Jutro

Ten, kto gwiazdę w locie schwyta,
Sprawi dziecko mandragorze,
Wie, skąd diabeł wziął kopyta
Albo czemu gasną zorze,
Umie słuchać Syren śpiewu,
Strzec się zawistników gniewu –
Ten jedyny
Zna krainy,
Gdzie nie znajdzie fałsz gościny (…)

John Donne, 1572-1631
(przeł. Stanisław Barańczak)

Rano, tuż po przebudzeniu miał przeczucie, że może wszystko. Ta krótka chwila braku świadomości, półsnu, dawała mu poczucie pewności, że jest coś jeszcze. Że istnieje tajemnica do rozwikłania. Starał się nie budzić. Nie patrzeć w okno, jak powtarzała babcia, która była kimś ważnym w jego życiu. Tomek pamiętał, że czasami nocował u niej, gdy rodzice gdzieś wyjeżdżali. Wtedy spał w jednym z pokojów, który miał kształt prostokąta – bardziej długi, niż szeroki. Ściany miały kolor kawy z mlekiem, a dookoła rosło w doniczkach dużo paproci.

Babcia za każdym razem przychodziła tuż przed snem i wyciągała jedną z książek na regale. Nie robiła tego ani przypadkowo, ani byle jak. Starannie przeglądała tytuły, często spoglądała ukradkiem na niego, aby po chwili zastanowienia, z lekkim uśmiechem usiąść na rogu łóżka i zacząć czytać. Zdarzało się, że zasypiał w środku na dłuższą chwilę, a kiedy sam się na tym przyłapał, próbował nie dać tego po sobie poznać, choćby powieka mu się przymykała. Opowieści miały swój początek i koniec. Były też takie, które nie miały końca, wiedzione melodyjnym głosem babci rozwijały się w nocy, w snach.

I

…jeździli od miasta do miasta w poszukiwaniu trzeciego. Miał odmienić ich losy. Znaki otrzymywali już w dzieciństwie. Żaden z nich nie wiedział o sobie. Kuba od zawsze był jakby przygaszony. Dorastał w poczuciu, że jest coś więcej, że świat widziany jego oczami jest nie do końca taki, jakim się wydaje. Wierzył, że ludzie są podobni do drzew. Jedni, niczym dęby od narodzin domagali się podziwu i naturalnie stawali się kimś ważnym, znaczącym, bez przesadnego starania, byli opoką w trudnych czasach. Drudzy rośli w cieniu innych. Czasami kończyło się to brakiem ogłady, poczuciem niższości, czy zwyczajną nieśmiałością, innym razem chorobliwą zazdrością, która nie dawała im spać. Tacy ludzie karleli, stawali się własnymi cieniami, ze strachem i pożądliwością patrzącymi na innych. Wrastali w ustalone schematy, na pozór idąc własną drogą. Istnieli też samotnicy, potrzebujący przestrzeni. Dojrzewali wśród szybko wiejących wiatrów, zmagając się z codziennością, na pozór łatwą i przewidywalną.

Tomek tuż po zapukaniu i przyjściu do jego domu powiedział mu o tym. Powiedział, że istnieją drzewa, które zmieniają miejsce położenia. Raz rosną tu, a raz rosną tam. Takich ludzi można by nazwać Pasterzami. Poruszali się, podróżowali sami nie wiedząc, jaka siła mogła ich pchać w świat. Czuli potrzebę ruchu. Zmieniające się krajobrazy, otoczenie, ludzie, myśli, zmieniający się czas. Tomek wiedział o tym. Szukał pasterza odkąd zaczął być nastolatkiem. Idąc ulicą rozglądał się uważnie. Często myślał, że już prawie osiągnął cel, gdy jakiś cień przesunął się obok niego, gdy poczuł powiew wiatru na twarzy w bezwietrzny wieczór, gdy kochał się z kolegą z klasy. To jednak nie było to.

Pewnego dnia zajechali do jednego z przydrożnych hoteli. Wynajęli pokój i czekali. Po raz pierwszy mieli przeczucie, ze go uprzedzili. Kuba rozpoznał znaki. Trzepot skrzydeł motyla na wczorajszym spacerze, mętne oczy karła z pobliskiego cyrku uważnie im się przyglądające, dźwięk bursztynu o bursztyn, stukot pociągu przejeżdżającego na pobliskim torowisku. Czekali. Trzymali się za ręce, siedząc blisko siebie. Kuba lekko się trząsł. Nie mógł się uspokoić, głos mu się łamał, a wzrok znajdował tylko ukojenie w oczach Tomka. On z kolei był spokojny, pełen nadziei, że w końcu będzie mógł się zatrzymać. Przestać szukać. Że razem z Kubą spełnią swój obowiązek i oddalą się pochłonięci wspólnymi sprawami.

Tomek był typowym blondynem z oczami niewiadomego koloru, w których Kuba za każdym razem odkrywał coś nowego. On z kolei miał czarne włosy i czarne oczy. Węgiel. Takie miał przezwisko. Pasowało do niego z różnych powodów. Czasami stał na tarasie zamyślony i błądził wzrokiem po nocnym niebie. Sierpniowe noce budziły w nim niepokój. Spadające gwiazdy powodowały poczucie tęsknoty. Czuł, że musi odkryć, dokąd spadają i skąd biorą swój początek. Dlatego Tomek z początku go wystraszył. Zburzył uporządkowany świat, stałość gwiazdozbiorów czy nieba nad tarasem. Podróżując z nim dowiedział się, że niebo nie jest wszędzie takie samo. Odkrycie, jakiego dokonał ukoiło poczucie tęsknoty, poczuł się dopełniony. Tomek był jego gwiazdą, a on leciał z nim, nie wiadomo gdzie. Nie spadał, a jeśli to było spadanie, to na bezpieczny grunt. Ich grunt.

A więc czekali, a za oknem zaczęło się ściemniać. Po chwili drzwi się otworzyły, ktoś wszedł. Zwykły człowiek. Bez brody, czy zielonych włosów. Dżinsy i sportowe buty. Niemłody, niestary.

- … musicie wiedzieć, że wszystko ma swój cel. My, pasterze nadajemy ton wszystkiemu, co się dzieje. Wprawiamy ziemię w ruch. Pobudzamy myśli, potrzeby. Ostudzamy konflikty i żal. Działamy zawsze w parach – spojrzał na nich uważnie – to zbyt trudne dla jednej osoby. Czasem, gdy zabraknie jednego z partnerów świat się wali, dosłownie! Przypomnijcie sobie, co się działo podczas drugiej wojny światowej. Ziemia przygasła, stała się swoją marną kalką. Kręciła się dookoła napędzając spiralę przemocy, jak zwierzę bez nadziei idące na rzeź. Wtedy zginął jeden z Nas.

- To znaczy pasterz? – Odezwał się Tomek.

- Zgadza się. Drugi był silny i wytrzymał. Niestety jakiś czas potem, żal i strata wzięły górę, a następne pokolenie pasterzy dopiero dojrzewało. Jednak zdążyliśmy. Gdy tylko osiągnęli wymagany wiek, naprawili to wszystko, co uległo zniszczeniu.

- Jak to zrobili?

- Żyli ze sobą. Zasypiali i budzili się obok siebie. Przemierzali w snach tysiące kilometrów, setki krain, o których istnieniu nie zdawali sobie wcześniej sprawy. Zawsze razem. Kochali się, a najważniejsze podróżowali. To jedyny wymóg. Nigdy nie przyzwyczajać się do miejsca pobytu, przemieszczać się, a przez to wprawiać w ruch bieżące wydarzenia, kształtować rzeczywistość. Są miejsca nam nieprzychylne, ale nie na każdej ziemi musimy być. Nie możemy się tylko zatrzymać. Nigdy. Teraz przyszedł czas na Was.

Tamtego wieczora usiedli blisko siebie. Czuli strach i niedowierzanie. Potem przyszła ulga. Po wielu latach przestali się zastanawiać. Teraz rozumieli. Rozumieli cień, który równie szybko jak się pojawiał, tak i znikał. Rozumieli, że istnieją ludzie, którzy niczym drzewa rosną tu, a raz tam. Nie ma w tym nic dziwnego. Zależało im na sobie. Może to przeznaczenie, może tajemna siła. Poszukiwanie pasterza zbliżyło ich do siebie. Mogli polegać na sobie, być pewnymi dotrzymania danego słowa. Właśnie zaczynała się ich podróż życia, która miała trwać bardzo długo, uświadamiając to sobie zasnęli przytuleni, śniąc o tym, co będzie…

I

Babcia lubiła gotować. Wszystko miała dokładnie zaplanowane. Najpierw letnie zbieranie ziół, które potem przeobrażało się w grzybobranie. Następnie powolne segregowanie lepszych okazów i późniejsze suszenie. W całym domu dawało się wyczuć naturę. I nie wiadomo było, czy lepsza była ta świeża czy ususzona, każda wnosiła swoją wartość, każda była potrzebna. Jednak czystą przyjemność sprawiała jej sama czynność odnajdywania i zbierania dorodnych okazów. To było ekscytujące, a w pewnym wieku, to uczucie poszukiwane.

Drugą przyjemnością było czytanie. Wyszukiwanie pewnych wspólnych mianowników w książkach. Odgadywanie intencji autora, które jeśli okazywały się zgodne z jej własnymi, wzbudzały satysfakcjonujące poczucie odkrycia zagadki, rozszyfrowania tekstu. Pytania, odpowiedzi, ludzie i mnogość ich osobowości oraz charakterów, to wszystko było w książkach. Wiedząc to, już w dzień myślała o książce na dobranoc dla małego Tomka. Obserwowała go, odczytywała drobne gesty, jego myśli, swobodnie wypowiadane słowa i wybierała te książki, które mogłyby mu pomóc. Czasami tuż przed czytaniem, coś pchało jej rękę na inny tytuł, niż ten zaplanowany. Czasami – myślała spoglądając na książkę podróżniczą – przeczucie jest mądrzejsze, niż plan.

Niebieski Johnny Idealista, który mimo wszystko wierzy w szczęśliwe zakończenia. Lubi czytać fantasy. Odkąd pamięta, chciał wyruszyć w podróż do Skandynawii i kiedyś to na pewno zrobi. Lato spędza najdalej od słońca, zasłuchany w ulubione utwory muzyczne. Obecnie stawia kolejne kroki w dorosłym życiu i dmucha i chucha, aby się udało.

Autorzy:

zdjęcie Damian Niebieski

Damian Niebieski

Idealista, który mimo wszystko wierzy w szczęśliwe zakończenia. Lubi czytać fantasy. Odkąd pamięta chciał wyruszyć w podróż do Skandynawii i kiedyś to na pewno zrobi. Lato spędza najdalej od słońca, zasłuchany w ulubione utwory muzyczne. Obecnie stawia kolejne kroki w dorosłym życiu i dmucha i chucha, aby się udało.

5 komentarzy do:Jutro

  • boge

    [Re: Jutro]

    Zabrzmiało jak Tokarczuk.

  • [Re: Jutro]

    Ech… ta miłość z kolegą z klasy… ;-)
    Fajny nastrój :-)

  • SA

    [Re: Jutro]

    Miłe! Ach te babcie :-) Moja czytała mi troche młodszego od Donne’a Harricka. I stąd wiem na przykład, żeby nie przyjmować wieczorem wizyt młodych chłopców. Aktualne do dzisiaj, hehehe

    THE CHEAT OF CUPID; OR, THE UNGENTLE GUEST

    One silent night of late,
    When every creature rested,
    Came one unto my gate,
    And knocking, me molested.

    Who’s that, said I, beats there,
    And troubles thus the sleepy?
    Cast off; said he, all fear,
    And let not locks thus keep ye.

    For I a boy am, who
    By moonless nights have swerved;
    And all with showers wet through,
    And e’en with cold half starved.

    I pitiful arose,
    And soon a taper lighted;
    And did myself disclose
    Unto the lad benighted.

    I saw he had a bow,
    And wings too, which did shiver;
    And looking down below,
    I spied he had a quiver.

    I to my chimney’s shine
    Brought him, as Love professes,
    And chafed his hands with mine,
    And dried his dropping tresses.

    But when he felt him warm’d,
    Let’s try this bow of ours
    And string, if they be harm’d,
    Said he, with these late showers.

    Forthwith his bow he bent,
    And wedded string and arrow,
    And struck me, that it went
    Quite through my heart and marrow

    Then laughing loud, he flew
    Away, and thus said flying,
    Adieu, mine host, adieu,
    I’ll leave thy heart a-dying.

    Robert Herrick

  • Jacek

    [Re: Jutro]

    Jaaa… Niebieski, Tyś prawdziwy jest? Ja nie wierzę, to niemożliwe, tacy faceci nie istnieją…

  • Toudeusz

    [Re: Jutro]

    Się rozmarzyłem… facet zrób coś dla ludzkości, dla narodu, a przynajmniej dla homików i napisz książkę. Świetnie składasz literki.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa