End nał pliz tejk jor sits komfortabli…

A teraz proszę wygodnie usiąść, zapraszam na wycieczkę…
End nał pliz tejk jor sits komfortabli end endżoj de trip…

Autor uprzejmie informuje, że on sam jak i przedstawieni bohaterowie zostali wygenerowani przez komputer Commodore 64.

Ja tu sobie przeglądam w co wdepnąłem, czyli homiczą norę i widzę kilka ciekawostek. Po pierwsze, prawdziwą karierę przeżywa temat rodzicielstwa osób homoseksualnych. Szanowni czytelnicy mają dużo do powiedzenia, tylko nie wiem czemu o Matce Boskiej. Widzę, że nieśmiało temat rodzicielstwa trafia na salony. W innych językach naszego kontynentu do słowników już trafiają specjalne wyrazy opisujące zjawisko. U nas projekt ustawy o związkach partnerskich, jakkolwiek po sieczce międzyresortowej wyszedł on badziewny, o dzieciach nic nie mówił. Zresztą same organizacje działające na rzecz homo uporczywie twierdzą, że tematu nie ma. Nie? Czasem zdarza się, że w pociągu typu Tanie Linie Kolejowe przy jajach na twardo gawiedź opowiada sobie co o czym myśli. Adopcja przez pedałów, tak to się w TLK nazywa. A czy ja jestem niby bezpłodny? Czytelnik homików.peel w komentarzu innemu koledze już na to pytanie odpowiedzi udzielił – „to znajdź se dziewczynę”. Przyznam, że do dziś szukam szczęki, bo mi się gdzieś ze śmiechu potoczyła – przepraszam za spoufalanie się, to dopiero mój drugi tekst. Jest niedobrze, sami siebie nie znamy. Chcecie dowiedzieć się jak bardzo nie-inni i nudni jesteśmy, my homopolo?

No to poczytajcie dalej.

Niedawno miałem tą „przyjemność” odwozić matkę, na imię jej Wanda, miła starsza pani, do wieloletniej przyjaciółki Stasi mieszkającej w pewnej willowej miejscowości, pełnej chawir lokalnych VIPów obsługujących naszą pożalsięboże metropolię. Matka ma, Wanda, spędza zimową porą czas na przypominaniu mi o konieczności nakładania szalika, czapki i rękawiczek. Ale do rzeczy. Aby nie zmarnować weekendu i jeździć wtę i wewtę (staruszkę obiecałem też odebrać), wprosiłem się z wizytą do wieloletnich znajomych. W dniu dzisiejszym dla naszych potrzeb nazywać się będą Antoś, Artur, Anielka i Asia. Korzystając z okazji wszelkie wymienione dotychczas osoby serdecznie pozdrawiam.

Antosia poznałem w mrocznych czasach, gdy czekolada zawierała margarynę i była na kartki. Był bardzo grzecznym chłopcem z sąsiedniego podwórka i chętnie pożyczał erefeńskie foremki (rodzice byli w partii). Odnalazłem go wiele lat później, gdy w telewizorni pokazywali, jak się zabija Czauczesku i burzy mur berliński. Przedstawił mi wtedy na jakiejś instytutowej imprezie ku czci rządu Tadeusza Mazowieckiego swego „kuzyna” Artura. Artur przyjechał z mikroskopijnej wioski, drogę na studia otworzyły mu dodatkowe punkty za robotnicze pochodzenie (takie czasy mieliśmy, he). Szybko okazało się, że chcąc nie chcąc zostałem jedynym powiernikiem tej dwójki, bo innych ciotek nie znali. Pewnego dnia, gdy rozkręcił się szał Balcerowicza i Antoś, pod protekcją taty, dorobił się pierwszych pieniędzy, pokazali mi pozyskane jakoś właśnie mieszkanie. Ku memu początkowemu zdziwieniu miało ono jeszcze jedną pełnoprawną lokatorkę. Była nią Anielka. Anielka ile się dało korzystała z koniunktury. W tamtych czasach tytuł magistra historii naszej uczelni wystarczał, by załapać się do rady nadzorczej nowopowstającego wydawnictwa promującego wieczną konsumpcyjną szczęśliwość. Anielka jest bi. Jak się okazało, Antoś i Artur też. W czasach studenckich, sami nieurodziwi, wyrywali rozmaite koczkodany po mlecznych barach. Tymczasem zapragnęli ustatkować się. Anielka pokochała Artura i tak już zostało. Nieco później przyprowadziła sobie koleżankę, Asię, w której zadurzył się też Antoś. W ten sposób mieszkanie miało już czterech lokatorów i – zważywszy na sukcesy zawodowe Antosia i Anielki, przyszedł czas by rozejrzeć się za większym i wygodniejszym. Rodziny nie oponowały i do takiego rozwiązania podchodziły ze zrozumieniem. Nadal żywa była wizja trudności i braków na rynku mieszkań. Ich czworokąt nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Ot, bliscy przyjaciele, pomagają sobie jak mogą, choć o zjawisku współlokatorstwa nie pisano jeszcze wtedy w „Polityce”.

W 1993 roku Anielka i Artur oraz Antoś i Asia wzięli ślub. Tego samego dnia, w tym samym kościele, razem wesele. Wedle relacji dla najbliższych przyjaciół w myślach podczas przysięgi wypowiadali w skupieniu dwa imiona. Na przykład Artur Antosia a następnie Anielki. Wedle opowieści pierwszy tydzień wspólnej podróży poślubnej panowie i panie spędzili osobno, kolejny przeznaczony był dla par mieszanych. Asia i Anielka wspólnie przeżywały ciążę. Pierwsza dwójka dzieci urodziła się zimą 1994 na 1995r.

Dziś dawny czworokąt jest ośmioboczny. Dołączyli Żanetka, Żorżyk, Zenek i Zośka. Żana i Żorż niebawem pójdą do gimnazjum. Zenek i Zocha to maleńkie urwisy, bardzo mi się podobało, gdy raczyły pójść spać i zapanowała cisza. Nie ma już mieszkania, jest bliźniak w podmiejskich Vipowicach. Antoś i Anielka nadal koszą niezłą kasę. Podobno mają nawet akcje Agory. Ich kochania zadawalają się posadami urzędnika i nauczycielki.

Bliźniak z zewnątrz niczym nie wyróżnia się wśród innych koszmarnych kloców w okolicy. Jedynie piękna zieleń ratuje tą miejscowość przed estetyczną zagładą. Różnicę dostrzeże bystre oko zaproszone do wnętrza. Dwa mieszkania dyskretnie zlewają się w jedno. Telewizor ogląda się tylko u Asi. Gotuje u Artura. Lekcje odrabia z Antosiem. Ksiązki i inne bibeloty koordynuje Anielka. Ośmiobok fantastycznie funkcjonuje. Informując ich o mym perfidnym planie sportretowania, usiłuję wyciągnąć od państwa „4 razy A” trochę szczegółów z codzienności. Antoś zgadza się ze mną, że bi są najmniej obecni w przestrzeni publicznej, choć rozmaite organizacje pozarządowe opisują się jako „działające na rzecz osób homo, bi i transseksualnych”. W sieci najbardziej widoczni są poprzez pornoatrakcje Sławomira Starosty. Cóż, z drugiej strony łatwo im pozostać z własną tożsamością i osobistymi wyborami niezauważonym. Anielka opowiada jak to jest odczuwać pożądanie wobec obydwu płci. Ocenia, że stworzony przez nich czworokąt to jak dla niej rozwiązanie idealne. Nie znają osobiście podobnych, innych państw „4 razy A”, chyba, że z sieci. W telewizji satelitarnej „Cyfra Plus” widzieli reportaż z Francji. Asia opowiada głównie o swym przeżywaniu Boga poprzez miłość do dzieci i małżeństwo z Anielką i Antosiem. Bóg to jej ulubiony temat, jest protestantką. Chłopaki przeżywają olimpiadę i omawiają walory Jagny Marczułajtis.

Starsze dzieci wiedzą i się nie dziwią. W Vipowicach większość ma rodziców rozwiedzionych i raczej tej czwórce zazdrości nadkompletu. Pod tym względem są statystycznie konserwatywną częścią zamieszkałej gminy. Do czworga rodziców mówią po imieniu, ale nigdy na „ty”. „Anielko, czy Anielka może mi pomóc.” To jeden z pomysłów na wyróżnienie czteroosobowej grupy rodziców z tłumu. Nie ma problemów z „za długim językiem”. Z resztą nikt się tym nie interesuje. Była jedna wścibska, trafiła się, taka kuma od którejś z teściowych, co zadawała pytania. Same dzieci zamknęły jej usta. Są zaskakująco mądre – ocenia Antoś. Z inicjatywy Anielki są pod opieką, nadzorem znajomego zaufanego, choć krytycznego specjalisty, tak dla świętego spokoju. Nic według niego się nie dzieje. Żaneta, najstarsza, wkracza w czas buntu. Poszukuje właśnie zaspokojenia potrzeb duchowych i metafizycznych. Dostała zaproszenie do podwórkowego kółka różańcowego, ale zrezygnowała, gdy jej powiedzieli, że dzieci protestanki się tu nie obsługuje. Nie mają zwierząt, Żorżyk jest uczulony.

Artur jest zdania, że nie ma z czego robić szopki. Chwali sobie dzień, gdzie postanowił przeżyć życie zgodnie z tym, co dostał od natury. Pozostała trójka się zgadza i instynktownie przytula. Dopijam sok.

Oczywiście powiecie od razu, że to jakieś bogate snoby, które stworzyły sobie fortecę i żyją szczęśliwie za murem. Po pierwsze, nie za murem, tylko żywopłotem. Po drugie, wedle obecnie panujących nam decydentów, prawdziwi, „zwykli Polacy”, mieszkają w blokach i się cieszą, że mają co jeść. Dobra, poszukajmy homorodzin dzieciatych w blokach.

Wracając ze świata podmiejskiego burżujstwa, już po odstawieniu Mamy, Wandy, do domu, wstąpiłem do innych znajomych na osiedle B. Zostawiwszy z bólem serca samochód na pastwę użytkowników giełd motoryzacyjnych, wjechałem windą o poprzepalanych guzikach na 13 piętro, do mieszkania Kamila, Kuby i Lenki. Lenka to córka Kuby i Lucyli. Kuba i Lucysia byli małżeństwem, cztery lata. Poznali się jeszcze w liceum. Wedle obyczajów osiedla B. ślub bierze się na drugim roku studiów, najpóźniej. Albo po powrocie z wojska. Wzięli na piątym. Zdumienie wywołał fakt, że rok po zawarciu małżeństwa nie ma dzidzi, pani z kiosku zaczęła się niepokoić. Lenka przybyła z rocznym opóźnieniem. Kuba zdążył już poznać Kamila, a Lucyla wkurzyć się na pranie-sranie-gotowanie. Załapała pracę. W zawodzie. Tuż po macierzyńskim. Kuba był zawsze jej dobrym kumplem, co z tego, że byli małżeństwem. Ze zrozumieniem i bez żalu przyjęła decyzję Kuby o wyprowadzce do Kamila. Wzięli rozwód, nie rozstali się. Kuba i Kamil wprowadzili się do starego mieszkania, to Lucyla znalazła sobie nowe, dwa bloki dalej. Awansuje, może się przeprowadzi do osiedla K., tam mają płoty i monitoring. Lenka mieszka z chłopakami, sąd przyznał ojcu opiekę. Lucyla ma czas na pracę, siebie i nowego mężczyznę. Chce mieć z nim dziecko. Po trzydziestce trójce, jak już będzie głównym specjalistą. Mała Lenka jest tatusiów. Tatusiowie marzą o zawarciu związku partnerskiego. Kamil oficjalnie jest dla Lenki obcy, choć to on prowadzi ją do przedszkola.

Blok reaguje rozmaicie. W zasadzie ma pilniejsze sprawy. Większość mieszkańców albo wraca po 21 z siedziby koncernu zrobiwszy zakupy w tesko za pętlą tramwajową, albo jest objęta jakimś programem pomocy społecznej czy antyalkoholowym. Co kto dostał. Kamila raz poturbowano, na początku, koledzy Kuby z liceum. Miejscowy dzielnicowy sypiał swego czasu z Kubą i Lucylą w trójkącie, więc ok., interwencja poskutkowała. A z resztą, są tylko mieszkaniem nr pięćset coś. Zatonęli w morzu niepamięci. Pijemy kawę z ospodeczkowanych szklanek.

Pokolenie, do którego chyba z racji roku urodzenia należę, jest o tyle specyficzne, że pedalicja już nie wstępowała do klasztoru albo nie warowała się w kołtuńskich, komuchoburżujskich małżeństwach, ale jeszcze nieczęsto odważała się, jak moi młodsi koleżanki i koledzy, żyć otwarcie zgodnie z własną tożsamością. Tak się rozglądam w notesie z telefonami i mejlami. Większość wzięła ślub, by teraz pod wpływem bezczelności młodszych rozwodzić się i wiązać z „kuzynami” i „siostrami”. Pozostaje z tych biografii sporo dzieci, trochę łez, sporo zrozumienia.

Po co was tym zanudzam? Może po prostu, obok walorów rozrywkowych mego nawijania, byście zauważyli i wyzbyli się kompleksu nigdy-nie-dzieciatego-geja-nigdy-nie-zaznającej-macierzyństwa-lesbijki? Polska nie jest na „to” gotowa? A jest gotowa na życie? Niedawno kumple z K., gówniarzeria, świeżo upieczeni panowie mgr, oświadczyli, że będą mieli dziecko. Oni i koleżanki. Czworokąta nie będzie. Będą dwie jednopłciowe rodziny z dziećmi.

Autorzy:

zdjęcie Ireneusz Szaniawski

Ireneusz Szaniawski

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 157; nazwa: IreneuszSzaniawski




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa