Ciotka Farhuma nie była dziwką


Fragment książki
Ciotka Farhuma nie była siostrą mamy ani ojca. Wszyscy mówili, że jest dziwką.
Mówiło się, że jej ojciec był w Persji znany ze świętego życia. W ciągu dnia zbierał datki na odbudowę świątyni w Jerozolimie, a wieczorami wyplatał knoty do siedmioramiennych świeczników. Jej matka była prostą kobietą, która po śmierci swego męża wyjechała do państwa żydowskiego, gdzie wyszła za Aziza, pijaka o czerwonych oczach, jednego z bezrobotnych mieszkańców obozu przejściowego. Tenże Aziz, przyrodni ojciec Farhumy, nauczył ją kraść pranie ze sznura i żebrać. Pewnej nocy sprowadził do niej kilku swoich kolegów z obozu przejściowego, pobrał od nich po kilka groszy i zamknął drzwi.

Farhuma stała się przysadzistą kobietą w nieokreślonym wieku, owiniętą kolorowymi chustami. Od dzieciństwa utykała na jedną nogę, którą miała krótszą, a z biegiem lat urósł jej też okrągły, okazały brzuch. Włosy miała pofarbowane tanią henną i błyszczały jej w słońcu niczym dynia; mówiło się, że jest dziwką, ale nikt nie widział tajemniczych klientów, którzy nawiedzali jej dom. Słyszeliśmy przez ścianę, jak przesuwają meble, włączają radio w rozmaitych językach, a potem ryczą w rozpaloną noc jak zarzynane barany. Ciotka Farhuma krzyczała: Choda, Choda, aż ojciec, przeklinając, zamykał z trzaskiem okiennice a mama wybuchała mrocznym śmiechem i tańczyła po pokoju z uniesionymi rękami.
Begu bale, begu bale,
Arum chanom, begu bale!
Tak właśnie mama wirowała i śpiewała perską pieśń weselną, zataczając rękami kręgi w powietrzu.
Powiedz «tak», powiedz «tak»,
Śliczna panno młoda, powiedz «tak».
– Może biś zamilkła przi dziesiach! – wybuchał ojciec z odrazą.
– Tak się zachowują mężczyźni, ucz się, moje pisklę. – Ocierała szczeliny oczu i siekała seler do swoich chlebowych kotletów. – Jak im staje – wystawiła ramię – to tylko jedno im w głowie. – Zachichotała.
Ojciec pogroził jej palcem i ze wstydu zmieniał kolory. Lecz dźwięki zza ściany stawały się jeszcze głośniejsze. Dało się nawet słyszeć urwany krzyk. Tajemniczy klient omal się nie udusił.
– Jak dorwę tego odmieńca, co u niej śpi, to mu połamię laskę, a psa porąbię na kawałki – pieniła się mama.
– Jaką laskę, jakiego psa? – dziwili się wszyscy.
– Tylko ślepy, co chodzi o lasce i z psem, mógłby się z nią przespać! – stwierdziła mama. – Rzygać mi się chce, jak pomyślę o nich razem. – Darła ze złością resztki białego chleba. – Nawet mój osioł nie wszedłby z nią do łóżka! – Namaczała biały chleb w wodzie z odrobiną wina pigwowego, które przyrządził ojciec.
Zza ściany dobiegło westchnienie. Stłumiony chichot.

Mama otarła sobie pot z czoła, sięgnęła dłonią do mętnej cieczy i wyłowiła z niej grubą warstwę jednodniowych muszek i komarów trzepoczących się w pigwowym winie. Mokrymi rękami zmieszała czółenka z rozmoczonego chleba z odrobiną mięsa ocaloną z wczorajszego obiadu. Tak jej cudowne kotlety chlebowe powstawały stopniowo z niczego.
– Przynieś jeszcze kolendry – rozkazała mama.
– Nie będziesz mi rozkaziwaś, słiszisz! – zaprotestował ojciec, ale poszedł do komórki.
– Mędrcy mieli rację: każdy garnek ma swoją pokrywkę! – złościła się mama na anonimowego klienta ciotki Farhumy. Nad patelnią unosiły się tumany pieprzu przyprawiające ją o katar. – Kto w kolejce, aaapsiu! – Odwróciła gotowy kotlet i dała nam do zjedzenia prosto z patelni. – Mniejsza o jej łysinę albo ten tłuszcz, który jej ścieka z twarzy tak, że można by na nim omlet usmażyć, albo wąs, którego nie goli tak, że można na nim rozwieszać pranie! Mniejsza o łupież, który sypie jej się z głowy jak wiórki kokosowe na ciasto, obrzydlistwo! – Znów kichnęła. – Ale kto może ścierpieć te bąki, które puszcza jak z armaty? Jak on się na nią drapie… bum! – Mama zakrztusiła się ze śmiechu, a oczy jej załzawiły. – Artyleria! A śmierdzi na potęgę! – Opadła na krzesło, wyczerpana śmiechem.

Ciotka Farhuma była bowiem specjalistką od puszczania bąków. Przy każdym kroku, jaki ze stukiem stawiała po ulicy, wydawała grzmiące acz nieszkodliwe „trrrr”, po którym następowało cichutkie, jednak niebywale smrodliwe „ffft”. Śledziliśmy ją, podążaliśmy jej śladem po piaszczystej ścieżce, po której sunęła w swojej obszernej sukni, podnosiliśmy prawą nogę i strzelaliśmy w powietrze „trrrr”, a następnie lewą i puszczaliśmy w górę syczący obłoczek „ffftt”. Ciotka Farhuma zatrzymywała się, odwracała głowę i śmiała się razem z nami, po czym wypinała siedzenie, jakby się natężała i trąbiła na naszą cześć potężnym, wzlatującym ku niebu „brrrrum”, a my krzyczeliśmy z uciechy i i rozpierzchaliśmy się w popłochu na wszystkie strony.
– To dlatego, że je fasolę. – Mama posypywała wszystko kolendrą i kminkiem, środkiem odkażającym przeciw wszystkim chorobom świata. – Proszę, wypij i podziękuj.
– Co to? – Wbiłem oczy w miskę.
– Mus pigwowy! Zatwardzenie przejdzie ci od tego jak ręką odjął! Ha! – Przytknęła sobie miseczkę do ust.
– Ale ja nie mam zatwardzenia.
– Tak ci się wydaje! – obruszyła się mama. Mętny sok spływał jej po brodzie. – Śpieszę się do klubu „Podaj Rękę Przybyszowi!” – Biegała po kuchni, porwała swoje buty powieszone na gwoździu i wyszła na przystanek autobusowy.

Mimo mnóstwa swoich zajęć i chorób mama angażowała się ochotniczo w działalność na rzecz nowych imigrantów, którzy zaczęli zalewać kraj. Opadła żelazna kurtyna i z samolotów co dzień wysiadały setki mężczyzn, kobiet i dzieci o błyszczących oczach. Ludzie mówili o nowym powrocie na Syjon, o rewolucji demograficznej, która zmieni Izrael w kraj europejski.
– To ludzie, którzy chodzą na koncerty, znają się na kulturze, rozmawiają spokojnie – oznajmił jakiś działacz Agencji Żydowskiej w telewizji, czym tak mnie poruszył, że nie mogłem zasnąć. – Nasze państwo zmieni się krańcowo, jeszcze nie uświadamiamy sobie, jaki cud nas spotkał – powiedział.

„Ten za Majdanek, ten za Sobibór” – pamiętam, jak mamrotałem, spacerując brzegiem morza, w miejscu, gdzie posąg szybującego ptaka spogląda na przewalające się fale. Patrzyłam na zniżające lot samoloty, które niosły w swych brzuchach setki Żydów powracających do domu. „Pokój wam, bracia”. Pamiętam podniosłe uczucie, które mnie ogarniało, gdy liczyłem lądujące samoloty.

Siedziałem na ławce i budowałem w wyobraźni hebrajskie miasta. Jak dziwnie jest pomyśleć o tym teraz, kiedy nawet to, co mieliśmy, chwieje się w posadach. Pamiętam, że między Jerozolimą a Ramallah stworzyłem miasto o nazwie Gofna, jak to, które leżało na tych pięknych wzgórzach przed dwoma tysiącami lat. Koło Betel założyłem miasteczko muzyków-wegetarian, o nazwie Lebona. W jego centrum zbudowałem wspaniałą salę koncertową na dwadzieścia tysięcy miejsc, której akustyka zyskała światową sławę. Ariel, stolica Samarii, zmieniła się w kwitnące dwustutysięczne miasto z fontannami na placach, geranium na balkonach i morzem biało-niebieskich flag. Snułem się między uschniętymi drzewami i byłem niemal szczęśliwy.

A raz, w pewien jesienny słotny wieczór, szedłem stamtąd z powrotem do swojego wynajętego pokoju. Pamiętam wiatr dotykający mnie miękkimi palcami. „Dokąd płynie twoje życie?” – palce kreśliły pytania na mojej skórze, a ja nie znałem odpowiedzi. Przystanąłem na rogu Ben Jehudy i kupiłem gazetę. Oko zatrzymało mi się od razu na drobnym ogłoszeniu. Pamiętam to zaskoczenie.
„Poszukiwani inteligentni homoseksualiści obdarzeni miłym głosem do dobrze płatnej pracy” – tak brzmiało ogłoszenie.
Zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie. Młoda rudowłosa urzędniczka otworzyła drzwi do pozbawionego wdzięku biurowca. – Nazywam się Anat Har-Cijon. – Odgarnęła kaskadę włosów. – Proszę chwilę poczekać. Ktoś jest tam właśnie na rozmowie. – Uśmiechnęła się. – Kawy?
– Nie, dziękuję. – Cały ranek płukałem gardło surowym jajkiem. O co mnie spytają. Muszę mieć miły głos.
Zza drzwi dochodził głos młodego człowieka. Pewnie wybiorą jego, nie mnie. Byłem zazdrosny.
– Jutro, pojutrze damy panu znać – pożegnał się z nim prowadzący rozmowę. Przyszła kolej na mnie. Urodziwy mężczyzna stanął w drzwiach i podał mi rękę. – Czy zaproponowano już panu kawę? – zaczął niezwłocznie.
– Tak – odparłem głębokim głosem, jak na uroczystości w Jad wa-Szem.
– Testujemy nową linię w serwisie zero pięć sześć. – Mężczyzna wprowadził mnie do środka, rozglądając się bez przerwy na boki, by uniknąć mojego spojrzenia. – Teraz uwaga, grupą docelową są pedały… to znaczy, homoseksualiści – chrząknął.
Nie pamiętam, co odpowiedziałem. Pamiętam jednak jego piękne dłonie, smukłą sylwetkę. Miał na sobie nieco za obszerny garnitur i pachniał dobrą wodą kolońską. Przez całą rozmowę snułem fantazje, jak klękam przed nim i rozpinam mu guziki.
– Gdzie mam podpisać? – spytałem, kiedy wręczył mi kartkę.
Wyciągnął pozłacane pióro.
– Tutaj, tutaj i tu. – Spojrzał zdumiony na swoje spodnie, jak gdyby była tam plama.

Już nazajutrz stawiłem się na swój dyżur przy telefonie.
Moje zadanie było proste: za pomocą sztuczek i słodkich słów jak najbardziej przedłużać drogą rozmowę i dzięki temu zapewnić operatorom linii grube zyski. Koledzy siedzący koło mnie w pracy byli ode mnie znacznie młodsi. Byłem trzydziestoletnim staruszkiem, a oni zawadiackimi, dwudziestojednoletnimi młodzikami.
Pracowaliśmy w dużej sali przegrodzonej prostymi drewnianymi ściankami. Panował ogromny entuzjazm. Chłopcy gawędzili z zapałem z mnóstwem rozmówców dzwoniących z całego kraju i wypytywali ich bezwstydnie o ich zwyczaje łóżkowe, o ukryte marzenia i o najintymniejsze szczegóły. Jeśli by wierzyć ich słowom, w Tel Awiwie roiło się od atletycznych blondynów, jak gdyby przybyły tu z wizytą szwedzkie oddziały desantowe. Z wprawą starych prostytutek moi koledzy z pracy wyciągali dane na temat wieku, wyglądu i preferencji seksualnych naiwnego rozmówcy. Nad drewnianymi przegrodami fruwały skrótowe określenia jak świstki papieru.
– Jemeńczyk, aktyw – proponował ktoś głośno, jak gdyby mówił Diet Cola.
– Przełącz tutaj – odzywał się nieśmiało sąsiad z boksu obok i przejmował rozmowę. Przewidująco zapisywał sobie numer telefonu, a jeżeli był zadowolony, umawiał się z facetem na randkę na rogu.
– Pływak, hetero, z kibucu, chce spróbować czegoś nowego – ogłaszał ktoś, jaki ma towar.
– Znowu jakiś tłusty, zakłamany pasyw – wszyscy krzyknęli rozbawieni.
– Rozłącz go – wrzasnął inny zgryźliwie. – Niech idzie do kibla w Dizengoff Center, wyjdzie taniej.
– Blondyn, atletyczna budowa, ale nie sportowiec – rzucił ktoś w przestrzeń sali.
– Mam żonatego, owłosiony, żona poszła na wywiadówkę – zachichotał któryś z chłopaków.
– Połącz go z tym grubasem z Petach Tikwy! – darł się jego sąsiad, przerzucając rozmowę dalej w morze głosów spragnionych bodaj kropli miłości.
Te rozmowy nie były dla mnie miłe, lecz z wolna zacząłem mieć wrażenie, jakby rozpalał się we mnie dziki ogień. Młode głosy za przegrodami, przygodne randki, które przypadały w udziale moim współpracownikom, szeptane opowieści, wszystko to nie dawało mi spokoju. Wbrew własnej woli zacząłem słuchać intymnych rozmów między dzwoniącymi, żonatymi mężczyznami sapiącymi do słuchawki, zawstydzonymi żołnierzami, którzy ujawniali przez telefon swoje fantazje o kolegach z załogi czołgu, imieniem Gaj albo Oren. Garść czarodziejskiego pyłu dostała mi się do płuc. Mówiło się, że jakiś staruszek z Hajfy, który przedstawiał się jako Jochanan z Gusz Chelew dostał wylewu, kiedy jego wnuczka przypadkiem włączyła się na linię i usłyszała, jak paskudnie świntuszył z jakimś młodym Arabem z Jafy. Słuchałem tych głosów i zamknąłem oczy. „Obym nie stał się taki jak oni – modliłem się. – Oby spotkał mnie inny los. Obym znalazł miłość”.

„Co ja tu robię – pytałem sam siebie. – Jeszcze dziś odchodzę z tego miejsca, królestwa szatana. Pamiętam, że już zdjąłem słuchawki i chciałem je odłożyć na zasypane wafelkami biurko, a potem pójść prosto do domu, lecz zapaliło się czerwone światełko i w powietrzu rozbrzmiał nowy głos. Młody, inny. Jakby trafił tam przypadkowo.
– Nie przeszkadzam? – spytał.
Jego niezdecydowany sposób mówienia wzbudził we mnie wielką ciekawość. Zdążyliśmy porozmawiać kilka minut. Powiedział, że ma na imię Joaw i że mieszka z rodzicami w moszawie.
– Jestem taki zmęczony. – Ziewnął do słuchawki.
– Ile masz lat? – spytałem łagodnym głosem i wstrzymałem oddech.
– Dwadzieścia jeden bez miesiąca. Ojej, Efrat wchodzi do pokoju. – Rozłączył się od razu.
Puściłem wiązankę. Życzyłem jego dziewczynie, Efrat, ropnego zapalenia dróg moczowych. Czekałem na linii, bo mogła się zapalić czerwona lampka i czar znów zacząłby działać, lecz na próżno. Poszedłem do domu, pragnąc zapomnieć o nim, jak się zapomina cudowny sen.

O książce

„Zostałem obrzezany w dniu, w którym powiesili Eichmanna” – od takiej deklaracji Yossi Avni zaczyna swoją powieść o młodym Izraelczyku, którego po pięciu latach wspólnego życia porzucił jego kochanek Arik, miłość życia. Pod piórem autora odżywa klasyczna love story. Plastyczną i wyrafinowaną prozą, za którą wielokrotnie chwaliła go krytyka, autor bez nuty fałszu opowiada o męskiej miłości, namiętności, zdradzie, tęsknocie graniczącej z szaleństwem i pragnieniu posiadania dziecka.
W to wszystko umiejętnie wplata klimaty jak z Jeana Geneta, głębokie odczuwanie śmierci i poczucie obcości, której homoseksualizm jest tylko aspektem i która towarzyszy narratorowi w Tel Awiwie, Berlinie i zniszczonym przez wojnę Belgradzie. Kontrapunktem dla wątku miłosnego jest zabawny i groteskowy temat rodzinnego domu i dorastania w środowisku Żydów sefardyjskich, których życie przywodzi na myśl dawny sztetl.
W tej barwnej i hałaśliwej zbiorowości, z całą galerią wyrazistych postaci pochodzących z Bliskiego Wschodu, Azji i Afryki, otoczonych wonią orientalnych przypraw, wrzaskiem wymyślnych przekleństw i szmerem uroków rzucanych ukradkiem na dzieci sąsiadów przez jemeńskie czarownice, na szczególną uwagę zasługuje portret matki, której towarzyszy subtelna aura czułości.

Ciotka Farhuma nie była dziwką
Yossi Avni

2007 Warszawa
Wydawca: Sic!
Wydanie: 1
Redakcja: Renata Lis
Tłumaczenie: Leszek Kwiatkowski
Wydawca oryginału: Am Oved Publishing House
Miejsce i rok wydania oryginału: Tel Aviv 2002
Format: 135 x 205
Opracowanie graficzne: Jacek Staszewski
Oprawa: miękka
Liczba stron: 348
ISBN 978-83-60457–22-1

Yossi Avni urodził się w Izraelu w 1962 r. Ukończył wydział historii i prawa na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Pracował jako prawnik w Tel Awiwie, później wstąpił do Sił Obronnych Izraela i służył jako oficer. Mieszkał w Berlinie, Bonn, Belgradzie i Warszawie. Jego prozatorski debiut – Ogród martwych drzew (1995) – odniósł w Izraelu wielki sukces i był wielokrotnie wznawiany. Kolejne książki Avniego to zbiór opowiadań Czterej synowie (1998) i powieść Ciotka Farhuma nie była dziwką (2002).

4 komentarzy do:Ciotka Farhuma nie była dziwką

  • royte_pomerantsn

    [Re: Ciotka Farhuma nie była dziwką]

    Zaintrygowało mnie, w jakiż to sposób świat Żydów sefardyjskich mógłby przypominać sztetl ;) . Aż przeczytam książkę w tym celu ;P.

  • PawelCat.

    [Re: Ciotka Farhuma nie była dziwką]
    :-) ) mnie rowniez zafascynowalo skad sztetl na bliskim wschodzie! Oj, krytycy literaccy, krytycy …

  • pip

    [Re: Ciotka Farhuma nie była dziwką]

    jezeli jablko z Sieradza przypomina komus pomarancze, to rozumiem, ze taki ktos powinien siedziec cicho, bo skad pomarancza w Sieradzu?

  • mTV

    [Re: Ciotka Farhuma nie była dziwką]

    Szczerze mówiąc, nienajlepszy fragment wisi tu, na stronie jako zachęta do lektury całości. Powiedziałbym, fatalny. W sumie mnie zniesmaczył. Tak samo jak przewrotny i drażniący tytuł. (Proszę sobie tylko wyobrazić minę sprzedawczyni w księgarni. Duża sieć, dodam).

    Książkę pomimo to jednak, może z przekory, kupiłem i zabrałem się do czytania. W sumie chyba z pięć razy. Niestety, początek jest ciężki w odbiorze. Ostatnio w to zimowe popołudnie przebrnąłem jednak przez dziwaczność stylu, klimatu, języka i … nie żałuję! Książka pomimo swej swoistości jest naprawdę piękna, mądra i przyjemna w lekturze. Treść wcale nie traktuje o wspomnianej Farhumie (to postać epizodyczna), ale o historii związku Izraelskiego geja. Związku z pięcioletnim stażem, a co się z tym wiąże bagażem doświadczeń i przemyśleń. Książka porusza wiele aspektów codzienności par gejowskich, jak choćby co w przypadku jeśli partnera odstręcza teściowa? jak długo się „docierają” charaktery? co jeśli jedno chce mieć dziecko? Oprócz takich, ważnych pytań w książce znajdziecie sporą dawkę ciętego humoru, nadto okraszoną żydowskimi mądrościami dotyczącymi np. piękna w brzydocie czy tajemnicy członka.

    Powiedziałbym krótko, to solidny pamiętnik związku z tematami uniwersalnymi, bo dotyczących wszystich, bez wzgdlęgu na szerokość geograficzną. Polecam ją wszystkim, i tym, którzy żyją w związkach – jako retrospekcję i tym jeszcze szukającym swej „pokrywki” – że użyję języka Avniego bo „każdy garnek ma swoją pokrywkę” – jako lustro, tak by nie musieli się uczyć na własnych błędach.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa