Tu chodzi o naród.

Dosłownie wczoraj, w wąskim gronie znajomych spieraliśmy się o nową książkę Agnieszki Graff „Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie”, którą niedawno wydało wydawnictwo W.A.B. Nie miejsce i czas, by podjąć wątek prywatnej dyskusji, a wspominam o niej tylko dlatego, że padły na niej ważne dla mnie samego pytania. Momentem kluczowym naszego małego sporu była analiza, którą autorka zawarła w książce, a poszło o czerwone światełko, które zapala się za każdym razem, gdy w debacie publicznej pojawia się słowo „gej”.

Coś jest na rzeczy, wiemy to doskonale. Wystarczy wejść na wszelakie fora, przejrzeć komentarze do artykułów on line, w których pojawia się jakaś wzmianka o „homo” – uruchamia się lawina postów i dywagacje pełne niezdrowej ekscytacji. Krótka piłka: u nas takich rzeczy nie było i być nie może! Jak się nie podoba to do Holandii (co ciekawe, riposty odsyłają „ciemnogród” do Watykanu). Nawet w tematach niezwiązanych ze sprawą zbyt często pojawia się ten widmowy gej (rzadziej w parze z lesbijką), którym straszy się jak onegdaj Babą Jagą. W jakimś sensie możliwość wypisania inwektyw daje interlokutorom masochistyczną wręcz przyjemność. Nie przechodzą obojętnie. O nie! Muszą wcisnąć swoje trzy grosze, wyzwać, zasygnalizować dobitnie swoje zdanie, oburzyć się, obrzydzić, choćby wklepać te kilka wyrazów i puścić do sieci. To taka walka o „naszość”, o ład, często motywowana powinnościami wobec Polski i rodziny równocześnie (np. „nie chcę, by moje dzieci…”).

W ostatnich dwóch latach świetności IV RP gejami żonglowano na prawo i lewo. Żal tylko, że po hucznym upadku projektu Kaczyńskich, Platforma Obywatelska zignorowała Kartę Praw Podstawowych. Przeczytałem ją dokładnie. Rzeczywiście poszło wyłącznie o dwa magiczne słowa: orientacja seksualna (Art. 21). I cały dokument, naprawdę niezły, trafił do kosza. (Tak na marginesie: czy odrzucenie Karty przez zakaz dyskryminacji oznacza przyzwolenie na dyskryminację?) Tym samym, niech to zabrzmi kuriozalnie!, Donald Tusk poświęcił gejów i lesbijki na ołtarzu Ojczyzny. Proste pytanie: dlaczego tak się dzieje, że widmo małżeństw homoseksualnych zagraża Polsce? Nie może to być wyłącznie efekt cynizmu prawicowych polityków, skoro pojawiła się realna możliwość odrzucenia Traktatu Lizbońskiego. Wszystko przez nas? Skąd ta histeria? Odpowiedź znajdziemy w książce Agnieszki Graff.

Nie tylko o „geja” tu chodzi, również o wspomnianą wyżej Babę Jagę i prawa kobiet, a po drodze: o kolekcję symboli, przeróżnych straszaków i fobii: od Żydów po Unię Europejską. Zaś, jak pokazuje autorka, idzie tak naprawdę o „naród”. Ten „naród” – pisany wielką literą, uświęcony jako wspólnotowe wyobrażenie. Oddajemy Agnieszce Graff:

Główna teza mojej książki może się wydawać paradoksalna. Twierdzę, że w polskich sporach na temat aborcji, praw gejów nie chodzi o aborcję i gejów. Tak jak w debacie o in vitro nie chodzi o in vitro. (…) Spór, który z pozoru dotyczy obyczajów, moralności oraz tego, kiedy zaczyna się „życie”, to w istocie gra o władzę symboliczną, o prawo do definiowania zbiorowej tożsamości. Tu chodzi o „naród” – ten sam, który zastąpił nam w mowie publicznej „społeczeństwo” i sprawił, że słowo „obywatelstwo” powoli wychodzi z użycia. Chodzi o „honor narodu”, o „przyszłość narodu”, „narodową substancję”. I tak jakoś dziwnie się składa, że wobec braku innych wrogów wrogami „narodu” stają się właśnie zwolennicy praw kobiet i mniejszości seksualnych. (s. 25)

Pójdźmy krok dalej tropem rozważań Agnieszki Graff. „Upłciowienie” narodu, a więc stworzenie takiej presji, zakodowanej w tradycji, obyczajach, religii oraz doraźnych korzyściach, staje się koniecznością dla polskiej prawicy. By przetrwać, musi walczyć z wrogiem. Zaś wróg czai się zawsze na zewnątrz i zagraża wspólnocie. Jak się bronić? Trzeba narzucić na kobiety ograniczenia wolności. One są matkami (zakaz aborcji), następnie przekazicielkami tradycji (powinny siedzieć w domu i wychowywać dzieci), konserwatorkami wartości (uczyć dzieci zasad religii i pielęgnować rytuały), spajają rodzinę (posłuszne mężowi, oddane dzieciom), a więc i wspólnotę (rodzą i wychowują dzieci dla wspólnoty). Nie mogą zatem wyjść poza swą rolę, często określaną jako „naturalne powołanie kobiety”. Relacje homoseksualne natomiast są zagrożeniem nie tylko społecznego ładu (małżeństwa homoseksualne zagrożeniem dla Polski, vide orędzie prezydenta), nie tylko naruszają wartości (stosunki homoseksualne to grzech i obrzydliwość), ale przez to przełamują homospołeczne continuum, czyli relacje męsko-męskiego pożądania (ale nie akty seksualne), które poprzez wspólne działania kreują państwo (np. braterstwo, polowania, wojny, współczesne korporacje, czy przewaga i dominacja mężczyzn w sferach publicznych). Stąd też kult matki, uświęconej figury, która zabezpiecza braterstwo, podtrzymuje męską historię. Stąd również w ikonografii i literaturze porozbiorowej pojawiają się alegorie Polski jako kobiety i matki. Zresztą, weźmy pamiętną „nierządnicę europejską” z radiomaryjnego wierszyka. Unia Europejska jawi się w nim jako dziwka, która „Polskę rada zgnieść” – Polskę jako kobietę czystą i szlachetną.

Po co prawicy tak pokręcona symbolika? Jestem przekonany, że sam prezydent nie wierzy w to, co wygłaszał w orędziu. Ani nie napadną na nas Niemcy i nie zabiorą ziem, ani rejestracja związków partnerskich nie sprawi, że ucierpi instytucja rodziny. Po co zakaz aborcji (lub całkowity zakaz, jak chciał m.in. Jurek, Giertych i… Radziszewska), gdy jest on fikcją? Przecież mamy otwarte granice i spore podziemie aborcyjne, sprawę komplikują jedynie pieniądze. Po co produkcja niedorzecznych zagrożeń? Oto odpowiedź: stawką jest Polska, a raczej: jedynie słuszna wizja narodu. Albo jeszcze inaczej: stawką jest „kontrola” naszych wyobrażeń na temat wspólnoty już wyobrażonej (np. myślimy, że Polska jest konserwatywna, nawet jeśli badania tego nie wykazują, mamy jednak to „zakodowane” i taki przekaz płynie z różnych źródeł).

Wróćmy jednak do meritum: styku kategorii płci i narodu:

Istotną rolę w narodowej wyobraźni odgrywa kategoria męskości i wyidealizowany obraz więzi między mężczyznami. Jeśli bowiem – by posłużyć się słynnym terminem Benedicta Andersona – narody stanowią w istocie „wspólnoty wyobrażone”, to jest to wyobrażenie mocno zmaskulinizowane, zapośredniczone przez metaforę „bractwa”. George Mosse podkreśla, że w europejskie nacjonalizmy wpisany jest ostry podział na płcie, przy czym chodzi tu nie tylko o męskość i kobiecość, lecz także, a może przede wszystkim, o oddzielenie żywiołu prawdziwie męskiego, narodowego, od tego co niemęskie, zniewieściałe i obce. (s. 55)

Obcy są geje. Nie z Polski („u nas takich rzeczy się nie robi”), ale z Unii Europejskiej, z Holandii. Podobnie jak feministki, które, jak wskazuje autorka, mówią „Prawami Człowieka” – a nie jest to polski wynalazek. Kategoria obcości kulturowej nasuwa się sama, gdy obok geja postawimy Żyda:

Nie ulega wątpliwości, że współczesna homofobia powtarza wiele obsesji polskiego antysemityzmu. Zbitka „gej, czyli Żyd” weszła do kultury popularnej, publicystyki, języka ulicy (…). Obraz „zniewieściałego obcego” – Żyda-homoseksualisty, którego w niemieckim dyskursie narodowym tropił George Mosse, znalazł swego polskiego kronikarza w osobie Adama Ostolskiego. Porównał on homofobiczny język obecnych narodowców z anatysemickim dyskursem z lat trzydziestych, zestawiając poświęcone mniejszościom seksualnym artykuły z „Naszego Dziennika” z ultraprawicową prasą międzywojnia. Paralele okazały się niezwykle silne; można wręcz mówić o swoistej głębokiej strukturze stygmatyzacji i wykluczenia, opartej raczej na lęku niżna głęboko zakorzenionym poczuciu wyższości. W obu narracjach – antysemickiej i homofobicznej – kluczowy jest wątek podstępnego „lobby”, które „zagraża naszej cywilizacji”, a także tendencja do usprawiedliwiania przemocy wobec wykluczonej mniejszości jako rzekomych „prowokatorów”, którzy „narzucają się” większości. (s. 57)

Agnieszka Graff analizując to zjawisko, upatruje w „narodowej homofobii” odmianę nacjonalizmu „w stanie ostrej neurozy” (s. 141). Jest to bardzo ciekawe zagadnienie i nowe spojrzenia na sprawę. W książce pojawia się pytanie: czy walczyć z homofobią jako zjawiskiem społecznym czy też potraktować ją jako nacjonalizm? Autorka sama nie jest pewna odpowiedzi. Jednak pojawia się tutaj kolejny równie ważny dla nas trop: patriotyzm. Dlaczego prawo do biało-czerwonej flagi mają mieć tylko ogolone na łyso osiłki czy środowiska narodowo-katolickie? Gdzieś sami przespaliśmy ten moment, w którym odcięto nas od prawa do patriotyzmu i pozytywnych uczuć związanych z Polską. Przesunięcie wektoru definicji „polskości” równocześnie zmienia nasze położenie w debacie publicznej, dodaje nam podmiotowości i… pewności siebie. W końcu to jest też nasza Polska!

Dzięki lekturze książki Agnieszki Graff, przekonamy się, że polskie „oszołomstwo” nie jest odosobnionym zjawiskiem. Nie jest to więc typowo polski postromantyczny mesjanizm („endekoidalny”) w obliczu zagrożenia (Unia, geje, aborcja), a mechanizm rozpoznany i zanalizowany (choć nie w Polsce). Tak samo jak nacjonalizm, który odbija się na okładkach czołowych tygodników. Jakoś dziwnie podejrzanie sprawy związane z płcią zdominowały debatę publiczną w obliczu akcesji do UE. Nagle zaczęto straszyć mężczyzn nadchodzącym „kryzysem męskości” i „kryzysem rodziny” (np. „Wprost”). Nagle tożsamość Polaków zaczęła być tematem kluczowym, a partie narodowe, które podsycały zagrożenia, awansowały na głównych rozgrywających w polskiej polityce. Co więcej, autorka dowodzi, że jest to:

(…) rozpoznany przez socjologów i historyków mechanizm, w którym napięcie, kulturowy niepokój związany ze zmianą w zbiorowej tożsamości niejako rykoszetem odbija się na kobietach i wszelkiej maści „odszczepieńcach”. (s. 10)

Nie chcę zdradzać diagnoz i analiz, które Agnieszka Graff zawarła w „Rykoszetem…”. Trzeba tę książkę przeczytać, przemyśleć, być może sięgnąć po nią po raz kolejny (nie będzie to trudne, eseje napisane są „żywym”, polemicznym językiem, znakomite warsztatowo. To wielka zaleta pisarstwa Agnieszki Graff. Warto też dodać, że dzięki esejom mamy możliwość zapoznania się z kluczowymi tekstami i teoriami dotyczącymi styku płci, seksualności i nacjonalizmu. To także novum w polskiej myśli humanistycznej.

Długo zastanawiałem się o czym jest ta książka. Pierwsza myśl: o dyskursie katolicko-narodowym i sytuacji w Polsce rządzonej przez Kaczyńskiego. Dziś nie jestem tego pewien. Sądzę raczej, że jest to książka o zakładnikach tego dyskursu – kobietach i homoseksualistach i mechanizmach, które powodują ich społeczne napiętnowanie i wykluczenie. „Świat bez kobiet”, pierwsza książka autorki, okazała się przełomem dla polskiego feminizmu (klasyk, polecam!). Mam nadzieję, że „Rykoszetem…” okaże się przełomem (nie tylko) dla osób LGBT, które inaczej spojrzą na swoją obecność w dzisiejszej Polsce, otrą oczy ze zdumienia i uzbrojeni w wiedzę – pójdą „zbawiać” świat. Żartuję oczywiście. Chociaż…, w sumie… dlaczego by nie!

Agnieszka Graff, „Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie”, wyd. W.A.B, Warszawa 2008, s. 264.

Więcej informacji o książce na stronie wydawnictwa

Marcin Teodorczyk zastępca naczelnego homików.pl

Autorzy:

zdjęcie Marcin Teodorczyk

Marcin Teodorczyk

Stowarzyszony w Otwartym Forum, współautor „HomoWarszawy. Przewodnika kulturalno-historycznego”, redaktor pisma uniGENDER.org. Współpracuje z feministyczną „Zadrą”.

10 komentarzy do:Tu chodzi o naród.

  • ewa

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    ksiazka naprawde super! polecam!

  • emmmwu

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    „Trzeba tę książkę przeczytać, przemyśleć” – podpisuję się pod tym zdaniem wszystkimi kończynami

  • [Re:]

    Czuję się zachęcony…

  • zuza

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    super, że jest taka książka! już mam, czytam i otwierają mi się nowe szufladki myślowe!

  • Uschi

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    Ja mam tylko do niej zastrzeżenie jedno – owszem, otwiera szufladki myślowe. Ale czasem wolałabym je mieć pozamykane… Jest niezwykle przygnębiająca i próba przeczytania jej za jednym zamachem może skończyć się depresją ;)

  • zadra

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    ja juz jestem po lekturze! polecam!

  • Czytelniczka

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    marcin jak zawsze w formie. to ze ksiazka jest o zakladni(cz)kach – zgoda. ale z drugiej strony czy nie wydaje ci sie, ze ksiazka powiela stereotypy, ze jest nieaktualna, prostacka.
    trudno mi sie zgodzic z zabiegiem polegajacym za opisywaniu grupy osob, nawet bardzo licznej, i przypisywaniu jej calego wachlarza niecnych mysli i „uczynkow”. tak jest latwo i to robia wszyscy ktory wybiora sie na barykady. zlo dobrem zwyciezaj – mowi poradnik i czy nie o wiele trudniej jest wyjsc poza dyhotomie i … no wlasnie.
    tylko prosze mnie nie pytac, co po kropkach, bo nie odpowiem. albo raczej odpowiem tak: jest teraz malutki konkurs organizowany przez dep. kobiet i rodziny (chyba tak ten twor sie nazywa) o zblizaniu niezblizonych. moze ten kierunek jest bardziej dlugofalowy i efektywny niz konfrontacja.
    bo na koncu jest tak, ze musimy zyc w jednym kraju, jesli nie chcemy wyjezdzac.
    papa

  • anka zet

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    Nie tylko warto przeczytać książkę, ale i spotkać się z Autorką.
    Pouczające!

    Serdecznie Państwa pozdrawiam

  • Zofia

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    Zgadzam się. Pani Agnieszka to fenomenalna kobieta! Uwielbiam ją słuchać. A książkę już nabyłam i dziś jeszcze zacznę czytać.

  • k.r.

    [Re: Tu chodzi o naród.]

    Naprawdę świetny tekst, chyba najlepsza analiza tej książki, z jaką się zetknąłem.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa