Ścianka działowa – fragment

– Zwarty i gotowy? Cel plac Matejki. – Wskazała dłonią. – Jak już będziemy na miejscu, dostaniesz śliczną flagę ze „Społem”.

– Ze „Społem”?

– Też mają tęczowe, pasują jak ulał. Chrzestna mi pożyczyła; jak ją zwalniali, dostała w ramach odprawy cztery sztuki.

– Baloniki nie wystarczą?

– Właśnie, baloniki. – Wręczyła Fiotroniowi plastikowy woreczek. – Proszę bardzo, do wyboru, do koloru. Wiedziałam, że „zapomnisz”.

Nawet nie próbował udawać niesłusznie skrzywdzonego. Istotnie zrobił unik. Miał świadomość, jaka to manifestacja i po krótkim namyśle, uznał, że jednak weźmie w niej udział. W końcu obiecał Brzytwie cały tydzień, bez względu na to, gdzie go spędzą i w jakich warunkach. Odmawiając, wyszedłby na tchórza albo, co gorsza, żałosnego użytkownika moherowych beretów. A przecież nawet jego rodzona matka przestała w nich gustować. Skoro ma wziąć udział w pochodzie, musi znaleźć jakieś wymierne korzyści. A zatem:
Poczyni cenne obserwacje socjologiczne, to raz.
Z pewnością zyska w oczach znajomych; otoczenie Fiotronia darzy Marsz Tolerancji rosnącą sympatią. I poparciem, oczywiście wirtualnym. Nikt tam na razie nie bywa (zbyt duże ryzyko, niewystarczające zainteresowanie kluczowych mediów), ale czyniono pewne plany. Za rok, góra dwa, kiedy Marsz stanie się naprawdę trendy, Fiotroń będzie mógł się pochwalić, że był pierwszy, przed wszystkimi. Co nie znaczy, że teraz ma się rzucać w oczy, stwierdził, odkładając baloniki na dno szuflady.

Niestety Brzytwa przyniosła dodatkowe, specjalnie dla „zapominalskiego”. Świadomość, że przejrzano go na wylot, dręczyła Fiotronia bardziej niż strach przed wyzwiskami obrońców jedynie słusznej moralności. Usiłując strzepnąć z duszy nieprzyjemne kłaczki, skupił się na energicznym marszu.

– Ależ pędzisz – wydyszała Brzytwa, z trudem dotrzymując mu kroku. – A chciałam ci powiedzieć, że coś ruszyło w naszej sprawie.

– W mojej. – Fiotroń zaznaczył dystans.

– Zależy, jak patrzeć. Ale nie będę się spierać z mistrzem chodu sportowego. Jeszcze chwila i stracę cię z oczu.

Fiotroń niechętnie zwolnił.

– Od razu lepiej – odetchnęła, przycisnąwszy dłoń do prawego żebra. – Kolka.

– Co z tą moją – podkreślił – sprawą?

– Właśnie! – przypomniała sobie, rozmasowując bok. – Rozmawiałam dziś z babcią sąsiada. Mieszka tuż nade mną. Osiemdziesiąt siedem lat, a pamięć! Jak kryształ górski. Oczywiście tu i tam zdarzają się szczeliny – przyznała – które sąsiadka zalepia różowym kitem, fantazjując, zwykle na temat ostryg i kawioru.

– Ostryg?

– Podobno jada je na czwartkowych kolacjach u swojego spowiednika. Takie tam bajeczki – machnęła dłonią. – Ale jeśli chodzi o dawne czasy, pamięta każdy detal. Na przykład gdzie można było znaleźć jabłka latem czterdziestego trzeciego.

– Kosztele czy boikeny? – kpił Fiotroń.

– Papierówki – odparła Brzytwa, niezrażona jego niechęcią. – Zdobywane niemal cudem, o czym mi opowiedziała dziś rano, przy okazji napomknąwszy o ósemce.

– Myślałem, że to zamknięta sprawa – mruknął Fiotroń. Miał nadzieję, że skupią się wreszcie na tym, co istotne. Faktach dotyczących romansu jego żony.

– Ja też już położyłam lagę, a tu proszę, taki news. Więc słuchaj – zaczęła opowieść. – Leżę sobie w wannie, odprężając się przed pochodem, nucę Odrobinę szczęścia w miłości, nagle babcia sąsiada pyta, skąd mam taki wspaniały olejek. Nie czuła niczego podobnego od czasów zimnej wojny.

– Weszła do pani łazienki? Podczas tak intymnej czynności? – Fiotroń nie mógł ukryć zgorszenia.

– Poniekąd, ale to dłuższa historia. Zresztą sam zobaczysz. – Ocknęła się nagle. – O, rany już jesteśmy na miejscu! – Wskazała tęczowy tłum, wypełniający plac Matejki. – Ciąg dalszy nastąpi potem. Jak przeżyjemy. – Mrugnęła, pociągając Fiotronia za rękaw.

Przeszli przez kordon policjantów i znaleźli się w samym centrum przyszłych wydarzeń. Dziwne doświadczenie, zwłaszcza dla kogoś, kto ostatni pochód (z okazji pierwszego maja) zaliczył jeszcze w podstawówce. Fiotroń rozejrzał się ostrożnie, omiatając wzrokiem stojących w pobliżu ludzi. Całkiem zwyczajni, ocenił, nie bez zdziwienia. Po transmisjach podobnych manifestacji spodziewał się większej frywolności, zarówno w strojach jak i w zachowaniu. Tu jedyną ekstrawagancją była tęcza, wymalowana na transparentach, koszulkach i z rzadka na twarzy. Gdzieś mignął tęczowy parasol albo cudaczny cylinder, i to wszystko! A przecież na berlińskiej Paradzie Miłości…

– Och, ta słynna berlińska Parada Miłości! – Brzytwa przewróciła oczami. – Na której tyle się dzieje. Media zapominają tylko napomknąć, że to impreza muzyczna. Coś jak Woodstock tyle, że w nieco innej scenerii.

– Ale geje tam chyba bywają?

– W Opolu też bywają. I na pielgrzymkach. Media wolą jednak soczyste obrazki z Berlina. Równie dobrze mogliby pokazywać karnawał w Rio.

Telewizja potrzebuje jaskrawych akcentów, przyznał Fiotroń, wracając do przerwanych obserwacji. Ci zgromadzeni na placu Matejki raczej nie trafią do programu „Uwaga”. Z kolorowymi balonikami w dłoni wyglądają, jakby wybierali się na piknik do Ojcowa. Zbyt grzeczni, zwyczajni i stanowczo za młodzi. Jeszcze wierzą, że im się uda, skrzywił się Dionizy, czując dziwny ucisk w piersi. Nie, żaden wielki ból egzystencjalny. Raczej smutek, jaki się odczuwa w pierwszy, naprawdę chłodny wrześniowy poranek. Fiotroń zrozumiał nagle, że dla jego zblazowanych znajomych nie ma tu miejsca. Ich entuzjazm wypalił się w połowie lat dziewięćdziesiątych, a teraz mogą sobie pooglądać w telewizji, jak ktoś inny usiłuje zmienić świat. Jeszcze chwila, a zostaniemy zepchnięci na boczny tor, pomyślał, i aż pociemniało mu w oczach. Co się ze mną dzieje, zastanawiał się, rozmasowując skronie. Przecież na ogół nie zawracał sobie głowy przemijaniem czy starością. Ani swoją, ani cudzą. Własna matka wydawała mu się coraz młodsza, zwłaszcza od kiedy pochowała ojca i wszystkie berety. Patrząc w lustro i na Szarlotę miał wrażenie, że czas niemal stoi w miejscu. A już na uczelni czuł się zupełnie jak smarkacz, nie tylko dzięki królowej sekretariatu. Otoczony studentami Fiotroń po prostu zapominał o swoim wieku. Naturalnie utrzymywał dystans, po to głównie, by egzekwować dyscyplinę. Jako człowiek z natury miękki miał świadomość, czym zakończyłoby się spoufalanie z grupą: deszczem niezasłużonych piątek. Zachowanie równie nieprofesjonalne jak produkcja banknotów bez pokrycia. Znalazł więc sposób, by ukryć niedobory własnej asertywności pod skorupką oschłego belfra. W głębi duszy jednak czuł się jak nieco tylko starszy (i bardzo nieśmiały) kolega.

Teraz, stojąc wśród nieznajomych „dzieciaków” Fiotroń przypomniał sobie, że od jego dyplomu upłynęło wiele lat. Ponad piętnaście, a on ciągle jest tylko doktorem. Obiecuje sobie, że w tym roku już na pewno się habilituje, potem brak mu motywacji i energii. Pewnie dlatego jego kariera naukowa utknęła w martwym punkcie. Ba, żeby tylko to. Miał wrażenie, że on sam znalazł się w potrzasku, bez możliwości ucieczki. Stąd wieczorne napady lęku albo narastające aż do granic wytrzymałości przygnębienie. Dlatego tak rozpaczliwie poszukiwał Brzytwy. Tylko czy ktoś równie roztrzepany może go uratować? Niby jak?

– Pompujemy. – Podała mu niebieski balonik.

Błękitne koło ratunkowe, prychnął Fiotroń, posłusznie biorąc się do pompowania. Kiedy napełnił siódmy balonik, pochód ruszył. Przekroczywszy ulicę, powoli popłynął Plantami obok Poczty Głównej, skręcając następnie w plac Wszystkich Świętych. Atmosfera niemal piknikowa. Tu i ówdzie ktoś żartował, z tyłu opowiadano o podobnej demonstracji w Warszawie. Obok młode małżeństwo popychało wózek z przedszkolakiem. Można by pomyśleć, że to niedzielny spacer, gdyby nie policjanci. I gapie, całe mnóstwo ciekawskich. Ustawili się wzdłuż alejek, pstrykając zdjęcia komórkami. Jakbyśmy przylecieli z Neptuna, dziwił się Fiotroń, zakłopotany tą nagłą i niezasłużoną sławą. A przecież niczym się od siebie nie różnimy. Więc wystarczy zmienić kontekst, ustawiając byle barykadę?

Mijali właśnie trzech mężczyzn stojących na parkowej ławce.

– Zboczeńce, do gazu z wami! – ryczał najmniejszy z nich. – Adolf miał rację!

– Kaprysiak – wyjaśniła Brzytwa. – Albo jeden z jego licznych klonów. Niestety nie made in China, więc nie rozsypią się po pierwszym praniu. Cześć, Beret – zwróciła się do robocopa, który wyrósł nagle tuż obok Dionizego. – Wszystko pod kontrolą, możesz wyluzować.

– Rok temu spuściłem cię z oka i mało nie straciłaś swojego, ot co!

– Bez przesady, to był tylko pomidor i trafił mnie w czoło. Idźże już, nie rób mi obciachu. Sio! – Machnęła dłonią, jakby chciała przepędzić natrętną komarzycę. Robocop nie zrażony odprawą, dzielnie dotrzymywał im kroku. Może zapewni nam większe bezpieczeństwo, pomyślał Fiotroń, obrzucając zazdrosnym wzrokiem jego imponującą sylwetkę. Takich tricepsów nie ma żaden z jego kumpli okupujących codziennie siłownię. To na pewno zasługa dobrze skrojonego munduru, pocieszył się szybko. Zresztą, w sumie, nie wygląda to aż tak atrakcyjnie, jak na przykład w telewizji. Może dlatego, że robocop za mocno ściska ramionami boki. Dziwne, na ogół faceci tej postury trzymają ręce rozłożone, jakby nieśli pod pachami spore arbuzy. Beret trzyma co najwyżej pastylki od kaszlu i bardzo stara się nie zgubić ich po drodze.

– Nowy wielbiciel? – dopytywał Brzytwę, łypiąc złowrogo na Fiotronia i nie odklejając ramienia od boku, szturchnął rywala koniuszkami palców.

Dionizy aż podskoczył.

– Przywitać się tylko chciałem – uspokoił go robocop, podając dłoń. – Beret jestem. A ty kto?

– Powiedzmy, że klient – ucięła Brzytwa, rozglądając się na boki. – Patrzcie, Karola! Tam przed nami, po lewej! Też nas widzi!

Energicznie pomachała koleżance pękiem baloników. Pomarańczową twarz Karoli rozjaśnił uśmiech, który narzeczony Krystian zgasił jednym ruchem. Jak peta. Przywołana do porządku dziewczyna natychmiast przybrała właściwą postawę, znikając za transparentem z napisem: „Smok Wawelski woli dziewice”.

„Smok woli dziewice”, „Nie – dla pedałowania”, „Dwaj faceci nie mają dzieci”, „Chłopak dziewczyna normalna rodzina” – żałosne hasełka, ale to właśnie one mają szansę trafić do wieczornych wiadomości. Ciekawe, kto jest autorem? Frustraci z przedmieść czy prawdziwi fachowcy od reklamy? Nie zdążył jednak zapytać Brzytwy, bo właśnie wkroczyli Grodzką na Rynek Główny. Pochód stanął, nagle zrobiło się naprawdę duszno. Tu i ówdzie poleciały przeterminowane jaja, a od strony Adasia, na melodię Guantanamera, patriotycznej pieśni z Kuby, równie patriotyczny song narodowców: „Każdy wam powie, nie ma dla gejów miejsca w Krakowie”. I skandowane: „Zrobimy z wami to samo, co Hitler z Żydami”. Potem znowu jaja, parę kamieni i samotny pomidor z Biedronki.

– Dzielą się jedzeniem – ktoś zażartował. – Szczodry gest pasiaka polskiego.

Fiotroniowi nie było do śmiechu. Podenerwowany obserwował ludzi po drugiej stronie barykady. Na pozór zwykłe osiedlowe ziomy w dresach z kapturem. Swojskie chłopaki na garnuszku mamusi albo babci. Zrezygnowani brakiem filmowych perspektyw okupują parkowe ławki, drzemiąc w słońcu. Z trudem wykrzeszą energię na trening w pobliskiej siłowni, ale na obranie ziemniaków do schabowego już nie bardzo. I nagle: bim bam bom – baterie naładowane. Pora wziąć transparent do ręki i z twarzą przysłoniętą czarną chustką lub szalikiem kibica wrzeszczeć o czystości zasad. Co im każe stanąć na baczność? Frustracja, nienawiść do własnego cienia? A może źle pojęty idealizm, zastanawiał się Fiotroń, obserwując zamaskowanego draba, który zaczął skakać w miejscu niczym gumowa piłeczka. W trzy sekundy dołączyli do niego inni, wrzeszcząc: „Kto nie skacze, jest pedałem”.

– Jakby ktoś wcisnął im jednakowy program, niesamowite.

Fiotroń sporo wiedział o procesach grupowych, ale obserwowanie owych procesów z tak bliska nawet na nim zrobiło wrażenie. Zaraz jednak jego uwagę przykuło coś innego: uczestnicy demonstracji, jakby w odpowiedzi na występ „skoczków”, wypuścili z rąk baloniki. Na bladym kwietniowym niebie zakwitła kubistyczna tęcza. Rozległy się oklaski. I gwizdy.

– Nasze nie poleciały – zmartwił się Fiotroń. Trudno zresztą oczekiwać cudu, podczas nadmuchiwania zastosowali standardową mieszankę: tlen 17%, dwutlenek węgla 4%, azot 78%, argon i inne gazy 1%.

– Wybijemy je do kolegów zza muru – zaproponowała Brzytwa, serwując narodowcom różowy balonik. – Telegram przyjaźni!

Niestety, koledzy zza muru nie zrozumieli przesłania, natychmiast obrzucając nadawczynię ogniem przekleństw (jaja wystrzelali już na początku). Brzytwa odpowiedziała im uśmiechem. W obliczu tak jawnej prowokacji musieli posłać komandosa do zadań specjalnych. Ów, przebrany dla niepoznaki w dresik z Tandety, przedarł się przez kordon zapatrzonych na balony policjantów i dopadł Brzytwę, by dokonać ostatecznej reformy jej procesów myślenia.

– Ty bura suko, w dupę jebana! Zaraz ci pokażemy…

Zanim komandos zdążył zaprezentować pełną ofertę reedukacyjnych atrakcji, spacyfikował go Beret, waląc tonfą i doprawiając pieprzem w spraju. Fiotroń też nie wytrzymał. Z zaciśniętymi pięściami dopadł chłopaka, by tłuc, kopać i bić, gdzie popadnie.

– Ty szczurze, podły, żałosny…

– Spokojnie, wystarczy – odezwał się Beret, odciągając Fiotronia za pasek. – Zostaw. To tylko człowiek.

Izabela Sowa Ścianka działowa
Wydawnictwo Nowy Świat
ISBN 978-83-7386-315-6
format 125×195
oprawa miękka
stron 240, cena 27,90 zł
http://sciankadzialowa.pl/

Izabela Sowa – jedna z najpopularniejszych polskich pisarek. Rozgłos przyniosła jej bestsellerowa seria „owocowa”. Wydane w niej kolejno: Smak świeżych malin (2002), Cierpkość wiśni (2002), Herbatniki z jagodami (2003) oraz Zielone jabłuszko (2004). Jej kolejne powieści to 10 minut od centrum (2006) i Świat szeroko zamknięty (2007).

Autorzy:

zdjęcie Izabela Sowa

Izabela Sowa

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 258; nazwa: IzaSowa

3 komentarzy do:Ścianka działowa – fragment

  • royte_pomerantsn

    [Re: Ścianka działowa - fragment]

    Słodkie :)
    Tolerancja pod strzechy? ;)
    Mały look w środek parady – dla gospodyń domowych?

    Może i wartość edukacyjna ;>

  • Zen

    [Re: Ścianka działowa - fragment]

    Fragment o krakowskim marszu to tylko jeden z wątków powieści, ale nie zmienia to faktu, że Izabela Sowa napisała naprawdę świetną książkę, jak na polskie warunki bardzo zaskakującą, wiem, bo przypadkiem przeczytałam!

  • ania

    [Re: Ścianka działowa - fragment]

    ale fajnie ze jest iza sowa tak lubie jej ksiazki!!!!!!!!!!!




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa