Wyjść poza polski gotyk

Jako uczestniczka marszów równości wiem, że do naszych postulatów należało „Giertych musi odejść”, miałabym jednak kłopot ze sformułowaniem bardziej konkretnych haseł na transparenty. Czy do celów polskiego ruchu gejów i lesbijek należy legalizacja małżeństw osób tej samej płci? Czy chodzi tylko o związki rejestrowane? I co z prawem do adopcji? W tej kwestii docierają do mnie sprzeczne wypowiedzi przedstawicieli ruchu, a rzecz wydaje się istotna. Po pierwsze dlatego, że budzi niesłychane emocje po drugiej stronie, ze względu na powszechne skojarzenie gej-pedofil, a także dlatego, że – powtarza się to jak mantrę – dziecku konieczni są rzekomo rodzice płci obojga. Tymczasem najczęściej nie chodzi, jak się wydaje homofobom, o adoptowanie dzieci z domów dziecka, lecz o prawa rodzicielskie do dzieci partnerki lub partnera, które de facto wychowuje się razem.

Pytanie jest szersze: czy idziemy – piszę „my”, bo z celami mniejszości seksualnych się identyfikuję – drogą francuską, ostrożnie, czy raczej wybieramy strategię „na całość”, jak Hiszpanie? Czy myślimy o gejach i lesbijkach w kategoriach jednostkowych praw, czy chodzi o zmianę definicji „rodziny”? Być może spór na te tematy toczy się wewnątrz ruchu, ale z zewnątrz widać przede wszystkim ruch antyhomofobiczny, który homofobię postrzega jako jeden z aspektów narastającej fali nacjonalizmu. To jest słuszna diagnoza. Ale zarazem jest to ślepy zaułek, bo ruch społeczny potrzebuje czegoś więcej niż klarownej wizji swego przeciwnika.

Mimo że postawione wyżej pytania – zwłaszcza te dotyczące konstruowania własnej tożsamości we wrogim otoczeniu – naprawdę mnie ciekawią, podejrzewam, że analizowana tu analogia prowadzi na manowce także w sensie intelektualnym. Pozornie otwieramy dyskusję o „inności” w polskiej kulturze, ale przecież gramy wciąż na boisku przeciwnika, skupiamy się bowiem na postaci „geja” z imaginarium homofoba-antysemity. By zacytować diagnozę Pawła Leszkowicza i Tomka Kitlińskiego, pozostajemy w obrębie „polskiego gotyku”, owej „irracjonalnej gotyckiej narracji, walki dobra ze złem, ciemności ze światłem, dualistycznej pułapki efektownego i sadomasochistycznego konfliktu”.

Jako schematy myślowe i językowe analogie mają to do siebie, że uwidaczniają to – i tylko to – co podobne. Wykluczają zaś te elementy rzeczywistości, które poza model wykraczają. Można by dziś powtórzyć wysiłek Helen Mayer Hacker, która w głośnym tekście z 1951 roku Kobiety jako grupa mniejszościowa przeprowadziła analogię między rasizmem i seksizmem, ujmując poszczególne jej aspekty w tabelach15. Idąc tym tropem, rozpisalibyśmy analogię „gej, czyli Żyd” na kilka aspektów. W części historycznej okazałoby się, że poseł Wierzejski jest bliźniaczo podobny do przedwojennych endeków antysemitów; że oskarżenie o pedofilę to dalekie echo dzieci przerabianych na macę; że Młodzież Wszechpolska to… Młodzież Wszechpolska, tyle że sprzed pół wieku. Jak wspomniałam wyżej, sama miewam ochotę na sporządzenie psychologicznej części tej tabeli: o coming out-ach, o tożsamościowych zawiłościach; o sprzecznych wymaganiach dotyczących „rozpoznawalności”. Zgadzam się jednak z diagnozą autorów książki Miłość i demokracja, a także wystawy pod tym samym tytułem: czas już wyjść z gotyckiej klatki. Czas zobaczyć to, co się analogii wymyka.

Paradoksalnie pierwszym z utraconych kawałków rzeczywistości jest… seksualność. Powiem precyzyjniej: analogii wymyka się napięcie erotyczne, pożądanie, intymność, dotyk, seks. Czy nie zastanawialiście się, co się stało z hasłem „miłość to miłość” – radosnym, apelującym do dobrych emocji, do wspólnoty przeżywania uczuć? Otóż hasło to pojawiło się tu i tam, mignęło mi nawet w telewizji, po czym wypadło z politycznej gry. Może dlatego, że odnosi się bezpośrednio do orientacji miłosno-seksualnej? Dlatego, że mówi o miłości – nieco może naiwnie i sentymentalnie, ale przecież z wdziękiem, abstrahując od narodowych świętości? Każe nam też porównywać miłość homoseksualną i heteroseksualną, co oznaczałoby wyobrażenie sobie zmysłowego, cielesnego konkretu. Może wymaga się tu zbyt wiele od ludzi, którzy homofobię przeżywają nieco wstydliwie, jako rodzaj awersji do własnych wyobrażeń o tym, co „oni robią w łóżku”? Owszem, homofobia jest istotną częścią współczesnego nacjonalizmu, ale przecież istnieje także poza nim. Tymczasem pod tęczowym sztandarem antykaczyzmu zmieszczą się ludzie, którzy żyjąc w pluralistycznym społeczeństwie, nigdy nie przyszliby na demonstrację mniejszości seksualnych. Bo oni protestują przeciw endekom, a nie przeciw homofobii.

W polskim sporze o orientację seksualną dość wcześnie przestało chodzić o miłość, o akceptację dla „odmiennych” form pożądania i seksu. I zaczęło chodzić o Polskę. Geje i lesbijki stali się zakładnikami tragicznej przemiany. Oto w latach 2003–2007 przeszliśmy drogę od liberalnej wizji wspólnoty, opartej na obywatelstwie, do ciasnej wizji kulturowej opartej na przekonaniu, że polskość to katolicyzm, i to katolicyzm ultrakonserwatywny, pełen lęków i uprzedzeń. W takim kontekście hasło „miłość to miłość” jest jakby nie na temat. Jest obok. Za to w samo sedno trafiają dowcipy rysunkowe Marka Raczkowskiego, łączące homofobię z antysemityzmem.

Słowo „homoseksualizm” funkcjonuje w polskim dyskursie nacjonalistycznym jako synonim liberalnego projektu zjednoczonej Europy. Sprawa wykracza więc poza szeroko rozumianą tolerancję; w większym stopniu dotyczy otwartości na różnorodność, płynności granic, przyzwolenia na radykalną różnicę. W narodowej homofobii w gruncie rzeczy nie chodzi o orientację seksualną, ale o rozpustną „europejskość”, w której – o zgrozo – rozpłynąć się może polskość, tak jak w drag queen czy transseksualiście rozpływają się granice płci. Tu chodzi o zdradziecką Europę, która osacza i oskarża niewinną Polskę. „Homofobia?” – to słowo nie istnieje. Oto reakcja polskiego Sejmu na rezolucję Parlamentu Europejskiego z 15 czerwca 2006 roku. Homofobia po polsku zapomniała już, że homoseksualizm ma coś wspólnego z seksem, miłością, pożądaniem. Tu chodzi wyłącznie o polską winę i polską niewinność.

Krótko mówiąc, kłopot z „gejem, czyli Żydem” – czy raczej z atmosferą, z której ta analogia wyrasta – jest taki, że używając jej, uczestniczymy w sporze o Naród. Diagnozowanie splątanej z nacjonalizmem homofobii przesłania dziś cele ruchu samych mniejszości seksualnych. A przecież polskim lesbijkom i gejom nie chodzi o Naród, tylko o bardzo konkretne prawa.

W naszej analogii nie mieszczą się też lesbijki. Dlaczego? Bo jako kobiety uprawiające miłość z innymi kobietami nie czynią one nic, co w oczach nacjonalisty miałoby jakiekolwiek znaczenie. Z tej perspektywy w ogóle słabo widać kobiety – chyba że występują jako łupy (do tej roli lesbijki nadają się słabo) lub jako matki (macierzyństwo lesbijek budzi w Polsce znaczne emocje). W ramach skojarzenia „gej, czyli Żyd” po obu stronach walczą widmowe postacie męskie.

Leszkowicz i Kitliński przywołują wstrząsający opis wbijania na pal Azji z Sienkiewiczowskiej Trylogii. „Sodomia” – oto czym karmi się pomieszane z fascynacją obrzydzenie wobec „obcego”. Symbolicznie gwałcony („nawlekany”), zniewieściały, etnicznie obcy wróg. Polska wersja linczu. Rozkosz i ból przypisywane męskiej ofierze przez męskich oprawców.

Tymczasem specyfika homofobicznych uprzedzeń wobec lesbijek pozostaje poza sferą zainteresowań męskiej wspólnoty. „Kobiecość” istotna jest tylko jako degradacja mężczyzny – jej symbolem jest pasywna postać na odrażającym znaku „zakaz pedałowania” rozpowszechnianym przez Narodowe Odrodzenie Polski. Kobiece ciało, kobiece pożądanie jako takie – nie istnieją. Póki tkwimy w przestrzeni naszej analogii, pozostajemy zatem w kręgu męskiej homoerotyki. Tymczasem uprzedzenia wobec lesbijek są realne, brutalne i bolesne – to mieszanina lęku, wstydu, pogardy, litości i niedowierzania. Homofobia podszyta jest tu mizoginią, głębokim lękiem i niechęcią wobec kobiet, których życie nie mieści się w patriarchalnych wyobrażeniach o kobiecości. O tym, jak się żyje w takiej atmosferze, można się przekonać, czytając wyśmienitą książkę Anny Laszuk Dziewczyny, wyjdźcie z szafy! Ważnym jej wątkiem są dziwne sytuacje, w których wszyscy wiedzą, a zarazem nikt nie wie, co się dzieje między kobietami, jakby ich miłosne relacje były w patriarchalnym społeczeństwie przezroczyste. Jedna z bohaterek opowiada o reakcji męża, gdy ten zorientował się, kim jest dla niej przyjaciółka. Jest w tym coś więcej niż erotyczna zazdrość: „Były dzikie awantury, On myślał, że należę do niego na własność. Bez względu na to, czy jesteśmy razem, czy nie. To jak ze starym meblem – nie szkodzi, że stoi w piwnicy, ale jest. Jego własny. Jest o tym przekonany do dziś”.

I wreszcie, znów nieco paradoksalnie, tracimy z oczu antysemityzm jako taki. Dlaczego? Bo zgrabna, i w jakimś stopniu prawdziwa formuła „gej zastąpił Żyda” powoduje, że zapominamy o antysemityzmie, który się w homofobię nie zamienił. Odsuwamy go – przedwcześnie – w przeszłość. Nie wiem, czy w Polsce istnieje ryzyko „zawłaszczenia” przez mniejszości seksualne cierpienia Żydów. Zbyt łatwo jednak zakładamy, że antysemityzm w Polsce jest przerobioną lekcją, do której można się odwołać, nauczając tolerancji wobec mniejszości seksualnych. Istotna dla historii amerykańskiego feminizmu analogia „kobieta, czyli Murzyn” została przez wiele czarnych kobiet uznana za gruby nietakt wobec historii niewolnictwa, segregacji, linczów, za swoiste zawłaszczenie – ale była też skuteczna dlatego właśnie, że nikt okropieństw tej historii nie negował. Tymczasem antysemickie kalki funkcjonują u nas nawet w obiegu akademickim – kogo więc właściwie zawstydzamy, porównując homofobię do antysemityzmu?

Istnieje obawa, że na omawianej analogii korzystają głównie neofaszyści. Oni coraz skuteczniej uruchamiają nienawiść – uruchamianie wstydu okazuje się dużo trudniejszym zadaniem. Analogia stwarza też nieuzasadnione, moim zdaniem, nadzieje, że polscy Żydzi stworzą jakąś naturalną koalicję antynacjonalistyczną z polskim ruchem LGBT. Na razie jedyną przestrzenią tej koalicji jest właśnie owa analogia: poza nią natomiast pozostaje zarówno antysemityzm w formie czystej, jak i kłopotliwa kwestia żydowskiej homofobii, mocno przecież ugruntowanej w tradycji religijnej.

Na końcu pozostają nam gej, który jest nie tyle do Żyda podobny, co po prostu JEST polskim Żydem, oraz polska lesbijka, skądinąd Żydówka. Naprawdę skądinąd, po prostu Żydówka i lesbijka jednocześnie. Otóż oboje są poza analogią, poza polskim gotykiem. Gdy usłyszymy ich historie, znajdziemy się w całkiem nowym punkcie „polityki tożsamości” à la polonaise. Nie mam wątpliwości, że homofobia po polsku to nacjonalizm w stanie ostrej neurozy. Powstaje jednak pytanie, czy w takim razie należy homofobię atakować na jej własnym terenie – to jest atakować ją jako nacjonalizm. Mimo istotnej pokusy nie jestem tego pewna. „Gej, czyli Żyd” to skrót myślowy, który sporo wyjaśnia. Powoduje, że „rozumiemy się bez słów”. Rzecz jednak w tym, że słowa – inne słowa, inne obrazy, inne skojarzenia i inne formy zbiorowej tożsamości – są nam pilnie potrzebne.

Tekst stanowi fragment najnowszej książki Agnieszki Graff Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie, wyd. W.A.B, Warszawa 2008.
Więcej informacji o książce na stronie wydawnictwa

Agnieszka Graff (ur. 1970) – pisarka, publicystka i tłumaczka związana z ruchem feministycznym. Absolwentka Amherst College, Uniwersytetu Oksfordzkiego i studiów doktoranckich w Szkole Nauk Społecznych PAN. Stypendystka Fundacji Fulbrighta. Pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzi zajęcia na Gender Studies oraz w Collegium Civitas. Współzałożycielka porozumienia Kobiet 8 Marca, z którym organizuje warszawskie „Manify”. Współpracuje z Federacją na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz z Helsińską Fundacją Praw Człowieka. W 2001 roku wydała książkę Świat bez kobiet. Płeć w życiu publicznym, która została nominowana do Nagrody NIKE. Przetłumaczyła także Własny pokój Virginii Woolf. Fotografia: © Osser Bernard.

Autorzy:

zdjęcie Agnieszka Graff

Agnieszka Graff

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 239; nazwa: AgnieszkaGraff

4 komentarzy do:Wyjść poza polski gotyk




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa