Pakt krwi

Fragmenty książki Naomi Alderman „Nieposłuszeństwo”.

Znałyśmy ten krzak hortensji od wielu lat. Pod nim stawałyśmy się niewidoczne, ukryte przed wzrokiem domu, niedostrzegalne dla oczu patrzących z boku czy z góry. I zapach. Pamiętam. Intensywny, słodki zapach więdnących hortensji i starej wilgotnej ziemi. Roślinna woń hortensji trwa we mnie do dziś. Kiedy na wiosnę mijam stojące przed Grand Central Stadion kubły z kwiatami hortensji, wyzwala migawkowe wspomnienia brudu pod paznokciami, burych swetrów i nagiej białości jej kolan, kiedy zdejmowałyśmy rajstopy.

Do szkoły musiałyśmy chodzić w grubych, nieprzezroczystych rajstopach, a to z obawy, by widok naszych nóg nie podniecił jakiegoś mężczyzny. Nauczycielkom z Dziennej Szkoły imienia Sary Rifki Hartog nie przychodziło, rzecz jasna, do głowy, że uczennica w rajstopach mogłaby obudzić męskie pożądanie. Esti przychodziła do mnie po szkole odrabiać lekcje. Więc chyba taki był tego początek. Letni upał, nasz bieg na górę do mojej sypialni, gorączkowe zdejmowanie rajstop, triumfalne wystawianie gołych nóg.

Na początku cieszyło nas samo przebywanie w miejscu, gdzie nikt nie mógł nas zobaczyć. Nikt, to znaczy, ojciec, który i tak by nie patrzył, i Bella, gosposia, która na ogół wychodziła przed naszym powrotem do domu. Na początku po prostu siadywałyśmy w naszej kryjówce, gadając, czytając książki albo patrząc w niebo poprzez kwietną geometrię. Ale tam się to zaczęło. Tak jak historia z krwią.

Dowiedziałyśmy się o tym w szkole, na lekcji geografii, w trakcie przerabiania obyczajów w starożytnych czasach. Mówiąc na ten temat, panna Cohen marszczyła pogardliwie nos i wydymała wargi, aby dać nam do zrozumienia, jakie to było prymitywne i obrzydliwe. Ale ja słuchałam i nie widziałam w tym nic obrzydliwego. Miałam uczucie, jakbym przypomniała sobie coś, o czym od dawna wiedziałam, albo przynajmniej słyszałam.

A potem Esti przecięła sobie kolano. Esti chodziła wiecznie podrapana i pokancerowana; nie zdarzało się jej prawie dotrwać do końca gimnastyki albo przejść przez boisko nie potknąwszy się przynajmniej raz. Jej dłonie i kolana były wiecznie pokryte mniejszymi i większymi strupami po świeżych, na pół zagojonych albo starych skaleczeniach. Tym razem rana na kolanie nie była zwykłym zadrapaniem; po upadku na potłuczone szkło, które ktoś zostawił na skraju boiska, musieli jej założyć pięć szwów. Uczennice jeszcze długo potem lubiły o tym opowiadać, wspominając z lubością owe „pięć szwów”, wyobrażając sobie, jak igła w trakcie szycia wchodzi i wychodzi z ciała. Rana była długa, półkolista, pokryta ściągniętymi przez szew wybrzuszeniami. Zupełnie, jakby kolano uśmiechało się, pokazując krzywe zęby. Rana została wprawdzie zeszyta, ale wystarczyło szarpnąć jej brzeg, aby po łydce Esti spłynęła strużka gęstej, świeżej krwi.

A oto, jak do tego doszło. Siedziałyśmy w naszej kryjówce, dysząc z gorąca. Esti przykucnęła z podkurczonymi pod szyję nogami, ja leżałam na plecach i wpatrywałam się w zielony dach liści. Obie miałyśmy rękawy bluzek zawinięte po łokcie, bose nogi, podniesione nad kolana spódnice. Było to lekkomyślne odsłanianie ciała. W szkole za taki strój spotkałaby nas surowa kara za nieprzyzwoite zachowanie. Esti pochyliła się nad swoim uśmiechniętym kolanem. Miałam na dłoni mały okrągły strupek wielkości pół-pensowej monety. Zdrapałam brązową skorupkę i patrzyłam z satysfakcją, jak na skórę wypływa różowy pączek krwi. Powiedziałam:
- Powinnyśmy zawrzeć siostrzany pakt krwi.
Spojrzała na mnie.
- Pamiętasz niedawną lekcję geografii? Zmieszamy naszą krew i staniemy się na zawsze siostrami.
Esti poruszyła się lękliwie, przycisnęła do siebie podkurczone nogi.
- Czy to będzie bolało?
- Tylko troszkę, wystarczy rozdrapać twoje kolano, żeby pociekła krew. Widzisz, moja ręka krwawi. Musimy zmieszać naszą krew. No, chodź.
Wyprostowała podkurczoną nogę, a ja szarpnęłam brzeg szwu, z którego najpierw zaczęła się sączyć biała ciecz, a potem krew. Mimo panującego upału, jej nogi były chłodne. Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że przygryzła dolną wargę, a oczy ma pełne łez.
- Tylko nie becz – powiedziałam. – Zachowujesz się jak małe dziecko.
Mocno ścisnęłam i podrapałam paznokciem rankę na swoim ręku, żeby krew lepiej płynęła. Przyłożyłam rękę do jej kolana, uważając, by dobrze dopasować nasze rany i połączyć jej krew z moją. Patrzyłam na Esti. Ona patrzyła na mnie. Koło mojego ucha zabrzęczał owad. Powiew wiatru poruszył liście nad naszymi głowami. Kilka ogródków dalej ktoś strzygł kosiarką trawę. Poczułam na czole kropelki potu. Pod moją dłonią, na nodze Esti zastygł krążek krzepnącej krwi, podobnej do rozwodnionej marmolady.
- Gotowe – oświadczyłam. – Odtąd jesteśmy siostrami. – Odjęłam rękę.
Esti popatrzyła na swoje wciąż krwawiące kolano, potem na moją zaróżowioną od jej krwi dłoń. Ujęła moją rękę, popatrzyła na nią, a następnie przyłożyła ją z powrotem do swego kolana i mocno przycisnęła; krew do krwi. Czułam chłód jej ręki na swojej dłoni.

[…]

Miałyśmy tamtego lata po trzynaście lat. Kiedy zawierałyśmy siostrzany pakt krwi. Dovida przez całe lato męczyły nieustanne bóle głowy. Wybierał się za rok do jesziwy, a tymczasem całymi dniami musiał leżeć w łóżku. Często po południu, kiedy dręczący go ból trochę ustępował, odwiedzałam go w jego pokoju, siadałam przy łóżku i gadaliśmy. Tak do tego doszło. Poznali się dzięki mnie.

Znali się, oczywiście już wcześniej, ale dopiero tamtego lata zaczęli z sobą naprawdę rozmawiać. Idąc do pokoju Dovida zabrałam ze sobą Esti, a potem mi powiedział, że ją polubił, bo jest taka cicha i spokojna. Byłam dumna, że zrobiłam mu przyjemność, trochę tak, jakbym podarowała mu książkę albo zabawkę, a ta przypadła mu do gustu. Od tej pory popołudniowa spędzaliśmy najczęściej na wspólnych rozmowach we trójkę w jego pokoju. Prawdę mówiąc głównie ja gadałam. Podejrzewałam, że gdyby zostali sami, siedzieliby tylko, nic do siebie nie mówiąc. Więc tego przynajmniej mogłam im oszczędzić.

Dovid poczuł się troszeczkę lepiej, odrobinę lepiej. Po trzech tygodniach bóle stały się rzadsze, nawiedzały go tylko co czwarty dzień, zaczął więc znów odbywać poranne nauki w gabinecie ojca, a po południu uczyć się w swoim pokoju. Niemniej znajdywał czas, by większość popołudni spędzać ze mną. Jeśli tylko w domu pojawiła się Esti. Długo nie zwracałam na to uwagi. Aż do ostatniego dnia wakacji.

Ostatni dzień wakacji wprawiał zawsze w stan niepokoju i obawy – przed powrotem do szkoły, przed wejściem na nowo w rolę uczennicy. Ojciec, który nie zdawał sobie z tego sprawy, przez całe popołudnie kazał mi załatwiać swoje sprawy – odnieść komuś książkę, odebrać tałesy od kogoś z sąsiedniej synagogi. Dość, że wróciłam do domu bardzo spóźniona. Na spotkanie z Esti, która miała przyjść pożegnać Dovida. On wyjeżdżał do Manchesteru, myśmy wracały do szkoły, słowem rozstawaliśmy się aż do zimowych wakacji. Pamiętam, jak się martwiłam biegnąc do domu, co oni zrobią beze mnie, jak okropnie będą się czuli zostawieni sam na sam ze sobą. Nie mając sobie nic do powiedzenia.

Biegłam coraz szybciej, tupiąc po chodniku obutymi w tenisówki nogami, długa spódnica obijała mi się o łydki, co zawsze budziło we mnie ochotę, by się od niej uwolnić i biegać bez sukienki. Po powrocie nie zastałam ich w saloniku na dole. Może są w pokoju Dovida? Popędziłam na górę. Pusto. Wyjrzałam przez okno. W ogrodzie nic się nie działo, tylko krzak hortensji lekko się poruszał. Zbiegłam na parter i przez kuchnię wypadłam do ogrodu.

Z kryjówki dochodził śmiech i szelest liści. Jednym susem wczołgałam się do środka. Dovid i Esti siedzieli w zielonym gniazdku z wesołymi minami. On, z wyciągniętymi przed siebie nogami, w pobrudzonych ziemią spodniach, z uśmieszkiem zadowolenie w kąciku warg. Ona, z gołymi, podkurczonymi nogami, w naciągniętej na kolana niby namiot spódnicy, dusząca się od tamowanego chichotu. Popatrzyli najpierw na mnie, potem na siebie, potem znowu na mnie.
- Och, Ronit! – pisnęła Esti. – Dovid opowiada takie śmieszne rzeczy…
Urwała, znowu spojrzała na Dovida, i oboje parsknęli śmiechem.
Tak naprawdę, nie zależało mi ani na niej, ani na nim. Po prostu spodziewałam się, że będą na każde moje zawołanie. Oczekiwałam, że będą robić to, co im każę i nie będą się sprzeciwiać. Byli zawsze tacy posłuszni.

Wyskoczyłam z kryjówki, wpadłam do kuchni, przebiegłam hall, wybiegłam z domu i popędziłam przed siebie, nie patrząc, dokąd ani po co. Musiałam po prostu gnać coraz dalej i dalej na nic się nie oglądając, co, jak potem zdałam sobie sprawę, było niebezpieczne, i miałam szczęście, że nie wybiegłam na jezdnię pod autobus, a tylko zderzyłam się z drzewem. Rąbnęłam z rozpędu łokciem w drzewo. Zderzenie było tak gwałtowne, że krzyknęłam na cały głos, a kiedy wykręciłam rękę, zobaczyłam głęboką ranę. Krew tryskała na chodnik. A zaraz potem poczułam ból.
Esti i Dovid pobiegli za mną do łazienki i zatrzymali się niepewnie na progu.
- Mogę coś zrobić? Bardzo cię boli? – pytała Esti.
- Musimy zawołać twojego tatę. Możesz dostać zakażenia – dodał Dovid.
Zamknęłam im drzwi przed nosem i przekręciłam klucz. Pamiętam kapiące do umywalki przerażające krople szkarłatnej krwi, zabarwiony czerwienią i różem wir spływającej wody, kiedy odkręciłam kran. Pamiętam swój płacz. I swoje zdziwienie, że płaczę. Pamiętam, jak spojrzałam w wiszące nad umywalką lustro, zobaczyłam swoją zapłakaną twarz i nie poznałam własnego odbicia.

Nie założono mi szwów. Umyłam ranę, zakleiłam plastrem ściągnięte brzegi i zsunęłam rękaw bluzki. Kiedy wyszłam z łazienki, Esti już nie było. A nazajutrz wyjechał Dovid. Po ranie zostało mi na łokciu nierówne wybrzuszenie i tkwiący pod skórą kawałeczek kory.

Pierwszego dnia w szkole nie powiedziałam ani słowa. Ani drugiego, ani trzeciego. Sama nie wiem, dlaczego. Esti i tak na pewno nie podejrzewała, co chodzi mi po głowie. Może pamiętałam, iż Bóg patrzy na mnie i dla niepoznaki, dla zmylenia Jego czujności chciałam kilkudniową przerwą oddzielić skutek od przyczyny. W każdym razie po wyjeździe Davida odczekałam cztery dni. I poczekałam aż po powrocie ze szkoły, trochę senne z gorąca, w rozpiętych bluzkach, wolne od rajstop, znalazłyśmy się w naszej kryjówce.
- Wiesz co, Esti? – powiedziałam. – Wymyśliłam nową zabawę.
Zaciekawiła się.
- Połóż się i leż bez ruchu, a ja będę cię rozśmieszać. Zgoda?
Przewróciła się na bok, plecami do mnie. Położyłam się obok niej na tyle blisko, by czuć ciepło jej ciała. Delikatnie połaskotałam zagłębienie jej szyi między uchem a ramieniem; miejsce szczególnie wrażliwe. Powiodłam leciutko palcami po jej ręce, ledwo muskając delikatne włoski. To była pierwsza część planu. Esti nawet się nie poruszyła. Przysunęłam się jeszcze bliżej, przywierając brzuchem do jej talii, a kolanami do jej nóg. Wsunęłam jej rękę pod bluzkę, muskając kciukiem okolice pępka, ale ona nadal nawet nie drgnęła. Zaczęłam się zastanawiać czy się nie pomyliłam. Co będzie, jeśli nagle poderwie się na nogi i zacznie krzyczeć, że zachowuję się obrzydliwie? Uniosłam głowę, by zajrzeć jej w twarz. Oczy miała zamknięte, a usta rozchylone uśmiechem. Jej oddech był wolny i płytki, policzki zarumienione. Lekko się poruszyła i otwarła oczy błękitne jak woda. Jej brzuch i uda były tak gładkie i miękkie jak ciało dziecka. Rozkoszne jak wino. Potem otarła się o mnie, wydając cichutkie westchnienie. Przewróciła się twarzą do mnie i dotknęła wargami moich ust.

Mówi się, że drzewo niedoli wyrasta z ziarna goryczy a owocuje rozpaczą. Co by było, gdybym jej nie dotknęła? Czy poszłaby za Dovidem lekka jak ptak, niczego nie świadoma? Czy gdybym nie istniała, osiągnęłaby spokój ducha, czy też jej niespełnienie znalazłoby inne ujście? Ale gdybym nie istniała, czy kiedykolwiek spotkałaby Dovida? Nikt, nawet ja, nie potrafi na to odpowiedzieć.

Wtedy, za pierwszym razem, nie bardzo wiedziałyśmy, co ze sobą robić. Wtulałyśmy się w swoje włosy, niezdarne i spłonione. Jednakże pod osłoną krzewu hortensji uczyłyśmy się powoli, stopniowo. Idąc za własnymi pragnieniami, kierując się instynktem. Po tym, jak jej usta przywarły do moich i grzech został popełniony, nie było już odwrotu. Wszystko się stało. Pamiętam, co poczułam, kiedy dotknęła czubka mojej piersi: podobne do tchnienia wiatru nagłe stwardnienie i zmarszczenie skóry. Pamiętam uczucie jakby porażenia prądem, zmysłowego podniecenie. Pamiętam, jak Esti drżała z rozkoszy. Pamiętam, że kiedy uczono nas później w szkole, że ludzie mają w sobie elektryczność a w ich ciałach płynie prąd, pomyślałam sobie: tak, to prawda, doświadczyłam tego we własnym ciele. Wszystkie te rzeczy przypominam sobie tylko czasami.

Nieposłuszeństwo (Disobedience) to debiutancka powieść brytyjskiej pisarki Naomi Alderman, nagrodzona prestiżową Orange Award for New Writers 2006. Wydana w Anglii wiosną tego roku, na długo przed premierą okrzyknięta „sensacyjnym debiutem”, powieść Alderman to fascynujący i dowcipny portret wieloetnicznego Londynu, ukazujący konflikt dwóch kultur: ortodoksyjnej londyńskiej społeczności żydowskiej z Hendon i świeckich Żydów nowojorskich. Porównania z Białymi zębami Zadie Smith i Brick Lane Moniki Ali powracają w niemal każdej recenzji.

Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy w Hendon umiera ukochany przez wszystkich rabin, a na pogrzeb przyjeżdża jego córka Ronit, która przed dziesięcioma laty wyjechała do Nowego Jorku w poszukiwaniu wolności… Portretując zamkniętą żydowską społeczność z Hendon, autorka przybliża czytelnikowi kulturę od wieków będącą częścią kultury brytyjskiej, ciągle jednak bardzo słabo znaną. Na tym tle osnuwa współczesną historię poszukiwania miłości, wiary i zrozumienia w świecie pełnym konfliktów między moralnością i seksualnością.

Na świecie prawa do książki kupiły największe wydawnictwa – w Anglii Penguin (za kwotę 120 tysięcy funtów i od razu łącznie z następną powieścią Alderman, jeszcze nienapisaną), w Niemczech Berlin Verlag (również razem z kolejną książką), we Francji Seuil.

Naomi Alderman urodziła się w 1974 roku. Dorastała w ortodoksyjnej żydowskiej wspólnocie w Hendon, gdzie obecnie mieszka, po wielu latach spędzonych w Nowym Jorku. Absolwentka Oxford University oraz University of East Anglia. Pracowała jako redaktorka oraz projektantka gier komputerowych. Parokrotnie nagradzana za publikowane regularnie krótkie formy literackie. Po sukcesie Nieposłuszeństwa pracuje nad swoją drugą powieścią. Blog pisarki: http://naomialderman.typepad.com.

Patroni medialni: Przekrój, Aktivist, Wirtualna Polska, Independent.pl

Naomi Alderman, Nieposłuszeństwo (Disobedience),
przeł. Ewa Krasińska,
Sic!, Warszawa 2006,
ISBN 83-60457-05-0,
248 s.,
cena 29,90 zł.

1 komentarz do: Pakt krwi




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa