Książka na lato (2)

Michał i Marcin, czy też Marcin i Michał – redaktorzy homików – rozesłali jakiś czas temu sugestię zaproponowania swoich „typów” na wakacyjne lektury. I – dodali – nie muszą to być lektury stricte homicze!

No tak, jak to się mówi, słuszna racja! Literatura nie dzieli się bowiem na homiczą i nie-homiczą, czy też na wesołą i smutną, tylko na dobrą i złą… To niby truizm… A co to znaczy „dobra” czy „zła”, to całkiem już inna sprawa – de gustibus non est disputandum, choć, mówiąc szczerze, jednak pewne kanony istnieją. I zawsze ciekawie i miło, jeśli i w nie-homiczej literaturze odnajdujemy jakieś homicze wątki czy klimaty, choćby tylko podskórne…

Ale do rzeczy, nie pieprzmy w bambus, jak to się ongi mawiało (choć doprawdy nie umiem sobie wyobrazić owego pieprzenia w bambus…)…

Ja zawsze miałem szczególne upodobanie do literatury odwołującej się do własnego życia, własnych doświadczeń. Niejako autobiograficznej, choć nie mam tu na myśli „autobiografii” tout court. Autobiografizm to zresztą wyodrębniona dziedzina literaturoznawstwa, sporo tu dzieł i teorii naukowych/awych, więc nie wgłębiajmy się tutaj w teoretyczne i naukowe/awe dywagacje. Proponuję jedynie własne, idiosynkratyczne (czyli „osobnicze”) typy i refleksje.

Tak przy okazji: bawi mnie, gdy niektórzy pisarze całkiem serio wygłaszają opinie w rodzaju: „literatura autobiograficzna to nie jest literatura – prawdziwy pisarz musi umieć skonstruować fabułę, zbudować samoistny świat mocą własnej wyobraźni”. Inni natomiast – na przykład francuski eseista i aforysta Cioran mawiał, że pisze zawsze o sobie – bo tylko na tej „tematyce” się zna. Tak więc – doprawdy! – nieważne, czy pisze się o sobie, czy kreuje się fikcyjny świat mocą swej wyobraźni – ważne jedynie, by „produkt finalny” miał jakąś wartość, by czytelnik miał poczucie, że – mówiąc językiem kleszym – został duchowo i intelektualnie „ubogacony”.

Przypominamy! Czekamy na Wasze propozycje książki na lato pod adresem listy(at)homiki.pl!

A moje typy? Ależ bardzo proszę:

1. J.M.Coetzee, Chłopięce lata i Młodość, Znak, Kraków 2007 (Punkty: 8/10)

Pół roku temu przeczytałem z wielką satysfakcją dwutomową quasi (czyli zbeletryzowaną) autobiografię J.M.Coetzeego – pisarza wywodzącego się z Południowej Afryki, pochodzenia bursko-angielskiego, piszącego po angielsku. „Wywodzącego się”, bo od wielu lat autor ten wykłada na uniwersytetach amerykańskich. Coetzee w 2003 roku otrzymał Nagrodę Nobla, ale nie ma to nic do rzeczy. Owa quasi, albo też przetworzona pisarskim kunsztem autobiografia, składa się z dwóch tomów: – pierwszy nosi tytuł „Chłopięce lata” (Boyhood), a drugi „Młodość” (Youth).
Nietrudno nie zauważyć nawiązania do słynnej autobiografii Lwa Tołstoja – tym bardziej, że Coetzee zafascynowany jest klasyczną literaturą rosyjską, a zwłaszcza Dostojewskim. Czytałem te dwa tomy po angielsku, zerkając jednocześnie od czasu do czasu do polskiego przekładu – „jajakotłumacz” zaciekawiony byłem, jak też autor wersji polskiej (Michał Kłobukowski) przełożył niektóre passusy. I mimo że, moim zdaniem, przekład polski jest naprawdę dobry, to jednak sporo zostało „zagubione w tłumaczeniu” (lost in translation) – uważam, że nadużywane określenie „przekład kongenialny” (czyli w pełni wierny) jest całkowicie bezsensowne. Mówiąc krótko: gdy tylko można, czytajmy w oryginale – ale i w języku polskim dwa autobiografizujące tomy Coetzeego są naprawdę „warte” (jak mawiała moja szkolna pani bibliotekarka). To zimna wiwisekcja własnego dzieciństwa i lat dojrzalszej już młodości – ukazanie dorastania i dojrzewania z jednoczesną świadomością tragizmu i absurdu życia – a w podtekście erotyczne napięcie, choćby w opisach kar cielesnych praktykowanych w kapsztadzkiej szkole, a następnie intensywnego (acz „nieuporządkowanego”) życia seksualne prowadzonego w Londynie w początkach lat sześćdziesiątych… Ta książka jest po prostu prawdziwa – a to właśnie jest znamieniem prawdziwej literatury… niezależnie od stopnia jej „realizmu”… Książce tej przyznałbym 8 (na 10) punktów.

2. Georges-Arthur Goldschmidt, Odosobnienie (Die Absonderung), słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2006 (7/10)

Wróciłem niedawno z Londynu po parotygodniowym „uczelnianym” pobycie. W tej wspaniałej, wieloetnicznej, a jednocześnie porywającej swoim ponadwiekowym, metafizycznym majestatem metropolii, umówiłem się któregoś dnia na spotkanie z Piotrem i Pawłem – czyli „pierwszymi” homikami. Umówiliśmy się nieopodal Liverpool Street Station (jednego z wielu londyńskich dworców), a konkretnie w pobliżu odsłoniętego całkiem niedawno pomnika upamiętniającego „wysyłkę” żydowskich dzieci z Niemiec do Wielkiej Brytanii – w przededniu Drugiej Wojny Światowej. Ta desperacka migracja – mimo iż dzieci te zaznawały nieraz wielu przykrych doświadczeń – ocaliła im życie. O „angielskich” dzieciach za chwilę – ale wysyłano żydowskie dzieci także i do Francji – jednym z nich był Georges-Arthur Goldshmidt, urodzony w 1928 roku pod Hamburgiem. W końcu lat trzydziestych trafił do francuskiego, katolickiego sierocińca. Rodzice tych wykorzenionych dzieci na ogół ginęli wkrótce w obozach (im nie udało się w porę wyjechać), natomiast dzieci – przechodząc drogę przez mękę – osiągały nieraz znaczącą pozycję w nowej ojczyźnie. Do takich „dzieci sukcesu” zalicza się właśnie Goldschmidt – w wieku średnim zdobył we Francji rozgłos jako tłumacz zwłaszcza Nietzschego, a w latach osiemdziesiątych zasłynął swym cyklem autobiograficznym, którego drugą i najbardziej znaną częścią jest Odosobnienie – napisana po niemiecku przełożona została od razu na francuski i angielski, i miała bardzo żywą recepcję w europejskiej prasie literackiej ubiegłej dekady. Dwa lata temu ukazała się i po polsku. Książę opatrzył przedmową Peter Handke – najgłośniejszy obok Elfriede Jelinek żyjący austriacki pisarz, którego minipowieści/długie nowele Godzina prawdziwych odczuć i Krótki list na długie pożegnanie (pisane i wydane także i w Polsce w latach siedemdziesiątych) wywarły na mnie swego czasu ogromne wrażenie (je też jak najbardziej polecam!). Natomiast Odosobnienie to opowieść o wykorzenieniu, obcości i cierpieniach doznawanych dlatego, ze jest się innym i bezbronnym – dzieckiem, wczesnym nastolatkiem. Jednocześnie ta autobiograficzna powieść ukazuje, jak w każdej sytuacji można starać się odnaleźć swoją przystań i dającą namiastkę szczęścia niszę. Paradoksalnie – i niemała tu odwaga autora, by o tym napisać – niszą tą okazały się skłonności masochistyczne. Bohater Odosobnienia – nie posiadający zresztą w powieści imienia – znajduje erotyczną rozkosz w rytualnych karach cielesnych wymierzanych mu w sierocińcu. Dla mnie osobiście ciekawostką jest to, że podnieca go także fresk z Pompei (reprodukowany w podręczniku do łaciny), przedstawiający chłostę ucznia, „który nie nauczył się lekcji”. Pamiętam, że i ja – wraz z kolegą – ongi w podekscytowaniu kontemplowałem tę rycinę w polskim podręczniku do historii starożytnej dla ósmej klasy. Nas też podniecał rysunek przedstawiający wypięte nagie pośladki italskiego ucznia chłostane „pękiem świeżych rózeg” (wedle opisu ryciny w polskim podręczniku) . Tak to niektórzy mają. Książkę – nie tylko z tych quasi-erotycznych powodów gorąco polecam – i przyznaje jej punktów siedem! Niczym Iwona Pavlović z „Tańca z gwiazdami”, oglądanego wyłącznie dla Iwana Komarenki – mojego byłego studenta, potem przyjaciela, którego uważałem kiedyś za arcydzieło natury. Iwan nadal trzyma się świetnie! No, choć tym razem może bardziej od Iwana podobał mi się Bartek Obuchowicz! Tak to z pedałami bywa!

3. W.G.Sebald, Austerlitz, WAB, Warszawa 2007 (2/10)

W.G.Sebald, mieszkający w Anglii pisarz niemiecki znalazł się w swej nowej ojczyźnie – z racji daty narodzin (1944) – dopiero po wojnie, ale bohaterem jego najgłośniejszej książki Austerlitz jest właśnie żydowskie dziecko, które trafiło z Niemiec do Wielkiej Brytanii (a konkretnie Walii) w przededniu Drugiej Wojny. Ta książka, choć okrzyczana i zachwalana, bardzo mi się nie podoba. „Poszukiwanie swej tożsamości” przez dojrzałego już bohatera opisane jest stylem pretensjonalnym, manierycznym, w klimatach pseudopoetyckich i pseudointelektualnych. Dla mnie to książka upiorna! Ale czasem trzeba poznać i to, co nam się bardzo nie podoba – żeby mieć potem „punkty odniesienia”. Na pocieszenie mogę dodać, że dzięki przeczytaniu (a nawet przekartkowaniu) owego utworu, a następnie hipokrytycznemu wychwalaniu go jako „dojmującego świadectwa poszukiwania własnej tożsamości” można tanim w sumie kosztem zyskać status „intelektualisty” – co szczególnie polecam maturzystom i kandydatom na studia humanistyczne. Książce tej przyznaję punktów dwa. (Tam też jest wspomniana angielska szkolna chłosta – ale autor wyraźnie nie czuje jej erotycznych, jakże dla Brytyjczyków doniosłych kulturowo-klimatycznych odniesień. Co o autorze nie świadczy najlepiej).

Ale być może się mylę – przejrzę ją na plaży raz jeszcze i może zjem swoje słowa, jak to Anglicy mawiają…

4. Ryszard Kapuściński, Podróże z Herodotem, Znak, Kraków 2007; Cesarz (posłowie Johna Updike’a), Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2008; Lapidaria, serie I – VI (w czterech tomach), Czytelnik, Warszawa 2007 (8/10)

Kapuściński to pisarz pomnikowy, a jednak podczas lektury niewiele tej pomnikowości znajdziemy. Zauroczyły mnie przed dwoma laty Podróże z Herodotem – z takim sposobem travel writing – pełnym dezynwoltury i właściwie opisującym podróż w głąb siebie – nieczęsto obcowałem. Paraleli można by szukać choćby w przesławnej i przeuroczej osiemnastowiecznej Pordóży sentymentalnej przez Francję i Włochy
Lawrence’a Sterne’a – gdy owa książka się kończy, narrator wciąż gawędzi w gospodzie w Calais (a może w Dover, nie pomnę już), opisując emocjonalne doznania, w podróż sensu stricto nawet nie wyruszywszy.

Cesarza przywołuję tu z uwagi na nowe wydanie GW z posłowiem Johna Updike’a, autora słynnej amerykańskiej sagi o „Króliku” (amerykańskim everymanie klasy średniej) – ciekawe jest spojrzeć na rodzime arcydzieło trzeźwym, acz pełnym uznania okiem wybitnego amerykańskiego prozaika – który ongi tak strasznie zjechał uznanego za wielkość Ciorana.

Cioran ów – wspomniany już słynny francuski eseista i aforysta filozoficzny pochodzenia rumuńskiego – rozsławił określenie littérature en miettes – czyli „literatura w okruchach”. Tę formę uprawiali już zresztą Marek Aureliusz, Seneka i Michel de Montaigne – to literatura mająca postać niedokończonych fragmentów, cytatów, luźnych refleksji. Lapidaria to właśnie to – rozkosznie jest surfować po owych wybranych przez Kapuścińskiego fragmentach i passusach, zgromadzonych bez ładu i składu – ale tego typu pisanie ma jedną wadę: otóż niewiele pozostaje w pamięci. Niezliczone błyskotliwe refleksje i urokliwe informacje wzajemnie się znoszą i zacierają – jak widać to, co zdobywa się zbyt małym kosztem (gotowe genialne myśli/wnioski podane na tacy za friko!) jest nietrwałe, pisane jak gdyby atramentem sympatycznym – po zamknięciu książki wspaniałe fragmenty szybko z umysłu wyparowują.

„Gandhi nosił tylko białe dhoti, bo uważał, że kolorowe kryją brud; wierzył w celibat i ścisłą regularność życia codziennego; mieszkał tylko w ashramie; pytał każdego z rana, czy nie miał kłopotów z wypróżnieniem; łazienka, mówił, jest świątynia; najważniejsze, mawiał, to być zdrowym, bo upał, choroby i kurz mogą pochłonąć człowieka. Najważniejsze, mawiał, to samodyscyplina; charakter człowieka fundamentem cywilizacji.” (ten cytat został przeze mnie nieco „skondensowany”)

Te fascynujące informacje Kapuściński podał za autorem jakiejś naukawej chyba pracy o Gandhim, bo już gołym okiem widzę tu parę bzdur – dhothi (hinduskie niby-spodnie, czyli chusta owijana wokół bioder i ud) w ogóle może być tylko białe (innych po prostu nie ma, chyba, że są szare od brudu!), Gandhi znany był ze swoich nieposkromionych (i zaspakajanych!) żądzy seksualnych (jak zresztą większość wybitnych ludzi), natomiast owe „łazienki” w ashramie niczym nie przypominały tych prezentowanych w obecnych pismach typu „Twoje mieszkanie”, czy jak tam…

Tak więc także i do „okruchów” wielkiego Kapuścińskiego podchodźmy cum grano salis…

Kapuścińskiemu za całokształt przyznaję punktów osiem ! Na dziesięć to zasłużyli może Szeksper i Dostojewski (Dlaczego Szeksper? Bo mówi się „szkarpeta” – jak ponoć mawiał Gombrowicz. O temu, to dychę bym na krzywy ryj przyznał – ale zbyt wielki jest i klasyczny jak na nasz skromny ranking).

I…o qur… – 5!!! Ostatni już punkt, bo mnie homiki („drugie”) zabiją. Bo miało być krótko. Ale jak ma być krótko, skoro nie może być krótko?

A więc… numer 5…

Reinaldo Arenas, Zanim zapadnie noc, Świat literacki, Izabelin 2004 (10/10) !!!

Tak, to utwór – jak powiedziałby kultowy ongi bibliotekarz Lambdy, mój dobry znajomy Lech Krysiński – po prostu „genialny”. Odlotowa/odjazdowa/czadowa? autobiografia kubańskiego pisarza/poety/homoseksualisty (1943-90), który na swoje nieszczęście zdołał przedostać się do USA, gdzie w niedługim czasie zachorował na AIDS i w zaawansowanym stadium choroby popełnił samobójstwo. Świetny, wyrazisty i pełen poetyckiego humoru i ironii opis kubańskich realiów i zmagań z kafkowskim aparatem przemocy. Czegoś równie zabawnego, jak klasyfikacja kubańskich pedałów, nieczęsto zdarzało mi się czytać. Na przykład mamy typ „pedała ukrytego”, młodzieżowego działacza, który z braku innych możliwości zaspokojenia w odruchu rozpaczy włożył sobie w odbyt żarówkę i nie udało mu się jej stamtąd usunąć. Nie potrafił w sensowny sposób wytłumaczyć, jak ta żarówka się tam znalazła, więc usunięto go z organizacji (Związku Młodzieży Komunistycznej) z wielkim hukiem (żarówkę pewnie też, ale tę kwestię Arenas już pomija). A mógł przecież powiedzieć, że przez pomyłkę usiadł na lampie. Ale jakoś zabrakło mu trzeźwości umysłu. No cóż, po prostu działacz.

Ale, ale – a teraz clou nad clou!

W książce Arenasa, wydanej w 1992 roku, a którą czytałem w wersji angielskiej, jest passus o Gombrowiczu. Ten passus jest nader mocny: jest to krótkie wspomnienie kubańskiego pisarza Virgilio Piñery o „Gombrze”, którego poznał, kiedy podobnie jak polski pisarz był emigrantem w Argentynie. Wspomina między innymi i o tym, że twórca kulturowej gęby i pupy nie mając z czego żyć podczas Drugiej Wojny, dorabiał płatnym seksem w łaźniach Buenos Aires (a dobiegając czterdziestki wciąż wyglądał młodo i chłopięco). Ale to jeszcze nie wszystko – pewnego dnia trafił na klienta o niespotykanie dużym penisie, a Witold, przyjąwszy już zapłatę, nie mógł, bądź nie chciał się wycofać. Skończyło się to rozerwaniem odbytu i obfitym krwawieniem – według Piñery jego polski przyjaciel spędził dwa tygodnie u niego w mieszkaniu mocząc się w wannie, aż rana się nieco zagoiła.

Hm, byłem pod niejakim wrażeniem, gdy to czytałem przed laty, i zdarzenie wydało się wiarygodne – o ciężkim losie niedojadającego w latach wojny Gombrowicza, skłóconego z wpływowymi tuzami polskiej emigracji, czytałem już w książce wyklętego (z powodu pisania prawdy?) krakowskiego krytyka Tadeusza Kępińskiego (Witold Gombrowicz – studium portretowe drugie), a o tym że WG nie chciał o wojennym okresie rozmawiać wspominała też żona Rita (którą, jak wiadomo, poślubił krótko przed śmiercią, i która – wedle powszechnego mniemania – była raczej przyjacielem-opiekunką niż żoną sensu stricto). Nie sądziłem jednak, że ta książka kiedykolwiek ukaże się po polsku.

Tak więc, gdy w 2004 roku zobaczyłem w księgarni Liber leżące na ladzie dzieło Arenasa, moim pierwszym tropizmem myślowym było przekonanie, że tego fragmentu na pewno tam nie znajdę! Bo jak to – w 2004 roku, który z niejakim oporami i wahaniami ogłoszono ostatecznie „Rokiem Gombrowiczowskim”, gdy w szkołach całej Polski zachwycano i orgazmowano się grupowo pod wodzą „pań od polskiego” wiekopomnym dziełem Wielkiego Polaka (przywróconego odrodzonej Polsce), które musiało obowiązkowo zachwycać (bo jak mogło nie zachwycać, skoro zachwyca?) – miano porazić oczy uczniów-Polaków takim oto bezecnym plugastwem? W życiu!

Sięgnąłem zatem po książkę i cóż się okazało: a to, że „dwaj emigranci zostali przyjaciółmi i kompanami w podrywie i przygodach erotycznych”. Heteryckich zapewne, tak sądzę mógł pomyśleć niewprowadzony i przygodny czytelnik, pewnie podrywali powabne buenosairesjanki. Znany homoseksualista Piñera i Gombrowicz. To tak jakby zasugerować, że Iwaszkiewicz ze swym przyjacielem Szymanowskim chadzali w Paryżu na dziewczynki.

Tymczasem już w 2001 roku nakładem wydawnictwa Universitas wyszedł tom esejów Grymasy Gombrowicza (pod red. Ewy Płonowskiej-Ziarek) – przekład tomu, który parę lat wcześniej wyszedł w USA. W tekście Allena Kucharskiego przytoczony jest następujący „fragment fragmentu” z książki Arenasa:

„Gombrowicz, jak powiadał Virgilio, był wtedy bardzo przystojny: żeby przeżyć, został męską prostytutką w buenosairesjańskich łaźniach, gdzie pozwalał się pieprzyć za kilka groszy” (przekład chyba Janusza Margańskiego, tłumacza całego zbioru). I tylko tyle. Ale i tak dużo.

Jeśli ktoś nie wierzy moim słowom, odsyłam do jednego z mnogich wydań utworu Arenasa; podaje tu namiar bibliograficzny ze wspomnianego zbioru: Arenas, Before Night Falls, Viking, New York 1993, str.80-81. Niestety nie dysponuję w tym momencie egzemplarzem w języku „nie-polskim” (nie wiedziałem, że będę pisał ten tekst dla homików – bowiem dwa tygodnie temu angielską wersję książki przeglądałem ponownie w gejowskiej księgarni w Londynie, tak więc to, co napisałem, zapamiętałem niemal „fotograficznie”. A kupiłem i tak trochę książek, więc nie chciałem już kupować „kolejnego” Arenasa dla tego jednego passusu…

Rozmawiałem już o tej kwestii z Marcinem i Michałem – że warto o tym napisać. Natomiast amerykanista Tomek Basiuk, jeden z pionierów polskich Queer Studies (a który przed laty pokazał mi ten Gombrowski fragment), powiedział mi niedawno, że biedna tłumaczka (wersji rzecz jasna hiszpańskiej) twierdziła, że ponoć w ogóle nie wiedziała, że ten fragment w książce istnieje. No tego nie bardzo rozumiem – czyżby otrzymała do pracy przekładowej egzemplarz z zaczernionymi akapitami? Bo nie sadzę, żeby wydawca hiszpański taki oto ukłon chciał zrobić wobec Niepokalanej Polskości i też fragmentu nie zamieścił. Chyba nie dopisał go samowolnie tłumacz wersji angielskiej…

A może wydawnictwo (skądinąd bardzo szacowne i wartościowe) jakoś tak „komputerowo” zachachmęciło rzeczony passus, że otrzymany przez tłumaczkę wydruk go nie zawierał. Zresztą i tak decyzja należała nie do tłumaczki, a do wydawnictwa.

Nie, nie mam w sumie do wydawnictwa pretensji – z fragmentem tym książka nie mogłaby się w Polsce ukazać – po prostu. Więc – podobnie jak to było u schyłku lat osiemdziesiątych, kiedy to Dziennik Gombrowicza mógł się oficjalnie ukazać, ale z pewnymi skrótami – może trzeba było wybrać mniejsze zło?

Ale tak czy owak jest to skandal – w Polsce nadal istnieje (auto?)cenzura. No dobrze, nie będę udawać naiwnego. Jednak szkoda, ze bliźniacy w czasie swych pełnych rządów nie zadziałali, aby utwór Arenasa wydany został w swej wersji niewykastrowanej, integralnej. Przecież im tak zależy aby prawda była zawsze pełna. Prawda przecież wyzwala!

Mimo wszystko książce Arenasa – nawet w wersji okrojonej – przyznaję punktów dziesięć!

(Jest też, rzecz jasna, głośny film „na podstawie” – może niektórzy widzieli – ale film nie oddaje (bo oddać nie może) uroku tej książki w jej warstwie czysto literackiej).

* * *

I na tym już poprzestanę – choć dużo jeszcze innych książek chętnie bym polecił… Ale latem geje (oraz lesbijki, biseksy, transy i wszelkie inne queery) mają obsmażać na słońcu torsy, plecy i pośladki, żeby na jesieni bez trudu znaleźć nowego stałego partnera na całe życie, na dobre i na złe. Więc potencjalnym czytelnikom nie zajmuję już więcej czasu…

Ciąg dalszy nastąpi! Czekamy na Wasze typy pod adresem listy(at)homiki.pl. Czekają upominki!

Autorzy:

zdjęcie Krzysztof Zabłocki

Krzysztof Zabłocki

Anglista, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, tłumacz literatury angloamerykańskiej i francuskiej, autor szkiców, członek zarządu Stowarzyszenia Lambda Warszawa; wielbiciel jamników, Indii, kina Viscontiego, Kazi Szczuki, campu, Pałacu Kultury i Karl-Marx-Allee w Berlinie.

30 komentarzy do:Książka na lato (2)

  • zadra

    [Re: Książka na lato (2)]

    bardzo ciekawa sprawa z tym usunietym fragmentem! az trudno uwierzyc! dlaczego nikt wczesniej o tym nie pisal??

  • Misiek

    [Re: Książka na lato (2)]

    Tak, to ciekawy trop z Gombrowiczem, ponoc jego zona Rita pilnuje, by nie wydaly sie co pikantniejsze szczegoly z zycia, a moze to tylko plotka
    bardzo podobala mi sie ksiazka Arenasa (po polsku), film zreszta tez.

  • antoś

    [Re: Książka na lato (2)]

    o gombrowiczu i o tych szczegółach jego życia opowiada żuławski w swoim wywiadzie – rzece wydanym właśnie przez krytykę polityczną, polecam!

  • Adam

    [Re: Książka na lato (2)]

    tak, mysle, ze Gombrowicza, skoro nie moze byc „patriotą”, to probuje sie przerobic chociazby na „jasniepanicza” – a to byl facet z krwi i kosci, ktory tez musial z czegos zyc.

  • maciek

    [Re: Książka na lato (2)]

    Czytałem kiedyś „Hańbę” Coetzee’go i jest to absolutnie fenomenalna powieść, dzięki za przypomnienie o tym pisarzu, teraz wiem, czego poszukać w bibliotece:)

  • mol ksiazkowy

    [Re: Książka na lato (2)]

    ta ksiazka Goldschmidta zupelnie nieznana w Polsce – pierwszy raz slysze – czy gdzies do kupienia? duzo ksiazek ciekawych umyka i pies z kulawa noga nie wie ze byly

  • Adam

    [Re: Książka na lato (2)]

    bo promocja do dupy – niektore ksiazki tylko w niszowych ksiegarniach

  • Krzysztof Zabłocki

    [Re: Książka na lato (2)]

    niesamowite: bylem teraz parę dni w Berlinie i tam siłą rzeczy wziąłem do ręki przekład niemiecki Arenasa (są tam dwie swietne księgarnie „gejowskie” – „Bruno’s” – bardziej komercyjna, ale tez z wyborem poważniejszej literartury, i „Prinz Eisenherz” – bardziej „naukowa”, ale z kolei z domieszką czegoś dla „zmysłów” także…

    no i proszę: wydanie niemieckie („Bevor es Nacht wird”) w poważnym wydawnictwie „dtv” (nie, to nie Dziennik TV z epoki PRL-u, ale Deutscher Taschenbuch Verlag !) tez nie zawiera tego passusu o Gombrze !!! – tekst wydania niemieckiego jest jota w jotę identyczny z polskim! Teraz powinienem wybrac sie do Paryża :-) (jak to jest z wersja francuską?), no i dotrzec do wersji hiszpańskiej – polska tłumaczka (jak pisałem w tekscie powyżej) podobno nie wiedziała o tym „mocnym” passusie, więc może jednak w dostępnje jej wersji hiszpanskiej istotnie go nie bylo…

    widac to juz tzw. „zachodnie” wydawnictwa ulegly naciskom „poprawnosci” – to wszystko dosc niesamowite tak czy owak…

    Jest taka możliwośc: tłumaczka pracowała z egzemplarzem wydanym w Hiszpanii – i to moze też była ta wersja wykastrowana. Natomiast przekład amerykański powstał na podstawie wersji wydanej np. w Argentynie – tej „pełniejszej”…

    mam nadzieje, że uda mi sie to wszystko do końca wyjaśnic!

  • Wladimir

    [Re: Książka na lato (2)]

    moze faktycznie żona Rita zagrozila procesami i dlatego w Europie (nie mówię o Polsce, ale juz wczesniej, może i w Hiszpanii) wydania były okrojone

    Żuławski w wywiadzie rzece dosc oględnie pisze coś a matrosach, za którymi uganiał sie Witold :-)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa