Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?

„Wystarczy patrzeć naprawdę oczami bez przyjętej hierarchii (góry są piękne – szmaty brzydkie), żeby en voyageant autour de ma chambre (podróżując po swoim pokoju) człowiek mógł przeżywać to, czego inni nie mogą dojrzeć, kręcąc się naokoło świata jak wiewiórki”.
Józef Czapski (1896-1993)

Józef Czapski i esencja pupy, czyli tumult i widma – cóż mamy, na czym stoimy, i co z tego wszystkiego wynika?

1. Pocieszne butki B 16 – widoczne mimo natłoku zdarzeń

W ciągu ostatniego roku w kosmosie LGBTQ doświadczaliśmy swoistego embarras de richesse: zdarzenie goniło zdarzenie, książka książkę, nadzieja nadzieję – i nadal końca nie widać. Wręcz nie sposób tego wszystkiego gołym umysłem ogarnąć – głowa mała, jak mawiają panie w urzędach, i chyba można by to wszystko jedynie postimpresjonistycznie i postmodernistycznie obadać i „poczuć”, jedynie pędzlem/piórem Józefa Czapskiego (vide jego Tumult i widma!) te nebularne klimaty i niuanse zarysować…

Czapski i paryska „Kultura” – wiadomo, gniazdo gejów: bo i Czapski, i Kot Jeleński (bi, powiedzmy), korespondencyjnie Gombrowicz (queer, powiedzmy), i pewnie też sam książę Giedroyć, kto wie… Ale „Kultury” już dawno nie ma, ale są za to inne konteksty i sprawy…

Za granicą na przykład listopadowe referendum w Kalifornii unieważniające jednopłciowe małżeństwa (a jednocześnie tego samego dnia elekcja Obamy, który w swoim „dziękczynnym” przemówieniu zwrócił się do współrodaków zarówno „straight”, jak i „gay”; rezolucja Narodów Zjednoczonych w sprawie depenalizacji homoseksualizmu (i no pasaran Watykanu), film Milk Gusa van Santa (amerykański przecież), czy też informacja sprzed paru dni o publicznym coming oucie francuskiego ministra.

I uroczy B16 – „homo niczym zagłada lasów tropikalnych” – ze swymi pociesznymi czerwonymi butkami (a czemu u JP II te trzewiczki tak nie raziły?)… Carissime fratelli e sorelli!… i wszystko jasne się staje…

A w Polsce? No też Obywatel Milk rzecz jasna, a przedtem głośne książki: Dziewczyny, wyjdźcie z szafy! Anny Laszuk, pionierski opus Kiedy kobieta kocha kobietę wydany przez nieocenioną Ankę Zet, Gejdar Dominiki Buczak i Mike’a Urbaniaka, Homobiografie Krzysztofa Tomasika, powieści Zygmunta i Pasewicza; a to tylko pozycje najgłośniejsze, bynajmniej nie wszystko… Dodajmy oczywiście Berka (i spektakl na podstawie) oraz Senność Kuczoka (i film ditto), a także donośny coming out Tomasza Raczka i Marcina Szczygielskiego, autora Berka op.cit. ; no i rozmowę Raczka z Cymańskim, chyba w programie Lisa – tam Raczek zaiskrzył talentem erystycznym klasy Obamy, i tam padło jego wspaniałe dictum: „to norma, i to też norma”…

2. Pupa Jacka Adlera – zawsze górą

Wspomnijmy też półgębkiem o przesławnej gołej pupie Adlera i pewnej bogobojnej pannie (nie warto jej nazwiska wymieniać), która niczym Anita Bryant (kto nie był, marsz na Milka!) rzuciła się z furią na tego Axela Springera „gejowskich mediów” i okazała się zadziwiającą ekspertką (podobnie jak członkowie Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im.Ks.Piotra Skargi) w kwestii „lizania rowa”…

Tymczasem całkiem nowa i tym bardziej rewelacyjna pupa Jacka Adlera, świeżo po liposukcji (a ponoć „gejowskie media” w takim ubóstwie żyją!) jest organoleptycznie do wglądu/obadania na portalu Gaylife, rzecz jasna. Taka pupa to prawdziwy skarb! Wspomniana przed chwilą panna już na sam widok tej epickiej sempiterny zazna chyba wielokrotnego orgazmu! A monitor też przecież można polizać…

Natomiast parę tygodni temu ukazały się w „Gazecie Wyborczej” dwa duże artykuły (ma ponoć ukazać się i trzeci) Macieja Zaremby – jednego z postmarcowych emigrantów, a obecnie znanego szwedzkiego dziennikarza; druga część tryptyku (tej trzeciej części jakoś nie można się doczekać) miała przykuwający uwagę tytuł: „Homoseksualizm to też norma” (jakby ściągniety od Raczka!); chodziło o realia szwedzkie, rzecz jasna.

Ba, a obciachowe wystąpienie Jego Obrażalskości zilustrowane klipem z zaślubin sympatycznej amerykańskiej pary?

Ale poprzestańmy już na tym.

Zaraz, zaraz… a polski przekład Gender Trouble, słynnego dzieła Judith Butler? Uwikłani w płeć – spotkania dyskusyjne wokół tej książki organizowane w różnych uniwersyteckich miastach ściągają tłumy – zwłaszcza zwarte grupy intelektualnych genderowo-queerowych studentek i studentów przyprowadzane przez panie od dżenderu – i dalej tak trzymać! Judith Butler trafiła wreszcie pod nadwiślańskie strzechy naszego katolickiego narodu…

3. Polnischer Schwul, was nun? / Cóż dalej, polski geju?

No dobrze, embarras de richesse i na dodatek silva rerum – lecz co z tym wszystkim zrobić? Cóż dalej, polski geju? Strawestowałem tytuł pewnej zapomnianej niemieckiej powieści (Hansa Fallady) – tak bywa, że czasem coś celniej da się wyrazić w takim, a nie innym języku. Cóż zatem wynika z tego wszystkiego dla polskiego geja?

Otóż sam do końca nie wiem – ale postanowiłem i pozwalam sobie na podzielenie się z ewentualnymi czytelnikami kilkoma myślami ni priczom (jak to mawiają Rosjanie) – czyli jakby nie na temat i poniewczasie…

I żebyż to były myśli – nie, to ich zaczątki ledwie, takie niby-Sarraute’owskie tropizmy (polecam wszystkim książki tej rosyjsko-francuskiej pisarki!), kłębiące mi się po głowie tak bez ładu i składu – i żadnych wniosków nie widać…

Rzecz w tym, że wszystkie te zdarzenia i działania mają w Polsce miejsce jak gdyby jednocześnie, ale zarazem OBOK SIEBIE; nie „współdziałają” ze sobą, nie uzupełniają się nieraz wcale; każdy (czytaj: każda grupa złączona wspólnym interesem środowiskowym bądź towarzyskim) sobie swoją własną rzepkę skrobie, a wynikiem tego jest swego rodzaju „pomieszanie z poplątaniem”…

4. Ból lektury Marcina Krzeszowca i Jerzego Putramenta

Weźmy choćby na tapetę recepcję Uwikłanych w płeć, czyli polskiego wydania Gender Trouble Judith Butler…

Ta słynna książka, wydana po raz pierwszy w 1990 roku, a więc bez mała dwadzieścia lat temu, ukazała się właśnie po polsku, nakładem „Krytyki Politycznej”. Pismo to (a zarazem wydawnictwo) – choć nie gej/les, to niesłychanie LGBTQ-friendly – organizuje z tej okazji w ośrodkach uniwersyteckich w całej Polsce spotkania promocyjno-dyskusyjne; wśród panelistów występuje elita polskich przedstawicieli Gender/Queer Studies: wymieńmy choćby Kingę Dunin, Joannę Mizielińską, Bożenę Chołuj, Agnieszkę Graff, Dominikę Ferens, Kazimierę Szczukę, Tomasza Basiuka, Jacka Kochanowskiego, Tomka Kitlińskiego, Pawła Leszkowicza, Błażeja Warkockiego – ale i to nie wszyscy!

Osoby te, w swej własnej teoretycznej refleksji, odwołują się do Judith Butler (i jej książek) jako do swego rodzaju kamienia węgielnego Gender i Queer Studies. Ale nawet sama Agnieszka Graff powiedziała na warszawskim spotkaniu, że Gender Trouble, to nie jest książka łatwa, że wymaga wciąż to powtarzanej lektury i ciągłego myślowego przetwarzania; to wszak nie stanowi problemu dla Marcina Krzeszowa, wielce zasłużonego redaktora wielce zasłużonych pism (m.in. „Inaczej”, „On i on”), a obecnie wartościowego portalu „Polgej”. Na łamach swego skądinąd merytorycznie treściwego portalu (do którego z satysfakcją zaglądam, i którego wszystkim polecam) pisze otóż, miedzy innymi, co następuje:

Pani profesor Judith Butler, obecnie 52-letnia, jest oczywiście lesbijką. Jako szesnastoletnia gówniara dokonała „burzliwego coming outu”, za co została przez starych wykopana z chaty i „skazana na potępienie”, ale nie zaprzestała „dążyć do rozkoszy i szukać akceptacji dla własnego życia seksualnego”. Błąkała się po akademickim kampusie i zaprzysięgła zemstę. Zemstę nie byle jaką, bo intelektualną. Na złość mamie postanowiła zostać panią profesor i ex cathedra pokazać i rodzicom, i tym wszystkim obrzydliwym samcom, i w ogóle całej ludzkości. Co pokazać? Ano nic, postanowiła po prostu „im wszystkim pokazać”. I jako 34-letnie dziewczę opublikowała efekt swoich wieloletnich przemyśleń, „najważniejszą pracę w historii intelektualnej ruchu feministycznego”, którą – „nareszcie po polsku!” – z łaski tłumaczki Krasuskiej i redaktora Ostolskiego możemy się upajać.

Butler jest jedną z wielu wściekłych lesbijek na zachodnich katedrach, które za szerzenie swoich teorii pobierają wynagrodzenie (…) Zajmijmy się jednak uczonymi białogłowami/pociesznymi wykwintnisiami, bo ubaw z nich lepszy niż z bohaterek Moliera. Sfrustrowane lesbijki zdają się zgodnie orzekać, że Pan Bóg „mężczyzną i kobietą stwarzając ich” zaprezentował politowania godny prymitywizm i prostactwo. Bo gdyby ludzkość stwarzała Pani Bogini, to by od razu namnożyła bytów, nawymyślała psychoseksualnych odcieni, stworzyła „seksualność nieredukowalnie złożoną”, a tak to one, te lesbijki znaczy się, muszą się teraz za Niego męczyć. Bo jest niedopuszczalne, żeby kobiety dłużej były uwikłane w pajęczynę zastawioną na nie przez obrzydliwe męskie jadowite pająki. Dlatego stwarzają „wywrotową wielość seksualności, naruszającą heteroseksualne, reprodukcyjne i medyczno-jurydyczne hegemonie”, „seksualność postgenitalną”, sprzeciwiając się „binarnej regulacji seksualności”, unieważniając pojęcie „orientacji seksualnej” (…), „biseksualność” uznając za niewystępujący w przyrodzie „wytwór dyskursywny” – a ich orężem zachwycająca swą niezrozumiałością, elegancka terminologia, z której używania sawantki te najwyraźniej czerpią czysto fizykalną przyjemność, porównywalną z przyjemnością, jaką jedna z moich koleżanek (zwykła, toporna, obleśna w prostocie swej konstrukcji heteryczka) czerpała z bawienia się eleganckimi kosmetykami: różnokolorowymi buteleczkami, puderniczkami, sztyfcikami i dozownikami.

Teoria Butler (nazwana przez epigonów „teorią queer”, choć w samej pracy takie określenie nie pada!) jest dla nowomodnych fizyków płci teorią względności (a Butler, odpowiednio, Einsteinem), unieważniającą dotychczas nam znany, „euklidesowo-newtonowski” świat, w którym występowały dwie stabilne płcie, równoległe względem siebie i wzajemnie kompatybilne. W teorii queer płcie te przecinają się (mieszają, dekonstruują) w plus i minus nieskończonej przestrzeni Łobaczewskiego. „Kobieta” i „mężczyzna”, „butch” i „femme” to już „historyczne określenia stylu seksualnego”, zarzucone przez „postfeminizm”, który unieważnił je tak samo jak „postmodernizm” unieważnił – historyczne dziś – rodzaje literackie: lirykę, epikę i dramat.

Spośród wymienianych przez Butler Sióstr Płciowego Nadzoru warto zapamiętać nazwiska: pramatki feminizmu Simone de Beauvoir, Eve Kosofsky Sedgewick (bez której nie byłby powstał doktorat Warkockiego), Luce Irigaray, Gayle Rubin, ale przede wszystkim Pannę Julię Kristevą, którą kocham nazywać „sfrancuziałą Bułgarką” (co ma dla mnie posmak zbliżony do „mieszczanka szlachcianką”), do której Tomasz Kitliński, jej paryski czeladnik, jest przykuty jak do dializatora, a po której Butler przejechała się jak po burej suce.

Cała ta rewolucja filozoficzna zrodziła się z babskiego dyskomfortu i nie byłaby nas wcale interesowała, gdyby badaczki w swoje rozgrywki nie wciągały gejów. Gej uważający się za nic więcej i nic innego jak faceta, którego podniecają wyłącznie faceci, nie ma tu nic do czytania. Jednak znamy takich, którzy są dokumentnie posikani z kultowego uwielbienia dla Wielkich Teoretyczek (…). Myślę, że w ten sposób z „teorii queer” żyje w Polsce kilkadziesiąt osób, dlatego uważam, że teoria ta ma jednak jakieś praktyczne znaczenie – daje komuś utrzymanie.

Pozwoliłem sobie na ten przydługi cytat (ale żywe pióro Krzeszowa sprawia, że jego lektura jest całkiem miła!), żeby unaocznić pewną niepokojącą skłonność do myślowego symplicyzmu (symplactwa? – pewien znany krytyk lubi te słowa używać), która cechuje, jak widać, nie tylko przedstawicieli prawicy. Także lewicy i wszelkich politycznych opcji, o czym nich świadczy inny passus, tym razem z wypowiedzi Jerzego Putramenta, niegdysiejszego koryfeusza literatury Polski Ludowej:

„Często literatura staje się ewokacją psychopatologicznych ciągotek autora. Do pasji doprowadza mnie na przykład Beckett. Facet żyje w Paryżu, ma się nieźle, trzyma się rześko, i od kilkudziesięciu lat dowodzi ludziom, ze życie nie ma sensu. Jest w tym coś godnego, moim zdaniem, pogardy, jest w tym brak elementarnej elegancji”.

5. Judith Butler tak czy owak obroni/wyżywi się sama

A cóż de facto, mówi nam Judith Butler (nazwisko to niech będzie emblematem, niech symbolizuje wielu innych teoretyków/teoretyczek Gender i Queer Studies, jak choćby Eve Kosofsky Sedgwick)? Ano to, po prostu, że płeć (a co za tym idzie, i „seksualna orientacja”), to jedynie rodzaje kulturowo-zwyczajowych kostiumów i wciąż na nowo odgrywanych aktów performatywnych. To że nie ma czegoś takiego jak „stuprocentowi” mężczyzna czy kobieta. Istnieje jedynie spektrum – czyli „widmo optyczne” – czyli nieprzerwany ciąg „płciowych” i seksualnych kostiumów i zachowań, a każdy z nas jeden z tych kostiumów każdego dnia i w każdej chwili wybiera i zakłada. Świetną ilustracją prawdziwości tego stwierdzenia jest wspomniany na początku Gejdar – jak sam wspomniałem w moim o tej książce tekście, przedstawia ona tak szeroki wachlarz poglądów, postaw i zachowań osób uważających się za polskich gejów, że po lekturze tych wywiadów nie wiemy już w sumie niczego…

A świetny artykuł Barbary Pietkiewicz „Dwuramienni” w „Polityce” (24.01.2009) o polskich biseksualistach? Zarówno w Gejdarze, jak i w tym artykule, czytamy mniej więcej to samo, co teoretycznie i erudycyjnie sproblematyzowała Judith Butler; ale po to istnieje Nauka przez duże N, żeby pewne zjawiska wyesencjalizować do samego końca, żeby pewne przepracowane i oszlifowane koncepcje mogły posłużyć jako cegiełki do dalszej i głębszej analizy rzeczywistości. I przywołuję też przy każdej okazji Fantazmat zróżnicowany Jacka Kochanowskiego – czyli „Socjologiczne studium przemian tożsamości gejów”. Ta majstersztykowa praca, podobnie jak i teksty Joanny Mizielińskiej, Tomasza Basiuka czy Błażeja Warkockiego po prostu nie mogłyby powstać, gdyby nie podwaliny złożone przez Judith Butler (i jej następczynie/następców) – w nauce/humanistyce nic nigdy nie powstaje z próżni (Judith Butler też miała do czego się odnieść). A sednem teoretycznych rozważań Butler i polskich queerowców jest „kopernikańsko-einsteinowska” koncepcja w naukach społecznych (co bywa przedmiotem przytoczonych nieco wcześniej „kpin”), że właśnie nie ma dwóch płci i dwóch orientacji, jak chcieliby niejeden heteryk i niejeden gej, ale że jest ich nieskończona ilość, i występują w najrozmaitszych konfiguracjach…

Rzecz jasna takie poglądy nie mogą przypaść do gustu nie tylko tradycyjnemu heretykowi stąpającemu „twardo po ziemi” w swoim zbudowanym na solidnych fundamentach gmachu heteromatriksu, ale i większości chyba gejów i lesbijek, a także transseksualistów, którzy pragną z mozołem wykuwać swoją prawdziwą gejowską/lesbijską/transową tożsamość. No bo jak to, my tu walczymy, zmagamy się, kamingautujemy, wiele ryzykując, a tu uczone panie (i panowie równie uczeni) mówią nam, że owa tożsamość, do której dążymy, to jedynie fantazmat, i to w dodatku zróżnicowany! Tak się nie godzi, to nie fair, tak się nie bawimy. I dotyczy to nie tylko Polski. Podobne głosy protestu, oburzenia i kpiny odzywają się także i w Ameryce, i we Francji – o czym mówiła choćby sama Judith Butler w rozmowie redakcyjnej francuskiego miesięcznika „Tetu” (listopad 2008).

Ale jedno nie wyklucza drugiego. Chodzi o to, że (nieskończona) wielość (autopercepcji) płci/orientacji/konfiguracji nie wyklucza wyboru i wypracowania TEJ JEDNEJ, POŻĄDANEJ TOŻSAMOŚCI – każdemu wedle uznania i potrzeb. Ale komu by się chciało wybierać. Jesteśmy w sumie wszyscy dziećmi naszego dryfującego gdzieś w nieznane świata. I przeczytałem niedawno w wypowiedzi pewnego psychologa, jak należy postępować z dzieckiem w restauracji, aby było spokojne i grzeczne: należy mu zaproponować DWA TYLKO dania do wyboru – będzie miało wybór, a nie będą go szarpać wątpliwości. Tylko DWIE opcje – no właśnie.

6. Pij Mleko, będziesz wielki, a pupa prawdę ci powie…

A od Judith Butler przejdźmy do Milka.

Film „Obywatel Milk” wywołał w naszym kraju niebywałe poruszenie – wśród heteryckich krytyków oraz widzów spod znaku LGBTQ, którzy w ferworze dyskusji niemal chcieli roznieść homiczy portal i pod wodzą nieujawnionego jeszcze lidera (jeszcze nie dokonał coming outu !) ruszyć na burzliwy pochód korytarzem homiczej witryny. Co roku odbywają się co prawda w Warszawie i w innych miastach Polski (nieraz burzliwe, bywało) parady i marsze tolerancji/równości, ale to nie jest, jak się okazuje, TO; te nowe parady, na które – już teraz – mamy wyruszyć, mają być bardziej tłumne, bardziej burzliwe i bardziej skuteczne. Tylko kto – już, teraz, zaraz – na te parady się stawi? Wydarzenia przedstawione w „Milku” miały miejsce w Ameryce z górą trzydzieści lat temu, a my, teraz, w Polsce, żyjemy w całkiem innym świecie. Innym, to nie znaczy gorszym. Po prostu innym. Inne mamy kulturowe i obywatelskie tradycje i uwarunkowania, i inne są teraz techniczne choćby możliwości. W epoce różnorodności, wielości, telefonów komórkowych, internetu i nieskrępowanych możliwości podróży i, last but not least, dojrzałego sceptycyzmu, nie tak łatwo już ludzi skrzyknąć. I niby kto miałby być tym polskim Milkiem? Liderów mamy wcale niemało, ale myślę, że ich samoświadomość utrudniłaby im wejście w role polskiego Milka – bo może Milk w obecnych czasach jawiłby się jako ktoś nazbyt naiwny i prostoduszny…

Ale wróćmy do pytania wyjściowego – co z tego całego zawirowania wynika dla polskiego geja, i kim on w ogóle jest?

Otóż cała rzecz w tym, że „modelowego” polskiego geja (i lesbijki) nie ma. Ani modelowej osoby transseksualnej. Każdy jest inny, a orientacja (w swej dominancie homoseksualna) to jedynie jeden z elementów osobowości. Ale nas interesuje właśnie ten wspólny mianownik – to, co powoduje, że mimo dzielących nas różnic, zainteresowań, wykształcenia, kontekstów, uwarunkowań rodzinnych i finansowych – czujemy jednak, że należymy do tego samego środowiska. Podobnie jak Afroamerykanie – Obamę od czarnego biedaka z Bronxu też może dzielić wiele, ale jednak ten hipotetyczny biedak cieszył się zapewne, że prezydentem został jeden z „naszych” (to znaczy „ichnich”). Józef Czapski zapewne z przyjemnością spoglądał na pośladki młodego chłopaka (a dożył wszak czasów, gdy – zwłaszcza w latach siedemdziesiątych – spodnie noszono, jak na dzisiejsze standardy, nieprzyzwoicie obcisłe), ale jednak imażu swojej pupy po liposukcji zapewne by na kartach Tumultu i widm nie umieścił. W twórczości Czapskiego udało mi się namierzyć jedną tylko męską pupę – a mianowicie na obrazie „Chłopiec przed de Staëlem” (1981), ale w nazbyt luźnych spodniach, niestety. Zaś pupy raw, bez „garniru” czy panierki, uwiecznił jedynie niewieście – ale zawsze co pupa, to pupa, więc nie wybrzydzajmy przecie. Dla prawdziwego queerowca pupa to zawsze konceptualna pupa i basta.

Tak więc dla Jacka Adlera pupa (w swej esencji) z pewnością stanowiłaby jakiś punkt wyjścia do zbratania się z Józefem Czapskim – czyli tutaj esencja poprzedzałaby egzystencję, na przekór Sartre’owi…

Tak, moi drodzy, jesteśmy wszyscy inni, ale łączy nas rezonans na PUPĘ – „pupę” znów w symbolicznym, emblematycznym znaczeniu – i mówmy sobie, co chcemy, ale to pupa jest właśnie tym papierkiem lakmusowym struktury głębokiej naszej orientacji – pupa prawdę ci powie.

7. Od pupy esencjalnej do realnej – i co z tym począć?

Jesteśmy wszyscy – geje, lesbijki, transy – cholernie, bardzo cholernie różni. Nasze konteksty i układy są nieraz z innych całkiem konstelacji, funkcjonują nieraz całkiem obok. A nadto nasza orientacja też nie jest z jednej bryły. W jakim stopniu każdy z nas jest lesbijką, gejem, bi czy transem, to sam doprawdy nie wie. Ale w końcu na coś się decydujemy – najczęściej bez udziału woli. Tymczasem świat żąda konkretów – a i my sami też chcemy wiedzieć, kim w istocie jesteśmy. Na szczęście jesteśmy także – każdy z nas jest, i to cholernie, bardzo cholernie – homo, ba, animal sexualis. TO w końcu decyduje, gdzie skierujemy nasz popęd, to w końcu nas dookreśli. Pupa? Tak, ale jaka… I tu jest pies pogrzebany…

Ten galimatias w sferze publicznej, w której przychodzi nam funkcjonować, niepokoi nas nieco. Ta kakofonia głosów i opinii, działań i przekonań. Jedni doznają olśnienia czytając Judith Butler, a inni liżąc rowa. Jedni chadzają na warsztaty do Instytutu Teatralnego, a inni do przychodni Wild. Jedni wspierają Biedronia, a inni trzymają z Adlerem. Jedni czytują „Politykę”, a innych wciąga „Fakt”. A czasem też się zdarza, że z Instytutu im.Raszewskiego jakoś tak blisko do przychodni Wild (tu dżender, i tam dżender), a czasem bywa odwrotnie. Ktoś głosi, że tylko Butler, a inny, że to pierdoły. Ktoś woli warszawską Lambdę, a inny lubelską „Odwagę”. Ktoś dumnie kroczy z banerem, a inny nie wyszedł z szafy. Ktoś się opędzić nie może, a inny na darmo czatuje. Ktoś prosto z warsztatów profesor Ingi Iwasiów pędzi na wieczorną mszę.

A warto też wiedzieć, że E.M.Forster, autor Maurice’a i klasyk angielskiej literatury XX wieku konkurował ongi z J.M.Keynesem, wielkim ekonomistą i twórcą amerykańskiego New Dealu (a teraz znów nam się kłania) w wyrywaniu chłopaków z ludu na pikietach w londyńskich kiblach. Keynes, doradca Roosevelta, był szczęśliwie żonaty zresztą.

Gombrowicz w Buenos Aires w czasie wojny nie miał z czego żyć, więc dorabiał pewną częścią ciała. Pupą, rzecz jasna, pupą. I czyż nie była to horrendalna (kto wie, może i pożądana) ironia historii i losu, ze twórca „upupienia” dorabiał pupą właśnie? Co sprawiało mu też przyjemność być może. Co nie przeszkodziło mu stać się teraz Czwartym Wieszczem, po społu z Mironem Białoszewskim. A co by obaj robili bez kobiet?

Nie próbujmy przeto wszędzie doszukiwać się wspólnych mianowników, nie próbujmy pokrzykiwać jedni na drugich, że my to mamy rację. Wszak cały urok w tym, że jest tak bardzo RÓŻNIE, a sytuacja w polskim światku LGBTQ przypomina nieco Warszawę – w rozkosznym chaosie urok. „Wolę piekło chaosu od piekła porządku” – tę frazę Wisławy Szymborskiej warto mieć na uwadze.

Tak więc złączmy dłoń z wysublimowanym pederastą Czapskim, poklepmy odtłuszczoną pupę Adlera, pochylmy główki przed karcącym napomnieniem Be Szesnastego przytupującym czerwonymi butkami, i z Judith Butler pod pachą, a trzymając butelkę Mleka w kolejnej (czwartej?) dłoni, wyruszmy na tę naszą radosną gotycko-queerowską paradę korytarzem homików.pl, tak jak rozradowane dziecięci z czerwonymi chorągiewkami i słowem Stalina na ustach kroczyły w górę unieruchomionymi z powodu awarii schodami ruchomymi trasy W-Z ku świetlanej komunistycznej przyszłości…

A po paradzie zajdziemy do Lodi Dodi na pokrzepiające ciotowskie piwo z sokiem, gdzie na wysokich stołkach wokół kolistej lady zbratamy się z Jarkiem, Zbyszkiem, i tymi wszystkimi, których ponoć tak wiele, i którzy nas tak kochają i wspierają, ale jeszcze o tym nie wiemy…

Krzysztof Zabłocki anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

12 komentarzy do:Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?

  • rxt

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    U JP2 czerwone butki nie raziły, bo ich po prostu nie nosil. Nosił normalne skórzane buty, a nie purpurowe trzewiczki…

  • Abiekt

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    Przepraszam Krzysiek, ale skąd wytrzasnąleś fragment o Gombrowiczu?

  • Walpurg

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    Jeśli kiedyś ukaże się drukiem antologia tekstów z Homików, to powyższy artykuł powinien być wydrukwany jako Słowo Wstępne. :)

  • molko

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    tez mnie to interesuje, skad dawanie pupy gombrowicza? byly plotki i owszem ale tu widze przekonana o swej racji reke

  • Krzysztof Zabłocki

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    info o Gombrze podaje za książką Reinaldo Arenasa „Zanim zapadnie noc” – ale nie za wersją polską!

    passus o prostytuowaniu się Gombrowicza jest w wersji angielsksiej – Before Night Falls

    pisałem o tym latem na homikach w tekście „Książka na lato (2)”

    ku mojemu zdziwieniu gdy pozniej bylem w Berlinie okazało się, że w wersji niemieckiej też rzeczonego passusu nie ma!

    moja teoria: książka ukazał się pośmiertnie najpierw w wersji angielskiej (w USA, a potem siłą rzeczy w Anglii) w pełnej wersji (i byc moze w Ameryce Pld.). natomiast pozniej, gdy miala ukazac sie w kontynenetalnej Europie, to zadzialałalo „lobby gombrowiczowskie” z Francji – i passsus zoatal usuniety.

    Polskie wydawnictwo (Świat literacki”), ani tez tłumaczka w ogóle o tym passusie nie wiedzieli – więc w wydaniu hiszpańskim (z Hiszpanii, nie z Am.Płd.!) tez ten passus usunięto!

    pelny tekst fragmentu jest w moim tlumaczeniu (z angielskiego) na homikach – Ksiazka na lato (2)

  • bozenka

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    niby fajne i zabawne, ale sprawia wrazenie ze autora, ktorego skadinad cenie, poniosl hurraoptymistyczny humanizm i queerowa utopia, w ktorej dupka Adlera konkuruje z performatywem Judith Butler, a Raczek obejmuje sie z Cymanskim, a wszystko jest tu takie super, ze och i ach…

  • SA

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    Może uda mi się na początek rozzłościć trochę autora przypomnając coś z jego działki. To taka szpila do jego artykułu: :-D
    (na marginesie, czasem lubię funkcje kopiuj i wklej)

    „A scrupulous writer, in every sentence that he writes, will ask himself at least four questions, thus:

    What am I trying to say?
    What words will express it?
    What image or idiom will make it clearer?
    Is this image fresh enough to have an effect?

    And he will probably ask himself two more:

    Could I put it more shortly?
    Have I said anything that is avoidably ugly?

    One can often be in doubt about the effect of a word or a phrase, and one needs rules that one can rely on when instinct fails. I think the following rules will cover most cases:

    Never use a metaphor, simile, or other figure of speech which you are used to seeing in print.
    Never use a long word where a short one will do.
    If it is possible to cut a word out, always cut it out.
    Never use the passive where you can use the active.
    Never use a foreign phrase, a scientific word, or a jargon word if you can think of an everyday English equivalent.
    Break any of these rules sooner than say anything outright barbarous.
    * From Orwell’s essay“Politics and the English Language”

    Szanowny autorze,
    może tego nie widać, ale uwielbiam postmodernizm, z całą jego ambiwalencją, defundamentalizacją i dekonstruktywizmem, i dlatego z wielką przyjemnością przeczytałem ten groch z kapustą, który Pan upichcił, to czemu tak zachęcająco nadał Pan tezę „Cóż mamy, na czym stoimy i co z tego wszystkiego wynika?”, ale poza pewnym ukontentowaniem intelektualnym, nadal odczuwam niedosyt, a to przede wszystkim z tego powodu, że pisze to i w taki sposób działacz Lambdy!

    Może nie potrafię czytać ze zrozumieniem, może ten tekst mnie przerasta, ale czytałem go chyba trzy razy i wniosek, jaki z niego wysnułem jest następujący (proszę mnie strofować jeśli się mylę):
    Cóż mamy – rozkoszny chaos i tęczowe spektrum,
    Na czym stoimy – na dupie, bo wszyscy geje i tak tylko to mają w głowie,
    Co z tego wszystkiego wynika – nie próbujmy wszędzie doszukiwać się wspólnego mianownika, a najlepiej niczego nie próbujmy, bo wiadomo i tak spotkamy się na koniec w Lodi Dodi.

    Ludzie! Gdzie podziała się wasza pasja! Jeśli to ma być aktywizacja pro-gejowska, to jest to aktywizacja a rebour.

    Uprzedzając ri-posty – proszę tylko nie piszcie, że wzywam kogokolwiek na jakieś barykady do stworzenie jakiejś pro-gejowskiej utopii, czy chcę nas wszystkich ubrac w jednolite gej-mundurki, bo to tani i nieprawdziwy chwyt. Uważam, że różnorodność i ciągłe ścieranie się poglądów jest najlepszą formą życia społecznego. Dynamiczny stan niepokoju jest najdoskonalszą formą egzystencji.
    Ale też bardzo dobrze wiecie, że jest parę prostych spraw do zrobienia, albo ciągłego robienia i nie chodzi tu o żadną rewolucję. Nie załatwimy tych prostych spraw w pojedynkę i jakaś forma wspólnoty byłaby bardzo przydatna. I o tych prostych sprawach do załatwienia chciałbym rozmawiac językiem argumentacyjnym, który dotrze nie tylko na Mokotów, czy Żoliborz, ale też do Koziej Wólki. I żeby na miłosc boską było w tym choć trochę radości i pasji. Skąd (tym razem do diabła :-) ten defetyzm!
    Codziennie iluśtam młodych chłopaków odkrywa swoją homo-, czy biseksualność. Za dziesieć lat będzie to samo i za pięćdzesiąt pewnie też – ale chciałbym, żeby im było łatwiej żyć, żeby nie musieli emigrować (tak na marginesie intuicyjnie wydaje mi się, a Lambda pewnie ma nawet jakieś dane, że szczególnie wielu z nas wyjechało). Chciałbym, żeby taki młody chłopak, nie przeżywał dramatów z tego powodu, że ma inną orientację, żeby nie czuł się gorszy. A bez kasy (naszej własnej, gejowskiej) i wsparcia ze strony państwa, w postaci zapisania i przestrzegania naszych praw będzie trudno. Czy waszym zdaniem zrobiliśmy już wszystko?
    No i najważniejsze – wybory, wybory, wybory!!! Kurde stracimy to, co mamy jeśli na każde wybory nie będziemy sie mobilizować. Rok 1989 nie był tylko rokiem przełomu w stylu: Było źle – zmieniło się na dobrze i złe już nigdy nie wróci. Rok 1989 dał tylko i wyłącznie szansę, że każdego dnia MOŻE być dobrze i to pod warunkiem, że kazdego dnia będziemy o to dbać. A Lambda powinna nam to w nieskończoność przypominać.

    P.S. Przepraszam, nie mogę sobie na koniec darować komentarza do pupy Adlera :-)
    Kobieta w wywiadzie ewidentnie złamała rejestr wywiadu, który przecież miał być o sprawach społeczno-politycznych, sprowadzając dyskusję do poziomu „lizania rowa”. Wkroczyła na poziom naruszający intymność kontrdyskutanta, czego biedny Adler jakoś nie umiał zripostować pozwalając na nierównowagę – on jest świntuch, a ona święta. Moim zdaniem zabrakło tu właśnie argumentatywnej polemiki, że albo dyskusję toczymy w jakiejś konwencji, albo robimy wolnoamerykankę i przerzucamy się obrazkami gejowskich stosunków analnych, czy dla odmiany heteroseksualnych stosunków np. pary prezydenckiej, czy naszej ulubionej dziennikarki z nogami w górze. No cóż, nauczka dla przyszłych działaczy biorących udział w dyskysjach, bo pytanie „Jak to robicie?” jeszcze parę razy padnie. Na marginesie, Klaus Wowereit jest poważnie traktowany jako kandydat na stanowisko kanclerza Niemiec i podczas wielu spotkań pojawia się oficjalnie ze swoim partnerem. Dziennikarz, który zadałby mu pytanie jak to robią, wyszedłby na idiotę. No bo jak to robią? NORMALNIE. :-)

  • Krzysztof Zabłocki

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    dziękuję bardzo Komentatorom za ciekawe uwagi – koledze SA dziękuję też za cytat z Orwella, jednego z moich ulubionych autorów, którego ogromnie cenię jako eseistę: tak przy okazji warto przypomniec, ze juz wiele lat temu ukazal sie w Anglii czterotomowy zbior jego esejow, szkiców i recenzji (tamże i przywołany przez SA esej) – i jest to prawdziwa kopalnia wiedzy o W.Brytanii i epoce autora (w Polsce wydano jednotomowy wybór).

    Orwell jest ceniony za „krystaliczną czystośc stylu” – kunsztownie prostego (brzmi to jak oksymoron!) i przejrzystego; jego proza miała byc „przezroczysta” niczym szyba… Orwell w ogóle był ascetą i człowiekiem surowych obyczajów. Jedna z jego biografii nosi tytuł „The Crystal Spirit” – tak, był to doprawdy człowiek-kryształ!

    Co do refleksji Bozenki i SA: Bozenka wspomina o moim „hurraoptymizmie”, natomiast SA dostrzega w moim tekscie defetyzm, który nie przystoi osobie reprezentującej Lambdę… Tak naprawdę, to nie jestem ani hurraoptymistą, ani defetystą. :-) A muszę pwiedziec, ze wlaśnie wrocilem niedawno z nowej siedziby Lambdy (Zurawia 24 A, lok. nr 4 – czy wszyscy juz tam byli? :-) ), gdzie w ramach sobotnich wieczorów filmowych pokazywany byl film dokumentalny „Jim kocha Jacka” – tytułowy Jim (James Egan) to trochę taki kanadyjski Harvey Milk, tyle że uaktywnil sie dziesięc lat wczesniej niz jego slynny amerykanski kolega…

    I otóż: pokazy filmowe w nowej siedzibie Lambdy staja się coraz bardziej popularne – przychodzi coraz więcej osob, a po projekcji są ciekawe i bardzo ozywione dyskusje – jak na przykład dzis!

    Ale do czego zmierzam: a do tego, ze jestem jak najbardziej OPTYMISTĄ (choc moze nie az hurra :-) , a w zadnym wypadku nie defetystą :-) Uważam jednak, ze jako środowisko LGBTQ jestesmy baaaaaaaaaaaaaardzo zróżnicowani, więc należy stawiac na różnorodnośc działań i ofert, NIE LEKCEWAŻĄC, RZECZ JASNA, ROLI ZDECYDOWANYCH JEDNOCZĄCYCH DZIAŁAŃ. A w moim tekscie właśnie na tę różnorodnośc chciałem zwrócic uwagę, a przy okazji trochę się z nas gej/les/trans/queer pośmiac, bo uważam, że czasami brakuje nam dystansu do samych siebie czy autoironii – i o dziwo zauwazam to nieraz przy kontaktach z działaczami z tzw. Zachodu. Nie traktujmy siebie zawsze z taką straszną powagą! Przeciez nawet Milk nie był „świętym”, a człowiekiem z krwi i kosci, który „pupą” nigdy nie gardził, gdy mu się trafiała… Chodzi mi też o to, żebyśmy nauczyli się traktowac siebie samych jako „normę”, po prostu! Ja wiem, ze łatwo mi tak mówic, bo jestem „z miasta” (dużego :-) , i mogę sobie pozwolic (hm, z drugiej strony sam to sobie wypracowałem !) na całkowitą otwartośc co do mojej orientacji. Tak, praca „nad sobą” i pozytywnym stosunkiem do własnej orientacji to długi i trudny nieraz proces, ale może zakończyc sie powodzeniem!

    A KORZYSTAJĄC Z OKAZJI LAMBDA ZAPRASZA ZA DWA TYGODNIE (14 LUTEGO, GODZ.18) NA POKAZ ARCYDZIEŁA BRYTYJSKIEJ KINEMATOGRAFII – POKAZANY BĘDZIE „If…” (Jeżeli…) LINDSAYA ANDERSONA. FILM TEN (Z 1968 ROKU) OTRZYMAŁ ZŁOTA PALMĘ W CANNES I PRZYNIÓSŁ TEŻ SŁAWĘ WYKONAWCY GŁÓWNEJ ROLI, ABSOLUTNIE SEKSOWNEMU :-) MALCOLMOWI McDOWELLOWI (GRAŁ PÓŹNIEJ M.IN. W SŁYNNEJ „MECHANICZNEJ POMARAŃCZY”). FILM „If…” UKAZUJE TRADYCYJNĄ ANGIELSKĄ „ELITARNĄ” SZKOŁĘ Z INTERNATEM I PANUJĄCE W NIEJ KLIMATY – JEST TO JEDNOCZEŚNIE METAFORYCZNY OBRAZ ANGLII.

    WIDZOWIE BĘDĄ TEŻ MIELI MOŻNOŚC OBEJRZENIA PUPY McDOWELLA (I NIE TLKO JEGO) – I PORÓWNANIA JEJ Z PUPĄ JACKA ADLERA.

    REŻYSER BYŁ JEDNYM Z „NASZYCH”, A W FILMIE SĄ TEŻ OCZYWIŚCIE „NASZE” KLIMATY.

    I O ILE „STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW” – FILM KTÓRY NIEKIEDY ZESTAWIANY JEST Z If… – JEST FILMEM „HOLLYWÓDZKIM”, TO „If…” JEST FILMEM NA WSKROS ARTYSTYCZNYM..

    ALE WIĘCEJ OPOWIEMY I POKAŻEMY NA POKAZIE W LAMBDZIE – A KTO NIE ZNA TEGO FILMU, NAWET NIE WIE, CO TRACI :-)

    ZAPRASZAMY WIEC SERDECZNIE!

    I dziękuje raz jeszcze za ciekawe i inspirujące głosy w komentarzach powyżej!

  • Arek Queerowy

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    dzialac trzeba kupą, jasne. Ale też musi byc jakas podbudowa pod tym działaniem, jakas tresc, do ktorej można sie odniesc, jak chocby różnorodna gejowska kultura. Dlatego warto stawiac na róznorodnosc, co zresztą poniekąd ma miejsce – sporo sie w końcu w Warszawie dzieje pod tym względem. Całej Polski od razu nie zbawimy, niech przynajmniej w dużych miastach „się dzieje” coś ciekawego.

    jak będzie duzo tej „treści”, to może ilośc łatwiej przejdzie w jakośc!

    a i ci, ktorzy maja problemy z coming outem, tez poczują się pewniej!

  • Kamil

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    Mój komentarz: „Fajne efekty specjalne”

    Background: Kiedyś uwielbiałem chodzić na DKF i po wyjściu z kina godzinami dyskutować przy piwku (i kawie) o filmie, który dopiero co się widziało. Każdy zobaczył co innego, jak w opowieści o ślepcach macających słonia. Dopiero w wyniku tych rozmów zaczynało się rozumieć film naprawdę. Z takim też nastawieniem zabrałem kiedyś mego byłego chłopaka, motocyklistę, z członkiem gabarytów puszki RedBulla, na film „Matrix”. Po projekcji z 10 minut wywnętrzałem się przed nim o archetypach wykorzystanych w tym filmie, jak paw prezentujący swe pióra w ogonie, aż w końcu spytałem się o jego zdanie. „Fajne efekty specjalne” odparł. Nic więcej nie udało się z niego wyciągnąć. No tak, w końcu jego ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu było cięcie w CSa (i inne gry komputerowe).

    Krótko i węzłowato: Gratuluję eurydycji KrzysiaczQ.

  • Agnes

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    fajny tekst, chodzi o to, żeby pokazac rozmigotanie „srodowiska”, ze cos sie dzieje i zeby się dzialo! dlaczego geje mają byc smętkami i zrzędami?

    a co do queeru, to malo kto w koncu kuma o co idzie – wiec warto niesc kaganek!

  • mariusz8585

    [Re: Polnischer Schwul – was nun? I cóż dalej, polski geju?]

    Trzeba walczyc, bo Wierzejskie, Najfeldy i Górskie wciąż się pojawiają na nowo – nie można tracic czujności chocby na chwilę. Życ oczywiscie tez trzeba. Ale przeciez w Ameryce tez byla i jest homofobia, podobnie jak w Europie (na przyklad w Niemczech). Tak bylo, jest i będzie




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa