Złe wieści

Słodkie osiemdziesiąte. Od dłuższego czasu znów silnie obecne: „moda na 80’s” zatacza coraz szersze kręgi. Nie jest już tylko fantazją freaków z dużych miast; staje się wręcz za nudna i zbyt wszechobecna (wszechpolska), dlatego wkrótce zastąpi ją zapewne coś innego, moda na 90’s… (?) Lecz zanim ta zagości tu nad Wisłą na dobre, warto poświęcić parę wieczorów na lekturę utworu będącego swoistym pomnikiem lat osiemdziesiątych, a w zasadzie ich jednego z wielu oblicza: „Linii piękna” Alana Hollinghursta.

Hollingurst jest u nas znany przede wszystkim jako autor znakomitego „Klubu korynckiego”. (O ile się nie mylę, jedyne polskie wydanie tej książki miało miejsce w 1993 roku.) Uhonorowana nagrodą Bookera i szybko wydana nad Wisłą po swoim zagranicznym sukcesie, „Linia piękna” jest książką równie znakomitą i smakowitą jak jej poprzedniczka. To sugestywny (i subiektywny) obraz brytyjskiej epoki thatcheryzmu – z perspektywy sfer władzy oraz, jak się niemodnie mówi, klasy posiadającej. Poszczególne części tego liczącego ponad 500 stron tomu rozgrywają się w latach 1983, 1986, 1987, dzięki czemu wraz z rozkwitem i upadkiem bohaterów śledzimy nie mniej intrygujący, a równie wiernie tu oddany rozkwit i upadek dekady.

Podobnie jak w „Klubie korynckim”, również tutaj pisarz czyni protagonistą młodego człowieka obracającego się w tzw. wyższych sferach, będącego jednak trochę „spoza”, co daje mu możliwość wnikliwej obserwacji. Tym razem naszym przewodnikiem po świecie brytyjskich elit, zakamarkach parków i toaletach, w których można robić prawie wszystko, jest dwudziestoparoletni Nick Guest. Ten absolwent Oksfordu wynajmuje pokój w rezydencji polityka święcącej triumf wyborczy Partii Konserwatywnej. Z synem Geralda Feddena łączą go przyjacielskie relacje i nieodwzajemnione uczucie. (Toby Fedden, w przeciwieństwie do Nicka, jest heteroseksualny. Ale nie afiszuje się z tym.)

Kolejni kochankowie młodego Guesta, począwszy od czarnoskórego Leo, wprowadzają go w świat nieskrępowanego seksu, wspomaganego niejednokrotnie narkotykami. Hollingurst znakomicie oddaje klimat seksualnej i uczuciowej inicjacji swojego bohatera:

Całowali się jeszcze przez minutę lub dwie – Nick stracił rachubę czasu, wprowadzony w trans zmysłowych rytmów przez miękkość ust przyjaciela i ekspansywność jego języka. Wciąż zadziwiała go okazana mu z taką pasją wzajemność, a raczej to, że on sam stanowi dla kogoś przedmiot pożądania. Bezładna rozmowa w pubie wcale na ten stan rzeczy nie wskazywała. Nick nigdy nie czytał o tym w żadnej książce, był aż do bólu gotowy i zupełnie nieprzygotowany. […] Na górnej części uda poczuł sztywny, nieco przekrzywiony penis Leo; pojął, że wolno mu już włożyć rękę do jego spodni i wsunąć ją pod krótkie, mocno napięte slipy. Środkowy palec pomknął ku głębokiej szczelinie, gładkiej jak u dziecka, a gdy przycisnął się do suchego zwieracza, Leo jęknął z rozkoszy. – Niedobry chłopczyk – powiedział.

Rajskie rozkosze kończą się jednak wraz z nadejściem plagi AIDS. A ta obecna jest w powietrzu już od pierwszych stron książki – to widmo krąży nad bohaterami „Linii piękna” podobnie jak widmo Margaret Thatcher. (Która też wreszcie pojawia się we własnej osobie, a nawet pozwala Nickowi porwać się do tańca na przyjęciu.) Szczęściu bohaterów powieści od samego początku towarzyszy „bolesny niepokój”, pisze Hollinghurst. Gdy następuje przeczuwana katastrofa, a lęki zostają wreszcie zwerbalizowane („pedały padają jak muchy”), pojęcia seksu i śmierci wiążą się ze sobą jeszcze bardziej niż dotąd, co tylko wzmacnia dekadencki klimat schyłku epoki Żelaznej Damy.

Na skutek zbiegu niedobrych okoliczności wszystko ulega zmianie na gorsze: począwszy od relacji łączących bohaterów, skończywszy zaś na deklarowanej tolerancji, której cienki płaszczyk nie wytrzymuje naporu trudnych doświadczeń i oziębienia politycznego klimatu. Jedynie Nick Guest, rozkochany w prozie patronującego „Linii piękna” Henry’ego Jamesa, pozostaje do ostatniej wierny stylowi i etosowi swego mistrza, dla którego „wszyscy byli piękni i cudowni”…

„Linia piękna” Alan Hollinghurst, tłum. Lesław Haliński (Muza)

5 komentarzy do:Złe wieści

  • bimbalimba

    [ Złe tlumaczenie]

    to jedna z gorzej przetlumaczonych na polski ksiazek

    znakomitywarsztat hollinghursta widac w oryginalnej wersji

    sama opowiesc nie jest tak bardzo fascynujaca, chyba, ze kogos intruguja lata 80te w wielkiej brytanii …

  • M

    [Re: Złe wieści]

    Dlaczego redakcja skasowala komentarz Stanislawy Watroby?? przeciez nie byl niestosowny, Stanislawa czuje sie obrazona i nie bedzie juz na homiki.pl zagladac! Ot co!!!

  • m T V

    [Re: Złe wieści]

    jestem w trakcie czytania…
    co do języka przekładu – polecam polską pozycję „Rudolf” – przepiękna polszczyzna! można zachwycic się językiem, słowinctwem, składnią. polecam

  • wott

    [Re: Złe wieści]

    moim zdaniem tlumaczenie jest niczego sobie. owszem, jest kilka wpadek, ale wielkie brawa naleza sie za swietna orientacje w terminologii zwiazanej z estetyka i historia sztuki

  • Tobik

    [Tłumacznie]

    Tłumaczenie jest więcej niż przyzwoite, lepsze niż „Klubu Krynckiego”.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa