- homiki.pl - http://homiki.pl -

Tęczowy koliber na tyłku

[1]

(fragmenty)

Gdyby nie moja nieprzezwyciężona skłonność do ciągłego zadawania pytań w stylu „A dlaczego nie?”, prawdopodobnie do dzisiaj prowadziłbym spokojny żywot geja w wielkim mieście. Żyłbym sobie spokojnie, od czasu do czasu występując w klubach, prowadząc jakieś imprezy, czy organizując kursy dla modeli. Jednak wtedy z całą pewnością nie byłbym sobą. (…)

W roku 1998 pracowałem w redakcji lokalnego magazynu kulturalno społecznego “Puls Stolicy”. Pisałem dla nich reportaże z ciekawych wydarzeń związanych z Warszawą, ale także teksty ogólnospołeczne. Pewnego dnia dostaliśmy z Polskiej Agencji Prasowej informację, że pod Kolumną Zygmunta ma się odbyć pierwszy w Polsce happening osób homoseksualnych. Miało być dziesięć osób, które z zasłoniętymi twarzami miały trzymać kartki z nazwami zawodów. Organizatorzy chcieli w ten sposób pokazać, że geje i lesbijki są obecni w życiu społecznym i pracują w różnych zawodach. Sekretarz działu przydzielił mi fotoreportera i kazał jechać zrobić relację. Pojechaliśmy.

Przy wejściu na plac zamkowy zobaczyliśmy pod Kolumną Zygmunta ogromny tłum dziennikarzy. Wprawdzie do godziny rozpoczęcia happeningu brakowało jeszcze co najmniej pół godziny, ale brać reporterska dopisała. Kiedy podeszliśmy bliżej zobaczyliśmy, że na schodach pomnika stoi nerwowo się rozglądających dwóch chłopaków. “Gdzie tych dziesięciu odważnych?” pomyślałem.

Czas mijał nieubłaganie, reporterzy zaczynali się niecierpliwić, a ja widziałem, że chłopaki są coraz bardziej zdenerwowani. W końcu podszedłem do nich i zapytałem kiedy zaczynają. “Za chwilę” odparł starszy z nich. “A gdzie reszta?” – “Chyba nikt więcej nie przyjdzie”. Pomyślałem przez chwilę i doszedłem do wniosku, że dwóch zamaskowanych chłopaków będzie idiotycznie wyglądało na zdjęciach. Swoimi wątpliwościami podzieliłem się z organizatorami. Wzruszyli ramionami i powiedzieli, że nic nie są w stanie zrobić. Ludzie boją się, że ktoś ich może rozpoznać, nawet pod maską. Wtedy mnie coś trafiło.

Byłem gejem, ale nikt poza moim środowiskiem o mnie nie wiedział. Wprawdzie na uczelni, jako pierwszy zdecydowałem się poruszyć w pracy licencjackiej temat prasy gejowskiej, ale nie oznaczało to przecież przyznania się do homoseksualizmu. W redakcji nikt mnie o życie prywatne nie pytał. I nagle stanąłem w sytuacji, kiedy ktoś chciał pokazać, że życie w ukryciu nie jest najlepsze. A ja miałem stać z boku i to opisać. Czy mogłem sobie na to pozwolić? Pewnie tak, ale czy byłbym wtedy sobą?

Nie wiem co wtedy popchnęło mnie do tego kroku. Czy był to impuls chwili, czy może jakaś wewnętrzna potrzeba zerwania z życiem w szafie. Dziś nie umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Wtedy jednak byłem zdeterminowany. Mojemu zdziwionemu fotoreporterowi oddałem swoją kurtkę i podszedłem do chłopaków. “Dajcie mi ciemne okulary, czapkę i chustkę. Staję z wami” powiedziałem w miarę spokojnie. Byli w szoku. Szybko znalazła się dla mnie czapka, chustka i okulary. Na kartce papieru szybko zacząłem pisać “Jestem dziennikarzem”. Nie starczyło miejsca. Dlatego też na wszystkich zdjęciach widnieję podpisany “Jestem dziennikarz”.

Zaczęły pstrykać aparaty, kamery poszły w ruch. Widziałem konsternację na twarzy swoich kolegów po fachu. Oto jeden z nich, postanowił zerwać z tabu. Pokazać, że wśród nich też są homoseksualiści. Po odczytaniu apelu, rozeszliśmy się. Podszedł do mnie jeden z dziennikarzy z Życia Warszawy, który pogratulował mi odwagi. Nie wiedziałem wtedy co tak naprawdę zrobiłem. Z fotoreporterem wróciliśmy do redakcji, gdzie napisałem reportaż, który nigdy się nie ukazał. Następnego dnia na swoim biurku znalazłem wydanie Gazety Wyborczej, w której w dodatku stołecznym na głównej stronie widniało moje zdjęcie. Kilka minut później wezwał mnie naczelny i poinformował, że nie mogę dłużej u niego pracować. Że przekroczyłem granice.

Tak zostałem bez pracy. Przez kolejne dni odbierałem telefony od znajomych, którzy dopytywali się, czy to ja jestem na zdjęciu, gratulowali i trzymali kciuki. A ja wierzyłem, że wkrótce znajdę pracę w innej redakcji. Czas pokazał, jak bardzo się myliłem.

Do końca 1998 roku żyłem nadzieją, że szum minie, a ja załapię się w jakimś wydawnictwie. Jednak każda redakcja, do której zwracałem się z prośbą o pracę odmawiała pod byle pozorem. Tylko w Gazecie Wyborczej osoba rozmawiająca ze mną miała na tyle odwagi, by powiedzieć mi prawdę. Nikt nie chciał zatrudnić otwartego geja. Podobnie rzecz się miała w teatrze. Po tym wydarzeniu miałem więcej nie otrzymać propozycji statystowania w Powszechnym. Pamiętam rozmowę z dyrektorem administracyjnym, który powiedział mi, że nie może zatrudnić otwartego geja. “Na litość boską” – odpowiedziałem – “Przecież połowa zespołu to homoseksualiści” – “Tak, ale oni nie mówią o tym w telewizji”. Tak skończyła się moja przygoda z teatrem zawodowym. Z Parabuchem rozstałem się w atmosferze konfliktu. Nie potrafiliśmy się już tak dogadywać, jak przedtem. Czegoś zabrakło, coś się skończyło.

(…) Zaczęły się moje częste wizyty w mediach. Ponieważ dziennikarze zorientowali się, że w Polsce istnieją organizacje gejowskie, oraz że homoseksualizm jest ciekawym dla nich tematem, rzucili się na nas jak sępy. Wkrótce moja twarz przewinęła się przez większość stacji telewizyjnych, programów radiowych i dzienników. Miało to swoje dobre strony, bo mogłem pokazać, że gej to nie zboczeniec ukrywający się po kątach, lecz normalny żywy człowiek. Niestety całość miała także drugą stronę medalu.

Wśród moich sąsiadów nie brakuje młodych ludzi. Wielu z nich w tamtym okresie była w wieku licealnym lub studenckim. Dla większości było nie do pomyślenia, że w ich bloku może mieszkać pedał. Zaczęły się wyzwiska, później pobicia i atakowanie mieszkania. Kiedy kilka lat później rozmawiałem z dzielnicowym okazało się, że przez trzy lata w sumie wzywałem policję ponad 200 razy, średnio raz na tydzień. Zdarzyło mi się również gasić mieszkanie po rzuconej butelce z benzyną. We wrześniu 2001 roku zaatakowano mnie w miejscu pracy, gdyż przez krótki okres czasu udało mi się znaleźć pracę jako sprzedawca w barze szybkiej obsługi. Niestety, kiedy francuski właściciel baru dowiedział się, że zatrudnia geja, chciał mnie zwolnić. Nie dałem mu tej satysfakcji i sam odszedłem z pracy.

Podczas jednego z ataków, napastnik wyciągnął w moją stronę nóż. Nie udało mu się mnie dźgnąć, bo miałem przy sobie gaz pieprzowy i to go odstraszyło. Policjanci, którzy po przyjechaniu na miejsce obwozili mnie po okolicy „celem wykrycia sprawcy” zaproponowali mi, żebym kupił sobie broń. Jak sami stwierdzili, jak zastrzelę napastnika, ułatwię im pracę. Nigdy nie zdecydowałem się na ten krok, brzydząc się przemocą. Jednak Krzysiek przez cały czas mojej pracy w pobliskim centrum handlowym wychodził po mnie wieczorami z ciężką stalową patelnią w torbie. Ta patelnia kilka razy uratowała nam życie.(…)

foto: Szymon Niemiec
…………………..

Już 11 maja premiera autobiografii Szymona Niemca „Tęczowy koliber na tyłku”.

Autor: Szymon Niemiec
Wydawca: LGBT Press
Ilustracje: Lujeran
Wymiary: 140×190 mm
Ilość stron: 192
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-924191-1-2

Autorzy:

zdjęcie Szymon Niemiec

Szymon Niemiec [2]

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 6; nazwa: sz_niemiec