Zatoka ostów /fragment/

Wiatr wzmógł się. Rozplątałem plecak, wyjąłem drugi śpiwór i przykryłem nim Ewę i siebie. Potem przewróciłem się na brzuch i zapaliłem papierosa. Trzymałem go w jednej ręce, drugą podpierałem głowę. Nareszcie zaczynałem czuć senność. Przymknąłem oczy. Papieros mi nie smakował, ale mimo to chciałem wypalić go do końca. Rękę z papierosem podnosiłem do ust rzadko i leniwie. Ewa lekko poruszyła się pod śpiworem, a po chwili poczułem na karku dotyk jej palców.
– Śpij, śpij – mruknąłem. – Jeszcze czas.
Nie odpowiedziała. Dotknięcie powtórzyło się, tym razem było bardziej zdecydowane. Otworzyłem oczy i spojrzałem na Ewę. Spała z lekko rozchylonymi ustami, oddychając równo i głęboko. Odwróciłem więc głowę w drugą stronę. Nade mną stał chłopak w trykotowej koszulce i wytartych dżinsach. Był w moim wieku, może trochę młodszy. Uśmiechał się jakby przepraszająco.
– Co jest? – zapytałem.
Uśmiech poszerzył się, chłopak ledwie zauważalnie przymrużył oczy.
– Stand up – powiedział i podał mi rękę, pomagając podnieść się z posłania.
– Come with me – szepnął, kiedy już stałem obok niego.
Ruszyłem za nim posłusznie, idąc powoli i ostrożnie wymijając ciała śpiących. Doszliśmy do rufy. Pod nami, za śrubą statku bełkotała spieniona woda. Było tu ciemniej niż na głównym pokładzie.
– Widziałem, że nie śpisz – powiedział chłopak. – Tylko ty i ja nie śpimy na tej łajbie. Myślałem, że może chcesz porozmawiać.
– Nie wiem, czy chcę – powiedziałem ja. – Przed chwilą nie chciałem. A teraz może chcę, może nie chcę. Naprawdę nie wiem – powtórzyłem.
Chłopak jakby nie usłyszał odpowiedzi.
– Mam na imię Jeff – podał mi rękę. – Jestem Anglikiem.
Wypadało też się przedstawić. Coś tam mruknąłem.
Jeff, który od chwili, gdy stanęliśmy na rufie, patrzył mi prosto w oczy, nagle opuścił wzrok i chyba trochę się zmieszał.
– U was teraz strajki. Rewolucja – powiedział.
– Nie obchodzą mnie strajki i rewolucje – powiedziałem ja.
Czułem, że go zaskoczyłem. Jednak zachował zimną krew albo udał, że zachował. Zapytał obojętnie:
– Dlaczego?
– Bo nic mnie nie obchodzi.
– A ta dziewczyna, z którą płyniesz?
– Też nie.
Zamilkliśmy. Niedopałek swojego papierosa dawno wrzuciłem do morza. Pomyślałem, że znów warto zapalić. Ale nim sięgnąłem do kieszeni koszuli, Jeff podsunął mi otwartą paczkę. Pstryknęła zapalniczka. Zaciągnąłem się głęboko, a potem powoli wypuściłem dym, kierując go nad ramię Jeffa.
– Przepraszam – powiedział Jeff. – Jednak chyba w czymś ci przeszkodziłem. Jeśli nie chcesz rozmawiać, wrócę na swoje miejsce.
Nie poruszył się jednak, wciąż patrzył na mnie i wyraźnie czekał, żebym go zatrzymał. Pokręciłem głową.
– Nie, zostań – powiedziałem i też patrzyłem mu prosto w oczy. W mroku nie mogłem dostrzec ich koloru, a bardzo chciałem wiedzieć, czy są niebieskie, czy piwne, czy może zielone. Staliśmy tak naprzeciw siebie może minutę, może dwie, a może jeszcze dłużej. Chyba dłużej, bo papieros zaczął mnie parzyć i wtedy rozsądnie pomyślałem, że wiedza o kolorze oczu Jeffa jest mi absolutnie zbędna. Wzruszyłem ramionami. I niespodziewanie dla samego siebie uśmiechnąłem się.
– Ponurak ze mnie – powiedziałem. – Nie wiem, czy chodziło ci o znajomość z kimś takim.
– Nie mogłem zasnąć – odpowiedział. Zabrzmiało to, jakby się skarżył i usprawiedliwiał jednocześnie. – Naprawdę cię przepraszam.
– Okay. Sam tu jesteś? – zapytałem
– Nie. Z takim jednym. To Holender. Poznałem go tydzień temu w Atenach. Ale on teraz śpi. Ma cholerny talent do spania, ledwie przyłoży głowę do poduszki, już chrapie. A w dzień interesują go tylko knajpy. Wchodzi do każdej, pod warunkiem że ma wygląd speluny, i od razu wdaje się w rozmowę ze starymi, nieogolonymi Grekami, od których cuchnie oliwą z czosnkiem i tanim winem. Gadają na migi, bo tamci znają po angielsku ledwie kilka słów. Ale dogadują się i zaprzyjaźniają. Maarten ma w Atenach już chyba z tysiąc nowych przyjaciół i tyle samo adresów w notesie.
– A ty?
– Ja? Chodzę razem z nim. Ot, taki sposób na wakacje – dodał szybko. Zabrzmiało to gorzko.
Przyjrzałem mu się uważniej. Był ładny. Z długimi, opadającymi na ramiona włosami, z wątłymi ramionami i wąskimi biodrami, wyglądał na chłopca ledwie po maturze. Podobał mi się. Musiał być jednak starszy. Dlaczego podszedł do miejsca, gdzie leżałem z Ewą? Dlaczego wyrwał mnie z półsnu? O co mu chodzi? Jeśli ciążyła mu samotność, mógł przecież obudzić w końcu tego swojego Maartena. Więc? Wiedziałem, że nie znajdę odpowiedzi na te pytania. Czy będę szukał później? Nad tym się nie zastanawiałem. Byłem jednak na tyle zaintrygowany Jeffem, że zapragnąłem nagle, aby ta znajomość nie skończyła się wraz z podróżą.
– Wakacje – powiedziałem. – Na nie nie trzeba żadnego sposobu. One po prostu są. Są słońcem, morzem, liściem figowca, nocnym kołysaniem statku, opalenizną i setką innych rzeczy, których nie mamy na co dzień. Po co to komplikować?
– Bardzo bym chciał, żeby się nie komplikowało – spojrzał na mnie poważnie, tym razem bez uśmiechu.
– Pozer – pomyślałem. – Po jaką cholerę tak się przyczepił? Lepiej wrócić na główny pokład i zdrzemnąć się trochę, inaczej jutro – spojrzałem na zegarek – było dwadzieścia pięć po pierwszej – a raczej dzisiaj, będę nieprzytomny. Jeff dostrzegł ten gest.
– Chcesz iść spać? – spytał niby obojętnie, ale wyczułem niepokój w jego głosie. Zrobiło mi się go żal. On naprawdę potrzebował, żeby tej nocy był obok niego drugi człowiek.
– Nie – tym razem miałem pewność, że nie chcę. – Zamyśliłem się tylko.
Stanowczo nie panowałem nad swoimi reakcjami. Chwilami niecierpliwiła mnie obecność Jeffa, chwilami zaś byłem mu wdzięczny za to, że jest tutaj i próbuje nawiązać rozmowę, do której niby się nie paliłem, ale która stała się już dla mnie koniecznością. Do tej pory nie czułem potrzeby mówienia o sobie. Wszystkie rozmowy z Ewą dotyczyły ostatnio spraw bardzo zwyczajnych. Wciąż liczyliśmy tylko pieniądze i zastanawialiśmy się, na ile dni nam wystarczą. Chciałem być tu możliwie najdłużej i możliwie najdłużej nie mieć kontaktu z tym, co dzieje się w Polsce. Nie sądziłem, by Ewa zrozumiała, dlaczego zachowuję niechętny dystans do wydarzeń w kraju. Nie sądziłem, by ktokolwiek potrafił to zrozumieć. Konieczność wytłumaczenia tej niechęci pojawiła się jednak, gdy tylko wysłuchałem w telewizji wystąpienia Pierwszego w Kraju. Było to jego ostatnie wystąpienie. Ale wiedziałem, że gdy zacznę tłumaczyć, natychmiast zostanę uznany jeśli nie za beton, jeśli nie za zakonspirowanego rzecznika tego, co miało odchodzić i może nawet rzeczywiście odchodziło, to przynajmniej za idiotę. Niebezpiecznego idiotę, którego należy omijać z daleka. Ewę zniechęciłem już dawno, nie dopuszczałem do dyskusji o niepokojach, strajkach i nadziejach z nimi związanych. Po kilku próbach rozmów na ten temat zrezygnowała. I zapewne, gdyby nie perspektywa podróży i konieczność przygotowań do wyjazdu, znów przestalibyśmy rozmawiać. A inni? Innych po prostu nie było. Nie miałem brata, przyjaciela, powiernika. Byli tylko znajomi i koledzy. Teraz wszyscy pochłonięci jednym. Tym, do czego ja odnosiłem się nieufnie i z niedowierzaniem. Mówiono głośno, otwarcie, bez szeptów, które kilka tygodni wcześniej towarzyszyły niemal każdemu spotkaniu człowieka z człowiekiem. Mówiono i do mnie. A ja niezmiennie odpowiadałem: – Nie entuzjazmujcie się, nie obiecujcie sobie zbyt wiele. Na razie jest tylko chaos, a cóż może wyniknąć z chaosu?
Słyszałem w odpowiedzi: – Stary, czy ty nie pojmujesz, jaką mamy siłę, tym razem na pewno wygramy. Musimy wygrać.
Musimy? Kto musi? My, wczoraj jeszcze klakierzy i kibice budowania drugiej Polski, posiadacze służbowych paszportów i właściciele kont bankowych powstałych z dolarów zaoszczędzonych podczas służbowych podróży, czy oni – zmęczeni teraz wielodniowym strajkiem robotnicy z Gdańska, Szczecina, Elbląga…
– Nie, Jeff – powiedziałem nieoczekiwanie dla samego siebie. – Ty też nic z tego nie zrozumiesz.
– Czego nie zrozumiem? – zapytał zaskoczony.
– Mnie, mojego kraju, absurdu tej podróży…
– Nie wiem – odpowiedział. – Chciałbym zrozumieć. Mów – dodał prosząco.
– Nie potrafię.
– Spróbuj.
Pokręciłem przecząco głową. Jak miałem mu powiedzieć to, co było we mnie, co wypełniało każdy mój mięsień, każdy nerw, a czego nigdy nie chciałem uświadomić sobie do końca, bo zwyczajnie się bałem. Bałem się, że jeśli to zrobię, znienawidzę swoją pracę, swoje miasto, swój kraj i nie będę już umiał tu żyć. A gdzie indziej – byłem pewien – nie umiałbym tym bardziej. Teraz pojąłem to jeszcze wyraziściej niż kiedykolwiek przedtem. I może dlatego nagle zapragnąłem mówić dalej.
Patrzyłem w wodę przelewającą się wokół śruby, kilwater ginął w ciemności, i czułem na sobie wzrok Jeffa. Chęć wyrzucenia z siebie wszystkich niepokojów narastała, było mi obojętne, czy Jeff cokolwiek pojmie z tego, co powiem, ale wiedziałem już, że muszę mówić. Muszę choćby dla siebie. A raczej – przede wszystkim dla siebie.
Nie odrywając wzroku od spienionej wody, powiedziałem w ciemność:
– Pamiętasz rok 1968?
– Paryż – szepnął Jeff. – Maj na Sorbonie.
– Nie – zaprzeczyłem. – Nie Paryż. Warszawa. I nie maj, tylko marzec. Miałem wtedy siedemnaście lat, mieszkałem z rodzicami w niewielkim podwarszawskim osiedlu i tam chodziłem do liceum. A w mieście wrzało, zwłaszcza na uniwersytecie. I wszędzie wiece, rezolucje, demonstracje. Milicja z pałkami i gazem łzawiącym. Uspakajający ton gazet. Protesty klasy robotniczej przeciw nieodpowiedzialności młodych – wpadłem w trans, już nie szukałem właściwych słów, jeśli brakowało mi angielskiego, rzucałem polskie i mówiłem dalej. – Matka potwornie się o mnie bała, pilnowała, bym nie pojechał do Warszawy, a łatwo było pojechać, tylko czterdzieści minut podróży podmiejską kolejką. Więc matka odprowadzała mnie i przyprowadzała ze szkoły. Mnie! Siedemnastoletniego dryblasa! Byłem wściekły. Chciałem przecież zobaczyć to wszystko na własne oczy, chciałem rozrzucać ulotki i pisać na murach antyreżimowe hasła. Dopiero po kilku dniach udało mi się wyrwać spod domowej kurateli, ale miasto było już spokojne, wyglądało, jakby nic się w nim nie działo.
I nic się również nie działo na naszym podmiejskim osiedlu. Tylko syn sąsiadów, który wcześniej niezbyt chętnie ze mną rozmawiał, bo byłem szczeniak, zaczął zachodzić do naszego ogrodu, gdzie popołudniami paliłem zeszłoroczne liście i suche gałęzie, gracowałem ścieżki, bo była już wiosna, i opowiadał o tym, co przeżył podczas tych kilku marcowych dni. Studiował filozofię, a teraz miał dużo czasu. Relegowano go z uczelni, jego i innych, także część wykładowców, a wydział zamknięto. Rok później zdałem maturę i sam zostałem studentem. My, pierwszoroczniacy, o marcu już nie pamiętaliśmy. Starsi trzymali się od nas z daleka i nie dopuszczali do siebie, żyli własnymi sprawami. Pewnie uczyli się pilnie, regulamin studiów tak zaostrzono, że nawet z roku dyplomowego można było wylecieć bez pardonu. Przez pierwszy rok przebrnąłem szczęśliwie, kując ile się dało. Na drugim było już nieco luzu, więc zacząłem pisywać jakieś migawki z uniwersytetu. Bzdurne były, ale od czasu do czasu drukowała je młodzieżowa gazeta. Żyłem w wygodnym ciepełku, bez problemów. Dom, podmiejska kolejka, uczelnia – to było najważniejsze. Później kolejność się zmieniła. Dom zszedł na ostatnie miejsce, ale stało się to naprawdę dopiero później, już po studiach, kiedy dostałem mieszkanie, o które rodzice zaczęli się dla mnie starać, gdy miałem chyba nie więcej niż dwanaście lat.
W parę miesięcy po rozpoczęciu drugiego roku studiów, był to grudzień, znów coś się zaczęło dziać. Ale daleko od nas – na Wybrzeżu. W Gdańsku i Szczecinie. Starsi ode mnie o dwa, trzy lata doskonale pamiętali autokary z napisem „Wycieczka”, które w marcu wjeżdżały na dziedziniec uniwersytetu po to, by niespodziewanie wysypywały się z nich grupy mężczyzn uzbrojonych w kije i pałki. Mężczyzn, o których potem prasa pisała, że to ojcowie-robotnicy usiłowali poskromić swoje dzieci, które ośmieliły się podnieść rękę na socjalizm. A teraz w Gdańsku i Szczecinie bito robotników. Och, Jeff, jak to wszystko było bezbłędnie pomyślane, tylko my, głupcy, nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. I dlatego, kiedy na ekranach telewizorów pojawił się nowy Pierwszy w Kraju i zapytał – nie nas wprawdzie, ale pobitych robotników – „Pomożecie?”, a oni odpowiedzieli „Pomożemy”, uwierzyłem, że wreszcie będzie dobrze. I zaraz przyszedł ten wspaniały blichtr – otwarta granica do najbliższych sąsiadów, paszporty na Zachód, coca–cola, „Marlboro”… Do tej pory żyłem w Polsce i oto nagle zacząłem żyć w Europie.
Nie patrzyłem już na wodę i nie patrzyłem na Jeffa. Puściły wszystkie tamy. Miałem przymknięte oczy i mówiłem zdaniami coraz krótszymi, urywanymi, wreszcie wyrzucałem z siebie tylko pojedyncze słowa-hasła, których on nie mógł zrozumieć, a które dla mnie były sekwencjami filmu odtwarzanego z przyśpieszonej taśmy. Zacząłem drżeć i nie potrafiłem tego drżenia opanować, choć zdawałem sobie sprawę, że robię wrażenie szaleńca i że Jeff – przestraszony – za chwilę odejdzie, zniknie za ścianą nadbudówki i szybko ułoży się między śpiącymi tak, abym nie mógł go odnaleźć. On jednak postąpił krok do przodu i położył mi ręce na ramionach.
– Nie denerwuj się tak strasznie – powiedział. – No, Peter – potrząsnął mną lekko.
Otrzeźwił mnie nie dotyk rąk Jeffa, ale dźwięk mojego imienia wypowiedzianego w obcym języku. Opuściłem głowę tak, że broda dotknęła piersi, i zamilkłem. Chciałem teraz tylko tego, żeby uścisk Jeffa trwał dalej. I on to wyczuł, nie zdjął dłoni z moich ramion. Staliśmy tak dłuższą chwilę. Wreszcie odchyliłem się do tyłu i cofnąłem.
– Okay – powiedziałem. – Już dobrze. Przepraszam cię. To te cholerne emocje…
Jeff uśmiechnął się, a potem odezwał cicho, niemal szeptem:
– Chyba wiem, co się z tobą dzieje.
– Nie, nie wiesz – chciałem odpowiedzieć, ale tylko pokiwałem głową i poczułem w gardle skurcz, jakbym miał się rozpłakać. Głośno przełknąłem ślinę. Potem jeszcze raz. – Takiś twardziel? – pomyślałem o sobie ironicznie. Sięgnąłem po papierosa. Zapaliliśmy. Pierwszy haust dymu zakręcił mi w głowie, ale i ostatecznie uspokoił. Opanowanym głosem zapytałem Jeffa:
– Wysiadasz na Kythnos?
– Tak.
Po raz nie wiem który tej nocy spojrzałem na wodę zbełtaną przez śrubę statku. I zaraz potem odwróciłem się, oparłem o reling i przysunąłem do Jeffa. Nasze ramiona stykały się. Pomyślałem, że powinienem wracać do Ewy, ale zarazem czułem się jakby przykuty do tego miejsca na pokładzie, które w tej chwili dzieliłem z Jeffem. Gdzieś daleko przed nami zamajaczyła długa, pozioma kreska szarej jasności.
– Świta – szepnąłem.

Tadeusz Olszewski Zatoka Ostów
Wydawca: Instytut Wydawniczy Latarnik
Objętość: 208 stron
ISBN: 978-83-60000-24-3
EAN: 9788360000243
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 138 mm x 205 mm
Dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk
Data ukazania się: 1 czerwca 2008
Cena: 29,90 zł.

Autorzy:

zdjęcie Tadeusz Olszewski

Tadeusz Olszewski

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 235; nazwa: tolszewski

99 komentarzy do:Zatoka ostów /fragment/




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa