Co jest ostentacją a co nie (cz.I)

Tydzień temu ukazał się w „Gazecie Świątecznej” tekst prof. Janusza A. Majcherka „Dyskryminacja, ostentacja i obsesja”, w którym przeczytaliśmy m.in:
Obsesyjne tropienie w polskim życiu publicznym przejawów „promocji homoseksualizmu”, podejmowane przez przedstawicieli rządzącej ekipy, a z drugiej strony oskarżanie członków tej ekipy o homofobię, jest odzwierciedleniem konfliktu dotyczącego fundamentalnej kwestii systemu demokratycznego: oddzielenia sfery publicznej od prywatnej oraz zakresu wyborów politycznych od osobistych. W tym konflikcie racje niekoniecznie usytuowane są tylko po jednej ze stron.

Ludzka seksualność należy do sfery intymnej, ale to nie znaczy, że pozostaje całkowicie prywatną. Przeciwnie, we wszystkich niemal kulturach stanowi najskrupulatniej kontrolowaną i najbardziej drobiazgowo regulowaną dziedzinę życia. Kto, z kim, na jakich warunkach i w jaki sposób może współżyć seksualnie, obwarowane jest mnóstwem reguł i zakazów, egzekwowanych przez nieformalnych zwierzchników wspólnot społecznych, a nawet formalne władze publiczne, zaś seksualne tabu należy do najpowszechniej występujących i najsurowszych.
(…)
Próby ponownego uczynienia z seksualności kwestii publicznej, podejmowane przez niektóre środowiska homoseksualne (czy antyhomofobiczne), nie oznaczają, że mają rację ci, którzy chcą tego zabronić metodami administracyjnymi. Wielu z nich bowiem podejmuje kontrakcję nie z respektu dla zasady, by pozostawić poza sferą publiczną to, co należy do sfery prywatnej. Im chodzi tylko i właśnie o seksualność, ale już np. nie o religijność – tę bowiem manifestują i domagają się jej manifestowania z ostentacją przewyższającą wszelkie publiczne przejawy homoseksualizmu.

Tymczasem liberalna demokracja, pozostawiająca obywatelom maksymalną swobodę kształtowania życia osobistego, także ich religijność wyłącza ze sfery publicznej. Rodzimi konserwatyści i klerykałowie uważają jednak, że ograniczanie obecności religijnych ceremoniałów, rytuałów i symboli w sferze publicznej, a wyznaczenie im miejsca w sferze prywatnej, byłoby rażącą dyskryminacją i nietolerancją. Zatem parady równości – stanowczo nie, natomiast procesje – bezwzględnie tak.
(…)
Liberalno-demokratyczny wymóg równego traktowania wszystkich uczestników wspólnoty, na który powołują się uczestnicy parad równości i rzecznicy „ujawniania się”, napotyka istotną wątpliwość. Czy mamy traktować ludzi równo ze względu na ich tożsamość etniczną lub preferencje seksualne – czy także ze względu na głoszone przez nich poglądy? Czy więc mamy traktować jednakowo nie tylko homoseksualistów, ale także rasistów? Zwykle odpowiada się tak: ludzi należy traktować równo ze względu na te cechy, na które nie mają oni wpływu, można ich natomiast oceniać różnie ze względu na te cechy, które są przedmiotem ich wyboru i niewymuszonych decyzji.

Ta formuła stanowi zasadniczy powód, dla którego homoseksualiści i uczestnicy parad równości przekonują, że orientacji seksualnej się nie wybiera, lecz ma się ją z natury, jako cechę wrodzoną.

Ale ten zabieg interpretacyjno-perswazyjny stosowany jest nie tylko przez homoseksualistów i przeciwników homofobii. Także np. alkoholizm jest przedstawiany jako choroba, co ma dotkniętych nim uchronić od potępienia, na jakie zasługują zwykli pijacy, którzy chleją, bo chcą, a nie dlatego, że muszą.
(…)
Zasada, zgodnie z którą nie wolno dyskryminować nikogo ze względu na cechy naturalne, jakich nie można wybrać (rasa, kolor skóry, płeć) jest sensowna, choć prowadzi do ideologizowania kryteriów wyodrębniania takich cech. Najpoważniejszym problemem jest jednak jej naginanie przez tych, którzy swoje partykularne wybory każą traktować jako niepodważalne, bo „naturalne”. Dotyczy to przede wszystkim religii. Próby krytyki jakiejkolwiek doktryny religijnej spotykają się z oburzeniem i oskarżeniami o bluźnierstwo. W świecie islamu taki zarzut stawiają muzułmanie, a w Polsce katolicy. Sakralizacja jakiejś sfery jest najprostszym i najskuteczniejszym sposobem wyjęcia jej spod debaty publicznej, a zwłaszcza krytyki. Obecność religii i religijności w sferze publicznej nasila się, przybierając niekiedy postać ostentacyjną, przy tym zacierającą granicę nie tylko ze sferą prywatną, ale też między sacrum a profanum. Zasada świeckości państwa jest traktowana z ostentacyjnym lekceważeniem, a często z pogardą. W spektakularny sposób przejawia się to w noszeniu czadorów czy chust przez muzułmanki, co ma ukazać zarówno ich religijną gorliwość, jak seksualną „skromność”.

Formuła „niech nas zobaczą” jest więc niebezpieczna, jeśli oznacza ostentacyjne wnoszenie do sfery publicznej tego, co powinno pozostać kwestią prywatną – czy to będą skłonności seksualne, czy przekonania religijne. Ostentacja jednych prowokuje ostentację innych. Ostentacji w manifestowaniu własnej tożsamości towarzyszy obsesja w deprecjonowaniu cudzych. Eskalacja obecności ostentacyjnej seksualności jest dla sfery publicznej równie niebezpieczna, jak ekspansja ostentacyjnej religijności czy etniczności. Apelowanie o powściągliwość, jakkolwiek słuszne, wydaje się jednak – niestety – daremne. Sfera publiczna staje się polem walki o to, co powinno się realizować w sferze prywatnej. Wolno, a nawet trzeba nad tym ubolewać.

źródło: http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4228650.html

1 komentarz do: Co jest ostentacją a co nie (cz.I)

  • cesare

    [Re: Co jest ostentacją a co nie (cz.I)]

    Dla mnie jest to uczucie nieznośne i upokarzające zarazem, że mógłbym, choćby potencjalnie, zostać zatrzymany przez Policję za publiczne przejawy uczucia, które w swej heteroseksualnej (wszechobecnej) formule są nie tylko nieścigane, ale i chronione przez prawo. Tymczasem kodeks wykroczeń z 1971 roku posługuje się bardzo niejasnymi, ogólnikowymi sformułowaniami, pod które, przy „dobrej woli” policjantów mogą zostać podciągnięte pocałunki lub objęcia pomiędzy mężczyznami (bo przecież niechęć wobec męskiego homoseksualizmu ma charakter najpierwotniejszy i zwłaszcza mężczyźni będący policjantami również nie są – choć być powinni – wolni od irracjonalnych wybuchów tzw. paniki homoseksualnej; przeciwnie, quasi-militarny służby tworzy moim zdaniem podatny grunt dla zachowań realizujących patriarchalne, niestroniące od agresji wzorce męskości). Nie trzeba być zbyt uważnym obserwatorem, by zauważyć, że publiczne przejawy uczuć homoseksualnych należą w Polsce, nawet w stolicy, a co dopiero mówić o mniejszych ośrodkach, do rzadkości. Uważam jednak, że jeśli nie zdobędziemy się w końcu – nawet licząc się z nękaniem ze strony służb państwowych, legitymizujących tym samym otwartą agresję „prywatnych” obywateli – na publiczną manifestację swej tożsamości – nie ma możliwości oswojenia kwestii homoseksualizmu w świadomości społecznej; pozostanie on wyspekulowaną fanaberią, jeśli tzw. przeciętny Polak nie zetknie się z nim w swym codziennym doświadczeniu, idąc do pracy czy na spacer, robiąc zakupy, jadąc pociągiem. I, co moim zdaniem najistotniejsze, o czym wspomniałem już na początku, czyż nie jest dla nas czymś szalenie upokarzającym tłamszenie w sobie tak elementarnych uczuć – i gestów będących ich wyrazem? W imię czego?!




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa