Ten przerażający homoerota

Boy i homoseksualizm

Tadeusz Boy-Żeleński przedstawiany jest (m.in.) w „Homikotece” jako entuzjasta liberalizacji obyczajów i wyzwolenia homoseksualistów. Czy ten wygładzony obraz jest w pełni zgodny z prawdą? Co Boy sądził o homoseksualizmie i homoseksualistach? Jak postrzegał ich społeczny status? Do jakiego stopnia poglądy Boya odwzorowują poglądy jego epoki? I wreszcie: jaki jest związek między publiczną działalnością autora a jego osobistymi zapatrywaniami? Odpowiedź na powyższe pytania będzie ważnym przyczynkiem do zrozumienia postaw wobec zjawiska homoseksualizmu (w życiu i literaturze, jakby sam Boy mógł powiedzieć), jakie zajmowała w Dwudziestoleciu spora część polskiej liberalnej inteligencji.

I
Kwestią powszechnie znaną jest zaangażowanie Boya w sprawę reformy prawa karnego. Pióro Boya bezlitośnie atakowało absurdy legislacyjne odziedziczonych po zaborcach systemów, szczególnie austriackiego, a zarazem apelowało o humanitaryzację nowego kodeksu. Batalia Boya – zdroworozsądkowego dyletanta w dziedzinie prawa przebiegała według niepisanej zasady trzymania się praktycznej strony zagadnienia. Boy w swoich felietonach, np. skierowanych przeciwko karze śmierci, kierował uwagę czytelnika nie w stronę takich czy innych imponderabiliów, ale w stronę rzeczywistych komplikacji czy wręcz okrutnych nonsensów, jakie wywołuje aplikacja bezdusznych przepisów (np. wykonywania wyroku śmierci na ciężarnej kobiecie). Kiedy mówi o kwestii homoseksualnej, a czyni to jedynie marginalnie i w imię koherentności swojego praktycznego i humanitarnego stanowiska, czyni podobnie – powstrzymując się od wydawania jakichkolwiek moralnych sądów na temat homoseksualizmu jako zjawiska i osób homoseksualnych koncentruje się na tym, w jaki sposób „winnymi” czyni je samo dotychczas obowiązujące prawo (niemiecki paragraf 175):

Otóż wyobraźmy sobie, że zwycięża nie liczba, ale organizacja, i że uległa obecna większość, że homoseksualiści, jak już prawie wszędzie, opanowali ministerstwa spraw zagranicznych, opanowują ministerstwa wojny i inne, zamachem stanu narzucają dawnym ciemięzcom swoją władzę, płacąc im pięknym za nadobne. Prowokowanie do stosunków z płcią odmienną – od 1 do 3 lat więzienia, Pomoc w stosunkach z płcią odmienną – 3 lata itd., itd. I moglibyśmy być kontenci, że nie sięgają wstecz do dziejów, do owych, jakże długo obowiązujących praw, stanowiących karę spalenia ogniem za stosunki homoseksualne, że nie odpłacają nam wszystkim oko za oko, ząb za ząb. (L, 251) [1]

Sytuację w Polsce przed uchwaleniem kodeksu (który nb. zrezygnował z prześladowania homoseksualistów) zestawiał Boy z sytuacją w republice weimarskiej. Niemcy w jego optyce były krajem przestarzałego prawa – wciąż obowiązywał wspomniane paragrafy i wciąż „się je z niemiecką dokładnością stosuje” (350) – i nowoczesnego społeczeństwa:

I znamienne jest, że związek homoerotów niemieckich – a jest ich podobno dwa miliony – nosi nazwę Związek Praw Człowieka. Mają organizację, wydają swoje pisma, prowadzą rokowania z ministrem sprawiedliwości, uprawiają swoją politykę, oddając pokaźną liczbę głosów tym stronnictwom, które odnoszą się życzliwie do ich sprawy. Złowrogi par. 175 musi upaść – oto ich hasło bojowe. (L, 252)

W Polsce sytuacja, co zjadliwie krytykuje Boy, jest zupełnie odwrotna, aktywność społeczna jest żadna, homoseksualne lobby (proszę wybaczyć ten anachronizm, któremu nie mogę się oprzeć) zupełnie nie istnieje i – w sytuacji jego braku – jedynym bodajże wyrazicielem liberalizacyjnych poglądów jest sam odbierający jedynie „pod ścisłym incognito” wykonywane telefony Boy; obowiązujące natomiast prawo (par. 175) jest właściwie martwe i komisja kodyfikacyjna zmierza do jego uchylenia. Autor nie wnika w ten stan rzeczy (społeczna bierność), co może dziwić, gdy weźmiemy pod uwagę dziesiątki jego wystąpień przeciwko moralności katolickiej będącej jedną z najistotniejszych przyczyn (a na pewno istotniejszą niż ślamazarne prawo) zachowywania „ścisłego incognito” przez rozmówców Boya. W zamian za to stara się ukazać kryminogenne działanie dotychczasowych przepisów:

Istnieją homoeroci naturalni i inni – można powiedzieć – sztuczni. Skąd ci się biorą. Po większej części stwarza ich kodeks. Utrudniając normalny bieg stosunków anormalnych, kodeks stwarza specjalny przemysł uprawiany przez typy spod najciemniejszej gwiazdy. Ci, nie będąc homoseksualistami z natury, stają się nimi dla zysku, dla uprawiania szantażu. I to wydanie homoseksualistów na łup wymusicieli, pod których obuchem żyją lata całe, rujnowani, terroryzowani, często doprowadzani do samobójstwa, oto (skarżą się homoeroci) jedyny pozytywny rezultat kodeksu. (L,252)

Temu bardzo ponuremu obrazowi rzeczywistości dnia dzisiejszego przeciwstawiany jest naiwny obraz moralnej rewolucji, jakiej dokonać może depenalizacja zjawiska homoseksualizmu w nowym kodeksie. Padają słowa o „idylli platońskiej” z jednej strony i z drugiej sformułowania o „odsłanianiu nieznanych przestrzeni i horyzontów, nowych kombinacjach i odcieniach”, które mogłyby śmiało przypaść do gustu zwolennikom współczesnej queer theory. Wszystko to w imię niezwykle humanistycznych celów:

„I wierzą (…) że przyjdzie wreszcie do zgody między większością postępowość mniejszością, że kiedyś nie będzie ciemiężycieli ani ciemiężonych, i że przyszła ludzkość zaledwie będzie chciała wierzyć, aby mogło istnieć w XX w. to, co istnieje dotąd – przemoc człowieka nad człowiekiem. (L, 259)

Społeczna postępowość i powrót do platońskich ideałów, ironia i dystans, które nie wykluczają poważnego traktowania problemów społeczno-prawnej dyskryminacji – trudno znaleźć jakiś wspólny mianownik dla niekonsekwentnych poglądów Boya na zjawisko homoseksualizmu. A jeszcze nie mieliśmy okazji spojrzeć na to, co tłumacz Prousta miał do powiedzenia na temat samych homoseksualistów!

II
Wobec „homoeroty” Boy buduje kilka mniej i bardziej subtelnych figur dystansu. W obu swoich felietonach podkreśla „książkowość” swojej wiedzy na temat homoseksualistów. W Przedwiośniu wręcz mówi, że kwestia nasuwa mu się „raczej w książkach niż w życiu”. W późniejszej Literaturze „mniejszości seksualnych” tłumaczy się że:

Od czasu mego felietonu pt. Przedwiośnie reprezentanci tej mniejszości uważają mnie za swego sympatyka. Dostaję listy, w których zwierzają mi swoje niedole. Często – pod ścisłym incognito – rozmowy telefoniczne. (L, 250)

Ten wstęp aż skrzy się od figur dystansu. Boy nie jest sympatykiem, tylko jest za takiego uważany, styka się z homoseksualistami jedynie pośrednio listownie i telefonicznie), zawsze z ich, nie jego, inicjatywy, choć w kręgach, w których się obraca osób o tej orientacji homoseksualnej jest niemało. Najprawdopodobniej nie zalicza ludzi ze swego bezpośredniego kręgu do homoseksualistów sensu stricto. Dzieje się tak dlatego, można przypuszczać, że homoseksualistę Boy definiował intuicyjnie zawsze jako Innego. Dla ludzi ze swego kręgu artystycznego i towarzyskiego stosował odmienne kryteria definicyjne: nawet jeśli X był homoseksualistą (resp. zachowywał się jak homoseksualista), to przede wszystkim był literatem, tłumaczem, dziennikarzem, itp., a jego seksualność była odpowiednio umniejszana w porównaniu z uznawaną za rdzeń osobowości homoseksualnością fantazmatycznego homoseksualisty-Innego. Takie „wybiórcze” definiowanie tłumaczyłoby też podwójność kryteriów stosowanych przezeń do opisu wątków homoseksualnych w literaturze, które uprawnione w literaturze wysokoartystycznej fałszują obraz homoseksualizmu, który ekscerpować można w całej krasie autentyczności jedynie z nielegalnych pisemek niemieckich. Znamienne, że Boy przeciwstawia w swoim felietonie „prawdziwego homoseksualistę” „normalnemu obywatelowi” – nawet gdy domaga się zrównania seksualnych praw obydwu, ten pierwszy pozostaje zredukowanym do swej seksualności „nie-obywatelem”.

„Homoerota” w tekstach Boya nie jest kimś konkretnym, nie ma swojej prywatnej biografii, nie ma choćby inicjału, zawsze natomiast jest przedstawicielem swojej grupy społecznej, którą – zastrzegając, że termin pochodzi z żargonu seksuologicznego (to zdaje się kolejna figura ubezpieczającego dystansu) – nazywa „mniejszością seksualną”. Efekt tego zabiegu jest taki, że czytelnik śladem autora stereotypizuje swoje wyobrażenia: homoseksualiści to anonimowy tłum postaci zjednoczonych wspólnym doświadczeniem opresji, narażonych na szantaże i finansowe wykorzystywanie.

W ten sposób granice między „normalnością” i „nienormalnością” są wytyczone z higieniczną precyzją, a apele o legislacyjną racjonalność idą w parze z jedynie powierzchownym przełamywaniem głęboko zakorzenionych stereotypów. Oczywiście, nierozsądnym by było zarzucanie Boyowi jakiejś kryptohomofobii. Nie o to wszak tu idzie! Chodzi o coś zupełnie innego, o pokazanie, na przykładzie Boya, w jaki sposób i z jakimi trudnościami i przy pomocy jakich kategorii nasza kultura zaczynała internalizować zjawisko homoseksualizmu w momencie, gdy pojawiło się ono na jej horyzoncie. Nie wolno zapomnieć, że poglądy Boya stanowią w ówczesnych warunkach prawdziwą liberalną „szpicę”.
Nakreśliwszy ramy swojego obrazu homoseksualisty Boy wypełnia go treścią. Dominującym tonem jest humanitaryzm i oświecone współczucie. Wszystkie retoryczne figury mają sprawić, że „normalny obywatel” (czytelnik Boya, homoseksualiści są wyłączeni [2]) może wczuć się w sytuację „prawdziwego homoseksualisty”. Empatia ma zapewnić zrozumienie:

Otóż dla homoseksualisty skłonność jego jest tak samo wrodzona, tak samo wszczepiona przez naturę (religijni „homoeroci” nie wahają się powiedzieć: przez Boga), nieprzeparta. (…) Wyobraźmy sobie położenie tych ludzi, między którymi znajduje się wiele najwartościowszych jednostek. Wszakże ten tajemniczy kaprys przyrody może wziąć sobie za przedmiot swej złośliwości wysokiego urzędnika, sędziego, prokuratora, kapłana. Co za życie! Niewinni w duszy, a gnieceni brzemieniem hańby społecznej, wciąż pod grozą jakiejś katastrofy, wciąż z niezaspokojonym głodem serca, ukrywający wstydliwie swoje życie – oto los!… (L, 252–253)

Kolejna niekonsekwencja rysuje się już wyraźnie: oto homoseksualista, ten „Inny”, od którego na tyle różnych sposobów się odcinamy, ów inny w swoim egzystencjalnym dramacie zasługuje jednak na współczucie. Jak jednak mu współczuć, gdy jest radykalnie Innym? Trzeba wykonać dwa kroki: najpierw dokonać waloryzacji Inności, a następnie jej Neutralizacji (Inny nie jest już Innym). Waloryzacja rozpoczyna się od podważenia pseudouniwersalnego wartościowania (zwróćmy uwagę na językowe środki uwypuklania dystansu: 3 os. liczby mnogiej, zaimek „tam”, odwołanie się do cudzych sądów, przypuszczające „może”):

Rozpusta? Z naszego brzegu oczywiście każdy homoseksualizm jest rozpustą, z ich brzegu – nie. Mogą oczywiście i tam istnieć wszystkie odcienie – i Don Juani i sentymentalni marzyciele; niemniej jednak znawcy twierdzą, że częściej może w homoseksualizmie spotyka się miłość sublimowaną platonicznie (nigdy imię Platona nie znalazło się bardziej na miejscu!) niż w normalnym życiu kobiet i mężczyzn. Większa tu jest ilość odcieni między miłością a przyjaźnią, większa rola powinowactwa duchowego, większa możliwość dzielenia zajęć, upodobobań, lektury, zainteresowań. Wspólna tajemnica, wspólne prześladowania, wspólna hańba, szczupłość wreszcie tego specjalnego społeczeństwa, konieczność ciągłego oczyszczania się z „fałszywych braci” – wszystko to sprzyja może rozwinięciu się pewnych cnót, lojalności, przyjaźni, braterstwa. (L, 253–254)

A więc homoseksualiści w zarysowanej optyce kształtują w swoim środowisku cnoty powszechnie poważane i pożądane, co więcej ich obraz staje się – w opozycji do panującego powszechnie – czystą idealizacją. Skonfundowany czytelnik może znaleźć ukojenie w następnym, choć tu cytowanym wcześniej, akapicie o „nowelkach o przyjaźni” i „wierszykach godnych zbiorków dla dzieci” i następującym po nim przeglądzie literackiej zawartości niemieckiej gazetki.
Uspokojony tymczasowo czytelnik nie spodziewa się pewnie kolejnej wolty autora, który chcąc tyleż olśnić go swą błyskotliwością, co przemówić do jego humanitarnych uczuć, przyrównuje świętość największą Polaków – literaturę romantyczną do grafomańskich wyczynów niemieckich homoseksualistów. Oto bowiem jak podsumowuje swój przegląd:

Powiedzcie, czy wam to nie przypomina raczej Anhellego niż którąkolwiek z książek, którymi my, ludzie normalni, drażnimy swoją wyobraźnię? Bo z pewnością – jeśli spojrzeć na rzecz z tamtej strony – dałoby się odnaleźć sporo analogii między cierpieniami tych, którzy wyzuci są z narodowego bytu, a owych ludzi, którzy od młodości dławieni w swoich najbardziej przyrodzonych pragnieniach i ukochaniach, hańbieni piętnem niewoli, gnący się pod jarzmem przemocy, wiodą z pewnością nieraz – kiedy się znajdą w serdecznym gronie – ciche, nocne, bolesne rozmowy. Mają oni i swoją martyrologię, aby tylko wymienić Oscara Wilde… I oni mają swoje „księgi pielgrzymstwa” (…) (L, 259)

Jaki efekt osiąga Boy? Zapewne jego zwolennicy byli zachwyceni i też zaczynali współczuć uciskanym, wrogowie grzmieli z oburzenia na bezczelnego herolda rozpusty i anty-Polaka, a wahający, no cóż, zapewne dalej się wahali, choć może kilku Boy przemówił do sumień.
A jednak cała batalia, gdy się głębiej przyjrzeć jej sprzecznościom (Boy jakże często pozwala sobie na wilde’owską „przyjemność niekonsekwencji”), choć w pełni zgodna z duchem swoich czasów, choć pełna górnolotnych słów i intencji, ukazuje niezupełnie to, o co idzie autorowi. Boy bowiem pozwala (i robi to w znacznym stopniu nieświadomie) by ręka w rękę z konsekwentnie liberalnym programem szła wewnętrzna niechęć i niesmak wobec tego, o co walczy.

Byłoby absurdalnym czynienie mu z tego powodu wyrzutów – w tym krótkim eseju chodziło mi przede wszystkim o pokazanie jak pewne treści zupełnie sprzeczne z nadrzędną ideą tekstu moszczą sobie w nim, często wbrew intencji autora, miejsce. Ale chodziło też o jeszcze co innego, o postawienie pytania pod adresem wielu liberalnych intelektualistów, polityków, dziennikarzy i publicystów o to czy ambiwalentna postawa Boya, z jednej strony „wyuczona”, szlachetna, humanitarna i bezinteresowna, a z drugiej „wrodzona” podszyta niechęcią, lękiem i odrazą, jest wciąż wśród nich żywa? Bo wydaje mi się, że to, co możemy u Boya cenić, a więc wyciszanie „racji serca” w imię „racji rozumu”, dziś, w zupełnie innych warunkach kulturowych, nie może być chyba pozytywnie oceniane.

Przypisy:
[1] Cytaty z felietonów Przedwiośnie i Literatura „mniejszości seksualnych” podaję za: T. Żeleński-Boy, Plotki,plotki…, Warszawa b.d. (felieton Przedwiośnie, oznaczenie „P” i nr strony), i T. Żeleński-Boy, Pisma, pod red. H. Markiewicza, T.17. Warszawa 1956 (felieton Literatura „mniejszości seksualnych, oznaczenie „L” i nr strony).

[2] To wyłączenie „homoeroty” ze zbiorowości czytelniczej warto kontrastowo zestawić ze zwyczajową strategią Boya, który na ogół wchodzi ze swym czytelnikiem w bliską komitywę. Jak pisze H. Markiewicz: „to nie specjalista, nie erudyta z nami rozmawia, lecz inteligentny dyletant, ktoś kto nie patrzy na czytelnika z góry, lecz traktuje go jak równego sobie, nie poucza, lecz opowiada o swych wrażeniach, nie dzieli się gotową wiedzą, lecz jakby zaprasza do współuczestnictwa we własnej przygodzie intelektualnej (…). Zapewne jest w tym spora doza kokieterii, ale kokieterii pełnej wdzięku i przy tym kokieterii traktowanej jak zabawa, robionej jawnie, z przymrużeniem oka.” H. Markiewicz, Wstęp, w: T. Żeleński-Boy, O literaturze niemoralnej. Szkice literackie, wstęp, wybór i oprac. H. Markiewicza, Warszawa 1990, s.18.
[3] Ten tok rozumowania wykazuje zbieżność z wizją powrotu do antycznego rozumienia homoseksualności w Corydonie A. Gide’a. Zob. mój tekst: Korydon A. Gide’a – grecka pederastia przeciw trzeciej płci”, „HA!art”, nr 19 (1/2005), s. 120 – 130.

Autorzy:

zdjęcie Wojciech Śmieja

Wojciech Śmieja

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 116; nazwa: WojciechŚmieja

9 komentarzy do:Ten przerażający homoerota

  • pt

    [Re: Ten przerażający homoerota]

    prymitywizm. Boj moglby sobie poczytac literature grecka i zobaczyc, ze tam homo jest przedstawione jako cos pieknego. dla niego natomiast to odmiency istniejacy wsrod elit, ktorych bezzasadnie sie penalizuje za homo, wiec cierpia a to przykre. Boj pisal duzo ale do madrosci to mu daleko. nie on jeden. dawne czasy byly pelne prymitywow. jak dzis gada sie z ludzmi 90cio letnimi np o homo, to mowia, ze tak zaluja, ze wychowywano ich w glupocie. zaczelo sie od fanatycznego patriotyzmu poprzez fanatyczny komunizm i katolicyzm. wszystko sile manipulacyjne ideologie, ktore spowodowaly ogromne oglupienie ludzi zaczynajacych juz nawet watpic czy 2+2 to 4. chocby jaruzelski ktory nienawidzil matki bo byla arystokratka. tylko za to. na starosc baknal skruszonym tonem, ze zaluje, ze dal sie oglupic systemowi. wiec Boj to facet z dawnych lat, dawnych ciemnych lat. oby juz tak prymitywni ludzie jak on i jemu podobni nie pojawiali sie wiecej. teraz mamy wspaniale czasy – ewidentnie panuje normalnosc. nie ejst jeszcze idealnie ale pierwszy raz w historii polski jest tak normalnie. duzo dzieki unii. piekne czasy. starzy ludzie zaluja ze doczekali ich jako starcy. chcieliby zyc teraz majac 20 lat….smutne, rozumiem tych ludzi.

  • Walpurg

    [-> pt]

    Nie można w dzisiejszych kategoriach oceniać tak ostro faceta, który żył sto lat temu!
    Tak wymagajacym można być wobec nam współczesnych polityków i publicystów.

    Boy natomiast, w tamtych czasach, był bardzo „do przodu”!

  • pt

    [Re: Ten przerażający homoerota]

    no tak ale nie moge zachwycac sie prymitywem. wiem ze sa tacy, ktorzy uwielbiaja tego typu literatow, a dla mnie to prymityw. z tym, ze ja mam odwage to powiedziec bo nie mam kompleksow. inni milcza, bo boja sie ze beda uznani za niekwysztalconych tumanow-))) mi to zwisa, bo ja wiem swoje-))




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa