Słońce zachodzi na prowincji


Zawsze wydawało mi się, że moja przyszłość to właśnie dom rodzinny, że wystarczy tu być, aby poczuć się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. To nic, że ciągle słyszałem od znajomych, że małe miasteczko nie da mi ani miłości ani satysfakcji. Zawsze się wtedy śmiałem, bo co oni mogą wiedzieć o życiu tutaj. Właśnie to małe miasteczko dało mi przyjaciół, pracę i pozwala mi każdego dnia mijać znajome twarze. Piękna okolica – moje miejsce na świecie.

Uśpiłem w sobie pragnienie kochania, bo przecież na prowincji ciężko o miłość, a na pewno nie będę mógł patrzeć komuś w oczy siedząc w parku. Doszedłem do wniosku, że i bez tego mogę się czuć spełniony. Będę miał pracę, spłacał kredyt za mieszkanie i często wpadał do rodziców, żeby zobaczyć co słychać. Do tego jeszcze studia – co z tego, że zaoczne, ale rodzice zadowoleni, że coś robię i pewnym krokiem zmierzam do otrzymania naukowego tytułu. Wszystko było naprawdę pięknie – nie dostrzegałem tego, że robi się ze mnie warzywo, że naturalne pragnienia zdusiłem w sobie jakbym dusił komara, który dobiera się do mojego ciała. Obudowałem swoją świadomość uśpioną prowincjonalnością i myślałem, że będzie pięknie, spokojnie i to pomimo tego, że nie spełnię oczekiwań rodziców względem wnuków i żony. To nic – będę szanowanym mieszkańcem z dobrą pracą i perspektywami. Do czasu jednak…

Dostałem zaproszenie na ślub. Oczywiście pojechałem i poznałem wspaniałych ludzi ze stolicy. Zauroczyłem się sposobem bycia, postrzegania świata i dystansem do wszelkich inności. Cudowni ludzie, dla których świat to nie tylko odcienie szarości. Mój pancerz został skruszony, wróciły myśli o innym życiu – o moim życiu. Pierwszy raz od kilkunastu miesięcy pomyślałem o swojej przyszłości – nie tutaj, ale tam. Wróciłem do siebie i cały mój spokój runął jak domek z kart. Ze studiów mnie skreślono, bo mi się wydawało, że jak pójdę na urlop dziekański to odwlekę decyzję o zrezygnowaniu z realizacji planów moich rodziców.

Dostałem świstek, że to koniec studiowania i co najdziwniejsze – naprawdę poczułem się wolny. Wydawałoby się, że teraz wystarczy tylko wybrać coś innego i zacząć robić to, co mnie interesuje. Ziemia zatrzęsła się znowu. Ktoś na ulicy zaczął za mną krzyczeć jak wszechpolacy do idących w paradzie równości. Pierwszy raz w życiu poczułem, że się boję o swoje życie, że moje miejsce na ziemi stało się klatką, w której zło będzie mnie trzymało jak w uścisku. Poczułem się jakby ktoś zniszczył mnie kompletnie bez prawa obrony. Dziś boję się, że za moment ktoś wsadzi mi nóż między żebra, bo jestem inny i niepasujący do małomiasteczkowego życia. Od kilku dni nie śpię, zmuszam się do jedzenia i nie wychodzę wieczorami. Czekam, aż ktoś odpowie na ogłoszenie w sprawie pracy w stolicy. Najbardziej jednak boli mnie myśl, że to właśnie tutaj staję się dla ludzi śmieciem.

Kiedyś pisałem tutaj, że lubię słońce, że jest symbolem szczęścia i realizacji gdziekolwiek. Bardzo się myliłem. Ono tu nie wschodziło nigdy – ono tu dla mnie zachodzi…

7 komentarzy do:Słońce zachodzi na prowincji

  • Sluchainaya

    [Re: Słońce zachodzi na prowincji]

    Życzę powodzenia.
    Ale nie stawiaj dużego miasta z prowincją w relacji niebo-ziemia, bo się rozczarujesz. Tutaj może mniej, ale także zdarzają się przykre sytuacje. Oczekiwania również są podobne, choć łatwiej jest się im przeciwstawić, ze względu na większą anonimowość. Po prostu w dużym mieście to Ty wybierasz sobie otoczenie i znajomych. Jak ktoś się zachowa nie fair w stosunku do Ciebie, od razu zostaje skreślony z listy Twoich znajomych. W małym wszyscy Cię znają. Mimo wszystko tutaj też czasem na ulicy krzyknie do Ciebie jak wszechpolak, czasem zdawać by się mogło „najlepszy przyjaciel” urządzi Ci scenę ala „Ty wstrętny pedale, okropna lesbo!”, gdy się ujawnisz. Ludzie wszędzie są tacy sami. W mieście jest ich tylko więcej.

  • pip

    [Re: Słońce zachodzi na prowincji]

    „Od kilku dni nie śpię, zmuszam się do jedzenia i nie wychodzę wieczorami. Czekam, aż ktoś odpowie na ogłoszenie w sprawie pracy w stolicy”. To rzeczywiście idealna droga w stronę zachodu słońca. (I opadu). Pracy się szuka, na pracę się nie czeka.

  • Paweł

    [Re: Słońce zachodzi na prowincji]

    Powodzenia życzę i trzymam kciuki.

  • buster

    [Re: Słońce zachodzi na prowincji]

    Jesteśmy parą od blisko 12 lat. Nie mieszkamy w Warszawie. Mieszkamy w małej wiosce pod Krakowem. Prowincja prowincji. Rok temu wynieśliśmy się z krakowskiego osiedla, które nas nie tolerowało na wieś, która nas akceptuje. Sąsiedzi pomagali nam budować dom. Sa życzliwi, kłaniają się, gadamy ze sobą – choć przecież nie jesteśmy „swoi”! Oni co tydzień chodzą do kościoła, głosują na PiS i jak na razie nas nie spalili. Może dlatego, że uznali nas za dzianych napływowych dziwaków. A może dlatego, że jednak potrafią myśleć szerzej, niż nam się wydaje. Oby.
    Czy jestem naiwny? Bo mimo wszystko, wciąż się trochę boję. Taki kraj :-)
    Pozdrawiam.

  • szarak

    [Re: Słońce zachodzi na prowincji]

    Przepraszam, że w tym trudnym momencie sam dałem d… nie wiedząc, z jakiego powodu twe zachowanie wynika. Jest mi przykro.

  • wieszkto

    [Re: Słońce zachodzi na prowincji]

    Trzymam za Ciebie kciuki!

  • jacek

    [Re: Słońce zachodzi na prowincji]

    Wyjedź z Polski . Poczujesz się lepiej. Chyba dobrze Ci zrobi zmiana. Poszukaj pracy poza tym krajem,poszukaj szczęścia i nie usypiaj miłości – nie warto. Powodzenia.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa