Całkowity koszt wszystkiego

Szaleństwo w literaturze miało już kilka ciekawych wcieleń. W polskim alfabecie artystycznym zatrzymało się na literce W. Witkacy żył jednak dawno temu, a jego szaleństwo opisane zostało z perspektywy mężczyzny. Jak opisuje swoje szaleństwo kobieta? Do jakich określeń sięga, po jaki kostium i wcielenia? Biorąc pod uwagę fakt, że autorka żyje w czasach współczesnych, można się domyślić, że nie ograniczy się do repertuaru romantyzmu i modernizmu, ale pójdzie dalej. W poetykę queer; poza granicę płci, znanych słów i mitologii.

W ilu miastach można żyć jednocześnie? Narratorka „Całkowitego kosztu wszystkiego” udowadnia, że na co dzień każdy z nas żyje w kilku miastach naraz. Agnieszka Kłos mierzy się z najpopularniejszymi wcieleniami mężczyzn w naszej kulturze. – Kobiet nie ma – mówi w swoich utworach – a po mężczyznach zostały zgliszcza. Warto ocenić skalę kulturowego zniszczenia w jej prozie. To zbiór opowiadań nawiązujący do historii o kresie, wyczerpaniu, uzależnieniu i miłości. Nie zawsze pojętej w kategoriach dojrzałości, dobra i poświęcenia. Ostatnia romantyczna bohaterka żyje w ruchu i, jak się łatwo domyślić jest pozbawiona przyjaciół. Przed obłędem ratuje ją towarzystwo kota, sny, sarkastyczne poczucie humoru i maska maczo. Ile razy dziennie miejska dziewczyna myśli o seksie? Z mężczyznami ani razu. Z kobietami kilkaset, podczas których wypada z co raz to nowych ról płciowych. Mocną stroną tej książki jest język oraz poczucie humoru, które jest tak okrutne, jak jej melodia.

Na dobry początek prezentujemy fragment książki Agnieszki Kłos.

——————
Łapówka

Wysłałam poleconym cd z naszej poczty i odczekałam jakiś miesiąc może dwa, żeby spytać czy doszedł. Iza powiedziała, że paczki nie ma, ani awizo. Pomyślałam, że kłamie i wzruszyłam nad komputerem ramionami. Ale iza nie kłamała.

Poszłam na naszą pocztę i powiedziałam, jest sprawa i podałam jej dowód nadania. Kierowniczka poczty ma prostą grzywkę i jedną pomocnicę. Podała mi taki szary formularz i kazała wszystko dokładnie wypełnić. W miejscu, gdzie trzeba było wpisać zadośćuczynienie za zgubę, wpisałam 5 złotych, bo tyle mi starczyło na wysłanie jeszcze jednej.

Kierowniczka zaczęła się śmiać i powiedziała, ale robi sobie pani jaja. Sto złotych trzeba tu wpisać. Niech pani zażąda. Więc napisałam. Potem poszłam do jednej i drugiej pracy i zaczęłam o paczce zapominać.

Ale pewnej nocy obudziłam się i przypomniało mi się, że mnie okradziono. Zaraz rano poszłam na naszą pocztę. Pani kierowniczka powiedziała, faktycznie, okradli panią, teraz jest sprawa w koluszkach. A jak się coś już wyjaśni, zadzwonimy.

Byłam pewna, że będzie wielka bura. Z powodu cdika. Że taki cidik zakręcił naszym światem i że to bardzo dobrze, że ja go puściłam. Na cały głos. Szybko się chodzi po takiej sprawie. Koluszki i bardzo dobrze!

Minęły dwa tygodnie. Poczta wysłała mi szary list w brudnej kopercie. Tam było napisane: przynieść mi dowód nadania i jakiś jakby podpis. Pomyślałam, że napisała to pomocnica pod dyktando kierowniczki, która coś jadła albo stała daleko. Albo rozmawiała z kimś przez telefon, jak jej dyktowała. Kartka była w kratkę, wyrwana energicznie z zeszytu.

Rozłożyłam kartkę na stole i spojrzałam na brudną kopertę. Potem poszłam na pocztę. Nad okienkiem wisiała kierowniczka z prostą grzywką. Powiedziałam że dowód nadania już poszedł z tą reklamacją do koluszek i ja go nie mam. Zapadła cisza. Kierowniczka odkleiła się od okienka, odruchowo poprawiła sobie grzywkę i powiedziała, ale u nas też nie ma. Pani ma. Nie, dałam go pani jak byłam tutaj ostatnio. Myśmy go pani zwróciły. Nie mam dowodu, nie chciałyście mi go oddać, bo miał jechać do koluszek. Mówiłam już wtedy, żeby zrobić ksero. Ale pani powiedziała, u nas się tego nie praktykuje. Ojej, to co teraz będzie. Kierowniczka spojrzała na swoją pomocnicę, ale ona szczelnie przywarła do jakiś papierów. Zadzwonię do poznania, a pani niech idzie.

Wyszłam z naszej poczty i usiadłam przy 118. Świeciło słońce i była jedna pani z wnukiem. On nie miał zębów i oboje z babcią mówili tak samo niewyraźnie. Ja ich nie rozumiałam. W końcu wybiegła kierowniczka w papciach. I z daleka zaczęła mnie nawoływać. Siedziałam prosto i udawałam, że jej nie widzę. Podbiegła z blankietem. Może pani wypisać jakby duplikat, bo w poznaniu kazali i my podłożymy. Poleciała z powrotem i za chwilę znowu leciała w moją stronę. Przystanek jest bardzo blisko poczty. Tym razem w ogóle nic nie krzyczała, tylko jak doszła, to poprosiła, a może pani napisać zg zamiast zygmunta? Bo tam pani napisała zg i oś zamiast osiedle. W tym momencie zrozumiałam, że ten list do mnie sama napisała i nikt niczego tam nie jadł. Byłam też pewna, że muszę to komuś opowiedzieć.

Minęło kilka dni i odebrałam telefon. proszę pani tu mówi poczta, czy z panią k rozmawiam? Tak to ja. Proszę panią czy mogę z panią pomówić? Bo wie pani tego nie można podrobić, to znaczy tego blankietu, z poznania nam opowiedzieli i teraz jest problem. Bo widzi pani ten dowód nadania to jakby nam gdzieś zginął. Czy może pani przyjść na pocztę? Nie mogę, mam inne plany. O co chodzi? Pomocnica z każdym zdaniem mówiła coraz ciszej i czasami nic nie mogłam usłyszeć. Bo wie pani, my tu mamy teraz straszny problem, bo nas chcą wyrzucić za ten blankiet. Czy pani do nas przyjdzie, czy mogłaby pani, bo przecież proszę pani my się możemy dogadać, to znaczy czy dla pani ta paczka ma taką wartość, po co czekać na urzędowe, przecież my możemy, obie z kierowniczką. Może pani powiedzieć, ile by pani, to znaczy jaka wartość, ile ta paczka jest dla pani warta. Tak 100 złotych co? To znaczy 100 złotych by panią urządzało? Możemy o tym pogadać? Po co czekać nie wiadomo ile.

Zapadła noc, a rano się przestraszyłam. Czułam się znacznie starsza, prawie dorosła, ale kiedy tylko pomyślałam o naszej poczcie i pani kierowniczce, robiło mi się zimno. Martwiłam się o pierwszą w życiu łapówkę. Kogo teraz za to można wsadzić? Zapomniałam.

Kierowniczki nie było. I pomocnica powiedziała, że jej nie ma i żebym przyszła jutro, bo mają dyżur. Na ławce siedziała babcia zza ściany i listonosz, i jeszcze jedna kobieta. Więc pomocnica powiedziała jeszcze ciszej niż przez telefon, że trzeba napisać pisemko urzędowe, że rezygnuję z reklamacji. Ale najpierw zapytała podchodząc do szyby, to co zgadza się pani?

Zaległa cisza. Babcia i listonosz zastygli i patrzyli w naszą stronę. Dlatego pomocnica zaczęła dyktować bardzo skrótowo. Zaraz też chciała zadzwonić do swojej kierowniczki, ale chwyciła się szybko za rękę i syknęła, tu telefony są na podsłuchu, głośniej natomiast powiedziała, wie pani, kierowniczka w urzędzie jest z tą pani sprawą. A potem oświad, ja niżej, zrzekam się, zrzekam się, nie, wycofuję skarg, tu napisać jak na blankiecie, oś zyg i tak dalej, i nie chcę, nie chcę żadnych świadczeń, że nie chcę pieniędzy i podpis. Wszystko to dyktowała bardzo szybko i tak po cichu, że nie mogłam niektórych słów zrozumieć. To sobie pani dopisze.

Wyszłam z poczty z babcią, która chwyciła mnie mocno za ramię i zaczęła ciągnąc w stronę przystanku. Z pocztą się pani sadzi? Nie. Mają tam ze mną jakieś stare sprawy do rozliczenia. Oni to burdel mają jak wszędzie. I znaczki z papieżem zniknęły, a radio maryja mówiła, że są. Zniknęły. Babcia zaraz mnie o wszystko zapytała, a ja powiedziałam, że urzędowe sprawy mam z pocztą, bo coś tam zginęło. Bo burdel mają. I znaczków z papieżem już nie ma.

W sobotę nie poszłam na naszą pocztę, bo nie chciałam sobie psuć dnia. Było bardzo gorąco i tak szybko się pociłam, że w drodze na pocztę wyparowałaby ze mnie woda i oczy.

Więc poszłam tam w poniedziałek. Ale poniedziałek też nie był dobry na załatwianie urzędowych spraw, bo była u mnie a i kiedy tylko tam weszłam, żeby zabrać pieniądze, ona wpadła i na cały głos krzyknęła do mnie kotkuuu chodź, mamy autobus. Kierowniczka spojrzała na mnie i w tej chwili wyrwała mi oświadczenie. Widziałam jak biały ogon kartki znika w jej ręce. A pieniądze? Właśnie, dostała pani pieniądze od mamy, już listonosz doniósł? Ja pytam o nasze pieniądze. Ach, to trzeba przyjść jutro. A ciągnęła mnie za rękaw i wybiegłyśmy z poczty. Byłam pewna, że nigdy nie dostanę swojej łapówki. Byłam smutna. Autobus oddalał się od poczty.

Następnego dnia na poczcie było chłodno i ciemno. Do okienka przykleiła się pomocnica i miała tak spuszczoną głowę, że nic nie widziałam. Listonosz znowu segregował listy. Kierowniczki nie było. Dzień dobry. Wszystko ucichło, kiedy weszłam. Kierowniczka zakradła się w stronę okienka i zaraz powiedziała, proszę na zaplecze. Odsunęła kratę i wpuściła mnie do środka. Stałam plecami do listonosza. Tam było jeszcze ciemniej. No to my pani pięknie dziękujemy za to, ze nam pani skórę uratowała i nas obroniła, bardzo my pani wdzięczni jesteśmy i tutaj ma pani. Wcisnęła mi w rękę papierek i powoli wypychała mnie w stronę drzwi. Uścisnęłam jej rękę jak na akademii i wyszłam. Dopiero na ulicy zobaczyłam jak sto nowych złotych rozchyla mi się na ręce jak motyl. Miałam ten pieniądz w łapie. Swoją łapówkę.

——————

Agnieszka Kłos
Całkowity koszt wszystkiego
Wrocław 2007
© Copyright by Agnieszka Kłos
© Copyright by Stowarzyszenie Kulturalno-Artystyczne „Rita Baum”

2 komentarzy do:Całkowity koszt wszystkiego




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa