Homiki polecają nowe książki

Tym razem chciałbym polecić Czytelniczkom i Czytelnikom dwie książki godne uwagi. Obie pozycje są łatwe do przeoczenia. Wydane zostały w niszowych wydawnictwach, bez rozgłosu. Mam jednak nadzieję, że zwrócicie na nie uwagę, gdyż obie propozycje to perełki na naszym wydawniczym rynku. Warto je mieć na swojej półce z książkami.

Ewa Berent, „Rdza”

Z czułością wspominam chwilę wahania, kiedy leżąc na ziemi z rozłożonymi nogami i zaciągając się śmierdzącym szlugiem patrzyłam z ukosa na nagie łydki i stopy w pozwijanych skarpetkach. Uderzyło mnie wtedy poczucie własnego ciała, nigdy wcześniej chyba z taką siłą nie uświadomiłam sobie, jak niewiele różni mnie leżącą na brudnej ziemi, gołą, od stojącej w pełnym słońcu przy torach kolejowych albo od jadącej metrem i pogrążonej w lekturze jakiejś niezwykle wymagającej książki. Nie chcę się zgrywać ani udowadniać, że tak czy siak byłam kurwą. Dotarło do mnie poczucie tożsamości, po raz pierwszy zaczęłam rozumieć, że się ze sobą identyfikuję. Czy może być coś piękniejszego i bardziej oczyszczającego od najprostszej myśli, że ja teraz to ta sama ja, co przedwczoraj i że ja w sukni wieczorowej będę tą samą ja, co ja przedwczoraj w stroju płetwonurka. (s. 97)

Na tak spektakularny debiut prozatorski warto było czekać. Ewa Berent to dwudziestotrzylatka, a napisała zaskakującą dojrzałą książkę. Stworzyła doskonałą powieść inicjacyjną, która ma szansę stać się kultową wśród nastolatek i nastolatków. Mocne to słowa, mam nadzieję, że okażą się prorocze. Siła tej powieści tkwi w sugestywnym przekazie wielu odcieni emocji, w tym całej gamy tych negatywnych i autodestrukcyjnych, ale podanym chłodnym „wycofanym” okiem. Jest w nich życiowa prawda i ból wynikający ze złożoności dorastania, kiedy spostrzega się kulturowe ograniczenia i narzucone schematy. A zwłaszcza przekraczanie tych barier, testowanie granic wolności osobistej i drugiej osoby. Pojawia się w powieści wątek grzechów, przewin, za które w dorosłym świecie płaci się słono.

Fabuła nie jest skomplikowana. Bohaterka utworu zostaje wysłana przez rodziców na wakacje do ciotki na wieś. Zsyłka ma być karą za ciężki grzech, obozem resocjalizującym. Grzechem zaś w oczach rodziców miał być seks homoseksualny. Wieś jawi się jako oaza, dziewicza kraina, która dobrze zrobi na „nerwy” miastowej i zgorszonej już dziewczyny. W domku jest ciotka, prosta i gospodarna kobiecina, wzór tradycyjnej kobiecości, która ma stać na straży cnoty bohaterki. Oczywiście rzeczywistość jest bardziej złożona, ale ten dwubiegunowy schemat wynika z naiwności rodziców, którzy nie radzą sobie z seksualnością córki. Wieś to także natura, która dodatkowo rozbudza bohaterkę i popycha w ramiona miejscowych spoconych ogierów.

Nie wiemy dokładnie ile dziewczyna ma lat, zresztą domyślamy się, że jest nastolatką, która odkrywając swoją seksualność, uczy się siebie poprzez eksperymenty, fantazje erotyczne, doświadczenia z odwiedzającą ją Julką i miejscowymi chłopakami. Bawi się nimi, analizuje doświadczenia, wybiera obiekty, manipuluje nimi. Obserwuje siebie w momentach, w których traci kontrolę, a równocześnie sama wpycha się w coraz większą przepaść, by w finale ponieść surową karę – z manipulatorki staje się po raz kolejny ofiarą. Nie istnieje w jej świecie pojęcie grzechu czy żalu za grzechy, jak chcieliby rodzice czy ciotka, przeciwnie: im większe bariery tym większa ciekawość przekroczenia seksualnych tabu. Przy czym, co ważne, każde doświadczenie staje się przyczynkiem do samopoznania.

Narracja pierwszoosobowa sprawia, że doświadczamy i obserwujemy wraz z bohaterką podążanie ku samozagładzie. Jest to autoanalityczna proza, przesiąknięta przygnębieniem, ale też fascynacją autodestrukcją. Proza ta jest gęsto utkana z naturalistycznych opisów postaci i sytuacji. Dużo w niej seksu, ciekawości cielesnej drugiej osoby i własnych doznań w kontaktach z kobietami i z mężczyznami.

Dlaczego mam taką trudność z krótkim omówieniem „Rdzy”? Być może dlatego, że nastoletnie doświadczenia i traumy mam dawno za sobą. Ale nie tylko: powieść Ewy Berent nie jest jednoznaczna, można ją odczytywać na rozmaitych poziomach: od przypowieści o córce marnotrawnej, poprzez nastoletni bunt, skończywszy na symbolicznym wątku niezagojonej rany na twarzy. Także, co ważne, bohaterka odrywa się z każdą kolejną stroną od rzeczywistości – wkraczamy w jej świat wewnętrzny, świat wyobrażeń i alternatywnych przeżyć, ale zarazem one są tak samo realne i dotkliwe. Osobliwy to miks, ale warto się mu poddać. Napięcie utrzymują tutaj autoanalizy doświadczeń połączone z naturalistycznymi opisami rzeczywistości, więc specyficzna narracja będąca wyznaniem, autoterapią, artykulacją „bólu istnienia”. To co najcenniejsze w powieści, to właśnie szczerość, ale też usilne poszukiwanie języka, by całą nastoletnią traumę, złość i postępującą nienawiść do świata, a więc skomplikowaną rzeczywistość, opisać, by dać jej ujście. Dlatego niektóre fragmenty mogą drażnić swą naiwnością, zaś w niektórych partiach tekstu maniera stylistyczna piętrząca wieloskładnikowe wypowiedzenia w rozmaite dygresje może irytować, ale niedoskonałości w tym wypadku mają swój urok.

To wielka książka, przejmująca i prawdziwa. Mam nadzieję, że docenicie ją również. Pisałem powyżej, że „Rdza” ma szansę stać się tekstem kultowym nie tylko dla nastolatek i nastolatków przechodzących przez traumy dorastania. Również geje i lesbijki mają szansę odczytać tę książkę przez pryzmat swoich doświadczeń i cierpień: wszelkich zakazów i nakazów, ale i surowych kar za przekroczenie heteronorm.

Christopher Wilson, „Ballada o Lee Cottonie”

Ja wolę wyglądać jak Josephine Baker w kabarecie. Każdy orze jak może. Kiedy odcięli mi jaja, dostosowałam się jak najlepiej umiałam. Całe życie prześladują mnie za niewłaściwy kolor skóry, płeć, umawianie się z nieodpowiednimi osobami albo za to, że mieszkam tam, gdzie nie trzeba. Nikt nie jest tym, kim się urodził – jesteśmy tym, kim chcemy być. Dlatego pozwól, że sama wybiorę sobie płeć. Będę ubierać się tak jak chcę. Będę robić co mi się podoba. Będę kochać, kogo zapragnę. Będę mówić, co chcę i kiedy chcę. A ty możesz się wypchać. (s. 364)

Genialna powieść! Na tym właściwie mógłbym niniejsze omówienie zakończyć, ale obawiam się, że nie zawierzycie mi na słowo. Jest to absolutnie szalona opowieść o życiu Lee, w którym nie ma miejsca na rutynę płci, rasy czy wreszcie – a wspomnę o tym wyłącznie na wstępie, by nie zdradzać zakończenia – gatunku.

Lata 60., Stany Zjednoczone budzą się z konserwatywnego i purytańskiego snu, za chwilę dojdzie tu do rewolucji seksualnej, Czarni Amerykanie zaczynają skuteczniejszą walkę o swoje prawa. W tym okresie, w okolicach Delty Missisipi przychodzi na świat Lee Cotton (chyba najbardziej stereotypowe imię i nazwisko), syn Czarnej kobiety i białego mieszkańca Islandii. Ojca w życiu bohatera nie ma. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Lee jest biały i ma blond włosy – jest białym Czarnym. Pierwsze przekroczenie jakże ważnego aspektu składowego tożsamości za nami.

W okolicach pojawiają się rasiści z Ku Klux Klanu, którzy atakują społeczność Czarnych. Pewnego razu dobierają się do Lee… Oprawcą staje się przywódca rasistów – ojciec Angel, która odgrywa również ważną rolę w życiu chłopca – jego największa miłość, ale, choć miną się w różnych swych wcieleniach, nie dane im będzie być razem.

Bohater ląduje po pobiciu w szpitalu. Lekarze robią mu operację mózgu i tym samym staje się nadzwyczaj inteligentny, choć równocześnie umysłowo ograniczony. Po czym trafia do wojska, do jednostki zajmującej się analizami i strategiami. Następnie, a już mocno upraszczam, by nie opowiedzieć zbyt wiele, ma wypadek samochodowy, w skutek którego traci… genitalia. Najlepsze jednak przed nami… Trafia do pewnego chirurga, który zafascynowany medycznymi postępami tworzy z Lee kobietę: rekonstruuje narządy płciowe, dodaje silikonowe piersi, zmienia kształt czaszki…

Lee staje się białą kobietą. Nowo narodzona bohaterka zafascynowana swoim ciałem zostaje gwiazdą magazynów pornograficznych, uczy się fachu fotografki, po drodze wiąże się ruchem radykalnych separatystek lesbijskich, w tle pojawia się Front Wyzwolenia Gejów, wreszcie uwija gniazdko z ukochaną. Dodatkowo na powrót staje się Czarną, gdyż na skutek rzadkiej dolegliwości ciemnieje jej skóra. A i to nie koniec przygód…

Podsumujmy: Lee w ciągu swojego życia był białym Czarnym chłopcem, oczywiście heteroseksualnym, by stać się białą kobietą, następnie – Czarną kobietą – lesbijką, by dojść do biseksualizmu, a finale… Cóż, jak zapowiadałem we wstępie, finału nie zdradzę.

Powtórzę zatem raz jeszcze: genialna powieść! Błyskotliwe dialogi, wartka akcja, nieprawdopodobne wydarzenia i spora dawka humoru. Tę czterystostronicową pozycję czyta się jednym tchem. Jednak „Balladę o Lee Cottonie”, na tle innych błyskotliwie napisanych powieści, wyróżnia wyrafinowana gra stereotypami na temat Czarnych, kobiet, feministek – lesbijek, homoseksualistów, którą autor prowadzi z czytelnikiem/czytelniczką. W tym szaleństwie metodą jest ukazanie całego wachlarza możliwości, które ogranicza „tylko” reakcja otoczenia. Parafrazując Simone de Beauvoir, nie rodzimy się sobą, nie istnieją „naturalne” role społeczne, a wszelkie konstrukty tożsamościowe są płynne – mogą więc wynikać z wyboru. To cenna lekcja tolerancji i poszanowania inności, ale też bardzo udana próba odtworzenia na marginesach kontekstu historycznego – realiów epoki – wielkiego przełomu związanego z ruchami społecznymi w Stanach Zjednoczonych.

Obie propozycje różnią się od siebie diametralnie, od stylistyki po tematykę – nie ulega wątpliwości. Jednak zestawiłem je w jednym tekście nie tylko dlatego, że zostały wydane w niszowych wydawnictwach i niezauważone w mediach branżowych (o „Balladzie…” napisała jedynie ostatnia „Replika” i portal kobiety-kobietom.com) czy głównego nurtu, ale z uwagi na to, że wprowadzają nową jakość na naszym rynku czytelniczym. Choć nie odnoszą się sensu stricto do osób LGBT, to jednak podejmują ważne kwestie tożsamościowe w nowatorskim i „świeżym” ujęciu. Poza tym są świetnymi lekturami do pociągu i do poduszki – taka motywacja też mną kierowała przy wyborze.

Życzę owocnej lektury.

Ewa Berent, „Rdza”, wyd. Portret, Olsztyn 2008, s. 212 (cena: 15,00zł)
Ksiażka do kupienia na stronie wydawnictwa.

Christopher Wilson, „Ballada o Lee Cottonie”, tłum. Maciej Potulny, wyd. niebieska studnia, Warszawa 2007, s. 416 (cena: 29,90zł)
Zobacz więcej informacji o książce.
Przeczytaj fragment książki.

Marcin Teodorczyk zastępca naczelnego homików.pl

Autorzy:

zdjęcie Marcin Teodorczyk

Marcin Teodorczyk

Stowarzyszony w Otwartym Forum, współautor „HomoWarszawy. Przewodnika kulturalno-historycznego”, redaktor pisma uniGENDER.org. Współpracuje z feministyczną „Zadrą”.

8 komentarzy do:Homiki polecają nowe książki

  • Zofia

    [Re: Homiki polecają nowe książki]

    A właśnie szukałam książek do czytania na łące:-)

  • O

    [Re: Homiki polecają nowe książki]

    recenzja drugiej ksiazki bardzo zachecajaca, ciekawe czemu nic sie otej pozycji nie slyszy z innych zrodel?

  • emmmwu

    [Re: Homiki polecają nowe książki]

    no to idziemy w miasto szukać knig ; )

  • adu

    [Re: Homiki polecają nowe książki]

    fajny pomysl z rekomendowaniem ksiazki polskiej i „zagranicznej”. kupie przeczytam, dzieki!

  • Black or White

    [Niech zyje Lee Cotton]

    Zamiast wycieczki do Ciotonu, polecam ostrą jazdę z „Balladą o Lee Cottonie”!

  • abs_ik

    [Re: Homiki polecają nowe książki]

    Balladę o Lee Cottonie polecał też portal Kobiety Kobietom :) Tak że przynajmniej jedno medium branżowe, oprócz „Repliki” i Homików. Ale to tak tylko gwoli ścisłości.

  • [Re: Homiki polecają nowe książki]

    Kiedy w tym roku czytałem „Balladę o Lee Cottonie”, zachęcony zresztą notka na tej stronie, cały czas nie odstępowała mnie myśl; jakie to amerykańskie. Proste dialogi, narracja i ta niewiarygodna historia, która w takiej oprawie mogla wydarzyć się tylko tam. Historia, wprost wymarzona dla amerykańskiego kina.( Zresztą może na jej kanwie powstanie kiedyś film). Mimo, ze nie przepadam za przymiotnikiem amerykański, uległem urokowi tej powieści, bo najważniejsze w niej jest przesłanie ; ” nikt nie jest tym kim się urodził – jesteśmy tym kim chcemy być „. I tak sobie pomyślałem, ze w Polsce powinno ono być przedmiotem szczególnej troski w szkołach, zamiast np. lekcji religii. O ile więcej korzyści mogłoby wyniknąć z tego? Szkoda, ze książka przeszła bez większego echa i rekomendacji na innych portalach, a myślę, ze jest tego warta o wiele bardziej, niż niektóre rodzime pozycje.
    Drugiej książki nie przeczytałem jeszcze, wiec w tej materii się nie wypowiadam.

  • [Re: Homiki polecają nowe książki]

    Mi się „Ballada o Lee Cottonie” kojarzy trochę z Forestem Gumpem. Też główny bohater stylizowany jest na półgłówka, przytrafiają mu się przeróżne przygody. Może fortuny się nie dorobi, ale za to na pewno wzbogaca się wewnętrznie przez całą powieść…




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa