Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (1)

Festiwal i parada jest naszym wspólnym świętem i najlepszą okazją, by pokazać nasze postulaty. To na paradzie możemy zademonstrować naszą radość i nasze bolączki. Festiwal zaś to miejsce spotkania, często z samym sobą, dla wielu jedyna możliwość, by poprzez sztukę odnaleźć nową cząstkę siebie. Parady i festiwale odmieniły – cytując pewną panią poseł – oblicze ziemi. Przecież mogliśmy na seanse zaprosić heteryckich przyjaciół, kolegów z pracy czy rodziców, by lepiej zrozumieli nasze problemy.

Dla nas, widzów, był to „tylko” i aż” tydzień filmów, książek, wystaw.
Dla nich – pracowników Fundacji Równości, ponad pół roku wytężonej pracy. Filmy i inne wydarzenia wszystkim przypadły do gustu – więcej! – wywołały nieskrywany entuzjazm. Jednak pozostaje też wrażenie, że Festiwal przerósł możliwości Fundacji. Właśnie – kogo? Fundacji Równości – organizatora, a może nas, osób LGBTQ…? Jakie były kulisy? Co trzeba było zrobić, byśmy mogli – przez ten tydzień – poczuć się włodarzami Warszawy? I co powinniśmy zrobić na rzecz parady za rok?

Jeśli chcemy, by kolejne marsze i festiwale branżowe w Polsce były sukcesem, powinniśmy wyzbyć się perspektywy widza, dla którego wszystko podane jest na tacy. Dlatego tez pragniemy zachęcić Czytelniczki i Czytelników homików.pl do wzięcia spraw w swoje ręce. Spośród otrzymanych przez nas listów wybraliśmy do publikacji jeden z nich, autorstwa Michała Kulińskiego, całościowo i – naszym zdaniem – reprezentatywnie obrazujący wrażenia z festiwalu z perspektywy przeciętnego widza. Postanowiliśmy zająć się tym tematem również dlatego, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę, jak wielkich kosztów i poświęceń wymaga zorganizowanie takiego festiwalu czy Parady Równości.

Zapraszamy zatem najpierw do lektury wywiadu, jaki przeprowadziliśmy już po paradzie z Tomkiem Bączkowskim, prezesem Fundacji Równości.

Tym samym, mamy także cichą nadzieję na wprowadzenie nowej mody, by zacząć doceniać wysiłki organizatorów homoseksualnych ewentów, interesować się ich działaniami i rzecz jasna z tego rozliczać, a nie tylko przyjmować postawę roszczeniową.

Rozmowa z Tomaszem Bączkowskim

Z jakim problemami musiałeś borykać się podczas swojej pracy w Fundacji Równości? Co cię wkurzyło najbardziej?

Zacznę od problemów ideologiczno-personalnych. Już od kilku lat możemy spotkać się z sytuacją, że wiele osób próbuje wykorzystać organizowane przez nas imprezy do promocji siebie, swojej partii lub swojego własnego biznesu, nie dając nic z zamian, nie oferując nawet pomocy, wsparcia ideologicznego czy moralnego. Wspomnę tu tylko o właścicielach klubów (nie wszystkich oczywiście!), którzy trochę żerują na tym, że będzie parada, i że i tak będzie dużo ludzi. Więc po co się wysilać, wspierać i tak w te kilka nocy zarobią i wyjdą na swoje. Do politycznego żerowania na nas też już się przyzwyczailiśmy. W tym roku nie ma wyborów parlamentarnych czy samorządowych, więc po co się angażować?. Najbardziej jednak przykre jest, że „nasi partnerzy” często postępują podobnie. Nie dotrzymują umów, nie wywiązują się ze zobowiązań, nie starają się nawet zachować pozorów. Bo jak można np. robić konkurencyjną imprezę, udając że nie chodzi przecież wcale o pieniądze. Jak ktoś, kto uważa się za partnera, może krytykować i publikować niesprawdzone informacje, mając tylko na celu zarobienie paru groszy i promocję własnej osoby.
W takich momentach zawsze nasuwa się pytanie: dla kogo to robimy? Skoro nawet nasi nie solidaryzują się z nami. A my naiwnie oczekujemy, że przeciętny bywalec podrzędnego klubu nocnego przyjdzie obejrzeć filmy lub przedstawienie teatralne?

Przyjechałeś kilka lat temu z Niemiec jako osoba kompetentna do zorganizowania dużej parady w stolicy. Jak oceniasz, jakich umiejętności brakuje polskim aktywistom LGBTQ?

Wiele osób nie jest po prostu przygotowana do organizacyjnej pracy (dotyczy też osób od nas z zarządu).. Często nie mają pojęcia, że od strony formalnej przygotowanie Parady czy Festiwalu nie różni się zbytnio od np. przygotowania dużego wesela na kilka tysięcy osób. Skupiają się na rzeczach nieistotnych, potrafią trzy godziny dyskutować na temat koloru karnetu, który wydrukują do kina. Ale to nie jest pretensja lub zarzut – po prostu nie mieli gdzie się tego nauczyć. Organizacji LGBT mamy jak na lekarstwo, a i sam wolontariat w Polsce bardzo kuleje. Nie mają przygotowania, jakie ma personel parad na zachodzie. Tam takimi rzeczami zajmują się profesjonaliści od eventów. U nas robi się to ideologicznie. Oczywiście dla jednego ważna jest ulotka informacyjna typu „kto to jest gej, a kto to jest lesbijka”. Dla innego ważne jest, żeby gala ładnie wypadła, żeby było dobre wino.

Czy ludzie garną się do pracy przy Paradzie czy Festiwalu? Jak wygląda sprawa kadrowa?

Wolontariuszy permanentnie brakuje. Nasi partnerzy tacy jak Lambda Warszawa czy Kampania Przeciw Homofobii, fundatorzy Fundacji Równości, nie zrobili w tym względzie zbyt wiele. Dzień czy dwa przed paradą ktoś zadzwonił pytaniem, czy może w czymś pomóc, bo może „wrzucić info na swoją listę dyskusyjną”. A przygotowania zaczęliśmy już w styczniu. Wtedy też znana już była data parady (choć nie podana jeszcze do publicznej wiadomości). Główny trzon to kilka osób, które wykonują żmudną mało atrakcyjną pracę biurową, której nie widać na zewnątrz. Od dłuższego czasu wisiały na naszych stronach ogłoszenia o naborze wolontariuszy, a na spotkania przychodziły trzy osoby. Może wina była po naszej stronie – nie potrafiliśmy zmotywować gejów i lesbijek do pracy? Nie mamy też co im dać w zamian. Chociaż przynajmniej tyle, że pooglądali sobie filmy. Nie stać nas na to, by im zapłacić. Niestety, wszyscy oczekują, że my mamy kupę pieniędzy, a wszystkie nasze problemy zaczynają się od tego, że ich nie mamy.

A sponsorzy?

Jedynymi sponsorami były firmy, które dawały nam coś w barterze. Na przykład, nie dostaliśmy ani grosza, ale dano nam wino i to za sześć tysięcy złotych. Zdecydowanie wolelibyśmy mieć te sześć tysięcy. Ale wzięliśmy to, co nam oferowano. I tutaj też znowu były obawy, że ktoś napisze, że za publiczne pieniądze fundacja oferuje zabawę. Ale takie są realia.

Przejdźmy do Festiwalu Równości. Wybrane przez was filmy podobały się bardzo, ale jak wiemy nie należały do najtańszych. Dlaczego zdecydowaliście się na taki wybór? Skąd wzięliście na nie pieniądze?

Marcin Pietras chciał zrobić z festiwalu taki queerpop, wejść w mainstream. To koncepcja, pod którą podpisuję się obydwoma rękami, bo uważam, że czas narzekań, subkultury i niszowości się dla nas zakończył. Tylko wpisując się w główny nurt kultury i wydarzeń społecznych, możemy pokazać, że nie jesteśmy gorsi. Wybrał w tym roku naprawdę świetne filmy. Inna sprawa, że są to najdroższe filmy. Żaden festiwal branżowy nie miał takich, bo są one okropnie drogie. Za niektóre jednorazowe pokazy musieliśmy zapłacić 1500 EUR. Festiwal z założenia miał być niedochodowy. Ale na szczęście Fundacja dostała darowiznę od organizatorów Euro Pride w Sztokholmie. Organizacja, która przeprowadza EuroPride miała postawiony warunek, że musi wspierać parady w Europie Wschodniej. Im bardzo zależało na konferencji naukowej. My się temu przeciwstawiliśmy, bo konferencje naukowe są zawsze takie same, przychodzą ci sami ludzie i nic nowego nie wnoszą do sprawy. Ostatecznie przekazali nam 5 000 EUR, nie miało sensu wydawać ich na „mądre głowy”, lepiej kupić za to filmy dla wszystkich.

Głównym zarzutem odnośnie Festiwalu, z jakim się spotkaliśmy, to sprawa licznych usterek technicznych podczas projekcji filmów. Dlaczego tak wyszło?

Przez ostatnie dni do biura fundacji nie dało się wejść, nocowało tam kilka osób. Spaliśmy po 3-4 godziny na dobę, a naszym celem było, by na zewnątrz przedostało się jak najmniej wpadek. Niestety nie dało się ich uniknąć. Z czego one wynikały? Dostarczano nam kopie tego samego dnia, kiedy puszczane były filmy. Kopie na DVD bywały zakodowane. Czasami dostaliśmy np. formaty amerykańskie, które przychodziły tego samego dnia. Nie dało się inaczej, więc musiała być obsuwa. Poza tym wszystkie filmy sami tłumaczyliśmy. Trzeba było dopasować dialogi, a nie mieliśmy zaplecza technicznego. Moglibyśmy wynająć taką usługę za 10 tysięcy złotych, ale na to też nas nie było stać.

Sztokholm pomógł, a reszta organizacji zachodnich? Interesują się jeszcze nami na świecie, gdy rządy objęła „partia miłości”?

W Polsce mamy teraz taki etap, że nie jesteśmy już aktywnie dyskryminowani, nie ma Kaczyńskich i Giertycha, więc zachodnie organizacje się nami nie interesują. Z drugiej strony, do Polski nie wszedł jeszcze biznes wspierający środowisko LGBT, czyli firmy, które mogłyby przeznaczać pieniądze na paradę. Parada berlińska ma 10 osób na etacie przez cały rok, bo ich na to stać, bo mają sponsorów w postaci wielkich koncernów, których w Polsce jeszcze brak. Widać, jaka jest między nami różnica. U nas byłoby idealne, gdybyśmy mieli choć trzy osoby na kilka miesięcy w roku. Nawet teraz po paradzie, sami zostaliśmy ze stertą papierów i rzeczy do zrobienia – często czysto fizycznych, bo wolontariusze wrócili do swoich spraw. A my przecież też mamy swoją pracę zawodową, z której się musimy utrzymywać. A Parada i Festiwal to nasze „hobby”, które wykonujemy jednak z wielką chęcią i zaangażowaniem.

Oczywiście musimy zapytać o reakcje władz miasta. Czy miasto zmieniło swój stosunek do Parady Równości?

Braliśmy udział w normalnych miejskich konkursach grantowych na eventy kulturalne w Warszawie. Wcześniej były też nieformalne spotkania z urzędnikami wszystkich szczebli, którzy nam doradzali byśmy w projektach wpisywali kwotę dwa razy wyższą, bo i tak dawali 10 – 20% tej kwoty. Więc my składaliśmy wnioski na festiwal, na paradę, a po paradzie na jakiś koncert. Najpierw nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi – pozytywnej czy negatywnej. Dopiero telefonicznie dowiedzieliśmy się, że nic nie dostaliśmy. Urzędnicy nie muszą tego uzasadniać. Jak zainteresowały się nami media, gdy ogłosiliśmy to na konferencji prasowej, dodano, że nasze działania nie „mieszczą się w zadaniach konkursu z zakresu animacji kulturalnej (…) i powinny być realizowane przez Biuro ds. Komunikacji Społecznej jako projekt dotyczący mniejszości…” Ja mam inną wizję tego, jest to przecież impreza związana z miastem, tak jak jest to na całym świecie, ważna w kalendarzu warszawskim. Nie chcemy traktować się jako nisza, ale mainstream. W przyszłym roku będziemy więc składać wnioski do biura do spraw mniejszości.

Jak rozwiązaliście problem z udziałem ludzi na platformach podczas parady?

Nie wiedzieliśmy, czy ludzie będą mogli jechać na platformach i to do ostatniej chwili. W Warszawie jest nowy szef policji – może chciał się wykazać – może homofobią, może nadgorliwością – powynajdywał wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego, według których rzeczywiście nie wolno jeździć na samochodach ciężarowych. Cały czas negocjowaliśmy z miastem. Był plan awaryjny – ludzie nie pojadą na platformach, jadą one puste 100 metrów, następnie ludzie wchodzą, tańczą, schodzą i jedziemy dalej. Z pełną świadomością tego, że parada trwałaby kilkanaście godzin – miasto byłoby maksymalnie zablokowane. Gdy to ogłosiliśmy zaczęły się przepychanki – miasto zaczęło wyliczać ile ludzi straci życie, bo karetka nie dojedzie na czas. Wydłużony czas parady mógłby pobudzić nienawiść homofobów, bo blokowalibyśmy miasto. Cały czas do ostatniej chwili negocjowaliśmy. W nocy przed Paradą zastanawialiśmy się jak jeszcze można wybrnąć z tej sytuacji. Okazało się, że był kiedyś wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który dotyczył podobnej sprawy. Cały poranek grzebałem w tych wyrokach. I rzeczywiście – znalazłem wyrok, że przy zgromadzeniach nie mają zastosowania przepisy ruchu drogowego. No, ale policja też nie powoływała się na przepisy ruchu drogowego, tylko na przepisy dopuszczalności do ruchu pojazdów mechanicznych. Tak więc jakaś analogia była. Udało nam się rano skontaktować z sędziami Trybunału Konstytucyjnego, oni też nie mieli jasnej interpretacji. Dzwoniliśmy do Rzecznika Praw Obywatelskich. On przysłał swoją asystentkę, a ja na placu Bankowym cały czas dyskutowałem z policją i była masa telefonów. Za pięć druga okazało się, że możemy jechać na platformach. Ale podpisałem zobowiązanie, że gdyby ktoś spadł z platformy, na przykład złamał nogę, to wszystko biorę na siebie. To wszystko wisiało na mnie, ja przyjmowałem zobowiązania jako organizator. Polskie przepisy są głupie, bo parady nie może zrobić instytucja, tylko osoba prywatna. Udało się. Ale z drugiej strony był deal z policją, że przebiegamy w miarę szybko i zwijamy się jak najszybciej spod Kancelarii Premiera.

Czy snujesz już plany na przyszłą paradę? Przed nami Euro Pride w 2010 roku, więc tutaj czekać cię będzie więcej pracy.

Nie mam powoli siły ciągnąć dalej tych wszystkich imprez. Jest to wyczerpujące psychicznie, fizycznie i finansowo. Moim celem jest to, żeby zrobić Euro Pride 2010. Ale czego bym chciał odnośnie parady za rok? Chciałbym, by tym zajął się ktoś inny. Mogę być z boku. Zresztą przygotowania do 2010 trwają już od jesieni zeszłego roku. To są bardzo konkretne działania, zaprosiliśmy już ludzi. Najważniejszym zadaniem na 2010 jest przekonać miasto do tego pomysłu. Miasto nam nie wierzy, że może przyjechać kilkadziesiąt tysięcy osób. Może to do nich nie dociera? Albo myślą sobie: „o, będzie jak zwykle”. Nie będzie, ja sobie zdaję z tego sprawę. Już teraz mówiłem władzom miasta, że tegoroczna parada będzie próbą generalną przed 2010, jedną z dwóch, które nam zostały. A oni, że „jakoś to będzie”, że się spotkamy jesienią i porozmawiamy. A ja na to, że jeśli podejście miasta nadal takie będzie, to ja przyjdę zgodnie z prawem trzy dni przed i zgłoszę demonstrację. Więc to jest praca polityczno – lobbingowa do wykonania na 2010, przekonać miasto. Ale znowu, jako organizatorzy jesteśmy w rozkroku. Dodatkowy rozkrok to: na ile pójść w komercję, aby zebrać pieniądze i dobrze się przygotować do tego, a na ile postawić na ideologię.

No właśnie: ideologia czy komercja?

Odpowiednia mieszanka we właściwych proporcjach. W tym roku jestem zadowolony, moim celem było odejście od polityki. W Warszawie faza walk się skończyła, np. „różni ale równi”, „gej jest ok”… Naszym zadaniem jest przekonanie tych wszystkich ciotek, że są to imprezy dla nas, że jak oni nie przyjdą, to nic z tego nie będzie. Trzeba im dać poczucie wartości, że jesteśmy siłą. W końcu jest nas dwa miliony.

Klikij tutaj, aby czytać dalej

W drugiej części między innymi: wrażenia wybrane z listów od widzów.

(wywiad i opr. – MM i MT)

9 komentarzy do:Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (1)

  • antoś

    [Re: Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (1)]

    jestem pod wrażeniem…

  • wacek

    [Re: Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (1)]

    były wpadki, być może część do uniknięcia. Ale nie myli się tylko ten, kto nie robi nic. Dziękuję organizatorom za festiwal. Widziałem jak wypruwali sobie żyły i rozumiem gorycz Tomka Bączkowskiego. Do pomocy zgłosiło się raptem kilka osób, ale to nie wszystko. Martwić musi stosunkowo niska frekwencja na filmach. Jak to możliwe, że w 2 – mln mieście na seans przychodzi kilkadziesiąt osób? Wygląda na to, że środowisko LGBT kultura nie interesuje. Część osób biega wyłącznie po klubach, saunach i dyskotekach. Ale co z pozostałymi?
    Swoją drogą nawet na paradzie nie było tłumów, nie czarujmy się

  • ja

    [Re: Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (1)]

    Zgadzam się, że doceniać trzeba, tym bardziej, że TB jest rozsądny i tym wyróżnia się na tle innych działaczy. Na gaylife.pl przeczytałem krytykę parady w wykonaniu Łukasza Pałuckiego (a raczej promocję jednej partii politycznej), którą zachwycił się Szymon Niemiec. Więc wolę, mówiąc szczerze, jako szara myszka trzymająca się na uboczu (na parady chodzę), by pan Tomasz nie rezygnował. Dla naszego dobra. Amen

  • Ewa

    [Re: Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (1)]

    Przykro mi to pisać, ale problem z wolontariuszami to nie tylko kwestia niskiego zaangażowania gejów i lesbijek w tego rodzaju inicjatywy, ale również postawy Fundacji Równości wobec tych, którzy zdecydowali się jej pomóc – w tym roku, dwa, trzy lata temu… Większość tych ludzi drugi raz nie wróciła – i to nie dlatego, że nie chcą już pracować społecznie, ale z powodu atmosfery panującej przy organizacji Festiwalu. Piszę to nie po to, by robić komuś wyrzuty, ale z nadzieją (zapewne płonną), że organizatorzy wyciągną z tego głosu wnioski – tym bardziej że za rok będą potrzebni kolejni wolontariusze. Żeby nie było – podoba mi się to, CO robicie, ale nie JAK to robicie. I uważam, że Fundacji przydałaby się świeża krew – również w gronie decydentów, a nie tylko ludzi od czarnej roboty.

  • phon_Otwock

    [Re: Festiwal i Parada: nasza wspólna sprawa (1)]

    Pani Ewo prosiłbym o opisanie pani uwag na temat wolontariatu i skierowanie ich na parada@paradarownosci.pl




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa