pozytywni /fragmenty/

Przywieźli go w bardzo ciężkim stanie.
Oddychał z widocznym trudem, płytko, powierzchownie.
Męczący, uporczywy, suchy kaszel dopełniał obrazu nieszczęścia. Co jakiś czas odkrztuszał podbarwioną krwawo plwocinę. Blady, z sinawymi wypiekami na policzkach i kroplami potu na czole wyglądał jak duch.
Szeroko otwarte, prawie nieruchome oczy patrzyły w górę, bojąc się przekroczyć granice sufitu.
Pani Beata, jak zwykle w masce i gumowych rękawiczkach, pobrała krew na badania; morfologia, gazometria, elektrolity.
Ciekawe, że na podstawie tych kilku badań, szeregu bezdusznych cyfr, lekarze wiedzą
o człowieku więcej niż mogliby powiedzieć
o nim rodzice czy przyjaciele.
Pod warunkiem jednak, że cyfry są prawdziwe.
Mirek, lekarz jednej z warszawskich klinik, wspominał kiedyś, jak w czasie nocnego dyżuru dostał z laboratorium cztery różne wyniki poziomu kreatyniny otrzymane z tej samej próbki krwi. Laborantka, z obłędem w oczach poprosiła:
– Mamy problemy z kalibracją. Niech pan doktor wybierze najbardziej prawdopodobny.
Oby ten nowy miał więcej szczęścia.
Wyniki chyba nie były zbyt dobre, bowiem pielęgniarka założyła mu maskę z tlenem
i podłączyła do obu rąk kroplówki.
Zarzuciłem koc na głowę i z pomocą R-5 próbowałem usnąć, ale bez rezultatu. Przewracałem się z boku na bok, nie mogąc znaleźć właściwej pozycji. Zawsze trudno mi było zasnąć na nowym miejscu. A co dopiero
w szpitalu…

– Świetnie wyglądasz – stwierdził autorytatywnie Strepsils, przysiadając się do mojego stolika w Między Nami. – Trochę wyszczuplałeś, prawda?
– Chodzę na siłownię – odrzekłem zgodnie z prawdą. Zawsze wiosną znajdowałem czas
i motywację, żeby trochę poćwiczyć. Stwarzało to szansę zgubienia kilku zbędnych kilogramów zaoszczędzonych wbrew własnej woli w zimie a także – choć rzecz jasna nigdy się do tego nie przyznawałem – popatrzenia na młode ciacha, prężące się pod natryskami. Niestety, motywację szlag trafiał już po kilku tygodniach.
Strepsils rozejrzał się krytycznie po sali.
Knajpka gościła dziś głównie stałych bywalców, nowe twarze (Konrad określał je nieco bardziej dosadnie) pojawią się pewnie dopiero wieczorem.
Z barem uśmiechał się leniwie Czarny Piotruś – obiekt nieustających westchnień części klienteli, na pięterku kilku facetów w eleganckich garniturach głośno dyskutowało o jakimś wernisażu.
Dwie chorobliwie szczupłe dziewczyny dzieliły się porcją zielonego spaghetti.
– Co u Doroty? – spytał Strepsils, bardziej dla podtrzymania rozmowy, niż z rzeczywistej ciekawości. – Miałeś z nią jakiś kontakt?
Doroty nie widziałem od ponad roku. Po rozwodzie wyjechała do Paryża, gdzie nowy narzeczony mamusi prowadził małą galerię sztuki alternatywnej.
Prawdę mówiąc, Żabko, nie sądzę, by Dorota miała cokolwiek wspólnego ze sztuką alternatywną, ale postanowiła spróbować szczęścia gdzie indziej.
Decyzję o rozwodzie podjęła jak zwykle jednoosobowo.
Spakowała wszystkie swoje dżinsy i podkoszulki z nadrukiem „Calvin Klein”, zostawiając mi w spadku pełne szafy zbieranych przez lata z mamy pomocą sukienek i bluzek.
Robert, moje odkrycie sprzed dwóch lat, nie potrafił ukryć zdumienia, gdy zajrzał do szafy w sypialni.
– Ty w tym chodzisz? – wykrztusił z przerażeniem.
– Tylko w weekendy – odpowiedziałem
z udaną obojętnością.
Robert wszystko traktował poważnie. Mimo niezłego, jak sądzę, ilorazu inteligencji, poczucie humoru było mu całkowicie obce.
– Buty i peruka są w szufladzie – dodałem. – Przymierzysz? Zmierzył mnie wzrokiem bazyliszka.
– Wspólne łóżko nie musi oznaczać wspólnej szafy – wycedził zimno.
Wyglądał rewelacyjnie, stojąc w samych szortach przed otwartą szafą Doroty i trzymając w rękach jej czerwone buty na wysokim obcasie. Obrazek jak z reklamy Versace.
Dorota nie miała okazji spotkać Roberta, chociaż często rozmawiali ze sobą przez telefon. Kiedyś nawet podsłuchałem, jak dyktowała mu przepis na mój ulubiony barszcz ukraiński. Wtedy zrozumiałem, dlaczego
w ostatnim okresie tak bardzo wzrosła wysokość rachunków telefonicznych. Pieprzona tepsa!
Roberta poznałem w pociągu.
Stał na korytarzu w wagonie drugiej klasy, niedbale oparty o ścianę i z wyraźnym zainteresowaniem czytał Irvinga.
Brązowe sztruksy, koszula w kratę, adidasy i duży, wojskowy plecak. Okrągłe, druciane okulary dopełniały całości.
Kiedy kolejny raz przecisnąłem się obok niego, idąc do bufetu, podniósł głowę znad książki i uśmiechnął się.
– Czy chcesz mnie spytać, która godzina? – zagadnął, podając mi rękę.
– Raczej poprosiłbym o papierosa – odparłem, wskazując na paczkę Marlboro wystającą z kieszonki plecaka. Robert mieszkał w akademiku, dzieląc niewielki pokoik z trzema innymi studentami. Nie musiałem go długo namawiać, żeby przeprowadził się do mnie. Po wyjeździe Doroty, czułem się cholernie głupio w pustym mieszkaniu i zbyt obszernym łóżku. Sterta brudnych ubrań w łazience i wiecznie opróżniona lodówka zgodnie sygnalizowały, że im kogoś brakuje. Shirley Valentine rozmawiała ze swoją ścianą, ja zaczynałem dyskutować z meblami, telewizorem, rybkami w akwarium.
Tak więc, Robert pojawił się w samą porę, wypełniając dom zapachem opasłych tomów uniwersyteckiej biblioteki, nad którymi spędzał każdą wolną chwilę.
Zwinięty w fotelu, przy małej, przydymionej lampce potrafił siedzieć całą noc szeleszcząc pomazanymi ołówkiem kartkami, głuchy na mijające godziny.
Niekiedy przerywał, opierając nogi o tapczan robił szybko kilkanaście pompek, po czym znowu wracał do lektury.
Dwa razy w tygodniu chodziliśmy do Gymnasionu.
Robert uparcie ćwiczył na wszystkich bieżniach, rowerkach, atlasach wkurzony na mnie za to, że już po kwadransie lądowałem przy barze.
Cóż, jakoś monotonne powtarzanie tych samych czynności nigdy nie było w stanie przykuć mojej uwagi na dłużej. No bo, ile razy można podnosić tę nudną sztangę?
Do skutku – odpowiedziałoby wielu bywalców siłowni, poświęcających połowę życia na poszerzenie obwodu klatki piersiowej czy objętości bicepsów. I ten szmerek, na plaży lub w dyskotece:
– Patrz, ale przypakował! – jest dla nich największą nagrodą. Gdyby jeszcze dało się poćwiczyć na siłowni mózg i może coś jeszcze…
Wydawało mi się, że Robert boi się nocy. Zawsze odwlekał moment zaśnięcia, prowadząc szeptem niekończące się rozmowy, czasami siadał w kucki na balkonie i zamyślony, gapił się w niebo. Czasami budził się bardzo wcześnie rano i patrzył, jak śpię.
Dosyć szybko okazało się, że Robert jest znakomitym kucharzem.
Potrafił ugotować prawie wszystko. Paszteciki z mięsem według przepisu jego mamy niewątpliwie przejdą do historii. Podobnie jak szarlotka na ciepło z lodami cynamonowymi. Dla mnie – beztalencia gastronomicznego, które od biedy potrafi zrobić jajecznicę, Robert był bezcenny także z tego powodu.
Mimo przepisów kulinarnych aż z Paryża oraz gastronomicznych wysiłków Roberta wyraźnie schudłem.
We wtorek, zaraz po Wielkiej Nocy obudziłem się z potwornym bólem głowy i gorączką. Wezwany telefonicznie doktor Mirek rozpoznał grypę.
– Teraz jest sezon na wirusy – powiedział. – Kilka dni w łóżku i po kłopocie. Sezon na wirusy. Wtedy to jeszcze nie brzmiało zbyt groźnie. Łyknąłem ibuprofen i zwlokłem się z łóżka, by w przychodni rejonowej wywalczyć skierowanie na prześwietlenie płuc. Czekając wśród tłumu emerytek, poczułem, że robi mi się jakoś dziwnie słabo…
Ocknąłem się w karetce pogotowia.
– Co się stało? – usiłowałem dowiedzieć
się od sanitariusza, skulonego przy noszach.
– Chyba pan zemdlał – odpowiedział chłopak. – Wieziemy pana do szpitala. Izba przyjęć, rentgen, laboratorium. Wszystkie uroki małej, rejonowej interny – przechowalni
a czasem umieralni dla mieszkających w pobliżu dziadków i sąsiadujących babci. Nie masz co zrobić ze staruszkiem, a chcesz jechać na urlop? – Wal jak w dym na internę! Po siedemdziesiątce zawsze znajdzie się powód hospitalizacji.
Wszechobecny zapach moczu, przebijający się przez oszczędnie dawkowane płyny dezynfekujące, które zresztą wcale nie pachną lepiej. A właściwie śmierdzą chlorem. Pielęgniarki
w czarnych podkoszulkach, pewnie znowu strajkują.
– Obustronne zapalenie płuc – usłyszałem od miłej doktorowej w wielkich, ciemnych okularach. – Musimy pana zatrzymać na kilka dni.
Jako najmłodszego chorego w oddziale, umieszczono mnie na honorowym miejscu korytarza, między ubikacjami a dyżurką personelu. Nie mogłem się skarżyć na brak zainteresowania – co chwilę przechodzili obok mnie lekarze, pielęgniarki, salowe.
Jedną z nich poprosiłem, żeby zatelefonowała do Roberta.
– To mój brat – dodałem. Chciałem, żeby wiedział, co się stało. Żeby przyniósł jakąś przyzwoitą piżamę, mały telewizorek, coś do czytania. Żeby wiedział. Żeby był przy mnie. Nigdy jeszcze nie spędziłem nocy w szpitalu
i nie miałem pojęcia, co trzeba ze sobą zabrać. I niech koniecznie przywiezie moją komórkę. Następnego dnia, chyba po interwencji Mirka, przeniesiono mnie do pokoju, który miałem dzielić z kolką żółciową, przewlekłą niewydolnością krążenia i guzem nerki. Doborowe towarzystwo, nie da się ukryć.

O KSIĄŻCE

Poliseksualny bohater Pozytywnych zmaga się z chorobą w hipersterylnym „zdrowym” świecie. W Warszawie. Prowadząc rozrywkowe życie w modnych klubach niespodziewanie zostaje „trafiony”. Poppersa zamienia na kroplówkę, a vip-room na izolatkę. Pomimo „wyroku” wyciąga z szafy czerwone szpilki i zdejmuje z wieszaka zapomniane boa. Powieść w sposób zabawny relacjonuje oraz analizuje współczesne wydarzenia polityczne, gospodarcze i społeczne. Autor podejmuje także szerzej nieomówiony w literaturze polskiej temat metroseksualności.

Z listu do wydawcy

Pozytywni nie są powieścią o – modnych ostatnio – gejach, ani o AIDS. Taka historia wydarzyła się naprawdę, jednak tylko do pewnego momentu. Chciałem pokazać, że człowiek z nieuleczalną chorobą może mieć marzenia, może się bawić. Że choroba nie jest wyrokiem. Szok trwa przez pierwszych kilka dni, a życie toczy się dalej.
Maciek Miller

maciek miller – pozytywni
Wydanie I

ISBN 83-89911-11-6
Ilość stronic: 292
Projekt okładki: Anna Ostoya
Wydanie I
Cena detaliczna: 20 PLN
Wydawca: Korporacja Ha!art
Miejsce wydania: Kraków 2005
Format: 111×180
Okładka: miękka

RECENZJE:

pozytywni. dziwnie sie to czyta. autor wciaz „cytuje” rzeczywistosc (nie „opisuje”, ale „cytuje” – bardzo doslownie, np. przytaczajac wciaz konkretne nazwy i metki). a to „cytuje” wydarzenia z tzw. „wielkiego swiata”, a to „cytuje” zycie w moich miejscach (np. mn, utopia, mercers) i moim „srodowisku”, a to wplata zdania np. z reklam, z programow telewizyjnych. odwoluje sie wciaz do rzeczywistosci ostatnich 12 miesiecy. najwyzej 12 miesiecy: komisje sledcze, tsunami, smierc papieza, sondaze przedwyborcze, parada normalnosci. a poza od czasu do czasu wplata w to wszystko polityczny felieton. ciekawe, ile z tego bedzie zrozumiale za lat 10. mysle, ze wtedy bedzie anachroniczne jak dzis powiesci kraszewskiego, i by ulatwic czytelnikom zrozumienie tego dziela trzeba bedzie dodac straaasznie dlugie przypisy. ale musze powiedziec, ze przeczytalem to z przyjemnoscia.
http://naiwny-pedal.blog.pl/archiwum/?rok=2005&miesiac=9

Piotr Konstantinow:

Zastanawiałem się przez chwilę po lekturze „Pozytywnych” Maćka Millera, czy jest to historia choroby opowiedziana przez pryzmat warszawkowego życia, czy jest to historia życia opowiedziana z perspektywy szpitalnego łóżka. Na pewno i jedno i drugie twierdzenie jest w jakimś sensie słuszne, bowiem autor znalazł pewien punkt środkowy i to on posłużył mu do zilustrowania historii, jaką chciał przekazać czytelnikowi. A jest to historia opowiedziana w sposób, powiedziałbym bardzo prosty, bez zbędnej dramaturgii, (mimo, że poruszony został temat śmiertelnego wirusa HIV), bez lukru, omijająca wszelkie bardziej lub mniej popularne stereotypu, zarówno na temat choroby, jak i na temat wszelkich współczesnych, nieformalnych grup społecznych, tzw. metro-, homo-, bi, poli-, – seksualnych i z dozą dyskretnie podanej ironii i humoru. Zbyszek 30 letni, poliseksulany mężczyzna dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa HIV. W momencie, kiedy spada na niego informacja, że jest trafiony (potoczne określenie zakażonych), trafia również do szpitala z poważnym zapaleniem płuc, wynikającym z dużym spadkiem odporności organizmu. Z perspektywy szpitalnego łóżka, w obliczu śmiertelnej choroby, zaczyna opowiadać o swoim życiu. O byłej żonie, która aktualnie przebywa w Paryżu, o swoim chłopaku z którym planował przyszłość, a ten zostawia go, kiedy dowiedział się o chorobie, o przyjaciołach i przyjaciółkach, z którymi jeszcze niedawno sprawnie imprezował w najmodniejszych warszawskich klubach, pił kawę w „lanserskich” kawiarniach przy Nowym Świecie i Chmielnej. Autorowi książki Pozytywni udało się w sposób bardzo sprytny wpleść wątki społeczno-obyczajowe, o zabarwieniu bardzo pozytywnym, przez co książki nie czyta się jak dydaktycznej czytanki. Jedna ze scen książki, która najbardziej utkwiła mi w pamięci i dzięki której wpadłem w naprawdę dobry nastrój, opowiada o tym, jak chłopak głównego bohatera, mówi swojej matce i pośrednio ojcu oglądającemu telewizję, że jest gejem. Scena jakby wyjęta z życia, bardzo realnie naszkicowana, jakby wyjęta z życia większości katolickich, kochających rodzin polskich Czytając książkę Millera, w żaden sposób nie można się domyślić, że autor jest z zawodu lekarzem i być może codziennie spotyka się z podobnymi opisanymi w książce szpitalnymi sytuacjami. A szpitalne sceny w książce Millera, poza szarością znaną każdemu, kto spotkał się z państwową służbą zdrowia w Polsce, odkrywają przed czytelnikiem bardzo ciekawe zakamarki oddziału warszawskiego szpitala zakaźnego. Odbywają się tu bowiem organizowane przez katolickiego biskupa imprezy integrujące chorujących, gdzie wśród piór, muzyki i lekkiego mszalnego wina pacjenci bawią się do późnych godzin nocnych. W Pozytywnych najbardziej jednak rozczarowuje zakończenie, sugerując, że to co opowiedział nam autor to po prostu bajka. Można zapewne uwierzyć w takie bajki, można przypuszczać, że tak może być, można chcieć żeby tak było, ale tak naprawdę jest to zwyczajnie naiwne. Ale jeśli, jak twierdzi autor ta historia wydarzyła się naprawdę, to można jedynie pogratulować i cieszyć się, że cuda jednak się zdarzają. Piotr Konstantinow.
http://www.parnas.pl/index.php?co=recenzje

Pozytywni są raczej bajką, fantazją. I to jest akurat korzystne, bo nikt nie może zarzucić autorowi, że jest to książka tendencyjna, programowa.
Sandra Śnieg, hiv, hiv, hura, „Lampa” nr 10 2005

Tak więc po raz kolejny wyszło na jaw, że nasza literatura nie nadąża. Metroseksualność wymyślił w połowie roku 2002 brytyjski felietonista Mark Simpson, w roku 2003 ów publicystyczny termin zwyciężył w amerykańskim konkursie na najmodniejsze słówko roku (plebiscyt Word of the Year), w nadwiślańskich mediach o metroseksualności zaczęto mówić gdzieś tak na początku roku 2004. Mamy jesień 2005 na progu, a literatura polska nic, ani mru-mru. Ileż można czekać? „Wprost” napisało, TVN powiedziało, nawet „Głos Pcimia” odnotował, a literaci polscy nabrali wody w usta. Dopiero dzieło Maćka Millera przerwało to skandaliczne milczenie. Uff – odetchnęliśmy z ulgą…

Dariusz Nowacki, SKAZANI NA METRO (KRAKOWSKIE), „FA-art” http://www.fa-art.pl/Wydint1.html

Shuty to najjaśniej świecąca gwiazda literacko-publicystycznego autoerotyzmu. W tej samej konstelacji natknąć się możemy też na Maćka Millera, który powieścią „Pozytywni” próbował inteligentnie wpisać się w modny nurt „literatury gejowskiej” (przypomnijmy „Lubiewo” Michała Witkowskiego i „Trzech panów w łóżku, nie licząc kota” Bartosza Żurawieckiego). Inteligentnie, bo wziął na warsztat mocny, życiowy temat. Oto gej zwarszawskiego światka dowiaduje się, że ma HIV. Musi uporządkować swoje sprawy z partnerem, z byłą żoną. Czar pryska w momencie, w którym Miller uznaje za stosowne włączyć do tego rozrachunku bieżące refleksje polityczne („Lepper dostał stały abonament w jakimś solarium i uważa, że to wystarczy, żeby zostać prezydentem czterdziestomilionowego kraju w centrum Europy”). Jego bohater gani telewizję TVN 24 za to, że pokazywała agonię papieża, stawia dramatyczne pytania („Czy to prawda, że Kościołem rządzi polityka i marketing?”) oraz ucieka w refleksje a la Paulo Coelho („Życie jest jak autostrada, na którą wjeżdżają różne samochody, by przejechać swój kawałek drogi”).
Szymon Hołownia, Pooddychamy później, „Rzeczpospolita” http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_051001/plus_minus_a_6.html

Autorzy:

zdjęcie Maciek Miller

Maciek Miller

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 147; nazwa: MaciekMiller

6 komentarzy do:pozytywni /fragmenty/

  • Junkier

    [Re: pozytywni /fragmenty/]

    Negatywna recenzja z „Rzepy” wcale mnie nie dziwi – to pismo wciąż jeszcze choruje na „dziecinną chorobę prawicowości”, jakby to określił ich ulubiony (a rebours) klasyk…

  • Erico

    [Re: pozytywni /fragmenty/]

    miejscami stek banałów i to niedopieczony, ale ogólnie czyta się świetnie

  • adil

    [mieć a nie być]

    „Pozytywni” Millera promują styl życia, w którym nie ma ani miłości ani odpowiedzialności za drugiego człowieka.

    Książka ma podobno pocieszać nosicieli wirusa HIV. Jak sam autor napisał chciał pokazać, że „życie toczy się dalej”. Jest to jednak wątpliwej jakości pocieszenie. Bo o jakie życie tu chodzi? Ano takie, które zniszczyło głównego bohatera. W takim życiu jest się ze sobą na dobre a nie na złe.

    Źwiątynie współczesnych hedonistów (Utopia, Piekarnia,…) są miejscem przekazywania śmierci, a ludzi postrzega się tam przez pryzmat własnych potrzeb i popędów.

    Aby hedonista nie miał wyrzutów sumienia sugeruje się, że kler to hipokryci, którzy tak naprawdę zazdroszczą imprezowiczom dobrej zabawy, a Bóg, którego istnienie wszystkim wmawiają to tylko pewien symbol wartości ogólnych takich jak prawda, sprawiedliwość, etc.

    Wieloletni związek przedstawiany jest jak pasmo nudy, która zaczyna się z chwilą gdy sex przestaje bawić.

    Słowem nie wspomina się o tym, że zabawa nie jest tym co nadaje sens naszemu życiu. Zbyszek nie snuje refleksji na ten temat, bo go na to stać. Być może poczuje od czasu do czasu pewna pustkę egzystencjalną, będzie ją jednak mógł zagłuszyć muzyką z Utopii albo zapić redbullem z wódką.

    Ciekawe czemu nie ma suplementu dla tych, którzy nie wygrali w totolotka albo dla tych, których nie stać na cotygodniowe wypady do Utopii.

  • adil

    [mieć a nie być]

    „Pozytywni” Millera promują styl życia, w którym nie ma ani miłości ani odpowiedzialności za drugiego człowieka.

    Książka ma podobno pocieszać nosicieli wirusa HIV. Jak sam autor napisał chciał pokazać, że „życie toczy się dalej”. Jest to jednak wątpliwej jakości pocieszenie. Bo o jakie życie tu chodzi? Ano takie, które zniszczyło głównego bohatera. W takim życiu jest się ze sobą na dobre a nie na złe.

    Źwiątynie współczesnych hedonistów (Utopia, Piekarnia,…) są miejscem przekazywania śmierci, a ludzi postrzega się tam przez pryzmat własnych potrzeb i popędów.

    Aby hedonista nie miał wyrzutów sumienia sugeruje się, że kler to hipokryci, którzy tak naprawdę zazdroszczą imprezowiczom dobrej zabawy, a Bóg, którego istnienie wszystkim wmawiają to tylko pewien symbol wartości ogólnych takich jak prawda, sprawiedliwość, etc.

    Wieloletni związek przedstawiany jest jak pasmo nudy, która zaczyna się z chwilą gdy sex przestaje bawić.

    Słowem nie wspomina się o tym, że zabawa nie jest tym co nadaje sens naszemu życiu. Zbyszek nie snuje refleksji na ten temat, bo go na to stać. Być może poczuje od czasu do czasu pewna pustkę egzystencjalną, będzie ją jednak mógł zagłuszyć muzyką z Utopii albo zapić redbullem z wódką.

    Ciekawe czemu nie ma suplementu dla tych, którzy nie wygrali w totolotka albo dla tych, których nie stać na cotygodniowe wypady do Utopii.

  • adil

    [mieć a nie być]

    „Pozytywni” Millera promują styl życia, w którym nie ma ani miłości ani odpowiedzialności za drugiego człowieka.

    Książka ma podobno pocieszać nosicieli wirusa HIV. Jak sam autor napisał chciał pokazać, że „życie toczy się dalej”. Jest to jednak wątpliwej jakości pocieszenie. Bo o jakie życie tu chodzi? Ano takie, które zniszczyło głównego bohatera. W takim życiu jest się ze sobą na dobre a nie na złe.

    Źwiątynie współczesnych hedonistów (Utopia, Piekarnia,…) są miejscem przekazywania śmierci, a ludzi postrzega się tam przez pryzmat własnych potrzeb i popędów.

    Aby hedonista nie miał wyrzutów sumienia sugeruje się, że kler to hipokryci, którzy tak naprawdę zazdroszczą imprezowiczom dobrej zabawy, a Bóg, którego istnienie wszystkim wmawiają to tylko pewien symbol wartości ogólnych takich jak prawda, sprawiedliwość, etc.

    Wieloletni związek przedstawiany jest jak pasmo nudy, która zaczyna się z chwilą gdy sex przestaje bawić.

    Słowem nie wspomina się o tym, że zabawa nie jest tym co nadaje sens naszemu życiu. Zbyszek nie snuje refleksji na ten temat, bo go na to stać. Być może poczuje od czasu do czasu pewna pustkę egzystencjalną, będzie ją jednak mógł zagłuszyć muzyką z Utopii albo zapić redbullem z wódką.

    Ciekawe czemu nie ma suplementu dla tych, którzy nie wygrali w totolotka albo dla tych, których nie stać na cotygodniowe wypady do Utopii.

  • Gniewko

    [Re: pozytywni /fragmenty/]

    Wlasnie jestem w trakcie czytania tej oto ksiazki,po przeczytaniu tutejszego fragmentu.
    Uwazam ,ze jest ona poprostu swietna.
    Jezyk jakim jest napisana i wydarzenia sa wciagajace i unikalne.
    Polecam kazdemu znudzonemu polska rzeczywistoscia :-)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa