Brunatniejący pejzaż

Die deutsche Fassung des Textes – klicken Sie hier

O polskiej atmosferze w dobie braci Kaczyńskich

W Polsce pod rządami nowego triumwiratu trwa „przebudowa i naprawa państwa, które jest ciągle mutacją peerelu” – stwierdza w wywiadzie dla Gazety Olsztyńskiej z 12 maja Jarosław Kaczyński. Prezes „Prawa i Sprawiedliwości” (PiS), pragnąc, „aby coś na lepsze się w Polsce zmieniło”, zachwala pożytki płynące z sojuszu z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, którzy zapewniają większość dla prowadzenia „bardzo potrzebnej Polsce polityki”. Wprawdzie nie wyjaśnia bliżej, na czym miałaby ona polegać, za to dokonuje frontalnego ataku na niedawną przeszłość, na stronnicze media i na sąsiadów, wreszcie – powołując się na Zdzisława Krasnodębskiego – na przekupną polską inteligencję. „Arcyidiotyczna polityka ludzi, którzy byli w ogromnej części na niemieckim utrzymaniu, żyli z niemieckich grantów i tworzyli aurę intelektualną nieustannego bicia się w piersi” o mały włos nie doprowadziła do tego, że od Polski zażądano by odszkodowań za drugą wojnę światową – ten moment „był już bliski!” Na szczęście – obwieszcza prezes PiS – w obronie zagrożonej Polski stanęły skrajne koła poselskie w poprzedniej kadencji sejmu. Ojczyzna została uratowana!

Jarosław Kaczyński, którego raczej trudno uznać za eksperta od spraw międzynarodowych, chce nas też uchronić od widocznej jakoby na zachodzie Europy tendencji do „radykalnego ograniczenia wolności słowa”. Można się domyślać, że z tego właśnie powodu koalicjanci od razu zaniechali wszelkiej politycznej poprawności, tak w mowie, jak i – coraz częściej – w czynie. Jest to w każdym razie najbardziej rzucający się w oczy element rewolucji, jaką nam zgotowało PiS. Partia, która wolność, patriotyzm, sprawiedliwość i tanie oraz skuteczne państwo wypisała na swoich sztandarach, de facto niszczy fundamenty państwa. Atakuje bowiem wszystkie po kolei instytucje państwa demokratycznego, w tym trzecią władzę – polskie sądy, i społeczeństwa obywatelskiego, którego tradycje sięgają w Europie średniowiecza, a w każdym razie wieku XVII. Ponadto rewolucyjna retoryka prezesa PiS wprowadza do debaty publicznej stały niepokój, a nawet pewne elementy autentycznej rewolucyjnej dynamiki rozwoju społecznego i politycznego, nad którą – jak uczy historia – trudno potem zapanować. Nie rozumieją tego najczęściej naiwni rewolucjoniści spod najrozmaitszych znaków. Nie będąc w stanie zaproponować nic sensownego, rzucają – jak na ostatnim zjeździe PiS – hasła w rodzaju „nowego przyspieszenia”, które co najwyżej wyrażają ich bezradność wobec skomplikowanej rzeczywistości. Na koniec rewolucja pożera wprawdzie swoje dzieci, tyle że chaos porewolucyjny trwa jeszcze długo.

Tymczasem zaplątany we własne sieci „polityk roku 2005”, Jarosław Kaczyński, nie waha się uderzać na ślepo w polską inteligencję, udzielać publicznych reprymend wskazanemu przez siebie premierowi, wreszcie podkreślać dokonań skojarzonego przez siebie triumwiratu. Faktyczny zaś bilans kilkutygodniowych rządów PiS w sojuszu z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin (LPR) jest po prostu dramatyczny. Wprawdzie gospodarka, głównie dzięki trendom ekonomicznym – sądząc po jeszcze szybszym wzroście ekonomicznym u wszystkich sąsiadów w Europie Środkowo-Wschodniej –, znajduje się w niezłym stanie, ale w sensie politycznym Polska zbliża się do przepaści, choć chcę wierzyć, że się w nią nie stoczy. Tej oceny nie mogą zmienić zalety premiera Kazimierza Marcinkiewicza – skromność, opanowanie, uprzejmość i spokojny, choć raczej mało rzeczowy język, który jakże różni go od zbrutalizowanego języka znacznej części jego kolegów. „Łże-elit” Jarosława Kaczyńskiego nie powstydziliby się najwięksi mistrzowie propagandy.

Mimo całej ostrożności względem porównań historycznych, nie można nie zauważyć, że w niektórych dziedzinach życia w Polsce czas jakby się cofnął aż do dramatycznych lat trzydziestych XX wieku – na szczęście na razie głównie w sferze werbalnej. Myślę nie tyle o niedawnych zdjęciach przedstawiających Młodzież Wszechpolską czy inne grupy młodzieżowych ekstremistów z rękoma uniesionymi w hitlerowskim pozdrowieniu lub ze swastykami, lecz przede wszystkim o niesławnej wypowiedzi wiceprezesa LPR Wojciecha Wierzejskiego, który na łamach Życia Warszawy zapowiada bicie „dewiantów”, gdyby ci zaczęli demonstrować. Poseł Wierzejski, prawa ręka wicepremiera i zarazem ministra edukacji Romana Giertycha, protestuje wprawdzie przeciwko wypaczaniu jego słów, które miały znaczyć tylko, że w Polsce nie będzie „świętych krów”, lecz uznanie tego zastrzeżenia prowadzi do jeszcze gorszej konstatacji, że mianowicie „bić pałami” można wszystkich, którzy w mniemaniu Wierzejskiego szerzą „dewiację i patologię”. Dzisiaj są to homoseksualiści, jutro będą ci, którzy nie staną – jak wyraził się Wierzejski (PAP, 1 czerwca) – „na straży interesów narodowych i dobrego imienia Polski i przyłączą się do międzynarodowej nagonki” na niego. Ileż trzeba niechrześcijańskiej pychy, aby walkę o swoją zagrożoną pozycję identyfikować z polskim interesem narodowym!

Niemal w żadnym innym kraju europejskim nie byłoby miejsca w politycznym establishmencie dla kogokolwiek zachęcającego de facto do przemocy. Natomiast w Polsce polityk, którym powinna zająć się prokuratura za sianie nienawiści do mniejszości, zajmuje poważne stanowisko i niemal wydaje polecenia tejże prokuraturze, wytaczając armatę przeciw garstce homoseksualistów i oskarżając ich – bez żadnych podstaw – o sprzyjanie pedofilii. Co gorsza, poseł, który na swojej stronie internetowej zamieszcza listę osób uznanych przezeń za homoseksualistów i publicznie wzywa do poddania ich „towarzyskiej nietolerancji, aby nie mogły potem … publicznie, odważnie chodzić i pokazywać swoich twarzy”, stał się medialną gwiazdą. Nie chcę przez to powiedzieć, że trzeba koniecznie lubić homoseksualistów i automatycznie zgadzać się na wszystkie ich postulaty, jednak nie wolno stwarzać wokół nich atmosfery zagrożenia, podobnie zresztą jak wokół innych grup mniejszościowych, bynajmniej nie tylko seksualnych.

Na tle obecnego rządu wicepremier Andrzej Lepper zdaje się prawdziwym Europejczykiem. Nie obraża się na Europę, gdyż zrozumiał tymczasem, że jest ona potrzebna Polsce, w tym i polskiej wsi. Trudno nie podziwiać metamorfozy Leppera, który z watażki i trybuna ludowego wyrasta na chłopskiego polityka. Trudno się też zgodzić z określaniem go notorycznym przestępcą. Ma on na sumieniu tylko jedno poważniejsze przestępstwo, pozostałe zaś jego przewinienia nie powinny w ogóle trafić na wokandę. W każdym kraju demokratycznym politycy wymyślają sobie z trybuny sejmowej. Przewodniczący parlamentów mają wystarczające narzędzia, aby dotkliwie karać niesubordynowanych posłów. W ogóle sądy powinny bronić nie tyle polityków, przynajmniej nie tych ze świecznika, ile zwykłych obywateli, którym obronić się trudniej.

Problem Leppera tkwi zupełnie gdzie indziej, a mianowicie w jego autentycznym podziwie dla systemów dyktatorskich, a przynajmniej dla ich polityki gospodarczej oraz socjotechniki stosowanej przez autokratów w dziedzinie propagandy. Pod tym względem przywódca Samoobrony niczego się w ostatnich latach, a nawet w ostatnich tygodniach nie nauczył. Co gorsza, otoczył się niedawno doradcami kojarzonymi jednoznacznie z barwą brunatną, którzy wszakże dostawszy się na salony, przekonują, że zbliżenie do ideologii rasistowskiej stanowiło tylko wybryk ich młodzieńczej natury. Kiedy jednak propagowali zespolenie ruchu narodowosocjalistycznego z ideą słowiańską i neopogańską, nie byli już bynajmniej nastolatkami, którym wiele można wybaczyć, lecz studentami, a nawet absolwentami uniwersytetów. Ich intencje były jasne – zwracali się przeciw społeczeństwu wolnych i równych ludzi, co czyni ich ulubione porównanie z młodzieńczym radykalizmem Joschki Fischera dość absurdalnym. Co więcej, nigdy nie odcięli się oni jednoznacznie od swoich poglądów. Niedawno na przykład nie potrafili dostrzec żadnych nieprawidłowości w wyborach na Białorusi, jak gdyby sam nierówny dostęp do mediów nie był podstawową „nieprawidłowością”.

W jaki sposób wicepremier Lepper godzi współudział w rządzie demokratycznej Polski z trudno skrywanym zachwytem dla polityki gospodarczej autokratów nazistowskich i postkomunistycznych, trudno dociec, mimo że on sam nie widzi w tym najwidoczniej żadnej sprzeczności. Podziwia przecież nie tyle samych dyktatorów, ile prowadzoną przez nich politykę gospodarczą. „Czy po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów w Niemczech nie spadła liczba bezrobotnych, czy gospodarka nie przyszła do siebie i czy nie budowano autostrad?” – pyta Lepper na łamach Die Presse z 31 maja. Podobnie w sprawie Białorusi fakty same mają mówić za siebie: „bezrobocie jest na poziomie 3 procent, widziałem tam dobrze funkcjonujące fabryki”. Nie po raz pierwszy więc wicepremier ocenia wyniki gospodarcze bez uwzględnienia kosztów społecznych i politycznych. Gdyby przyjąć jego rozumowanie, trzeba by całkiem poważnie wychwalać PRL czy NRD jako kraje, w których rozkwitła prawdziwa kultura demonstracji. Wszak nigdy przedtem nie było tak masowych manifestacji jak pochody pierwszomajowe. A do tego jakaż radość na nich panowała, jakaż zgodność partii i jej kroczących na czele przywódców z wdzięcznym za wszelkie dobra i łaski narodem! A że przy okazji trochę ludzi pobito a nawet zamordowano, trochę wsadzono do więzień i aresztów, innych zaś pozbawiono godności? Cóż, gdzie drwa rąbią, wióry lecą.

Prawdziwym problemem współczesnej Polski nie są jednak ani enuncjacje wicepremiera Leppera, ani opanowani fanatyzmem politycy LPR, która jest tylko jedną z wielu europejskich partii populistycznych bazujących na niechęci do obcych. Prawdziwym problemem jest PiS, największa partia polityczna w Polsce, która ich do udziału we władzy dopuściła i najwyraźniej nie potrafi zapanować nad przebiegiem zdarzeń. Instytucje państwowe zbyt często bowiem biorą w obronę, także przez zaniechanie, wszelkiej maści ekstremistów, którzy w atmosferze powszechnego przyzwolenia wylegli ze swoich nor, dając o sobie znać nawet w sejmie.

W takiej Polsce nie brak osób, które zaczynają się bać. Od pewnego czasu moi studenci bombardują mnie informacjami na temat rosnących w siłę środowisk rasistowskich. Nawet uniwersytety zatrudniają wykładowców z brunatną metryką. Masowy pokaz nietolerancji i agresji obserwowaliśmy podczas tzw. marszu równości w Poznaniu, a mimo to policja nie pomogła zaatakowanym, chociaż otaczał ich groźny tłumek, skandujący „Pedały do gazu!” – znów hasło o brunatnej proweniencji. Ewa Wójciak, dyrektorka Teatru Ósmego Dnia z Poznania, alternatywnego teatru znanego ze swej opozycyjnej postawy w PRL, konstatuje, że woli nie odwiedzać miejsc, gdzie mogłaby zostać napadnięta, po tym, jak w Warszawie pchnięto nożem młodego antyfaszystę, znajdującego się na czarnej liście organizacji „Krew i Honor”. Środowiska, które w innych krajach demokratycznych są poddawane stałej inwigilacji i społecznemu ostracyzmowi, w Polsce zdają się być odskocznią do kariery. W Polsce „Prawa i Sprawiedliwości” dostały wręcz wiatr w żagle. I biorąc pod uwagę retorykę wielu posłów, jak i niechęć państwa do działania w obronie mniejszości, nie jest to bynajmniej kwestią przypadku. Nie można na szczęście mówić o bezpośrednim wspieraniu ekstremistów przez państwo, ale państwo tworzy powszechną atmosferę przyzwolenia. Policjanci przyznają, że od pewnego czasu otrzymują coraz więcej sygnałów o pogróżkach wobec mniejszości narodowych, politycznych i seksualnych. Niemniej dopiero rasistowski atak na naczelnego rabina Polski spowodował, że – w obawie przed międzynarodową opinią publiczną – nakazano policji podjąć pierwsze poważniejsze kroki przeciwko rozpanoszonym w Polsce środowiskom rasistowskim. Powołano też wreszcie zespół do monitorowania takich zagrożeń, jak gdyby nie można tego było zrobić wcześniej.

Jak jednak poważnie zwalczać nietolerancję w szkołach, kiedy ministrem edukacji jest odnowiciel Młodzieży Wszechpolskiej, organizacji w znacznej mierze odpowiedzialnej za szerzenie atmosfery nietolerancji? Na to pytanie trudno oczekiwać odpowiedzi od policji. W demokracji nie wystarczy, by premier i jeden z wicepremierów (Ludwik Dorn) publicznie oznajmili, że wolą nie zapisywać dzieci do Młodzieży Wszechpolskiej czy posyłać ich do szkół kierowanych przez wszechpolaków. Nie wystarczy też na łamach austriackiej gazety strofować innego z wicepremierów za wygadywanie „głupstw” na temat hitlerowskiej ekonomii. W demokracji potrzeba czasami trudnych decyzji politycznych, a tych raczej nie można się spodziewać, gdyż oznaczałyby to koniec obecnej koalicji i w konsekwencji nowe wybory, po których LPR znalazłaby się prawie na pewno poza parlamentem. Mimo zatem sporego optymizmu wpisanego w moją naturę, nie mogę się pozbyć obaw co do dalszego rozwoju Polski, zwłaszcza że – wbrew opinii Jarosława Kaczyńskiego – tradycje polskiego republikanizmu, mimo że długie i wspaniałe, są bardzo odległe. O wiele bliższa i o wiele żywsza jest u nas tradycja nietolerancji wobec mniejszości. Antysemickie książeczki dostać można w wielu kioskach, a nawet w kościołach; nie byłoby ich tam, gdyby nie znajdowały nabywców. Z rasistowskimi wypowiedziami spotkać się można niemal na każdym kroku, nawet wśród ludzi z politycznego establishmentu, niezależnie od ich lewicowej czy prawicowej proweniencji; nie chwaliliby się swoimi poglądami, gdyby wiedzieli, że nie mają słuchaczy. Premierowi Marcinkiewiczowi, który nie może dostrzec w Polsce przejawów nietolerancji, proponuję przechadzkę w przebraniu za Murzyna, najlepiej w towarzystwie białej dziewczyny. Zresztą w kraju, w którym panuje tak ogromne bezrobocie wśród młodych, i gdzie partie centrowe kompletnie zawiodły, brak tolerancji uznać można raczej za normę niż odstępstwo od niej. Nie chcę tutaj bynajmniej powiedzieć, że w innych krajach europejskich nie ma przejawów nietolerancji. W samych Niemczech spotkałem się z nią kilkakrotnie, nawet w berlińskich bibliotekach publicznych. Rzecz w tym, że gdzie indziej państwo zdecydowanie walczy z ekstremistami, podczas gdy u nas zdaje się puszczać do nich oko, dając im poniekąd do zrozumienia, że mają wspólnych wrogów. W każdym razie dokładnie tak odczytują postawę państwa wszelkiej maści ekstremiści. Przypomina to po trosze Niemcy zaraz po zjednoczeniu, kiedy przez chwilę państwo zdawało się jeszcze bardziej bezsilne wobec nietolerancji, której nie potrafiło zgnieść w zarodku, umizgując się na dodatek do radykalnej prawicy. Można mieć tylko nadzieję, że i w Polsce będzie to podobna chwilowa „czkawka”, zwłaszcza że jest powszechnie znaną regułą, iż partie skrajne, kiedy znajdą się u władzy, szybko tracą na znaczeniu, gdyż ich demagogiczne rozwiązania na nic się nie przydają. Sondaż z końca czerwca pokazuje, że tylko 11 procent Polaków uważa, że Roman Giertych sprawdził się jako wicepremier i minister edukacji, podczas gdy aż 74 procent respondentów ma zdanie odwrotne.

Mimo upływu lat i mimo zmienionej sytuacji w Polsce i jej otoczeniu godzi się przypomnieć, że wśród organizacji, które wiodły ongi prym w krzewieniu przemocy, znajdowała się właśnie Młodzież Wszechpolska. W końcu lat trzydziestych XX wieku potrafiła ona sterroryzować polskie szkoły, uniwersytety i ulice, atakowała żydowskie sklepy, podkładała bomby, biła koleżanki i kolegów ze szkolnych ławek, a w ramach walki o „Polskę dla Polaków” nie wahała się napadać na Polaków, chcących zakupić towary w żydowskich sklepach. Warto o tym wszystkim pamiętać, szczególnie że w niejednym wypadku napady zakończyły się śmiercią pobitych. I wtedy wprawdzie państwo nigdy nie wsparło oficjalnie bojówek antyżydowskich, ale stworzyło klimat, w którym mogły one działać. Wystarczyło zaniechanie. Nasi politycy zapominają, jaką wagę ma słowo, od którego wszystko się z zasady zaczyna.

Większość Polaków źle przyjęła powstanie koalicji PiS-u z Samoobroną i LPR. Wedle sondażu OBOP z ostatnich dni maja tylko 12 procent respondentów jest przekonanych o pożytkach płynących z jej zawiązania. Co więcej, jedynie połowa zwolenników PiS uważa, że sprawy kraju zmierzają w dobrym kierunku. Prawdziwy problem stanowi jednak nasza obojętność. Aż 43 procent Polaków na pytanie, „czy dobrze, że powstała koalicja” udziela zatrważającej odpowiedzi: „wszystko jedno”. W praktyce pozwala to politykom nie brać pod uwagę nastrojów społecznych. Obojętni i bierni są więc w równym stopniu wrogami wolności co fanatycy: nie broniąc jej, zagrażają jej pośrednio, o czym pisał już w 1957 roku w eseju o tolerancji Zygmunt Kubiak. Tymczasem fanatycy przystrojeni w patriotyczne biało-czerwone piórka „prawdziwych Polaków” zagrażają już dzisiaj rozwojowi Polski jako normalnego, europejskiego kraju. Ich manicheizm i ich rzekomy patriotyzm, rodem z zupełnie innego świata, na pewno nie stanowią panaceum na obecne polskie bolączki. Nie można dopuścić do tego, aby na skutek naszej bierności stosunkowo nieliczni fanatycy przejęli w Polsce rządy i wysłali Europie sygnał, że obowiązują u nas inne standardy wrażliwości niż gdzie indziej.

We wspomnianym na początku olsztyńskim wywiadzie Jarosław Kaczyński nie wyjaśnia, dlaczego pracujący na uniwersytecie w Bremie prof. Krasnodębski nie jest zdrajcą, mimo że właśnie on faktycznie „żyje za niemieckie pieniądze”. Wynikałoby z tego, że jeśli się nie chce być oskarżonym o szkodzenie polskim interesom narodowym, należy się zgadzać w poglądach na polską rzeczywistość polityczną z prezesem PiS-u, podobnie jak w sprawach traktowania mniejszości seksualnych należy być zgodnym z wiceprezesem LPR. Również Roman Giertych, prezes LPR, jest zdania, że nasi posłowie w parlamencie europejskim, którzy głosowali przed kilkoma dniami za przyjęciem rezolucji w sprawie narastania nietolerancji między innymi w naszym kraju, opowiedzieli się „przeciwko Polsce”. Mamy tu więc do czynienia z bardzo groźną tendencją do duchowego zawłaszczania Polski przez jedną tylko opcję polityczną. Jeśli tak ma wyglądać Polska braci Kaczyńskich, to nie widzę dla siebie innego wyjścia, jak przeciwstawiać im się wszelkimi metodami dostępnymi społeczeństwu obywatelskiemu. I bardzo chciałbym wierzyć, że nasi europejscy przyjaciele nie pozostawią w osamotnieniu ani mnie, ani innych myślących podobnie mieszkańców Polski.

Jan M. Piskorski (ur. 1956), profesor historii porównawczej Europy na Uniwersytecie Szczecińskim, profesor gościnny uniwersytetów w Moguncji i Halle, publicysta, tłumacz. Ostatnio opublikował m.in. Polacy i Niemcy: Czy przeszłość musi być przeszkodą, Wydawnictwo Poznańskie 2004, oraz szereg artykułów m.in. na łamach miesięcznika Więź oraz tygodnika Polityka.

:: Poprzyj akcję „Dziewięcioro sprawiedliwych” na stronie popieram.pl.

:: Przeczytaj więcej o akcji na naszych łamach.

Autorzy:

zdjęcie Jan M. Piskorski

Jan M. Piskorski

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 181; nazwa: Jan M. Piskorski

1 komentarz do: Brunatniejący pejzaż




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa