Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4

Zapraszamy na czwartą część kiczowatej powieści w odcinkach, która odsłania wielką tajemnicę Marioli Frank… Po raz kolejny ostrzegamy co wrażliwsze czytelniczki i czytelników przed jędrnym językiem, którym posługują się bohaterki i bohaterzy Tęczowego wyjścia…

Oto, co zdarzyło się wcześniej.

9

Beata wsiadła do terenowego samochodu z przyciemnianymi szybami. Mariola Frank nie miała pojęcia o dyskrecji. Kierowca okazał się sympatycznym młodzieńcem, ale Beata zamieniła z nim słowa. Ten włączył radio, jednak szybko zorientował się, że nie umili pasażerce podróży. Od jakiegoś czasu wszystkie radia, chcąc przypodobać się władzy, nadawały piosenki religijne i patriotyczne. Ostatnio hitem był Ballada o Ramonie wyśpiewywana przez zapijaczonego artystę na wiecach wyborczych Rodziny Silnej. Podtatusiały ramol z wielkim brzuchem obwieszony złotem smęcił o rodzinie jako źródle siły narodu. Refren piosenki Beata znała doskonale. Słyszała ją tak często, że odruchowo zatkała uszy. Tylko rodzina, święta rodzina, wyciągnie nasz naród z szatana rąk. Tylko rodzina, święta rodzina, pozbawi naród piekielnych mąk. Tylko roooooooooooooooodziiiiiiiiiiiiiiiiiiinaaaaaaaaaaaaaaaaaa – zawodził alkoholik, który potrafił wykorzystać swoje pięć minut znakomicie.

Beacie zdawało się, że przez zaciemnione szyby widzi świat wyraźniej i ostrzej. Ulice były pełne ludzi. Dwa razy zatrzymywali się przez korek, który spowodowany był białymi marszami. Tym razem ulicę wypełnili uczniowie kilku szkół. Młodzież ochoczo machała białymi flagami, wszyscy ubrani byli na czarno. Szło czarno-białe morze. Głowy unosiły się falami. Śpiew przedostawał się do wszystkich zakamarków, a echo odbijało się w betonowej przestrzeni. Dudniący głos chłopców, którzy nie przeszli jeszcze mutacji znakomicie komponował się z dziewczęcym zaśpiewem. Kierowcy wychodzili z aut i pozdrawiali uczniów. Beata wpatrywała się zahipnotyzowana w tłum klonów z pieśnią na ustach. Kiedy oddalili się i znikli z pola widzenia, ich głosy długo odbijały się echem.
Zapaliła papierosa i uchyliła szybę. – Jak się wszystko zmieniło przez te kilka dni – myślała patrząc na znajomy warzywniak, z którego zwisała czarna płachta z napisem „RAMONIE KOCHAMY CIĘ”. Wielkie bilbordy informowały zdawkowo, acz treściwie, co pojawi się w wydaniach specjalnych dzienników i tygodników: Historia dziecka poczetego! Już w czwartek specjalny dodtek do…; Dlaczego homoseksualizm jest niezgodny z prawem naturalnym! Specjalny numer … już w kioskach!; Życie i twórczość Ramona Franka. Tylko u nas!; Ramon Frank – miszyn impasibol – od ministranta do mistra, cz. 1-30.

Świat się zmienił. Napięcie wisiało w powietrzu. Teraz potrzebne jest tornado, które wszystko wymiecie – pomyślała Beata. Nie umiała udawać żałoby. Od dziecka nie potrafiła płakać na zawołanie. Przeczuwała, że Ramon umrze właśnie w taki sposób. Należało mu się. Była lojalna, bo taki miała charakter. Oddana sprawie i angażująca się – za to jej płacił. Ale nie czuła do Franka sympatii czy antypatii. Robiła swoje. Wiedziała, że jest gburem, chamem, kobieciarzem. Jako jedna z niewielu osób nie bała się go. Chyba właśnie tym ujęła Ramona, że zdecydował się na nią. Potrzebowała pracy i ją dostała. Po prostu.

Wyjechali daleko za miasto. Pachniało rodzącą się trawą i drzewami. Skręcili z szosy w boczną uliczkę. Jechali między polami kilka minut. Skręcili w lasek. Beata znała doskonale tę okolicę. Była tutaj wcześniej ze swoim szefem wiele razy. Przed nimi ukazała się olbrzymia rozkopana polana otoczona drzewami. Zatrzymali się obok czerwonego porsze. – Mariola kupiła sobie nowy wózek. – Nieźle – pomyślała Beata.

- Wiesz, gdzie jesteśmy? – Mariola kiwnęła głową na przywitanie i pocałowała Beatę w policzek – Pewnie, że wiesz. Ty wiesz wszystko – sięgnęła po papierosy i gwałtownym ruchem odpaliła – Nie wiesz? Nie żartuj?

- To będzie cmentarz dzieci poczętych. Prezydent sam wybrał to miejsce, a twój mąż przyklepał. Po co mnie wezwałaś? – tenisówki Beaty wtapiały się w wiosenne błoto, więc czuła się niepewnie i stąpała z nogi na nogę.

- Punkt dla ciebie – odparła Frank – Wybacz moje zagrywki, od kilku dni jadę na prochach, zmienia mi się nastrój co chwila i wymiotuje dwadzieścia razy na dobę. Wiesz, że cię lubię, bardzo cenię i lubię. Jak ty z nim wytrzymywałaś? – zaśmiała się sama do siebie i pstryknęła petem na oślep – Tak, tutaj będzie cmentarz dzieci poczętych i ja kurwa sama jako pierdolona ferstlejdi wybierałam to miejsce. Wiesz, że tutaj pierwszy raz się kochaliśmy? Na tej łące – machnęła ręką na rozkopaną przestrzeń – Tutaj właśnie. Przyjechaliśmy na rowerze. Była niedziela. Cieplutko, bo to maj. I wyruchał mnie na wszystkie możliwe sposoby – oparła się o samochód – Niezły był – puściła do Beaty oczko – Ciii, nic nie mów złotko. Teraz ja mówię. Potem jego rodzina kazała nam się pobrać i zaczęło się. Mieliśmy raptem dwadzieścia lat, niepokończone studia, bez kasy, pracy, perspektyw. Posłuchał ojca i… skiepścił się. Co tu dużo mówić. Zaczęło się: jakieś smoki wawelskie, jakieś dzieci napoczęte, jakieś pedalskie orgie na ołtarzu, cynizm, kurwy, władza i wielki szmal. Żyłam jak w bajce, ale coś nie mogłam dać mu syna, bo nie kochałam go już i planowałam permanentną ucieczkę… A on piął się i piął i piął, no i kurwa wylądowałam w willi z basenem sama jak palec, bo go nigdy nie było. Ha. A wiesz czemu nie dałam mu dziecka? Ha, taka ze mnie cwaniara. Wiesz? – Beata kiwała głową zniecierpliwiona wyniosłością Marioli – Bo kurwa spiralę miałam! Powiedziałam, takiego wała, o kurwa! Takiego!

- Mariola, wyluzuj trochę. Naprawdę chce cię wesprzeć i pomóc, byłaś dla mnie zawsze miła, szanowałaś mnie. Mów o co biega. Co się dzieje?

- Nic – Mariola wybuchła płaczem i przytuliła się do Beaty.

Sięgała Beacie do ramion. Miała blond włosy splecione w ludowy warkocz, który miał ją uwiarygodniać jako żonę patrioty, plus ostry makijaż, który uwypuklał wystające kości policzkowe. Była kobietą z klasą. Szczupła, ciepła, cierpliwa. Obfite piersi wystawały jej zawsze z głębokich dekoltów. W dużej mierze dzięki niej Frank zrobił karierę. Ona była jego trampoliną do sukcesu. Prawdziwą ferstlejdi in red. Za kilka lat byłaby prawdziwą prezydentową. Gdyby Frank żył.

Mariola kiedyś prowadziła program dla kobiet w ciąży w państwowej telewizji, który nazywał się Nie zabijaj mnie Mamo! Po kilku odcinkach stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet w kraju. Naród oszalał na jej punkcie. Rozdawała autografy, jeździła na odczyty i coraz częściej zastępowała męża w roli reprezentacyjnej. Była dyspozycyjna, więc odwalała za niego czarną robotę. Odsłaniała pomniki dziecka poczętego, angażowała się w walkę z prostytucją i pornografią. Nie lubiła tego, ale zależało jej na masowych zachwytach. Napisała jedną czy dwie książki o morderczyniach dzieci nienarodzonych, z trzy książki o urządzaniu domu, dwie kolejne kulinarne i skończyło się wszystko w najmniej oczekiwanym momencie. Mariola stała się ikoną, boginią seksu oraz najpoczytniejszą pisarką w kraju. Lud ją uwielbiał. Zarabiała na książkach i programach miliony. Jej fundacja Wspieranie rodziny i dzieci poczętych notowała rekordowe wpłaty. I… Zarząd partii Rodzina Silna powiedział: dość! Postawił Ramonowi ulitamatum – albo ona przystopuje, bo odbiera partii medialną uwagę, albo on opuszcza partię w aurze skandalu. Tak, tak, na każdego się znajdzie hak, jak mawiał ówczesny premier. Ramon miał na sumieniu zbyt wiele, więc ugiął się pod naciskiem zarządu. Kariera Marioli skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Została kurą domową. Rynek się nasycił, dorzucił konkurencję w postaci półnagiej blondynki – śpiewaczki operowej wykonującej muzykę poprockową oraz samej prezydentowej, która po liftingach i operacjach nosa triumfowała u bogu swego niezdarnego męża.

- Wiesz Beato – szepnęła niezdarnie Mariola – jestem w ciąży…
Beata nic nie odpowiedziała, wiedziała, że są chwile, w których nie wypada zabierać głosu.

- W drugim miesiącu – dorzuciła Frank – Musisz mi pomóc!
Mariola szeptała przez łzy nie odklejając się od Beaty.

- Musisz mi pomóc usunąć…

10

Pogrzeb Ramona Franka był transmitowany przez wszystkie telewizje. W tym dniu nie mówiono o niczym innym. Studia telewizyjne zamieniały się w czarne jaskinie. Prezenterzy i dziennikarze prześcigali się w co bardziej wylewnych komentarzach. Zewsząd dochodziły wrzaski o tym, że odszedł Ojciec Narodu, prawdziwy patriota, jedyny sprawiedliwy wśród polityków, najprzystojniejszy polityk stulecia, och, co z nami będzie, cóż my biedne owce zbłąkane mamy począć.

Pogrzeb odbył się punktualnie w południe. Arcybiskup Antoni Świekra wygłosił płomienne kazanie na temat dobroci i miłosierdzia Franka i zagrzmiał do polityków o skuteczniejszą walkę z homoseksualizmem. Oskarżył gejów i lesbijki o sianie niepokojów społecznych oraz -wbrew cywilizacji życia – o rozbijanie rodziny, która jest najwyższym dobrem narodu. Tłum wiwatował, a orkiestra wojskowa odegrała łzawą balladę o umieraniu. Na koniec nad trumną przemawiał prezydent, premier, kombatanci, biskupi niższego kalibru oraz Mariola Frank wyglądająca jak zwykle seksownie. Odziana w obcisły czarny kostium, z kapeluszem z wielkim rondem na głowie i czarną woalką, prezentowała się godnie. Mówiła długo i wolno, często szlochała i łkała, zacinała się, a na końcu zemdlała. Media natychmiast pochwyciły ten obraz i karmiły się nim cały następny sezon. Jeden drobny incydent zakłócił tę wzniosła uroczystość. Młody chłopak, dzierżąc tęczową flagę w dłoniach, wbiegł pośród żałobników i krzyczał co sił w płucach Wolność dla gejów i lesbijek. Homofobia to się leczy! Módl się w domu po kryjomu. Gej nie pedofil. Walenie kochają Walenie. Po czym dzielne służby porządkowe zastrzeliły go ku uldze wszystkich. Podczas tak wielkich uroczystości narodowych dzielni chłopcy ze straży prezydenckiej zawsze musieli liczyć się z ryzykiem. A pedał w te czy we w te, żadna różnica.

11

Marcin leżał w łóżku i rozmyślał o dziwnym spotkaniu z arcybiskupem. Pukał się w czoło i nie dowierzał. Wziął komórkę, by zobaczyć, która jest godzina i zauważył smsa. Konrad napisał ciepłe słowo w nocy. Konrad – Marcin już znał imię tajemniczego kelnera. Pamiętał jego uścisk ręki i pocałunek w czoło na pożegnanie. Do drzwi balkonowych dobijał się jak zwykle stęskniony przyjaciela Mruczek. Marcin wpuścił go, a ten od razu wskoczył na ciepłe łóżko nie pytając się o zgodę właściciela. Zwinął się w kłębek i pod wpływem pieszczotliwej ręki Marcina zasnął. Marcin wstał, wziął prysznic i zastanawiał się jak spędzić dzień. Żałoba narodowa przedłużyła się do dwóch tygodni, więc nie musiał chodzić do pracy. Wszystkie zlecenia wykonywał w domu. Sięgnął po telefon i zadzwonił do Konrada.

- Cześć, tutaj Marcin… – nie zdążył dokończyć zdania. Przerwał mu Konrad swoim śmiechem.

- Cześć. Wiesz co? Myślę o tobie. Właśnie teraz myślałem tak intensywnie, że sprowokowałem twój telefon. Przyjedziesz do mnie? Spotkamy się? Przyjechać do ciebie? Jesteś zajęty?

Natłok pytań sprawił, że Marcinowi ugięły się kolana. Od czasów zaginięcia Wacka nie spojrzał na innego mężczyznę, nie odczuwał pożądania, bronił się przed jakimkolwiek uczuciem. Kochał Wacka i wciąż czekał na jakiś sygnał od niego. Był przekonany, że żyje, że nic mu się nie stało i jest cały i zdrowy. Konrad burzył jego samotnię. Spodobał mu się od pierwszego wejrzenia. Ujmował go uśmiechem i beztroską błyskającą z oczu.

- To jak? Dziś u ciebie? Zaraz?

Ciepły śmiech Konrada wywołał w Marcinie dobry nastrój.

- Tak, przyjedź, podam ci adres, masz coś do pisania pod ręką…

Pili piwo na balkonie i rozmawiali o pogodzie. Oboje czuli się skrępowani sobą i tym co nastąpi, że chwilowe milczenie wydawało się być wybawieniem. Marcin z wrażenia założył skarpety nie do pary, co było powodem żartów i rozluźniło atmosferę.

Marcin wolał odłożyć pytania o QueersAttack i biskupa, by nie psuć pierwszego wrażenia, choć cały czas nurtowało go – co jak i dlaczego. Dlaczego on? Właśnie on? Czy to przypadek?

Konrad opowiadał o sobie chętnie, właściwie po to, by się lepiej poznali. Studiuje sztuki plastyczne, miał kilka wystaw. Za jedną o mało nie wyrzucili go z uczelni. W prywatnym mieszkaniu zorganizował wystawę „Siedzę na Penisie”. Powiesił w równych rzędach wielkoformatowe fotografie, na których nagie kobiety i mężczyźni byli w trakcie stosunku.
Bohaterowie prac zostali przedstawieniu w rozmaitych konfiguracjach, ale warunek był jeden: wszyscy musieli mieć w sobie penisa, w pochwie czy odbycie, w zależności od płci i upodobań. Był to dosłowny przekaz o tym, jak penis rządzi światem. Lacanowski fallus, czy inna wola/wiedza. Dosłowna artykulacja męskiej dominacji. Na szczęście wiadomość o wystawie nie dotarła do prasy, ale interweniował sam rektor uczelni, skądinąd członek Rodziny Silnej, który z obawy o swoją pozycję zawodową osobiście zdejmował fotografie ze ścian. Konrad nie miał wyboru, chciał skończyć studia, choć nie obyło się bez zawieszenia go w prawach studenta. Nieliczni krytycy i niezależni kuratorzy chcieli organizować protesty w związku z cenzurą, ale bali się. Czekali na ciepłe posadki w państwowych instytucjach artystycznych. Po co się narażać, kiedy można sobie zwichnąć karierę i to dla kogo, jakiegoś gówniarza, który chce błysnąć poprzez skandal – szeptali pokątnie.

Teraz cała akademia pracowała żwawo nad zamówieniami do nowej wielkiej świątyni – produkowali ładne obrazki z religijnymi motywami; dział rzeźby wyspecjalizował się w projektach pomników dziecka poczętego. Chodziły też słuchy, że dyplomowy pokaz ma dotyczyć wizerunków Ramona Franka lub powinien być zainspirowany jego twórczością publicystyczną. Promotorem Konrada został sam rektor, który nakazał mu cykl obrazów olejnych poświęconych tępieniu pedałów – jak się wyraził.

- Szukam właśnie modeli. Już obmyśliłem całość, szkice zatwierdził mi rektor i mogę pracować. Naprawdę gówniana robota. Ale o tym później opowiem. Obrazy, jak mówił rektor, pójdą specjalnie do nowej świątyni. Rodzina Silna z innymi prawicowymi oszołomami z rządu dała na jej budowę 50 milionów – słyszałeś o tym pewnie – Konrad położył rękę na udzie Marcina.

- Zmieńmy temat. Nie chcę dziś słyszeć o tych pojebańcach, którzy zdolni są mnie zabić za to, kim jestem. Wejdźmy do domu, zimno się robi.

- Przepraszam, nie chciałem wywoływać takiego koszmarnego tematu – Konrad wstał i przytulił się do Marcina – ale musiałem ci coś o sobie powiedzieć. Teraz lepiej się znamy – uśmiechnął się do niego i pocałował w usta.

Wtuleni w siebie stali w bezruchu. Położyli się na łóżku i patrzyli sobie w oczy. Zaczęli się całować. Marcin dawno całował się z facetem, nawet nie masturbował się przy porno ściąganym z internetu. Coś go jednak powstrzymywało. Chciał zanurzyć się w chwili pieszczot. Było mu wspaniale.

Nieoczekiwanie zadzwonił dzwonek do drzwi. Zerwali się z łóżka. Marcin nie musiał zaglądać przez judasza, by wiedzieć czyja to wizyta. Zza drzwi słyszał fałszujące staruszki, zawodzące niczym kojoty z pieśnią religijną na ustach.
Marcin działał szybko.

- Konrad. Przejdź na balkon sąsiadów. Spokojnie, poradzisz sobie, balkony są połączone ze sobą, przecież widziałeś. Masz tu koc, przykryj się szczelnie. Mamy niezapowiedzianą wizytę. No idź, idź już… – szepnął i skierował się w stronę drzwi.

Ciąg dalszy nastąpi…

Autorzy:

zdjęcie Janek Kowal

Janek Kowal

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 267; nazwa: JanekKowal

10 komentarzy do:Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4

  • czytelniczka

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    robi się coraz lepiej! wow!

  • bozenka

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    ja, „co wrażliwsza czytelniczka” nie będę już komentować tej „prozy” pana Janka Kowalskiego, bo nie chcę się już nad biedaczkiem znęcać. Niech sobie pisze… (skoro ma taka potrzebę).

    Chodzi mi natomiast o homiki.pl i kryteria jakimi się kierują redaktorzy przy doborze tekstów literackich. I tutaj, przypuszaczam, rzeczywistość okazuje się bardzo smutna. Dlaczego? Bo zapewne redaktorzy, po prostu, nie mają wielkiego wyboru, i pchają co popadnie w myśl zasady „na bezrybiu i rak ryba”. Przy czym nie jest to wina naszych znakomitych ojców prowadzących, tylko samych literatów i literatek. Nie, nie chcę narzekać, że literatury lgbtq w Polsce nie ma, bo jest akurat całkiem odwrotnie. Tylko jeszcze nie wszyscy pewnie cenią sobie portale gejowskie, jako właściwe miejsce publikacji. Dlaczego na przykład swoich zwiastunów literackich nie przysyłają do redakacji no, nie wiem, Żurawiecki, Witkowski, Pasewicz, Filipiak itd. (chyba że się mylę, a redaktorzy z czystej tylko zlościwosci ich nie zamieszczają). I tu pies pogrzebany! Albo suka. A nie w tym że Janek pisze źle. Dlatego Homiki rozpieszczają nas taka literatura, jaką dostają. Może kiedys się to zmieni. Ale czy Michaska, która przeczyta proze Janka, zachecona pomyslem publikowania na homikach, podesle cos swojego?

  • do bozenki

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    czytam Twoje komentarze, bo taki nick rzuca się w oczy i zawsze jesteś krytyczna, marudna i markotna. a przecież nikt nie wymaga czytania wszystkich tekstów, jakie znajdziemy w internecie. Nawet gazet nie czytamy od deski do deski. Słaby tekst to jedno, wszędzie się zdarzają, ale ciągle krytykanctwo to chyba niezdrowy objaw.

  • fors

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    Popieram bożenkę. To nie krytykanctwo przez nią przemawia, ale uzasadniona obawa przed pseudoliteracką tandetą. Obawiam się, że redaktorzy homików stracili zdrowy rozsądek, publikując te żałosne brednie. Tym bardziej to przykre, że dotychczas homiki cieszyły się zasłużoną opinią najbardziej rzeczowego i kulturotwórczego portalu gejowskiego.

  • kacper

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    No cóż, miała być hucznie zapowiadana ambitna Homikoteka, a tymczasem mamy żałosny popis grafomanii. Smutne to.

  • Maciek

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    Uff, ale gniot. Masakra!!!

    detrollator użytkownik „fors” tożsamy z użytkownikiem „kacper”, tożsamy z użytkownikiem „maciek”, korzystający w dniu 3.02.09 z IP nr 83.24.149.94, internet udostępniony w Warszawie przez neozdradę proszony jest o niesabotowanie komentarzy i niewytwarzanie wrażenia, że się powszechnie nie podoba. skoro użytkownik jest taki mądry proszony jest też na dywanik na adres listy(at)homiki.pl

  • fors

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    Hola, hola, cóż to za szpiegowskie praktyki?
    A czy tożsamy, to nie takie proste, drogi detektywie. Z jednego komputera może przecież korzystać kilku użytkowników. Zresztą mniejsza z tym, swoje już powiedzieliśmy. A obrońcy tego typu „literatury” niech dalej się odmóżdżają, skoro sprawia im to przyjemność.

  • bozenka

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    słuchajcie, mam wrazenie, ze nie łapiecie, o co chodzi.

    Nie atakowałam redaktorów, wręcz przeciwnie: starałam się wczuć w trudną sytuację osoby, która musi podjąć decyzję: czy publikować takie słabe teksty, czy nie publikować nic? Innej alternatywy nie ma. Coś się zyskuje, a coś się traci…

    Bo nie wierze, że redakcja Homików jest zasypywana literaturą znanych nam pisarzy gej-les. A bardzo szkoda, bo chciałabym, żeby kiedyś tak było.

    W gruncie rzeczy moja krytyka jest w tej kwestii konstruktywna. Szkoda tylko, ze nikt tego nie podjął…

  • [Homiki, a dobrze wam tak!]

    Cenzurowaliście moje felietony lub grymasiliście na nie – nie dostajecie ich więcej, za to drukują się na innych portalach gejowskich! A ja bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że wiem ile są warte…

    Co się zaś tyczy komentarzy zmultiplikowanej „Bożenki”, to bredzi jak pijana. Powieść (nie wiem, czemu uznana za „kiczowatą”) jest bardzo dobra – co z tego, że pisana przez amatora a nie zawodowca?! Widać też szczerość i emocjonalne zaangażowanie autora w swe dzieło. W końcu nie od razu Kraków zbudowano – a rzeczywiście robi się z każdym odcinkiem coraz ciekawiej… „Per aspera ad astra” – jak mawiali starożytni Rosjanie – tak więc autorowi życzę wszystkiego najlepszego!!! Wszelkim „Bożenkom” zaś doradzam zaczytywanie się w jakiś „Ptaśkach” Whartonowskich i innym takim ambitnym badziewiu.

  • Marcin Robaczewski

    [Re: Tęczowe wyjście z mroku, odc. 4]

    Czytam te bzdury i oczom nie wieżę. Masz straszną sieczkę w głowie koleś. Powinien być tutaj jakiś dyżurny psychiatra i wyhaczać wszystkich poprańców zanim wydarzy się jakaś tragedia.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa