- homiki.pl - http://homiki.pl -

Normalne/nienormalne. Relacje rodzinne.

[1]

Właściwie pewne rzeczy przyjęłam już za pewnik. A może nie tyle przyjęłam za pewnik, co po prostu pogodziłam się z nimi – takimi, jakie są. Przestałam naciskać na ich zmianę, przestałam podejmować próby. Czasami mam wręcz wrażenie, że gdzieś w środku zaakceptowałam stan rzeczy – który przecież jest nieakceptowalny i nienormalny (jeśli za normę przyjąć to, co dobre i właściwe, a nie to, co statystycznie najczęstsze). I ten właśnie poziom akceptacji mnie ostatnio uderzył – czy aż tak dostosowałam się do stanu faktycznego, czy to reakcja obronna mojej udręczonej głowy? Czy raczej mądra świadomość, że jeśli nie da się czegoś zmienić, to szkoda energii na próby? A może po prostu zobojętnienie…

Zobojętniałam na fatalne relacje z moimi rodzicami, wywołane wyłącznie moją orientacją seksualną. Choć może nie tylko tym? Bo jeśli od początku okresu dojrzewania słyszałam, że moje pomysły na życie są nie takie, moje przyjaźnie niewłaściwe, moje wybory nieodpowiednie, a związki, wówczas jeszcze po linii heteromatrixu, na pewno katastrofalne dla mojej przyszłości… To być może nie powinnam być zdziwiona tym, co stało się, kiedy kilka lat temu zdecydowałam się na coming out: chcąc być w zgodzie z własnym sumieniem, wiedziona jakąś mętnie pojętą uczciwością wobec najbliższych – było nie było – ludzi, przeżywszy bez ich wiedzy kilka lat w swojej otwarcie biseksualnej tożsamości, spotkawszy kobietę swojego życia, postanowiłam poinformować o tym rodziców.

Ojciec zabronił mówić matce (syndrom chronienia słabej jednostki przed „ciosami”). Matka próbowała popełnić samobójstwo. Przeszła załamanie nerwowe, po kilkunastu miesiącach awantur i szantaży emocjonalnych praktycznie ze mną nie rozmawia, przekonana, że swoim egoizmem zniszczyłam życie swoich najbliższych. Że zniszczyłam jej szczęście (drobne wyjaśnienie: egoizmem, bo będąc biseksualna i „mając możliwość związania się z mężczyzną i stworzenia normalnej rodziny” zrobiłam jej na przekór, nie pozwalając spełnić się w roli babci).

Nie, nie twierdzę, że byłam aniołem. Też krzyczałam, też w obronie swoich wyborów stosowałam agresję, też oskarżałam ich o egoizm. W końcu, dzięki nieocenionej pomocy mojej terapeutki, zrozumiałam, że nie zmienię ich poglądów i nie uszczęśliwię ich na siłę, kształtując ich przekonania na moją modłę. Każdy dorosły człowiek jest odpowiedzialny sam za swoje życie i swoje szczęście – tej myśli staram się trzymać. Już ich nie przekonuję, że mam prawo być sobą. Przestałam.

Matka nie rozmawia ze mną w zasadzie w ogóle. Po obu stronach, jak sądzę, sporą rolę gra urażona duma, zniechęcenie, poczucie bezsensu. Ja już na szczęście nie czuję się pokrzywdzona – to też dzięki mojej terapeutce. Z ojcem mam kontakt niezły – widzę w nim wysiłek, jaki podejmuje, żeby poradzić sobie z sytuacją. Opowiadając mu o swoim życiu często mówię o „nas”, wspominam swoją partnerkę. Mojemu ojcu też kilka razy zdarzyło się użyć sformułowania „wy”, liczby mnogiej. Wiem, że to w jego przypadku wielki postęp i wielka zmiana. Bardzo to cenię. Choć obiektywnie patrząc – to niewiele.

Paradoksalnie jest mi trudniej niż gdyby się mnie całkiem wyrzekli. Jestem z nimi związana mocno, choć na co dzień o tym nie myślę. Uciąć z nimi relację całkowicie nie byłoby mi trudno, ale nie dają ku temu powodów. Z matką tkwimy w przeciwległych okopach jak w czasie „dziwnej wojny”, ale nie ma już bitew, czasem pomniejsze potyczki. Panuje lodowate zimno. Ojciec próbuje być łącznikiem między nami. Sytuacja jest chorobliwa, ciężka, trudna do zniesienia, jeśli się o niej za dużo myśli. Więc nie myślę. Zrobiłam sporo, żeby ją znormalizować. Czas na ich ruch. Ale nie jest normalnie.

Dla porządku muszę dodać, że zupełnie inaczej wygląda moja relacja z moim bratem – który przyjął zapewne szokującą dla niego wiadomości o orientacji siostry ze spokojem i naturalnością. Relacje układają nam się świetnie. Normalnie.

Relacja z moimi rodzicami wydaje się tym bardziej nienormalna, że mam w tym samym czasie porównanie z normalnością. Bo skrajnie inna atmosfera panuje w drugiej części mojej rodziny – czyli wśród bliskich mojej partnerki.

Rodzice traktują swoją córkę z wielką miłością i szacunkiem, jej orientację przepracowali (choć z opowiadań wynika, że na początku nie było im łatwo, nigdy jednak nie odrzucali jej z tego powodu), akceptują jej wybory życiowe i wspierają w nich. Kiedy ich poznałam, jako jej – potencjalnie wówczas – stała partnerka życiowa, zostałam przyjęta w rodzinie z życzliwym, ciepłym zaciekawieniem, które przerodziło się w wielką, obustronną sympatię. Nasza decyzja zamieszkania razem, podjęta dosyć szybko, wzbudziła niejakie zaniepokojenie jej rodziców, ale widać było, że wynika ono wyłącznie z troski o jej dobro.

To wszystko było dla mnie od samego początku cudem. Wyobraźcie sobie, jak się czułam, otoczona miłością, ciepłem i szacunkiem w sumie zupełnie mi obcych ludzi, kiedy moi biologiczni rodzice… Wiadomo. Wyobraźcie sobie, o ile większym cudem jest dla mnie spotykanie się z dalszą rodziną mojej partnerki, gdzie rozkwitam w serdecznej, ciepłej atmosferze, szanowana i – mam nadzieję przynajmniej przez większość – lubiana. Niezwykłym doświadczeniem jest dla mnie to, że mogę liczyć na ich bezwarunkowe wsparcie, nie tylko jako partnerka ich ukochanej córki/siostry/wnuczki/siostrzenicy itp., ale także jako ja sama. „Bezwarunkowe” to ważne słowo, ponieważ moi rodzice zapewne również udzieliliby mi zawsze wsparcia w trudnej sytuacji życiowej – ale pod jednym, oczywistym warunkiem… (lub w stylu „zobacz, jak wiele dla ciebie robimy, choć jesteś taką złą córką”).

Oczywiście, rodzina mojej partnerki, jak każda rodzina, idealną nie jest. Oczywiście, nasze relacje z nimi to nie sielanka. Oczywiście, wolałabym, żeby mówili o mnie „jej partnerka”, a nie „jej przyjaciółka” i żeby jasno komunikowali naszą relację światu na zewnątrz – znajomym itp. Oczywiście, czasem sama siebie strofuję, kiedy popadnę w zachwyt zbyt wielki – że przecież takie relacje, jakie mamy z nimi, powinny być normą, więc czymże ja się tak wzruszam… No, ale normą nie są. Wiecie, jak wygląda nasze społeczeństwo, wiecie, jak wygląda większość sytuacji rodzinnych osób LGBTQ. Więc chyba rozumiecie mój zachwyt, nieustający od lat kilku, nad moją nową rodziną.

To wszystko, co opisałam powyżej, ma nawet odzwierciedlenie w języku, jakim się posługuję. Istnieje w semantyce zasada (w uproszczeniu), że pojęcie, relacja, które są najbardziej podstawowe i elementarne, najważniejsze, nie wymagają dodatkowych określeń. Więc kiedy mówię „mama” – mówię o matce mojej partnerki. Kiedy chcę odnieść się do mojej matki, mówię „moja mama”. To pokazuje dużo, jak sądzę – a nie jest wcale zabiegiem zamierzonym.