- homiki.pl - http://homiki.pl -

(Nie) grzeczne homo

[1]

Niedawna lektura wywiadu z Tomaszem Raczkiem spowodowała, że zastanowiłam się nad prehistorycznym, acz ostatnio nieco może zapomnianym, konfliktem.
O tym zaraz, na początek przygarść złośliwostek.

Pan Tomasz Raczek, skądinąd wsławiony ostatnio przyjemnymi i racjonalnymi wypowiedziami nt. gejów [2], dał wywiad do kwietniowego numeru „Pani” (dla niezorientowanych – czasopismo dla kobiet luksusowych, modnych, światowych – lub do takowych aspirujących). W wywiadzie tym precyzyjnie buduje swój wizerunek. Pozwolę sobie na małą wyliczankę: bycie gejem jako kondensacja i apoteoza męskości, w której trzeba być silnym psychicznie, żeby przetrwać, gejem, który ma mieć przyjemność bycia sobą i przyjemność udowadniania słabszym od siebie, że to jest możliwe i który oczywiście może stworzyć silny, stabilny, dojrzały związek. Jednym słowem: taki fajny gej z sąsiedztwa. Wspaniale. Święte prawo pana T.R. do dbania o swój image oraz do przekonania, że w ten sposób najlepiej służy „sprawie gejowskiej” (czy i lesbijskiej też?) – Może to nawet jest jakaś moja misja. W ten sposób, czyli pokazując śliczny obrazek jak monidło z początków XX w. – tacy jesteśmy (tzn. ja, T.R., ale w domyśle geje – czy również lesbijki? chyba się czepiam…) mili i fajni. Zobaczcie, skorzystajcie z możliwości edukacyjnej, bezstresowo i bezdotykowo dowiedzcie się, co to homo.

I potem, na sam koniec wywiadu, cichutko dopełnia pan T.R. obraz grzecznego geja a la „Niech nas zobaczą”. Przez nikogo (czyt. przez panią dziennikarkę) nie pytany, niczym nie sprowokowany, z uczniowsko-poczciwej pilności dodaje skrupulatnie, że ależ oczywiście jest przeciw paradom (wcześniej, zapytany o posiadanie przez gejów dzieci, podkreślił w wypowiedzi dla Newsweeka – Jestem gejem, geje nie mają dzieci). Bum. Królik z kapelusza, a z Raczka miły chłopiec z rączkami na kołdrze.

Czytałam ten wywiad w czasie, kiedy media LGBTQ żyły wywleczeniem intymnych szczegółów życia pana Jacka Adlera na forum publicznym. Poczyńmy tu pewne założenie: większość ludzi ma jakieś życie erotyczne, jakieś ekscesy (nie tylko erotyczne zresztą) na koncie. Wplątany w nie-swój dyskurs przez panią, której nazwiska szkoda wspominać, został pan J.A. nagle – raczej bez swojego udziału – złym chłopcem. Na dodatek uparcie twierdzącym (w tonie defensywnym, ale przecież wierzy tylko ten, kto chce), że przecież „tacy też jesteśmy”. Przedstawicielem tych złych pedałów (lesb pewnie nie, ale kto wie?), co to paradują, obnażają się, kopulują na ulicach, „liżą rowy” i nieletnich uwodzą, zamach na porządną polską rodzinę czyniąc.

Starożytny podział na złego pedała i dobrego geja uzyskał więc nowe twarze. Mamy, w uproszczeniu, dwie reprezentacje „nas” wobec „nich”. Zderzają się dwie wizje naszej obecności w świecie heteronorm, widać odwieczny konflikt pomiędzy „Niech nas zobaczą” a Gay Pride w Berlinie, pomiędzy (dobrowolnie) miłym i układnym Raczkiem – a (wbrew własnej woli?) skandalistą Adlerem; grzecznym gejem, co to niczym społeczeństwu nie zagraża, jest otwarty na tyle, by jego orientację można było odgadnąć, ale nie na tyle, by naruszyć czyjeś poczucie heteronormatywności – a wyuzdanym pedałem, stanowiącym zło importowane i świecącym gdzie tylko może gołym tyłkiem.
Zaznaczam – nie chodzi mi o to, jacy naprawdę jesteśmy. To przecież oczywiste, że różnorodni. Chodzi mi o to, jacy chcemy pokazać się „na zewnątrz”, jaki obraz siebie tworzymy, komu pozwalamy siebie reprezentować, a kogo publicznie wytkniemy palcem jako „przynoszącego nam wstyd”, „nie pozwalającego nam zdobyć tolerancji społeczeństwa” – albo wręcz przeciwnie, „zbyt uładzonego”, „nieprawdziwego”, „przystosowanego”.

Czy dobrze robi T.R. mówiąc, że on (a więc i „my”) jest przeciw paradom/adopcjom i chce sobie po prostu miło żyć, tak jak heteroreszta? Czy może dobrze robi J.A., mówiąc wywołany do tablicy – tak, uprawiamy seks, w różny sposób (ale przecież wy też), chcemy pokazywać swoją inność od was?

Konflikt jest pewnie nierozwiązywalny na obecną chwilę, ale trzeba być świadomym, że istnieje. Rozwijać go, zaostrzać? Powiedzieć: „tylko T.R. ma prawo nas reprezentować! jesteśmy tacy jak wy, odczepcie się od nas!” albo „precz z udawaną grzecznością, jesteśmy inni i zamierzamy wnieść ferment!” Zjednoczyć się za jednym frontem (tylko którym?), a wszelkie ewentualne dyskusje prowadzić w ukryciu, wewnątrz środowiska?

Czy chcemy być „innymi”, naruszającymi schematy heteroświata, żądającymi „różności, ale równości”, prawa do swojej inności przy prawie do tych samych praw? Wejścia w ich przestrzeń z naszymi klubami, paradami, pocałunkami na ulicach i adopcjami dzieci? Może trzeba iść w skandal, odmienność, tęczowość, żeby wstrząsnąć ich sposobem myślenia i nie dusić się w nie-naszych ramach?

Albo wręcz przeciwnie, może trzeba, by ikony naszej społeczności zapewniały wszystkich, że adopcje i parady są be. Może faktycznie trzeba upiększać wizerunek LGBTQ w oczach społeczeństwa hetero? Może społeczeństwo oczekuje, że gej sztandarowy będzie słodki i miły, a lesbijka „taka jak my”? Może wtedy nas polubią, pokochają, a „pedał” przestanie być najbardziej obraźliwą inwektywą? Może nawet, jako że jesteśmy tacy sami, ktoś nam pozwoli wygrać walkę o związki partnerskie… Nawet kosztem nieprzystających do heteromatriksowych wzorców płci – ciot, butches i transów. Nawet kosztem homomatek i –ojców. Nawet kosztem tych wszystkich naszych innych „Innych”…

Jeden front przyniósłby na pewno mnóstwo korzyści – nawet ten bardziej kontrowersyjny, ten spod znaku Adlera i parad, a już na pewno ten spod znaku grzecznych chłopców Raczka. Byłoby łatwiej walczyć, łatwiej dostosować działania, szermować argumentami, ustalić jedną linię polityczną i kulturalną.

Prawda? Niech mnie ktoś przekona, proszę. Bo ja mam wątpliwość.

Bo może jednak przyjąć, że jest trzecie rozwiązanie i że – w pewien sposób – obie strony mają swoją rację? Że nie ma jednego wizerunku?

Eeee, chyba nie, powiedzą czytelnicy i czytelniczki. No bo czy takie rozprężenie jest aby bezpieczne?

Może jednak potrzebna nam jednolitość, zwarcie frontu, jedna wizja i jeden image? (Tylko który, ponownie zapytam). Oblężona twierdza wobec zła tego świata, strategia Kościoła katolickiego, przez wielu uważanego za naszego wroga – więc uczmy się od wroga?

No dobrze. Spójrzmy na nasz symbol, wejdźmy na moment w rejestry patetyczne, popatrzmy w historię ruchu, zerknijmy na straszliwie długaśną nazwę naszego środowiska, która nawet jako akronim składa się w najlepszym wypadku z 4 liter. Co tam widać? A nie przypadkiem inność, odmienność, brak jednolitych wzorców, wielość, akceptację, tolerancję, feerię kolorów, morze odmian i rodzajów, więcej jednostek niż kategorii, wielki misz-masz?

Siostry! Bracia! Rodzeństwo płci nieokreślonej!

Czy nadrzędną wartością środowisk LGBTQ nie jest różnorodność? A zaraz po niej – bycie sobą? Może nie warto unifikować się i składać tych wartości na ołtarzyku jednego frontu, by uzyskać święty spokój i tolerancję dodatkowych kilku procent społeczeństwa (wariant T.R.) albo poczucie własnej wyższości nad normalsami, prowadzenia ciekawszego życia, bycia w subwersji (wariant J.A.)?

W końcu jesteśmy tęczowi, nie czarno-biali, czyż nie?

PS. Zupełnie innym aspektem całej sprawy, którego nie będę tu rozwijać, ale o którym warto pamiętać, są oczekiwania nas samych, LGBTQ, wobec tego, jak się prezentujemy wobec siebie. Niejasne? Spójrzmy na dyskusję wywołaną „parareligijnymi” artykułami na homiki.pl. Czyż nie jest tak, ze w naszej własnej opinii musimy być wojująco antyklerykalni, areligijni lub niewierzący i krytyczni wobec każdego wyznania, z katolicyzmem na czele? A gdzie w naszej włączającej, inkluzywnej, szerokiej definicji „Innego”, którym jesteśmy, miejsce dla innych od innych, innych od naszego stereotypu G/L? Gorliwych chrześcijan, poligamistów, transów, ciotki-skrytki… Czy my mamy obowiązek być „jacyś”? Czy nie widzicie tu analogii wobec oczekiwań świata na zewnątrz, byśmy byli „jacyś”?

Uschi „Sass” Pawlik tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm

Autorzy:

zdjęcie Uschi

Uschi „Sass” Pawlik [3]

Tłumaczka z zawodu, korektorka z powołania. Ma kota na punkcie kotów. Pasjonują ją zagadnienia [trans]genderowe, kwestie rodzin LGBTQ i feminizm.