Tęczowe wyjście z mroku, odc. 3

Ciąg dalszy perypetii Marcina, który na wieść o śmierci największego homofoba w kraju postanawia walczyć o bardziej przyjazną rzeczywistość. Pojawia się postać Marioli Frank, żony zmarłego polityka, która – jak się okazuje nie jest niewinną i cnotliwą wdową, a kobietą z pazurem… No i wpływowy biskup – Antoni Świekra, który Was chyba najbardziej zaskoczy…

Zapraszamy do trzeciej odsłony powieści Janka Kowala. Równocześnie ostrzegamy co wrażliwsze czytelniczki przed brzydkimi wyrazami, które ów utwór zawiera.

Oto, co zdarzyło się wcześniej.

6.

Marcin krążył po mieście jak turysta, który nie potrafi czytać map. Czuł się nie najlepiej. Nie potrafił znaleźć sobie miejsca w pracy. Po ogłoszeniu żałoby narodowej miał kilka dni luzu, kontrahenci jego firmy przystopowali z zamówieniami. Jedynie, co robił, to zmieniał na czarno kolor stron, które administrował. Potem nawet nie udawał, że pracuje. Siedział z nogami wywalonymi na biurku i palił papierosa za papierosem.

Rzygał już czernią, tym sztucznym lamentem, białymi marszami i donosicielami wszelakiej maści, którzy powtarzali jakieś zasłyszane w metrze plotki na temat rozwoju śledztwa. Czytał darmowe gazety i widział oczojebne nagłówki w kioskach, które komunikowały co rusz jakieś antyhomoseksualne treści. Raz na jego oczach przemknął patrol członkiń Ligi Patriotycznej w liczbie czterdziestu kobiet. Jedna z pań spojrzała nań nieufnie ruszając wargami do jakiejś modlitwy, aż przeszył go dreszcz. Zdobył się na odwagę, by nie być posądzonym o zło – jak onegdaj czarownice – i pozdrowił je szybkim „szczęść Boże”. Odkłoniły się i pobiegły gromadą do najbliższego bloku. Agitka i kontrola miała na celu wyszukiwanie homoseksualistów. Panie pod pretekstem modlitwy wdzierały się do mieszkań, ale nikt też oporu nie stawiał – wszyscy chcieli mieć je z głowy. Choć nie miały żadnych praw, mieszkańcy wybierali spokój za cenę niepotrzebnej sąsiedzkiej sensacji. Wystarczyło, że jedna z nich rozdarłaby się w niebogłosy pod byle pretekstem, a areszt był murowany.

Marcin szukał dla siebie miejsca. Chciał odwiedzić dawne lokale dla gejów, ale wiedział, że to niemożliwe. Znajomi z klubów spotykani na ulicy udawali, że go nie znają i nie widzą. Największe ciotki pozerki i lanserki nagle ubierały się jak dewotki, na czarno, w uniformach, z normalnymi fryzurami lub zupełnie łysi. Ich wesoły i giętki niegdyś krok zmienił się sztuczny męski chód. Byle nie wyróżniać się z tłumu.

Wiedział, że może mimowolnie paść ofiarą nagonki. Nie bał się jednak i jednocześnie niepokoiło go to. Chyba zwariowałem – powtarzał ciągle, bo był gotów do poświęceń w imię dobra braci i sióstr homoseksualnych, ale też wszystkich uciemiężonych w tej brunatniejącej rzeczywistości. Obmyślał plany wyimaginowanych akcji, ale nie miał pojęcia jak i gdzie może pomóc i wesprzeć osoby LGBT. Jedynie, co wiedział, to tyle, że jakaś niebezpieczna organizacja podziemna QueersAttack działa i jest ścigana specjalnym nakazem. Wątpił w jej skuteczność, nie było słychać żadnych przykładów poza przebijanymi oponami prominentnych polityków, z których robiono nius dnia. Ale nic poza tym. Marzył o masowej akcji. Marzył o poczuciu wspólnoty i wielkiej miłości, chodzeniu z chłopakiem za rękę i swobodzie. Marzył o spontanicznym seksie na łonie natury.
Przede wszystkim marzył o Wacku. Kwintesencji jego życia. O mężu, kochanku, przyjacielu…

Wacku gdzie jesteś? Czemu nie dajesz znaku? Tęsknię za tobą, rozpaczam, nie wiem, co się dzieje. Żyjesz?! Tak bardzo cię kocham.

Gdyby ktoś z was widział lub kojarzył tego mężczyznę niech się do mnie odezwie. To sprawa życia.

Wacek wyszedł z mieszkania rano, szedł do pracy i nigdy nie wrócił. Ubrany był w dżinsy i zielone polo. Miał ze sobą torbę z laptopem. Byliśmy w szczęśliwym długoletnim związku. Policja umywa ręce, nie będzie go szukać, dlatego, że nie jesteśmy spokrewnieni ze sobą, formalnie nic nas nie łączy. Jego rodzice wymazali go z pamięci. Plis, plis piszcie do mnie w tej sprawie. Nie ma go już od miesiąca, nie było go w pracy. Boję się, że nie żyje. Przyjrzyjcie się zdjęciu i dajcie znać. 
Zrozpaczony M.

Takie ogłoszenie zagościło na wszystkich ważniejszych portalach gejowskich i lesbijskich w sieci. Do akcji włączyła się cała społeczność, użytkownicy zakładali fora i zastanawiali się, czy Wacek uciekł do innego, czy przypadkiem został zamordowany przez homofobów. Co było przyczyną jego zniknięcia, nikt nie doszedł. Marcin dostawał maile od policjantów gejów, którzy szukali Wacka w swoich bazach, nawet od gejów – księży, którzy deklarowali chęć pomocy, od lekarzy, którzy włączyli w akcję swoich znajomych i wtajemniczonych pacjentów. Odezwała się także młodzieżówka Rodziny Silnej, że żałuje, że nie zabiła Wacka osobiście i że trzeba wystrzelać te wstrętne pedalstwo. Pojawiały się też groźby od pojedynczych homofobów: żałuję, że nie zostałeś wyskrobany, ty żydowska masońska kurwo, to my zadźgaliśmy twego cwela, ty pedale, ty zboku, jak cię dorwę to ci rozpierdolę ten odbyt, precz z pedalstwem, to chore i nienormalne, wyskrobać pedałów. Cały kraj spod znaku tęczy ekscytował się wieściami o Wacku. Po pół roku sprawa ucichła, maile przestały się pojawiać. Po roku nikt już nie pamiętał o Wacku i jego partnerze.

Marcin usiłował się pozbierać. Czekał na sygnał. Z czasem zrezygnował z poszukiwań i poddał się rzeczywistości.

Szwędał się bez celu. Usiadł w najbliższej kawiarni, grzał się promieniami wpadającymi przez szybę i popijał latte. Kelner był nad wyraz miły i przyniósł mu niezamówione ciastko. Marcin wiecznie się odchudzał, odstawił słodycze i mięso, ale uśmiechnął się ciepło do młodzieńca i podziękował.

- Muszę mu zostawić solidny napiwek – wciąż uśmiechając się zapomniał o koszmarze.
Jedząc beztrosko zwrócił uwagę na serwetkę oddzielającą ciastko od talerzyka. Wilgotność ciasta ujawniła dziwny jej wzór: małe a wpisane w duże Q. Niepostrzeżenie wytarł rękawem serwetkę i schował ją do kieszeni, rzucił banknoty na stół, uśmiechnął się do kelnera i wyszedł.

Błąkał się po okolicy i poczuł powiew wiatru. Zapomniał kurtki z kawiarni. Dotarło do niego, gdy odkrył sięgając po papierosy w torbie numerek z szatni. Przeklął na swoje roztargnienie, ale na szczęście nie oddalił się od lokalu.

Pięć minut później z kurtką na sobie szedł w kierunku metra. Palił papierosa i gniótł chustkę z materiału, którą wyjął niespodziewanie z jej kieszeni. Zatrzymał się nagle.

- Kurwa, co jest grane? Przecież nie używam takich chusteczek. Przecież nie mam nawet kataru.

Obejrzał ją dokładnie i odruchowo powąchał. Poczuł zapach piżmowych markowych perfum, których nienawidził. W rogu małymi literami wyszyty był anagram Q z małym a w środku.

- Co to ma znaczyć?! Kto do cholery…

Nie namyślając się odwrócił się na pięcie i pobiegł co sił w nogach w kierunku kawiarni.

7.

- Cześć Mariola. Tak mi przykro – Beata wzięła prysznic i wyszła do żony Franka w szlafroku. Podeszła do szczupłej trzydziestolatki ubranej na czarno i pocałowała ją w policzek. Jej uwagę zwróciły czarne szpilki wdowy – modny fason, pewnie kosztowały więcej niż jej miesięczna pensja.

- Witaj kochanie.

- Jak się trzymasz. Chcesz kawy – nalała do filiżanki nie czekając na odpowiedź – cukru?

- Wiesz Beata, najgorsze jest to, że nie mam się komu wypłakać. Jutro pogrzeb, a ja kurwa mam być jak zimna suka, bo media nie dadzą mi spokoju.

Mariola sięgnęła do torebki i wyjęła cienkie papierosy menatalowe. Wzięła ze stołu serwetkę i wypróżniła nos. Odpaliła złotą zapalniczką i wrzuciła ją do torebki.

- A najgorsze kurwa, że zostałam sama. Sama jak palec.

Mariola nerwowo strzepała popiół na spodek filiżanki.

- Wiesz, że ten chuj, pardon, mój mąż, mnie zdradzał? Wiesz pewnie, kogo ja się pytam, przecież ty wszystko o nim wiesz. Zresztą nieważne, mam to w dupie, mam to głęboko w piździe.

Beata nie czuła się zdziwiona i zszkowana zachowaniem Marioli. Znała ją pobieżnie i wiedziała, że do aniołków nie należy. Jedynie przed kamerami żelazna Mariola, jak ją ochrzciły media, trzymała pion. Mariola dogasiła kiepa i wyjęła z torby piersiówkę, nalała do filiżanki z kawą, a resztę dopiła jednym łykiem.

- Ja pierdolę jakie mocne. Chcesz? Łiski, najlepsza łiski prosto z…

- Dzięki, nie mogę, mam kupę pracy, muszę pozałatwiać wszystkie formalności, pogrzeb mam na głowie.

- Beata, musisz mi pomóc. Ważna sprawa, ale nie tutaj. Umówmy się jakoś, gdzieś. Nawet nie u mnie w domu, bo tam od chuja ludzi przyłazi i składa kondonencje. Wszyscy się przymilają, a ja mam siedzieć jak czarna wdowa i kiwać głową. Kurwa mać, ja mam dopiero trzydzieści lat – płacz ugrzązł jej w gardle.

- Dobrze, pomogę ci. Spotkajmy się w kawiarni jakiejś… – wycedziła bez zastanowienia.

- Pojebało cię?! W kawiarni?! Przecież paparazzi mnie zeżrą żywcem. Już widzę te nagłówki: pochowała męża i się włóczy jak kurwa po barach, albo oto wdowa, naród w pierdolonej żałobie, a ta się puszcza. Nie, Beata. Spotkamy się tu – sięgnęła do torby po długopis i napisała na serwetce adres – albo wiesz co – podarła serwetkę i wyrzuciła papierki do torby – Mój kierowca przyjedzie po ciebie. Weźmie jakiś nierzucający się w oczy samochód. To, o której. Trzecia może być?

- Tak, pewnie tak, dobrze.

- To pa. No buziaczki, dzielna jesteś wiesz – Mariola Frank czule pogłaskała Beatę po policzku i wyszła.

8.

Co się dzieje, co to ma znaczyć?

Marcin mamrotał jakieś niezrozumiałe słowa. Nie wiedział dlaczego biegnie do kawiarni, nie wiedział, skąd ma chustkę, co to za tajemnicze znaki, ale czuł, że musi się tego dowiedzieć. Dostał zadyszki, ciśnienie mu skoczyło. Usiadł na pierwszej lepszej ławce, by odpocząć. – A jeśli to pułapka? – pomyślał przez chwilę – A jeśli ktoś chce mnie wrobić, ktoś mnie rozpoznał z klubu, czy skąś i teraz się zaczai, bo wie, że wrócę? Nie myśl – mówił do siebie. Musisz tam wrócić. Coś się wymyśli, że niby zgubiłem portfel, czy zapomniałem torby.
Poderwał się z ławki i skierował swoje kroki do wnętrza kawiarni. Szatniarka nie wyglądała na zaskoczoną. W środku panowała pustka. Żywego ducha. Bar był zamknięty, sala wysprzątana. Rozglądał się nieśmiało po sali i nie wiedział do kogo ma się zwrócić, ani co krzyknąć. Kierowany instynktem wszedł na zaplecze. Panowała tu ciemność, ale nikogo nie było. Wydostał się z tego ponurego miejsca i zawrócił do szatni. Tu było pusto, szatniarka przepadła. Skierował się do wyjścia, ale wielkie szklane drzwi z secesyjnym okuciem nie chciały drgnąć. Dotarło do niego, że był uwięziony. Podbiegł szybko do męskiej toalety, ale drzwi były zamknięte. Szarpnął klamkę kilka razy. Zza drzwi dobiegł znajomy głos. – Już idę, nie pali się. – To ten miły kelner – Marcin rozszyfrował nieznajomy głos, ale uczucie niepewności nie przestawało go prześladować.

Drzwi puściły. Ujrzał ładną buzię chłopaka, którym się zachwycał kilka godzin wcześniej.
- Cześć skarbeńku – kelner przywitał go uśmiechem – wiedziałem, że się zjawisz. Ciiiiiii – położył Marcinowi palec na ustach – nic nie mów, chodź za mną. Chwycił go mocno za rękę i pociągnął w stronę środkowej kabiny – Nie bój się, nic ci nie grozi – uśmiechnął się szeroko, by Marcin poczuł się pewniej.

W kabinie zamknęły się drzwi. Kelner wyjął jakiś przedmiot z kieszeni i naciskając uruchomił dziwną machinerię. Marcin słyszał szum odpływającej z muszli wody i niepojęte rzężenie. Na jego oczach fragment ściany zaczął wsuwać się do wewnątrz. Jego oczom ukazał się spory otwór.

- Teraz uważaj, czekają nas czterdzieści cztery stopnie, schody są dość strome, więc patrz pod nogi.

- No ładnie – pomyślał Marcin, teraz mogę krzyczeć i nikt mnie nie usłyszy.

- Pójdę pierwszy, ale nie wyrywaj ręki – lubię cię trzymać za rączkę. Zaraz się wszystkiego dowiesz.

Zeszli do wąskiego korytarza. Czuć było wilgoć i ziemię. Korytarz wyglądał zwyczajnie, jak to w piwnicy. Był czysty, a jarzeniówki dobrze oświetlały drogę. Szedł śmielej i pewniej. Bawił go widok nieznajomego chłopaka, który trzyma go za rękę. Bardzo potrzebował takiego gestu, odrobiny czułości. Dojrzał światło, które wylewało się z wielkiego pomieszczenia. Kelner wprowadził go do olbrzymiego salonu. Sala była przyjemna, gustownie urządzona. Wokół stołu zapełnionego papierami siedziało kilka osób pogrążonych w dyskusji. Na jego widok zamilkli. Po czym wstali i zaczęli bić brawo. Gdy oklaski umilkły usłyszał donośny i śpiewny głos, który słyszał niezliczoną ilość razy. Jednak nie potrafił dopasować go do osoby.

- Marcinie, no mój kochanieńki, witaj w siedzibie QueersAttack – znów rozległy się gromkie brawa. Ku niemu zmierzała tajemnicza osoba odziana w sutannę – No już dobrze. Pewnie w szoku jest biedaczynka.

- Arcybiskup Antoni Świe… – nie dokończył.

Zemdlał z wrażenia.

cdn…

Autorzy:

zdjęcie Janek Kowal

Janek Kowal

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 267; nazwa: JanekKowal

7 komentarzy do:Tęczowe wyjście z mroku, odc. 3




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa