Raz. Dwa. Trzy. Katodewohomopowieść.

W nowicjacie są zajęcia intelektualne. Jest polski, łacina, teologia życia wewnętrznego, trochę egzegezy pisma świętego, ale jednak największy nacisk kładzie się na pisarstwo.

Każdy z nas musi prowadzić pamiętnik, ten pamiętnik nie jest prywatną sprawą, na końcu nowicjatu wyląduje w rękach krytyka, cenzora i ewentualnego wydawcy, magistra. On to wszystko będzie czytał, a potem rozmawiał z pisarzem. Jeśli pisarz ciekawie pisał o swoich koneksjach z Bogiem, to mu ten kawałek wyda w jakimś pisemku, które on, jako łowca głów, łowca nowych powołań i talentów wydaje i rozsyła po parafiach. Wszyscy więc piszemy pamiętniki, a jak nie piszemy, to się modlimy, a jak się nie modlimy, to studiujemy, pracujemy fizycznie, no i palimy od czasu do czasu. Na roku są tacy, którzy prawię nie mówią, nie kontaktują się, podejrzliwie zerkają. To kapusie lub kompletnie powołani. Jest też kilku po studiach świeckich lub tacy, którzy przerwali. Ci trzymają razem, elita intelektualna, starsi, eseiści, pamiętnikarze. Mili, ale niedostępni. Ich zatrzymają w kraju, nie wyjadą. To reguła. To oni staną się nowymi szefami stowarzyszenia, magistrami, prefektami, prowincjałami i innymi ważnymi w tym interesie.

Dzisiaj idziemy na kulturę, cały nowicjat, obowiązkowo nas wypuszczają, balet jakiś. Magister powiedział, że mamy się przebrać w cywilki. Ostrzegł, że kobiety występujące będą bardzo skąpo ubrane. Niektórzy poczerwienieli. Stajemy przed budynkiem w cywilnych ciuchach, przebrani, bo idea jest taka, aby nas nikt nie rozpoznał, żeby nikt nie podejrzewał, że jesteśmy z seminarium. A ten kiedy nas zobaczył, złapał się za głowę. Każdy z nas ubrał się jak na pogrzeb, na czarno od stóp do głów. Magister miał na sobie lniane spodnie i hawajską koszulę, powiedział, że się do nas nie przyznaje.

Skąpo ubrane pięknie tańczyły, rozbierałem je, prześwietlałem, podskakiwały bez staników, majtek, sukienek, w tych baletowych trzewiczkach wiązanych pobłyskującymi bladoróżowymi tasiemkami kręciły piruety. Tylko dla mnie. Kochałem się z nimi, z nimi wszystkimi, kochałem je, marzyłem. Ci, co nie patrzyli w podłogę ze wstydu, dyskretnie zmieniali biegi w swoich spodniach. Po balecie była długa kolejka do spowiedzi, a potem zagęszczenie w kaplicy, bo wszyscy musieliśmy odprawić drogę krzyżową i te drogi nakładały się na siebie.

Ona też zaczęła patrzeć na mnie w taki sam sposób. Ona pewnie też była kiedyś na balecie, na balecie męskim, z tancerzami rozebranymi do połowy, w obcisłych rajtuzach podkreślających do bólu pośladki i wepchnięte w woreczki interesy. Rozbierałem ją, tak samo jak rozbierałem tancerki, choć z nią było dłużej i ciekawiej, bo była młodą zakonnicą pracującą w kuchni i sprzątającą seminarium. Czarne szmatki otulały ją dokładnie, a ja i tak wszystko o niej wiedziałem, bo oczu i ust nikt jej nie zakrył. Oczy mówiły, czytałem z nich. Wiedziałem, czego chce, wiedziała, czego ja chcę, tylko że to miejsce, jej śluby, moja sutanna, jej habit, powołania, niby powołania, kodeks kanoniczny, to wszystko próbowało zabić naszą cielesność, naszą chęć dokładniejszego poznania. Myślałem o niej nocami, śniłem, całowałem, rozbierałem i kochałem się z nią, choć nigdy tego nie robiłem, ale wiedziałem, wiedziałem, jak jest, jak może być, i było cudownie, kiedy budziłem się nad ranem w zroszonej pościeli. Nie spowiadałem się z tego.

Pewnego dnia nie wytrzymałem, wszedłem pod prysznic. Marzyłem o niej, była prawie fizycznie obecna. Zamykałem oczy, chciałem żeby przyszła i była tak, jak te duchy podczas seansu spirytystycznego. I przyszła, przywołałem ją, bezwiednie odsłoniła zasłonkę. Może myślała, że ktoś zapomniał zakręcić wodę, a może wiedziała, czuła to samo co ja. Nie wiem. Patrzyła w zmieszaniu na mojego nabrzmiałego członka, a potem rozejrzała się wokół i upewniwszy się, że nikogo oprócz nas nie ma, zdjęła czarny welon i odkryła swoje włosy upięte srebrnymi spinkami.

Skąpaną twarz wytarła w ręcznik, ubrała welon i wyszła. Widziałem ją potem w kaplicy, na mszy, nie przystępowała do komunii, a ja poszedłem, poszedłem przyjąć świętokradczy chleb, poszedłem przyprawić Panu Bogu rogi. Poczułem się ważniejszy od niego, zaczynałem żyć, byłem mężczyzną, a świat klęczał przede mną.

Nigdy nie pozwoliła się dotknąć, nigdy nie podniosła habitu, nigdy nie posiadłem jej do końca. Jeszcze kilka razy miała go w ustach, pod prysznicem, w tym samym miejscu, do którego ją zwabiłem, w miejscu, gdzie myśli się zmaterializowały, a potem tryskały w oczy, policzki, czoło. Nagle wszystko się urwało, chyba tak musiało być, urwało się tak, jak się zaczęło, jak przerwany seans, duch zniknął i już więcej nie przyszedł.

Jak to jest, jak się czuje człowiek przyjmujący świętokradczą komunię? To jest uczucie kompletnego pomieszania, zmieszania soli z cukrem, pieprzu z miodem, to jest trzymanie jedną ręką anioła za skrzydła, a drugą diabła za pazur. To straszne poczucie winy, a z drugiej strony lekkość i duma, bo konsekrowane usta cię smakowały, piły twoje nasienie, doprowadzały do uniesień. To jest ten słodki grzech i prawda o ludziach, o mnie, prawda o Bogu, Szatanie, powołaniu, którego nie potrafiłem wymodlić, którego nie odnalazłem, nie potrafiłem zrozumieć. Mówią, że wielu jest powołanych, ale mało wybranych.

Przewrotność Boga. Pewnie i w mojej grupie byli powołani i wybrani, tylko nie wiem którzy, tego nie wiedzą nawet oni, to wie tylko Bóg, o ile istnieje.

Fragment powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, „Raz. Dwa. Trzy”,
Korporacja Ha!art,
Kraków 2007.
Premiera: 10 maja 2007

O KSIĄŻCE:
Trzech narratorów-bohaterów naświetla z różnych stron katolicko-demoniczny klimat dolnośląskiej mieściny. Ich dorastanie staje się pretekstem do bezwzględnego a zarazem lirycznego opisu świata dewotek, fryzjerów, wariatów, duchownych i homoseksualistów. Przesiedleńczy interior, mieszanina społeczno-obyczajowa w odcieniach drapieżnych i drastycznych, polski Amarcord u podnóża Gór Sowich, gdzieś między Bielawą, Srebrną Górą, Dzierżoniowem, Ząbkowicami a końcem świata.
Gatunek: katodewohomopowieść.

O AUTORZE:
Hubert Klimko-Dobrzaniecki (1967) – urodzony w Bielawie na Dolnym Śląsku. Studiował teologię, filozofię i filologię islandzką. Wydał dwa tomiki wierszy po islandzku, tom opowiadań „Stacja Bielawa Zachodnia” (2003) oraz bardzo dobrze przyjęty debiut powieściowy „Dom Róży. Krýsuvík” (2006). Mieszka w Reykjaviku.

1 komentarz do: Raz. Dwa. Trzy. Katodewohomopowieść.

  • dolsnoslazak

    [Re: Raz. Dwa. Trzy. Katodewohomopowieść. ]

    Z Dolnego Slaska do Islandii. No, no :)
    Musze przeczytac te pozycje. W imie lokalnego patriotyzmu i ciekawosci :-)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa