Moje Bejnuny

Jeździłem pociągiem do Warszawy i z Warszawy niemal codziennie przez wiele lat. Teraz zdarza mi się to raczej rzadko, wolę podróżować busem, ale wsiadając do pociągu wciąż rozpoznaję z twarzy wielu pasażerów.

Jest niedzielny wieczór, jeszcze mroźny i śnieżny, choć to już pierwsze dni marca. Do tego samego przedziału co ja wsiada student teologii z Płochocina. W każdym razie, studiował teologię przed dwoma, trzema laty, gdy spotykaliśmy się często w tym pociągu. Sądząc po książkach i notatkach, w które się wówczas wczytywał, studiował teologię ewangelicką.

Teraz nie czyta, siedzi i trochę się nudzi, spogląda na okryty mrokiem krajobraz za oknem i jak ja rozgląda się po przedziale. Czasem zerka na mnie, a ja na niego. Dobrzy znajomi, co? Oj, postarzeliśmy się obaj troszeczkę, poszarzeliśmy i posmutnieliśmy.

Na którejś kolejnej stacji do przedziału wchodzi dwoje ludzi. Szczupła dziewczyna, sympatyczna blondynka w okularach, i wysoki chłopak, ciemny blondyn o delikatnej, lecz kryjącej niebezpieczne zagadki twarzy. Student teologii spogląda na nią, a następnie ogląda sobie dokładnie jej towarzysza. Siadają naprzeciw niego. Sądząc po obrączkach są małżeństwem, więc może nie powinienem pisać o chłopaku i dziewczynie, lecz o mężczyźnie i kobiecie. Nie tylko zresztą dlatego.

On wyjmuje „Strażnicę” i zaczyna czytać. Po chwili pokazuje swej żonie jakiś tekst. ”Czytałam”, odpowiada ona. On czyta dalej i znów jej coś pokazuje. ”Tego nie omawialiśmy”, stwierdza. Ona zbywa go jakąś nieśmiałą i niejasną odpowiedzią.

Student teologii co jakiś czas, niby odruchowo, wędruje wzrokiem po przedziale, niby przypadkiem zatrzymując swe spojrzenie na atrakcyjnym blondynie. Robi to po złodziejsku, ukradkiem i właśnie dla tego w sposób rzucający się w oczy. W pewnym momencie dostrzega, co tamten czyta, i na jego twarzy pojawia się drwiący uśmieszek. Ach, ci Świadkowie i te ich problemy z kaszanką. Co innego nasz wspaniały Marcin Luter!

Wpatruję się w potężną miedzianą tarczę księżyca, wschodzącego śród zimowej ciszy ośnieżonych pól. Obok mnie siedzi starsza pani robiąca przyjazne wrażenie. Pani w czarnym berecie, puszystym białym szaliku, kożuszku zszytym ze skrawków baraniej skóry i ciepłych filcowych butach. Przypomina mi trochę Helenę Radziwiłłową z portretu wiszącego w Arkadii, w Świątyni Diany. Przypomina mi ją nie dzięki rzeczywistemu podobieństwu, lecz na zasadzie skojarzenia zrodzonego z nieokreślonej jeszcze tęsknoty, skojarzenia będącego ucieczką myśli przed pustką niedzielnego wieczoru, przed mrokiem i chłodem.

Chciałbym, by była to marzycielska Helena i by opowiedziała mi, jak zachodzi słońce nad arkadyjskimi łąkami rozgrzanymi czerwcowym upałem, wśród dźwięków pulsującej orkiestry świerszczy. Bym mógł ją spytać, czy łatwo było budować Arkadię tuż pod Łowiczem, pod bokiem arcybiskupiej siedziby. Gdyby to była ona, pewnie by mi odpowiedziała:

„A cóż Wać Pan sobie myślisz, że książęta kościoła nie lubili czytywać sobie pięknych poematów o życiu arkadyjskich pasterzy i pasterek. Nie dość na tym! Mój daleki kuzyn, tytularny biskup zenopolitański, uwielbiał, objeżdżając swe włości, siadać na łące z pastuszkami i słuchać ich opowieści, ich piosenek wesołych i smutnych. A na pożegnanie, by dać wyraz swej ojcowskiej i duszpasterskiej miłości, obejmował ich czule i całował w rumiane od słońca i wiatru policzki”.

Tu pewnie bym jej przerwał, wtrącając: „W naszych czasach mogłoby to wzbudzić niejakie kontrowersje”. A księżna popatrzyłaby na mnie badawczo, nie bardzo rozumiejąc, o co mi chodzi, i ciągnęłaby dalej:

„Sam ksiądz arcybiskup Ostrowski ofiarował do przyozdobienia mych arkadyjskich ruin ułamki starych rzeźb, fryzów i kartuszy zbędnych w łowickiej kolegiacie i zamku. Upiększyłam nimi Dom Arcykapłana, ten z płaskorzeźbą przedstawiającą kobietę matkującą przedziwnego kształtu zwierzęciu, podpisaną >Nadzieja karmi Chimerę, a życie upływa<. A cesarz Aleksander podarował mi ogromny porfirowy blok na obelisk, który kazałam ustawić pośrodku mego cyrku. Piękny, prawda?”. Z tym bym się raczej nie zgodził: „Bardziej podoba mi się akwedukt, pomnik znacznie bardziej ludzkiego z rzymskich wynalazków”. „Racja. Ale najbardziej dumna jestem z mego amfiteatru. Mój najstarszy syn, Antoni, lubił recytować w nim Wergiliusza. Szkoda, że go rozebrano”. Ośmielony wylewnością księżnej pewnie spytałbym jeszcze, czy lubi czytać poezję Teokryta, jakie odczucia budzą w niej piękne wersy opiewające miłość Komatasa do Klearysty i Lakona do Kratydasa. Cóż bym usłyszał w odpowiedzi? Czy to, że bliskie jej są piękno i miłość w każdej z wielu swych postaci. Że nie obce są jej także strofy Safony. Pewnie to właśnie by mi powiedziała, gdyby to była ona, w kożuszku zszytym ze skrawków baraniej skóry, białym szaliku i czarnym berecie. Lecz ubrana tak starsza pani to raczej nie marzycielska Helena. Właśnie odkłada czytaną cały czas książkę, wyciąga z torby „Nasz Dziennik” i pogrąża się w nowej lekturze. Jej uwagę przyciąga na dłużej tekst „Kapłani wobec nowych ideologii”, zamieszczony w rubryce „Myśl naszą bronią”. Vis a vis mnie siedzi chłopak o krągłej, trochę jeszcze dziecinnej, choć już mężniejącej twarzy, soczystych jak wiśnie ustach, prostym nosie i bardzo krótko przyciętych włosach. Coś czyta i słucha z ukrytego w jakiejś kieszeni discmana „Bitter sweet symphony”. Pomimo to nie sądzę, by miał ochotę porozmawiać ze mną o zachodach słońca nad czerwcowymi łąkami Arkadii, albo wschodach księżyca nad milczeniem ośnieżonych lasów w Bejnunach. Gdyby to było jakieś sto siedemdziesiąt lat wcześniej, siedzący naprzeciw mnie chłopak mógłby być uczniem wyższej tercji albo niższej sekundy, dojrzewającym gimnazjalistą, może już studentem. Mógłby być Fryderykiem von Fahrenheid, którego natura uczyniła wielbicielem greckiego piękna i dobra, i ostatnim z rodu. Tym romantycznym Fryderykiem, który odziedziczywszy trzecią część szlacheckiej fortuny, wraz ze swym przyjacielem Ulrykiem von Salpiusem założył w maleńkich Bejnunach, zagubionych wśród wzgórz, jezior i lasów, nową Arkadię. W samym sercu Prus Wschodnich, uchodzących wówczas za skraj cywilizowanego świata. Nie wiem, jak wyglądał młody Fryderyk von Fahrenheid, czy już wówczas miał kłopoty z nadwagą i astmą. Wiem natomiast, co czuł, wpatrując się w potężną, miedzianą tarczę księżyca wschodzącego wśród zimowej ciszy. Wiem, jak oczekiwał na wiosenne przebudzenie swej bejnuńskiej Arkadii, na pierwsze powiewy ciepłego powietrza, ożywiające park ozdobiony antycznymi rzeźbami. Oto zimne wiatry odstępowały od jego pałacu, który polecił przebudować na podobieństwo ateńskiego Erechtejonu i gromadził w nim pomniki sztuki Greków i Rzymian. Przywoził je ze swych licznych podróży w towarzystwie Ulryka, szczególnie z corocznych ucieczek przed chłodem i mrokiem pruskiej zimy do słonecznych Włoch. Wiem też, że w pewien pogodny czerwcowy dzień pogrzebano go w arkadyjskim parku, nieopodal doryckiej świątyni kryjącej kopię Grupy Laookona, tak żarliwie opiewanej niegdyś przez Jana Joachima Winckelmanna. Pogrzebano go tam, u boku zmarłego wiele lat wcześniej przyjaciela, u stóp kolumny zwieńczonej wizerunkiem Nadziei niosącej rozkwitająca gałązkę. Pięćdziesiąt siedem lat później, wśród styczniowego mrozu, bejnuńska Arkadia została starta z powierzchni ziemi przez najokrutniejszą z nowożytnych wojen, rozpętaną przez brunatnych germańskich barbarzyńców, zwycięską dla słowiańskich barbarzyńców ze Wschodu. Zbiory Fryderyka i Ulryka wywieziono lub zniszczono, pałac splądrowano i spalono, a ruiny później rozebrano. Pozostały groby w parku. Bieg zdarzeń sprawił, że ledwie zacząłem poznawać historię Bejnun, odwiedziłem z przyjaciółmi niedzielny bazar ze starociami na warszawskim Kole. Właśnie z niego wracam i wiozę w płóciennej, holenderskiej torbie brązową figurkę antycznego wojownika. Niewielką i bardzo zniszczoną, tak na prawdę pochodzącą najwyżej z końca XIX wieku. Wojownikowi brak tarczy i miecza, jego lewą dłoń stopił ogień jakiegoś pożaru, odpadła lewa stopa i dolna część prawej nogi, również spękanej w żarze płomieni. Sprzedający figurkę namawiał mnie, bym oddał ją do rekonstrukcji, polecał specjalistę, który uzupełni ubytki. Lecz ja, zanim jeszcze dobiłem targu, postanowiłem, że nie zrobię tego, że jedynie osadzę ją w podstawie z kamienia lub drewna. Że będzie ona moim prywatnym pomnikiem Bejnun i wszystkich innych spustoszonych przez barbarzyńców Arkadii. Wiozę więc w płóciennej, holenderskiej torbie zniszczoną figurkę, będącą być może szczątkiem czyjegoś małego, arkadyjskiego azylu, unicestwionego wraz z dawną Warszawą lub Wrocławiem, a może z Elblągiem lub Nidzicą. Przyglądam się mojemu odbiciu w oknie przedziału. Coraz rzadsze włosy na głowie, coraz żałośniej słabe, a czoło za to coraz wyższe, coraz bardziej pocięte bruzdami zmarszczek. Ile ja lat zmarnowałem na rozważania o grzechu i zbawieniu, o transsubstancji i konsubstancji, na cały ten hokus pokus. A swoją drogą ciekawe, jakie ideologie mogą być nowe dla kapłanów działających w kraju rządzonym przez socjaldemokratów, którzy zachowują się jak ministranci? Dzwonią, kadzą i kradną jabłka. Może pieśni Anakreonta, odpędzającego myśli o starości piciem wina w towarzystwie pięknych chłopców? Może platońska opowieść o mężczyznach i młodzieńcach, będących połówkami męsko-męskiej istoty rozciętej u zarania dziejów przez Zeusa, którzy, gdy się odnajdą w świecie, pragną z dwóch stać się na powrót jednym, zespolić się w miłości i nie rozłączać nawet na krótki czas? A może tęsknota Marka Tuliusza Cycerona za wdziękami Tirona, wiernego mu, choć czasem nieprzystępnego konkubenta? Jeszcze nie wiem, dowiem się jutro z gazet, że feministyczna Manifa, przechodząca w południe Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, została powitana przez młodych Prawdziwych Polaków, zgromadzonych pod pomnikiem Wyszyńskiego, okrzykami: „Eutanazja dla pedałów! Lesbijki do obozu pracy!”. Wiozę brązowy relikt czasów odległych od naszej teraźniejszości prawie tak samo jak ruiny Pompejów, prawie tak samo gwałtownie jak one zaginionych. Chciałbym wiedzieć, jak zachodzi słońce nad Arkadią, wśród grania czerwcowej orkiestry świerszczy. Jak wschodzi księżyc nad Bejnunami, wśród zimowej ciszy. Chciałbym wiedzieć, skąd nadejdą nowi barbarzyńcy. Mój pociąg nie jedzie do Bejnun, zresztą tych już nie ma. Mój pociąg jedzie do Sochaczewa.

Autorzy:

zdjęcie Paweł Fijałkowski

Paweł Fijałkowski

archeolog i historyk; zajmuje się dziejami Żydów w dawnej Polsce, historią polskiego protestantyzmu, pradziejami Mazowsza oraz homoerotyzmem w starożytnej Grecji i Rzymie; autor książek: „Seksualność, psyche, kultura. Homoerotyzm w świecie starożytnym” (2007), „Homoseksualizm. Wykluczenie – transgresja – akceptacja” (2009).

4 komentarzeMoje Bejnuny

  • Erico

    [Re: Moje Bejnuny]

    Piękny tekst. Ja staram się nie zaglądać do przeszłości, tyle w niej cierpienia. Przyszłość wygląda lepiej, ale ostatecznie teraźniejszość, czasami skrzecząca, odpowiada mi najbardziej.

  • Twoje imię pszem

    [Re: Moje Bejnuny]

    za takie texty kocham homiki!

  • Alicja

    [Re: Moje Bejnuny]

    naprawdę … niesamowity język opowieści – bardzo ciekawie się czytało i na koniec ta puenta – mój pociąg jedzie do Sochaczewa – świetna 🙂 chyba częściej będę odwiedzać homiki

  • SA

    [Re: Moje Bejnuny]

    Szacunek! Piękne słowa.

Skomentuj

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa