Śmieeeeszna lektura dla lesbijek

Jest takie słowo, którego stopniową zmianę znaczenia, przynajmniej w tym języku, którym posługują się w sytuacjach nieformalnych moi rówieśnicy, obserwuję z głęboką fascynacją. Jest to słowo „śmieszny”. A właściwie „śmieeeszny” (niezbędna odpowiednia intonacja).

„Śmieszny” miało kiedyś wydźwięk głównie negatywny. Śmieszny = wesoły, ale jednak śmieszny = żałosny, beznadziejny. Tymczasem moi znajomi, a ja wraz z nimi, używamy go coraz częściej w znaczeniu „fajny, ciekawy, lekki, niezbyt poważny, ale przyjemny”. Taki śmieeeszny (i tu brakuje emotki, brakuje…)

To słowo jest pierwszym, które przychodzi mi na myśl, kiedy chcę coś powiedzieć o wydanej przez Wydawnictwo Harpun książce Anny Arendt „Życie rodzinne świstaka”. Ta książka jest śmieeeszna. Fajna, ciekawa, lekka, niezbyt poważna, przyjemna. Bezpretensjonalna. Miła. Wywołuje ciepły uśmiech aprobaty, daje sympatyczne poczucie zadowolenia po przełożeniu ostatniej strony.

„Życie rodzinne świstaka” jest bowiem dobrym, przyjemnym w odbiorze, sprawnie napisanym romansem. Tyle, że nie hetero. Co ciekawe, w zasadzie zupełnie się tego nie zauważa! Anna Arendt pytana o inspirację do napisania książki opowiada, że nie mogła znaleźć dobrego polskiego romansu lesbijskiego – w zasadzie żadnego polskiego romansu lesbijskiego – postanowiła więc takowy napisać. Ale książka reklamowana jako LLL, czyli „lekka lektura dla lesbijek” (czyżby dialog z KKKK?), tak naprawdę może mieć – i ma – znacznie szerszy krąg odbiorców. Dobrze napisaną, lekką książkę z przewodnim wątkiem romantycznym, z ciekawymi i wiarygodnymi postaciami głównych bohaterów, z intrygą, z zaskakującymi zwrotami akcji, umiejscowioną w nieco odrealnionym miejscu i chętnie przeczyta każdy (każda?).

„Życiu rodzinnemu…” można sporo zarzucić – głównie, na co słusznie zwracają uwagę krytyczki feministyczne, posługiwanie się schematami o lesbijkach (i kobietach w ogóle) rodem z heteromatriksu. Autorce nie udało się uniknąć takich klisz jak „instynkt macierzyński drzemiący w każdej kobiecie”, „zła branża, gdzie każda z każdą” czy „obnosząca się ze swoją orientacją lesbijka”.

Osobiście nie robiłabym jednak z tego wielkiego zarzutu. Romans rządzi się swoimi prawami, a jedną z jego głównych zasad jest budowanie wątków w oparciu właśnie o klisze, o schematy: zakochanie od pierwszego wejrzenia, tajemnicza nieznajoma, mroczne sekrety z przeszłości, wahania, gorący romans, przeciwności, zwrot akcji, nieoczekiwane zakończenie (nie zdradzę, czy szczęśliwe…). Wszystko to znajdziemy w „Życiu rodzinnym świstaka” – a jak słusznie zauważyła na spotkaniu autorskim w warszawskiej UFie Anna Arendt, żadna książka nie jest w stanie spełnić oczekiwań wszystkich odbiorców i zrealizować wszystkich zadań.

Oprócz bycia pozycją czysto rozrywkową, książka może jednak – mimo, że Autorka podczas spotkania stanowczo odżegnywała się od niesienia kaganka oświaty – być fantastycznym narzędziem edukowania hetero czytelniczek (czytelników?) na temat „naszego” świata. Lesbijki pokazane są w niej może trochę przez pryzmat schematów, ale mimo wszystko w sposób zupełnie naturalny – a schematy nie są tymi najbanalniejszymi i najbardziej rozpowszechnionymi heterostereotypami. Wreszcie nie jesteśmy kosmitkami, wielką niewiadomą, babami co im chłop nie dogodził – czy też pikantnymi dodatkami do głównej fabuły, co jest w zasadzie jedyną rolą przeznaczoną dla osób nie-hetero w polskiej kulturze mainstreamowej. W „Życiu rodzinnym…” jesteśmy po prostu my, takie, jakie mija heteryk na ulicach, jakich nie dostrzega wokół siebie, bo mu się w tłum wtapiają, których sprawy go w ogóle nie obchodzą. Jesteśmy my, polskie kobiety nie-hetero (no dobrze, w tej książce – lesbijki) i choć nie ma pełnej reprezentacji każdej z nas, jesteśmy widoczne. Uzwyczajnione. Oswajane. Zauważane. Zwykłe kobiety, które sobie żyją, kochają, pracują, bawią się i cierpią. Jeśli książkę tę przeczyta jakaś tam liczba odbiorców hetero, zaistniejemy. I to pomimo, że „Życie rodzinne świstaka” nie jest edukacyjną powieścią pozytywistyczną, ale lekkim, przyjemnym romansem. Takim śmieeesznym. Dobrym. Znakomitą lekturą na lato na plażę (choć na zimę do ciepłej herbaty również).

Polecam. A po lekturze podarujcie swoim hetero przyjaciółkom, mamom, ciociom, babciom i sąsiadkom.

Anna Arendt
Życie rodzinne świstaka

Wydawnictwo Harpun

Uschi „Sass” Pawlik tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.
Prezeska wydawcy homików.pl – Stowarzyszenia Otwarte Forum.

Autorzy:

zdjęcie Uschi

Uschi „Sass” Pawlik

Tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.

165 komentarzy do:Śmieeeeszna lektura dla lesbijek

  • Caviardage

    [Re: Śmieeeeszna lektura dla lesbijek]

    O zostałem zachęcony. Z pewnością sięgnę.

  • zewsząd i znikąd

    [Re: Śmieeeeszna lektura dla lesbijek]

    No właśnie, aktorka na spotkaniu w UFie opowiadała, jak dała świeżo przygotowaną książkę swojej koleżance, która jest hetero, a poznały się przez to, że obie mają psy. ;) Później owa koleżanka musiała na parę dni wyjechać i poprosiła swoją mamę, żeby u niej przez te dni pomieszkała i zaopiekowała się psem. Matka czytała różne książki leżące na wierzchu, żeby się nie nudzić, „Życie rodzinne świstaka” przyciągnęło ją milutką różową okładką, po czym po powrocie owej znajomej: „Córciu… musimy porozmawiać”. ;)
    Można mieć oczywiście zastrzeżenia: prorodzinność w ogromnym stężeniu ;) , spektrum orientacji ograniczające się do diady hetero-homo… „Głupiec” Ewy Schilling jest lepszy (choć to trudno nazwać romansem sensu stricto, tam jest naprawdę szerokie tło i perypetie nie tylko miłosne), ale zgadzam się, że „Życie rodzinne świstaka” to bardzo sympatyczna lektura.
    Poza tym dodam tak – ja wierzę w miłość, nie mogłabym nie wierzyć, naczytawszy się od 11. roku życia „Dziadów”, „Romantyczności” i tym podobnych genialnych dzieł. To, że sama czuję się do miłości zmysłowej niepowołana i wolę zamiast się z kimś związywać, kochać świat i zwiedzać skocznie narciarskie, to zupełnie inna sprawa. Tym niemniej przy całej mojej wierze w miłość męczy mnie monotematyczność popkultury, choćby to, że większość piosenek jest o miłości, choć naprawdę istnieją miliony możliwych tematów, także nie nazbyt poważnych do „lekkiej” muzyki. I kiedy już się pojawia – ta „miłość głównego nurtu”, „miłość popkulturowa” jest obowiązkowo hetero. Także te wszystkie harlekiny… więc w sumie doszłam do wniosku, że musi mieć w sobie pewien potencjał wywrotowy książka skrupulatnie respektująca reguły romansu – ale przedstawiająca związek nieheteroseksualny.

  • zewsząd i znikąd

    [Re: Śmieeeeszna lektura dla lesbijek]

    „Autorka” miało być. W mordę lepsze literówki.

  • antoś

    [Re: Śmieeeeszna lektura dla lesbijek]

    książka dla lasek i nie ma lasek by komentować! a potem się oburzają, że o lesbijkach się nie mówi :P

  • morphine

    [Re: Śmieeeeszna lektura dla lesbijek]

    Trochę przypomina harlequin, ale sympatycznie się czytało.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa