoczenia, trzeba mocno się napracować, lawirować, kontrolować się bezustannie, kłamać, byleby nie mówić o swoim związku i uczuciach. Czy związek dwojga osób jest samowystraczalny? Śmiem wątpić.

Jesteście w związku dłuższy czas, kochacie się, macie wspólne dobra (konto, działkę, samochód, mieszkanie, meble, książki, talerze, długi – do wyboru do koloru), koty, psy. Wówczas pojawia się taki problem językowy – będąc w długoletniej relacji trochę głupio powiedzieć o partnerce „moja dziewczyna”, szczególnie jeśli ktoś ma 40 czy 50 lat. Znacznie bardziej poważnie (?), czy adekwatnie (??) brzmi sformułowanie „moja żona”.

Przyjrzyjmy się codzienności: ileż to razy dziennie słyszymy w przeróżnych miejscach słowa: „moja żona”, „mój mąż”. „Buty odbierze moja żona…”, „Zaraz poproszę męża do telefonu…” – znacie to? Kojarzycie sytuacje? Uważam, że można wykorzystywać takie momenty właśnie do komunikowania otoczeniu stopnia naszych zażyłości. Niech to wejdzie w nawyk, niech to będzie oczywistością. Nie jest to tylko czcze gadanie – mam za sobą już takie próby.

Oto przykłady: na ulicy zaczepiają mnie sprzedawcy uliczni: „Proszę kupić to i owo, dla męża” – „Ale ja nie mam męża, mam żonę” – „Naprawdę? To dla żony…”. W pracy ktoś opowiada „moja żona zrobiła…”, ja wówczas opowiadając również „a moja żona…”. Choć oczywiście bywają momenty wahania, szczególnie gdy nie znamy odbiorcy albo kontaktujemy się w ralacjach służbowych. Ale próbować warto! Z moich obserwacji wynika, że rozmówcy wpadają w lekką konsternację na początku, ale potem mogą podchwycić sposób określania wybranka/wybranki. To może mieć moc „oswajającą” i wzmacniającą akceptację dla naszego związku i homozwiązków w ogóle.

To oczywiście jedna ze strategii, możemy jako zagorzali legaliści związków cywilnych stosować terminologię „partnerów” i „partnerki”, ale dla mnie jest ona pozbawiona emocji. Dla bojących się mamy „przyjaciółkę” i „przyjaciela” – takie to neutralne, że ktoś się może nie domyślić (zapewne „na szczęście” dla osób będących w związkach homo…). Jest z pewnością jeszcze wiele innych propozycji i rozwiązań. Sama ciekawa jestem, jak odbierzecie moją propozycję. To oczywiście przedsmak tego, jakiego języka będziemy używać wówczas, gdy już będziemy mogli wchodzić w te upragnione związki. Czego sobie i PT Czytelniczkom i Czytelnikom życzę!

Yga Kostrzewa aktywistka LGBT, rzeczniczka Lambdy Warszawa, feministka, ekolożka, studentka warszawskich Gender Studies. Uwielbia czytać, oglądać filmy, słuchać dobrej muzyki, fotografować i pisać. Czasu wciąż jej brak! Chciałaby zalegalizować swój długoletni związek z partnerką. Prowadzi bloga: www.ygakostrzewa.com

Autorzy:

zdjęcie Yga Kostrzewa

Yga Kostrzewa

aktywistka LGBTQ, rzeczniczka Lambdy Warszawa, członkini Grupy Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich, feministka, ekolożka, absolwentka warszawskich Gender Studies. Uwielbia czytać, oglądać filmy, słuchać dobrej muzyki, fotografować i pisać. Prowadzi bloga www.ygakostrzewa.com

40 komentarzy do:Projekt: moja żona

  • Uschi

    [Re: Projekt: moja żona]

    myślę, że „żona” kryje za sobą zaskakującą pułapkę i sama kilkakrotnie się w niej znalazłam. kiedy używasz tego określenia, ryzykujesz wprowadzenie rozmówcy w błąd (którego być może nie będzie próbował wyjasnić, bo zwyczajnie nie przyjdą mu do głowy żadne wątpliwości), że w naszym kochanym kraju możemy zawierać jakieś związki. wiem, wiem, brzmi niewiarygodnie, ale naprawdę kilka osób już zapytało „to jak, po ślubie jesteście, tak?” i wcale nie miały na myśli ślubu za granicą. nie wszyscy sa tak świadomi naszych praw i możliwości (a właściwie ich braku).

    mimo wszystko uważam, że pomysł jest niezły – ale jak zwykle dla tych już ujawnionych. kogoś, kto siedzi w szafie, raczej nie będzie stać na tak „radykalny” krok. a może się mylę?

  • marcin

    [Re: Projekt: moja żona]

    Poproszę 5 bułek dla męża, bo wie pani, on lubi rano zjeść świeże pieczywo – genialne!!!!!!!!!!!! To może naprawdę być skuteczna metoda.

  • Jacek

    [Re: Projekt: moja żona]

    To wymaga troche odwagi, ale pomysl przedni. Wersja „partner/ partnerka” rownie dobra, zwlaszcza ze w pewnych sytuacjach „maz/ zona” moze brzmiec pretensjonalnie.

  • Marcin

    [Re: Projekt: moja żona]

    Po 2 latach związku , przy odbiorze poczty , nie może mi przejść przez usta „to ja podpiszę za partnera, współlokatora „(sic!). Mówię „męża” i jeszcze nie było żadnego komentarza.

  • Damian

    [Re: Projekt: moja żona]

    Za jakiś czas postaram się tak mówić ;) Choć na razie zdecydowanie bardziej pasuje „chłopak” :) Zbyt krótki staż… co to jest kilka miesięcy.

  • reader

    [Re: Projekt: moja żona]

    Zawsze mozna narzeczona/narzeczony powiedzieć. A na pytanie kiedy ślub mozna się pozloscić na brak regulacji prawnych.

  • misiek

    [Re: Projekt: moja żona]

    a przeciez ile jest par, ktore w ogole nie mowia o sobie na zewnatrz i udaja, ze mieszkaja jako kolezanki czy koledzy? Ja kilka takich par znalem. chronily swoja „prywatnosc” maksymalnie jak sie dalo, co oczywiscie bylo schizofreniczne, byle nikt sie nie domyslil, ze para homo mieszka obok. Sami sie czynimy ulomnymi przez takie postepowanie!

  • Krzysztof Zabłocki

    [Język bliskości i erotyki - jutro 18.30 w Lambdzie! (a potem film!)]

    Kochani, droga Ygo,

    z jednej strony sie zgadzam, ale z drugiej strony nie zauważyłem, żeby tak mówiły osoby LGBTQ na tzw. „Zachodzie”. Uzywają słowa partner (Francuzi partenaire :-) ), Niemcy Partner(in)), poza tym np. Niemcy często mówią boyfriend (dla nich to jakby więcej, niz dla ucha angloamerykańskiego), itp – oczywiście z taką oczywistością, że wiadomo, że chodzi o „męża” czy „żonę”…

    A czasem po prostu wymienia się imię partnera/partnerki…

    myślę, że to zależy od klimatu związku i chęci (lub nie) przejęcia wzorców hetero… Przecież wielu heteryków odchodzi od pojęcia mąż/żona…

    Ale uważam, że jeśli ktoś czuje potrzebę nazywania swego parnera/partnerki tej samej płci określeniem „mąż” lub „żona” – niech tak czyni, jak najbardziej! A już zwłaszcza liderzy srodowiska – żeby dac przykład!

    Oczywiście należy zawsze byc sobą – ja od „zawsze” jestem w pelni otwarty co do mojej orientacji (w pracy, wobec sąsiadów, wszystkich znajomych, itp.) i jakos nic sie „strasznego” nie stało ani nie dzieje – jak traktujemy siebie „normalnie”, to i inni nas tak traktuja.

    Język to sprawa zawsze złożona – bedziemy mieli okazję pozrozmawiac o języku erotycznym jutro, o 18.30 w Lambdzie – liczę na obecnośc Ygi, Uschi, Rednaczów homików.pl, P.T.Abiekta i innych znaczących osób! Mariusz Kurc zapowiedział, że będzie!

    pozdrawiam tout le monde :-)

    ++++++++++kkkkkkkkkkk

  • Beata

    [Re: Projekt: moja żona]

    Istnieje jakas przepaść między tzw. aktywistkami/aktywistami a całą resztą – nami, ludźmi z szafy. Nie będę udawać, że się nie boję i odważnie wymachuję szabelką. Działacze zarzucają nam brak zaangażowania i tchórzostwo, my zaś nierzadko pukamy się w głowę, słysząc niektóre pomysły. Może by tak przydało się więcej zrozumienia z obu stron. Wtedy dopiero coś zdziałamy.

  • d.biskupa

    [Re: Do Pana KZ]

    „…bedziemy mieli okazję pozrozmawiac o języku erotycznym jutro, o 18.30 w Lambdzie – liczę na obecnośc Ygi, Uschi, Rednaczów homików.pl, P.T.Abiekta i innych znaczących osób! Mariusz Kurc zapowiedział, że będzie!”

    Kochany Panie Krzysztofie,
    Czy maluczcy będą sobie mogli przysiąść w ostatnim rzędzie, czy też Osoby Znaczące wolą się kisić we własnym sosie?

  • hyakintos

    [Re: Projekt: moja żona]

    jestem jak najbardziej za. szczegolnie wazne jest to bysmy nie ukrywali w pracy, wsrod znajomych kim jestesmy. sczerosc i otwartosc na serio sie oplaca. tylko tak mozemy zmieniac mentalnosc ludzi. warto pokazac ze jestesmy obok.
    http://hyakinthos78.blogspot.com/

  • Uschi

    [Re: Projekt: moja żona]

    drogi d.b.!
    poleca się uważną lekturę homików
    http://homiki.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=3339

    ;)

    Uschi_co_jej_nie_będzie_bo_kiedyś_trzeba_zarabiać_na_chlebek

  • do Wielebnego Pana D. Biskupa

    [Re: Projekt: moja żona]

    Wielebny Panie,

    jak najbardziej zapraszamy – przewidziane będzie dla Wielebnego Pana D.Biskupa honorowe miejsce!

    caluję pierścien !

    KZ

  • Arek

    [Re: Projekt: moja żona]

    Pomysl swietny! Ja sie zgadzam przedewszystkim, z tym, co Yga napisala na poczatku. Jakby tak 100 000 gejow i lesbijek w jeden dzien sie wycomingoutowalo, to by bylo lepsze i wiecej by dalo niz, wszytskie parady, reportaze, sprawy sadowe, trybunaly praw czlowieka itd, razem wziete. Niestety – to raczej nierealne.

    co do tego mowienia o moim chlopie ‚maz’. Narazie jestem chyba za mlody, zeby mowic o nim maz, Bo 20to latek, po slubie? Troche smieszne, wyglada to jakbym sie za szybko dziecka dorobil i musialem szybko wyjsc za maz xDDD mimo, ze jestesmy ze soba 2 i pol roku, jest to ciagle chlopak/narzeczony. Maz jeszcze nie. A druga sprawa, ze mieszkamy za granica teraz i w zasadzie mozemy juz tu wziac slub, bo wszytskie warunki spelnilismy, ale jeszcze poczekamy. Nie chcemy tak na szybko ;) Wiec tutaj mowiac o nim ‚maz’ wprowadzilbym rozmowce w blad, bo oficjalnie jeszcze ciagle jestem ‚single’.

    Acz, musze przyznac, ze nie mielismy zadnego problemu mowic o sobie ‚partner’ czy to w banku, czy w tutejszych urzedach czy tez w pracy. A dzieki temu, korespondencja ktora dotyczy nas obu (mimo ze nie mamy slubu) jest juz adresowana ‚mr A Mxxxxxx & mr M Sxxxxxxxxxxx’ poprostu tutaj i bez slubu istniejemy w roznych dokumentach i w ludzkich glowkach, jako para :) i wpadajac do Polski (jak MUSIMY koniecznie cos zalatwic) tez mowimy o siebie partnerzy. Tuta wywoluje to troche zdziwienie, ale w zasadzie nic poza tym.

    A strasznie zaskoczyla mnie sytuacja, z ktora spotkalem sie u takiej znajomej polskiej-gej-parki z osiedla obok. Nikt o nich nie wie. Robia co tylko mozna, zeby nikt nie wiedzial. Jak u nich bylysmy na herbatce rozmowa zeszlo na to, ile sa ze soba, jak im sie uklada itd. Jeden nagle zaczyna nas uciszac ‚Otwarte Okno! Cicho badzcie, w mieszkaniu pod nami mieszkaja polacy, a to slychac!’. Wytrzeszczylem oczy ze zdumienia, ale ok, jak sobie zycza. Potem dowiedzialem sie, ze maja dzis zaplanowana wizyte siostry jednego z nich. Siostra, oczywiscie nie wie o nich. Oficjalnie tylko razem wynajmuja mieszkanie, wspollokatorzy. Tylko tak sobie pomyslalem wtedy: czy ta siostra jest az naprawde tak glupia ze nie widzi w antyramach w calym domu tych nagich meskich torsow, ani nigdy nie zastanawiala sie, dlaczego WSPOLOKATORZY maja tylko jedna sypialnie, a w niej jedno malzenskie loze? Nie sadze, ludzie, nikt nie jest glupi, niczego nie zamaskujecie. To po co sie meczyc, skoro i tak nic z tego? Ludzie swoja wiedza, nie powiedza wam tego, bo czekaja az sami im o tym powiedziecie. Tak jak ta siostra o ktorej pisalem. Nikt nie jest w ciemie bity, nie ma co robic z siebie debila. Z siebie i ze wszytskich dookola. Jest jak jest i tyle, to nie powinno podlegac ocenie moralnej. A to zacieranie za soba sladow na kazdym kroku, moze doprowadzic do nerwicy i wresz schizofrenicznego nieustannego myslenia o tym, czy oni aby napewno sie nie domyslaja. Wiem, bo pare lat temu bylem bliski etgo…

  • A&M

    [Re: Projekt: moja żona]

    My np. idziemy do banku i mówię wprost „wie Pani, żeby to było od początku jasne – jesteśmy parą” lub kupujac łóżko – proszę pana, jaki materac będzie najlepszy dla nas obu?
    I ciągle wysztko gra ;-)

  • Żenia

    [Re: Projekt: moja żona]

    100 tysięcy osób tak mówiących o swoich partnerach, nie musi być to nazewnictwo ‚mąż’, ‚żona’, to przynajmniej milion osób, które na własne oczy zobaczą, że gej/lesbijka nie są kosmitami. W tym tkwi siła, a jakie to proste.

  • pavel

    [Re: Projekt: moja żona]

    wiekszosc moich znajomych wie, w skzole tez…

    ale w pracy jakos nie przejdzie mi przez gardlo „narzeczony” po uslyszeniu komentarrzy przelacz ten program bo nie moge patrzec na tych pedalow (akurat mam talent lecial czy cos i pedaly to nie byly) czy z drwina ze pedaly znowu o cos walcza itd… a kawa z mlekiem jest pedalska… no jakos trudno mi sobie to wyobrazic…
    bo nie oszukujmy sie to gdzie w pracy geje sa kochani sa to srodowsika glownie sfeminizowane, a gdzie 90% obsady to faceci to jakos trudniej… czy tylko ja mam takie przeswiadczenia??

  • Abiekt

    [Re: Projekt: moja żona]

    Pavel – nie zgodzę się, wielokrotnie przebywałem w pewnym środowisku maksymalnie zmaskulinizowanym ze swoim chłopakiem i nigdy nie mieliśmy problemów z komentarzami – po prostu nikt przy nas ich nie wygłaszał, a jak już wygłosił to nie tylko my się obruszaliśmy… popieram pomysł Ygi jak najmocniej. Świetny, ważny tekst.

  • Edith

    [Re: Projekt: moja żona]

    Tylko nie żona! Ale partnerka owszem.

  • pavel

    [Re: Projekt: moja żona]

    no pewnie ze przy tobie nikt nie powie:) za plecami za to juz o wiele wiecej… co na wlasne uszy slyszalem…
    przebywac a pracowac to dwie rozne rzeczy,

  • anka

    [Re: Projekt: moja żona]

    pavel: za plecami to niech sobie mówią, bo nie tylko o gejach i lesbijkach się mówi za plecami, heterycy to robią nagminnie, w oczy bardzo miło a poza już niekoniecznie.
    Jestem za – ale partnerka, partner, nie żona czy mąż, to takie heteryckie.

  • qwerttyuiop

    [Re: Projekt: moja żona]

    a mnie się własnie podoba „żona”, bo brzmi naturalnie, ewentualnie „dziewczyna”. „Partner” brzmi dziwnie. Tak w zasadzie się nie mówi. Potocznie będzie albo zona narzeczona albo dziewczyna. Lub jakieś aktualnie modne słowo zastępcze, ale „partnerka” raczej nie-chyba, że bardzo oficjalnie. I to słowo tworzy takie niepotrzebne wrażenie niesamowitości- jesli gej, lesbijka to „partner”, „partnerka”. Tej konotacji nie ma w słowie żona, mąż, dziewczyna, chłopak. No to moja żona- po prostu.

  • junior

    [Re: Projekt: moja żona]

    Osobiście uważam, że termin mąż/żona nie oddaje istoty sprawy. Zgadzam się z Uschi, że nawet zafałszowuje obraz. Ale jeśli ma to komuś pomóc, czemu nie?
    „Mąż” bardziej pasuje w naszym gronie, czasem sam tego zwrotu używam. Wśród hetero lepszy wydźwięk ma „partner”, w końcu domagamy się związków partnerskich… Choć akurat niedawno od pracy po godzinach wykręciłem się „chłopem”, czekającym z kolacją :)

  • Sluchainaya

    [Re: Projekt: moja żona]

    No i co ja mogę napisać.
    Na co dzień nie ukrywam mojej orientacji seksualnej. Na uczelni pewnie wiedzą wszyscy, choć otwarcie powiedziałam o tym tylko kilku osobom, ale nie boję się tematu homoseksualizmu i raczej nie trudno się domyślić że sama jestem lesbijką. Nie czuję jednak potrzeby mówić każdej napotkanej osobie np. o moich planach wakacyjnych z moją drugą połówką. O takich rzeczach rozmawiam z bliższymi osobami. Nie czuję też potrzeby na każdym kroku podkreślania swojej homoseksualności. Wręcz przeciwnie – to jest jedynie fragment mnie, który owszem może czasem wyjdzie przy okazji jakiegoś opisu na gg, komentarza na facebooku i tak dalej, ale nie jest to coś co muszę wszystkim przedstawiać cały czas.

    Mimo wszystko jak najbardziej popieram szczerość i mówienie o tym, iż ma się partnera tej samej płci. Przyparta do muru nigdy nie kłamię i zdarzyły mi się już takie sytuacje” „Cieszę się, że kupiłam tę płytę. To będzie świetny prezent” „Dla chłopaka?” „Nie, dla dziewczyny”, po których następowała chwila konsternacji, a następnie przejście do codzienności. Mimo to słowo „żona”, „mąż” wydaje mi się nie tyle pretensjonalne, co naiwne, ponieważ nie jest możliwością zawarcie takiego związku póki co w Polsce i brzmi to po prostu głupio… niepoważnie. Nie widzę nic złego w słowie „partnerka/partner”, na zachodzie często tak się mówi. W ogóle partnerstwo to bardzo ładne słowo i charakteryzuje w pewnym stopniu relację jaka jest między dwoma osobami.

    Ale cóż ja mogę zrobić, jeżeli moja dziewczyna, z którą jestem od dwóch lat – nie ujawniła się przed swoją rodziną? Przecież ja tego za nią nie zrobię, choć pewnie cała rodzina się domyśla. Nie zmuszę jej na siłę. I choć projekt popieram w stu procentach – niejednokrotnie marzyłam o takiej sytuacji, kiedy normalne będzie zdanie „Poszłam dzisiaj z moją dziewczyną do kina” i nie będzie wymagało żadnych tłumaczeń – to jednak szanuję to, że ona nie potrafi się jeszcze ujawnić.

    No cóż. Może, jeżeli zamieszkamy razem będzie nam łatwiej… A póki co, ponieważ ją kocham, czekam. I nikt mi nie powie, że jest to naiwne i głupie, bo sama przechodziłam przez proces coming outu i wiem jakie to jest trudne w Krakowie, a co dopiero w małej miejscowości w jakiej mieszka moja partnerka.

  • Jacek

    [Re: Projekt: moja żona]

    100 tysiecy coming outow? – Byloby super… -Niestety moim zdaniem to w warunkach polskich nierealne.

    Na coming outy stac dzialaczy, ktory zyja z bycia gejem i ewentualnie ludzi zwiazanych z biznesem gejowskim ( z portali, klubow). Wiekszosc pozostalych wymieknie, bo praca, bo zule na osiedlu, bo rodzina…

    Zeby przekonac 100 tysiecy tchorzliwych ludzi do ogromnego ich zdaniem ryzyka trzeba czegosc wiecej niz jednego artykulu w Internecie….

  • Katarzyna Formela

    [Re: Projekt: moja żona]

    Jestemy po ślubie, zatem żona to najadekwatniejsze określenie w naszym wypadku.

    Przedmówca napisał o coming outach, o problemach – wiem jakie problemy ta sprawa z sobą niesie: jesteśmy jednymi z wielu, które / którzy mają to za sobą (a jest to proces ciągły).

    Nie jesteśmy działaczkami (choć mnie nieraz aktywistką różne osoby nazywają), nie żyjemy z ‚branży’.

    Jesteśmy razem, kobiety jedne z wielu: tworzymy od lat RODZINĘ.

    Tu jest qlue sprawy. Należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie – nazwać dokładnie – jakie relacje tak naprawdę w danym związku mają miejsce??

    Jeśli ktoś decyduje się tworzyć poważny związek rodzinny z drugą osobą, to musi wykazać się odpowiednią dla tej sytuacji dojrzałością. 1/ Przedstawienie wybranki / wybranka rodzinie. 2/ Rytuał (dowolnie konstuowany) przejścia od stanu życia w pojedynkę, do wejscia w stan ‚my’ (narzeczeństwo, potem ślub) dla rodziny, przyjaciół, znajomych jest przypieczętowaniem takiej dojrzałej decyzji. Po niej wejscie do szafy na powrót jest regresem. 3/ Naturalną konsekwencją takiego kroku jest występowanie – jako MY – wobec osób trzecich (w tym instytucji). W jakiej formie? Adekwatnej do sytuacji i miejsca (i stanu prawnego w Polsce, gdy sprawa dot. regulacji prawnych).

    Dojrzałość drodzy Państwo i odwaga cywilna, osobista, to podstawa by zaczęto nas szanować – jako grupę – i respetować równość naszą w prawie.

  • Thomasch

    [Re: Projekt: moja żona]

    Drogi Krzysztofie,

    Niemcy do okreslenia partnera uzywaja najczesciej uzywaja sformulowania mein Freund w odroznieniu od ein Freund von mir (ktory oznacza przyjaciela lub znajomego). Ci, natomiast, ktorzy sa juz w zalegalizowanym zwiazku, posluguja sie terminem: mein Mann, ktory jest tak pojemny, ze oznacza i mezczyzne i meza.

    I zgadzam sie, ze jezyk ksztaltuje rzeczywistosc, tudziez ze zyjemy w jezyku, i cos co jest nienazwane trudno jest wyobrazic, a co dopiero zrozumiec. Dlatego popieram Yge, ze spoleczestwo trzeba oswaiac z zachowaniami innymi niz dotychczas akceptowane przez jezyk. Zastanawia mnie tylko, czy aby na pewno maz lub zona to dobre pojecia na okreslenie partnera/partnerki w zwiazku homoseksualnym w Polsce.

  • MM

    [Re: Projekt: moja żona]

    Yga, super tekst! Dzieki!
    Ja uzywam slowa narzeczona/ narzeczony, podobnie jak w nieslubnych heterozwiazkach.

  • Kamil

    [Re: Projekt: moja żona]

    Artykuł bardzo na miejscu, bo skutecznie porusza dyskusję i każe się zastanowić. Myślę, że nie o samą nazwę tu chodzi, ale o zasygnalizowanie otoczeniu, że żyjemy jako para homoseksualna. Czy nazwę mojego chłopaka „mężem”, „partnerem” czy po prostu „chłopakiem” – nie ma znaczenia dla otoczenia. Już samo skojarzenie jakiejś osoby z partnerem tej samej płci każe w jakiś sposób zweryfikować swój dotychczasowy pogląd na rzeczywistość – tym bardziej, jeśli osoba, której się ujawniamy w ten sposób, jest naszym dobrym znajomym.
    Chodzi zwyczajnie o to, aby pokazać innym, jak ktoś słusznie już zauważył, że homoseksualiści to nie kosmici, ale ludzie z sąsiedztwa, rodziny czy pracy.

    Strategia stopniowego poszerzania pola coming-outu jest chyba najskuteczniejszą metodą walki o nasze prawa – bo w ten sposób uderza się w samo sedno i stopniowo zmienia się świadomość innych. Żadna bowiem relacja TV z parady ani rozmów z Ewą Drzyzgą nie da większej wartości poznawczej niż fakt, że mój znajomy, przyjaciółka, sąsiad czy koleżanka z pracy to gej lub lesbijka.
    Mam wrażenie, że innego, równie skutecznego sposobu nie ma (choć inne-mniej skuteczne są również potrzebne).

    Na koniec słowo z Harveya Milka:
    “We must destroy the myths once and for all, shatter them. We must continue to speak out, and most importantly, most importantly, every gay person must come out. As difficult as it is you must tell your immediate family, you must tell your relatives, you must tell your friends, if indeed they are your friends, you must tell your neighbors, you must tell the people you work with, you must tell the people in the stores you shop in, and once they realize that we are indeed their children, that we are indeed everywhere, every myth, every lie, every innuendo will be destroyed once and for all. And once you do, you will feel so much better.”

  • zewsząd i znikąd

    [Re: Projekt: moja żona]

    Sama nie wiem, jak bym mówiła – nie czuję się zdolna do związku (chyba że czysto przyjacielskiego) z kimkolwiek, kobietą ani mężczyzną. Ale nie mam poczucia, żeby „żona” czy „mąż” było z założenia heteryckie. Te słowa sygnalizują raczej przywiązanie i oczywiście formalizację związku. Jeżeli są odczuwane jako heteryckie, to dlatego, że przez setki lat model stałych i sformalizowanych związków zagarniali tylko dla siebie heterycy. Nie wydaje mi się dobrym pomysłem bać się „heteryckiego modelu związków” – lepiej raczej te modele neutralizować, pokazywać, że ludzie mogą żyć ze sobą w różny sposób niezależnie od tego, jakiej są płci.
    Te słowa nie są od rzeczy, choćby dlatego, że właśnie heterycy tak często używają ich absolutnie bezmyślnie. Tym większa ironia, jeżeli taki heteryk jest zarazem homofobem i uwielbia argument o „afiszowaniu się ze swoją seksualnością” – ale sam oczywiście się nie afiszuje, choć właśnie się pochwalił…

  • MM

    [Re: Projekt: moja żona]

    Zgadzam się z „przez zewsząd i znikąd” – mąż czy żona nie są z definicji heteryckimi instytucjami. Uważam jednak, że małżeństwo jest istotnym rytuałem przejścia. W niektórych kulturach mogą to być partnerzy tej samej płci, w większości – płci odmiennych.
    Używam słowa narzeczona/ narzeczony – jeśli związek jest długotrwały i poważny (committed) ale pozbawiony tego rytuału.
    Myślę, że ustawa o związkach partnerskich umożliwi u nas parom homoseksualnym takie rytualne „przejście” między rolami społecznymi i wtedy słowo „żona” i „mąż” będą bardziej pasowały.
    Nie rozumiem też czemu od razu nie mówić o homo-małżeństwach. Nie jest prawdą, że jest to „dziwny wymysł” naszych czasów, legalizowane homozwiązki na prawach małżeńskich istniały w wielu kulturach, m in w Chinach za czasów dynastii Ming, wśród niektórych plemion indiańskich, incydentalnie w starożytnym Rzymie etc.

  • Co za problem ?

    [Re: Projekt: moja żona]

    Beda zwiazki partnerskie, bedzie sie mowilo: moj partner/ moja partnerka.
    Beda zwiazki malzenskie – moj maz/ moja zona.
    To tak oficjalnie, rzecz jasna, bo na codzien to chyba wszyscy mowimy sobie po imieniu lub pieszczotliwie uzywajac nicka.

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Projekt: moja żona]

    1. Bardzo dobry pomysl. Szkoda tylko ze tutaj nie jest to cos po prostu oczywistego.

    2. Okreslen mozna uzywac roznych, maz/zona, partner/partnerka, narzeczony/narzeczona mozna uzywac w sumie dowolnie, nie ma sensu sie spierac ktore jest odpowiednie, niech po prostu kazdy uzywa tego co mu odpowiada. Wszystkie sa jednoznaczne, a przeciez to o to chodzi. Z drugiej strony przyjaciel/przyjaciolka juz nie jest jednoznaczne, wiec w ramach takiej akcji nie ma wiekszego sensu.

    3. „myślę, że „żona” kryje za sobą zaskakującą pułapkę i sama kilkakrotnie się w niej znalazłam. kiedy używasz tego określenia, ryzykujesz wprowadzenie rozmówcy w błąd (którego być może nie będzie próbował wyjasnić, bo zwyczajnie nie przyjdą mu do głowy żadne wątpliwości), że w naszym kochanym kraju możemy zawierać jakieś związki.” Male ryzyko, i wiecej niz rownowazone przez korzysci z takiej akcji.

    4. „Jakby tak 100 000 gejow i lesbijek w jeden dzien sie wycomingoutowalo, to by bylo lepsze i wiecej by dalo niz, wszytskie parady, reportaze, sprawy sadowe, trybunaly praw czlowieka itd, razem wziete. Niestety – to raczej nierealne.” Zgadza sie. Tzn. nie zastapiloby to wszystkich wymienionych rzeczy, ale byloby bardzo duzym krokiem do przodu. Juz nawet nie koniecznie „w jeden dzien”, ale na przyklad w trzy miesiace.

    5. „Nie rozumiem też czemu od razu nie mówić o homo-małżeństwach.” Z tchorzostwa i bezpodstawnego przekonania ze metoda „malych krokow” mozna dojsc do czegokolwiek.

    6. „Beda zwiazki partnerskie, bedzie sie mowilo: moj partner/ moja partnerka. Beda zwiazki malzenskie – moj maz/ moja zona.” Ale wlasnie chodzi o to zeby pokazac spoleczenstwu ze jestesmy tak samo normalni jak heterycy, zeby szybciej wywalczyc prawo do zwiazkow i malzenstw.

    7. ” Nie wydaje mi się dobrym pomysłem bać się „heteryckiego modelu związków” ” Przede wszystkim nie ma czegos takiego jak „heterycki model zwiazku”, chyba ze jako „maz – pan i wladca + zona – kura domowa i sluzaca”. Malzenstwo samo w sobie nie jest i nigdy nie bylo wylacznie heteryckie. Zreszta, nikt nikogo nie zmusza do malzenstwa, jak komus pasuje zycie na kocia lape to niech sobie zyje, byle nie wyglaszal glupot w stylu „mnie osobiscie jest to niepotrzebne wiec jestem przeciwko” (dla nieumiejacych czytac ze zrozumieniem – glupota nazywam konkretnie tok rozumowania „ja nie potrzebuje X wiec jestem przeciwko X tylko dlatego ze ja go nie potrzebuje”).

  • Jacek

    [Re: Projekt: moja żona]

    1) Uważam, że w przykładach podanych przez Ygę najważniejsze jest to, aby mówić o naszym partnerze/naszej partnerce bez robienia z tego wielkiej afery („Słuchaj, muszę porozmawiać z Tobą na osobności, tylko nie mów nikomu… Jestem gejem…” i tym podobne) – wspominać o narzeczonym/narzeczonej niby mimochodem (wiadomo, że na początku może być to dla nas bardzo stresujące) – tak, żeby nasz rozmówca przekonał się, że mówimy o najnormalniejszych kwestiach pod słońcem – a nie o jakichś złych i niedobrych homoseksualistach, którzy kryją się po kątach.

    2) Podobną kwestię do tej opisanej w artykule poruszałem w swoim tekście (zachęcam do rzucenia okiem):
    http://homiki.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=3045&catid=2

    - m.in. przytaczałem tam badania CBOS,wg których TYLKO 15% DOROSŁYCH POLAKÓW ZNA OSOBIŚCIE GEJA LUB LESBIJKĘ. I uważam, że własnie z tego bierze się mnóstwo problemów homoseksualistów (wytłumaczyłem to szerzej we wspomnianym tekście) – ale jednocześnie jest to największe pole do działania dla każdego z nas!! Zwiększajmy ten procent krok po kroku – aż zrobi się 95% :)

    3) Co do nazewnictwa: nieważne czy „partner”, „mąż”, „narzeczony” – ważne żeby dane określenie jednoznacznie oddawało płeć tej bliskiej nam osoby.

    PS. Teoria to jedno. Przejść do praktyki… To jest dopiero wyzwanie :) Życzę odwagi nam wszystkim :)

  • Lilianne E. Blaze

    [Re: Projekt: moja żona]

    > m.in. przytaczałem tam badania CBOS,wg których TYLKO 15% DOROSŁYCH POLAKÓW ZNA OSOBIŚCIE GEJA LUB LESBIJKĘ. I uważam, że własnie z tego bierze się mnóstwo problemów homoseksualistów

    Zgadza sie.

    I jest to bardzo wazna rzecz ktora mozemy i musimy zrobic – im wiecej z nas wyjdzie z szafy, tym wiecej osob hetero zobaczy ze jestesmy po prostu tacy sami jak oni.

    Ale sondaz to nie badanie. To ze ktos mowi ze nie zna nie jest jednoznaczne z tym ze nie zna. Czesc osob zawsze bedzie szla w zaparte „oczywiscie ze nie znam, nie zadaje sie ze zboczencami”, mimo ze wiedza ze np. jakis ich znajomy z pracy jest gejem. Ktos inny powie „nie znam” bo uzna ze jesli powie ze zna to to go postawi w zlym swietle („x zadaje sie ze zboczencami”), nawet jesli on sam nic do osob homo nie ma.

    Uprzedzenia w tym kraju sa tak gleboko zakorzenione ze rowniez powiedzenie „tak, znam geja / lesbijke” jest rodzajem comming outu. Osoby ktore jawnie utrzymuja kontakty z osobami homo rowniez sa w jakims (tak, o wiele mniejszym, ale nie zerowym) stopniu narazone na dyskryminacje.

    Oczywiscie nie mowie ze nie powinnismy wychodzic z szafy albo ze to nic nie da, jak najbardziej powinnismy i da to bardzo wiele, ale zwracam uwage ze jest x roznych zjawisk i czynnikow ktore znieksztalcaja wyniki tego typu sondazy.

  • messed-up

    [Re: Projekt: moja żona]

    Bardzo dobry pomysł. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić co by się stało gdyby każda osoba homoseksualna zastosowała się do wskazówek w artykule i komentarzach. Mielibyśmy Polskę tolerancyjną i otwartą, co teraz brzmi wręcz śmiesznie przez swoją absurdalność.

    mest-ap.blogspot.com

  • Alicja

    [Re: Projekt: moja żona]

    przydałaby się taka masa krytyczna, przydała…

    dzięki za mądry tekst, Ygo.

  • Anka

    [Re: Projekt: moja żona]

    A ja, choć jestem biseksualna i aktualnie żyję w szczęśliwym związku z moim narzeczonym, poniekąd się w tę akcję wpisuję: często zdarza mi się mówić „moja była”, jeśli akurat wspominam o tej dziewczynie. Niby mogę powiedzieć „znajoma”, „koleżanka” etc., bo kontekstu to nie zmieni, ale była moją dziewczyną, to po co mam udawać, że nie była? Jedni podchodzą do tego naturalnie, inni robią wielkie oczy, jeszcze inni pytają, czy lepiej całuje kobieta, czy facet… ;)

  • innezz

    [Re: Projekt: moja żona]

    cóż…jestem w związku z kobietą mojego życia,tak mogę śmiało powiedzieć,bo tworzymy ten zwiazek od 8 lat.niestety,ja rowniez jestem taka historia o jakiej pisze Yga-tyle lat razem i nikt prócz nas dwie nie wie nic…oficjalnie,bo nikomu nie przedstawiłyśmy się jako para.Mam w tej chwili na mysli osoby heteroseksualne,a w szczególnosci najbliższych.W pierwszym roku bycia w zwiąku z moją Partnerka powiedzialam jedynie siostrze,ktora sie rozwyła i chyba nabrala awersji do mnie,z reszta z moja siostra nigdy nie zylysmy w najlepszych stosunkach,jestesmy kompletnie roznymi swiatami w kazdej dziedzinie zycia,nie wiem wlasciwie dlaczego jej o tym powiedzialam.Mam wrazenie,ze ona juz o tym nie pamieta,to dziwne ale tak chyba jest…Boze,kompletnie gubie sie w odbiorze wlasnej sytuacji,bo nikomu nie mowimy o nas,prowadzimy podwojne zycia,a tak bym chciala by osoby z naszego otoczenia wiedzialy jak wazne dla siebie jestesmy.Rodzice na pewno podejrzewaja,nie sa dziecmi,wszystko na to wskazuje przeciez…a oni nie pytaja,my nie mamy odwagi powiedziec o sobie.To boli…Chcialbym umiec kiedys przedstawic osobe,ktra kocham : to Marta,moja partnerka…

  • KIM

    [Re: Projekt: moja żona]

    fajniej chyba „partner” mąż to tak trochę dziwnie bo to nie prawda choć czasami miedzy sobą np w sms piszemy „co tam mężu” to takie trochę jak ze starej literatury „mężu wróciłem do domu podaj obiad :P




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa