- homiki.pl - http://homiki.pl -

A teraz opowiem Wam historię

End nał let mi tel ju a story…

I autor i bohater są wytworami wyobraźni.

Mam to szczęście, że urodziłem się na tyle późno i mam na tyle pragmatyczny charakter, że zaszczutym gejem nigdy się nie poczułem. Jakieś drobne incydenty i ziejące „autorytety” z telewizorni dobrego humoru mi nie zepsuły. Paniczny strach przed wykryciem bycia lesbijką, gejem znam jedynie z opowiadań i obserwacji starszych lub mniej odpornych na spojrzenie innych koleżanek i kolegów. Żyjemy jednak w pięknym kraju, w którym uprzedzenia i kompleksy, czyli uprzedzenia wobec samego siebie, mają się całkiem dobrze. I może się to nie zmieni dopóki badziewna i martyrologiczna pozostanie szkoła a parlamentarzyści budować będą dla siebie salki „rekolekcyjne” przy Świątyniach Opatrzności.

W kontekście Brokeback, gdzie Ennis był właśnie tym zaszczutym i zaszczuwanym przez samego siebie, zacząłem się nad sprawą zastanawiać nieco na przykładzie pewnej znanej mi osoby, bardzo dalekiej, nawet tego człowieka nie lubię. Dowiecie się zaraz dlaczego. Nigdy nie rozmawialiśmy, choć ostatnio miałem ku temu okazję. Nie chciałem. Znam go raczej z tego, co widzę i z tego, co mi opowiedzą albo raczą pokazać. Jest gejem. A raczej homoseksualistą, albo lepiej: mężczyzną utrzymującym kontakty seksualne z mężczyznami, bo gejów się brzydzi i robi wiele by im dokuczyć (a miewa ku temu sposobność). Pewnie sam nawet nie nazwał się homoseksualistą.

Znajomy ten, wyobraźmy sobie, że na przykład ma na imię Jerzy, dziś już starszy pan w jako tako skrojonym płaszczu, pochodzi w zasłużonej dla kraju rodziny. Dzieciństwo wraz z rodzeństwem spędził raczej szczęśliwe, rodzice dbali o rozwój artystyczny dziecka. Dziewuchy nie interesowały go nigdy. Pobożna mama cieszyła się z celibatu syna, celibatu, który początkowo młody Jerzy narzucił sobie sam. Jerzy dowiedział się od taty, od zakonnicy na potajemnych katechezach (takie były czasy) i z kursu higieny, że istnieją tacy podli mężczyźni, co ten tego, wiecie, i lądują w więzieniu albo piekle. Potwierdziło się, bo był taki wujek Edek, nigdy niezapraszany na wigilię, co w końcu wyjechał do Kanady z wilczym biletem. Polucje nocne wywoływały u młodego Jerzego koszmary, brzydził się wtedy swego ciała, ale nikomu nic nie mówił.

Niestety! Człowiek jest ułomy, grzeszny, podatny na podszepty złego (tak się potem Jerzy tłumaczył). Został oczywiście uwiedziony, przecież były ministrant, którego rodzice pomimo tylu okazji i pokus nie wstąpili do partii, nie zrobiłby nigdy z własnej inicjatywy czegoś takiego! Ale gdy raz się skosztowało… W Warszawie nie istniał jeszcze Dworzec Centralny, tu Jerzy w chwilach słabości zaglądał w późniejszych latach, ale w rejonie pl. Trzech Krzyży już działały, jak dziś!, kawiarnie (wtedy to się tak nazywało) gdzie spotykali się „tacy” mężczyźni. Ze zdumieniem Jerzy odkrył, że chadzają tam w kapeluszach o baaardzo szerokich rondach także jego koledzy z instytutu! Zaczęło się, powstało towarzycho. Jerzy kilka lat czuł się lepiej. Seks był dobry dopóki się o nim nie mówiło. Przestał się z sodomii spowiadać. Był dumny, gdy kolega, przez kilka miesięcy nazywany nawet kuzynem (tak to się kiedyś mówiło), habilitował się. Jak super pieprzyć się z profesorem! Ale profesor wziął ślub, tak przecież trzeba.

Jerzy opamiętał się i zaangażował na 100% w działalność opozycyjną. Wtedy też nastąpił okres dworcowy. Na szczęście znajomy z czasów pl. Trzech Krzyży ukończył seminarium i dostęp do sakramentu pokuty stał się mniej krępujący. Gdy sporo zaczęło dziać się na wybrzeżu, Jerzy wyjechał za siostrą, która tam prowadziła karierę naukową. Doczekał w Gdańsku roku 1989 nie osiągnąwszy wiele. Był tam jednak. Z tego okresu informacji o prywatnym życiu Jerzego nie posiadam. Nowym znajomym nie tłumaczył się ze swego staropanieństwa, a pytania były koszmarnie krępujące. Jerzy fukał i się obrażał. Nie wiadomo też, czy i w jakim zakresie Jerzy ucierpiał podczas akcji „Hiacynt”. Być może wcale, zaszył się. O prowadzonych przez MO i ubecję działaniach dowiedział się od kumpla poznanego jeszcze w Warszawie – część towarzycha kawiarnianego zachowała ścisły kontakt i zdradzała małżonki potajemnie już jako opozycja. Ale nie ze sobą, pojawił się młody i ambitny narybek, głownie z ziem odzyskanych. Do teraz z jedną z tych osób, w moim wieku, Jerzy potajemnie się spotyka (i to przede wszystkim ten koleś ma za długi język).

Kim dziś jest Jerzy? Transformację przeszedł nieźle. W okresie wolnej amerykanki lat dziewięćdziesiątych ustatkował się, wreszcie. Doczekał się mieszkania. Z siostrą założył rodzinny interes, który na serio wypłynął dopiero niedawno. Mieszka z psem i bardzo go lubi. Nie lubi pedałów, co nie przeszkadza mu otaczać się młodzieńcami (jeszcze, już siwieją) poznanymi w latach osiemdziesiątych. To wierni kamraci myślący jak Jerzy. Dał im pracę w firmie. Są raczej posłuszni, też miewają potrzeby, ale, jak Jerzy, swoje wiedzą. I nie są żadnymi homoseksualistami. Jeden był nawet na paradzie normalności. Z innym kolegą. Jerzy jest dumy, że tak wychował swoich następców.

Niektórzy koledzy z biura nie podzielają jednak dobrej opinii o Jerzym. Mówią, że jest wzorcowym, skrajnie podejrzliwym intrygantem. Dopchał się ich zdaniem do sukcesu po trupach. Ta pierwsza firma to była taka nie fer prywatyzacja. No przecież upadła, ale hala do dziś stoi. Kij i marchewka to ulubione atrybuty Jerzego (nie tylko w seksie). Współpracownicy mają dosyć po tym, jak Jerzy wyrzucił stażystę, studenta, gdy się dowiedział, ze tamten jest homo, głosował na SLD i nie obciąga po godzinach. Na dodatek ma chłopaka i razem mieszkają. Jerzy interweniował nawet u rodziców chłopca, że go na dewianta i komucha wychowali. Części kolegów z biura było przykro, że mają takiego nienowoczesnego i czepiającego się innych szefa. Mają dosyć, że taki typ nakazuje im przynosić kartki ze spowiedzi, rozwiesza plakaty o rodzinie a nową siedzibę święci ksiądz prałat. Siostra i szwagier tolerują Jerzego, bo jest skuteczny. Siostra regularnie sprawozdaje z postępów firmy. Grzecznościowo zapraszają z mężem Jerzego na wakacje, by nie narobił sobie głupstw. Tak zalecił nowy spowiednik. Mama nic o kłopotach synka nie wie. Umie o tym nie myśleć. Jerzy ją często odwiedza. Jest taki dobry.

Czy Jerzy jest szczęśliwy? Czy szanuje siebie? Znajomy, z którym obgadujemy Jerzego mówi, że to już dla niego nieważne. Jerzy jest jednym wielkim chodzącym kompleksem. Ma to, co chciał, firmę, i to go łechta i pochłania. Wpłaca 1% dochodu na antypedalskie fundusze. Jest czysty. Wie, jak się tak poczuć. I wymaga tego od innych. Mają być czyści. Nie mogą być pedałami albo won. Oczywiście warto, by mu się co poniektórzy oddawali. Ale też mają być czyści.

Po co o tym wszystkim piszę? Po pierwsze, liczę, że miło spędziliście czas popijając kawę i śledząc tą zwykłą – niezwykła historię. Po drugie, zastanówcie się, ile w Was z Jerzego. Czy warto? Czy można jeszcze się zmienić? Czy można zmienić Jerzego? Co lepiej – przekreślić go czy wyemancypować? Ok.?

Autorzy:

zdjęcie Ireneusz Szaniawski

Ireneusz Szaniawski [1]

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 157; nazwa: IreneuszSzaniawski