Homiki polecają: Viola Wein, Rachmunes

Tytuł tej książki oznacza w języku żydowskim „litość”. Rachmunes to zbiór siedmiu opowiadań, w których autorka drąży temat stosunków międzyludzkich, wpływu polityki czy okoliczności losu na egzystencję człowieka. Obok wątków z przeszłości interesuje ją także „tu i teraz” kraju, w którym mieszka – Izraela. Uwaga pisarki skupia się na Innych – ludziach wykluczonych ze społeczeństwa: uchodźcach (żydowskich z PRL-u i palestyńskich obecnie), homoseksualistach, niepełnosprawnych… Wszystkich tych, którzy naznaczeni są piętnem przeszłości lub teraźniejszości. Książka ukazała się w wydawnictwie Sic! 3 października.

Fragment:

Sanitariusz

Skończyłem wreszcie malować usta. Tym razem naprawdę mi się udało: najpierw dokładnie zarysowałem kontury dobrym ołówkiem „Lancome”, a potem wypełniłem szminką gotową formę. I tak kilka razy: przez zaciskanie ust do grymasu „bez warg”, a potem otwieranie ich do grymasu „pyszczek rybki”. Sztuczne rzęsy były z tych droższych, więc nie obawiałem się, że nagle jedno oko pozostanie mi gołe. Lubię dokładną robotę. To mi zostało jeszcze z czasów wojska.
Dekolt dalej piekł i swędział. Szmatki moczone w rozgrzanej żywicy, przylepiane i odrywane szybkim ruchem od skóry, były bardziej skuteczne od maszynki do golenia. Nie wolno tylko potem masować oskubanego miejsca, wtedy zaczerwienienie szybko przejdzie. Nauczyłem się tego od dziewcząt w akademiku – przed każdą randką wyrywały sobie włosy z nóg, pachwin, ramion, pleców, dekoltu i pępka.
- Proszę cię, nie przechodź teraz przez salon, tato poczuł się trochę lepiej i ogląda telewizję – matka stanęła w drzwiach.
- Nie zawracaj mi głowy i ani słowa więcej, bo jeszcze się przez ciebie spóźnię – warknąłem.
Widziałem w lustrze, jak sprawdza, czy przypadkiem nie używam jej kosmetyków. Rolki do włosów wzięła wszystkie na swoją głowę już od południa. Biedna kobieta. Od dawna mieliśmy ustalony podział na dwie szuflady z kosmetykami, ale ciągle jeszcze miała nadzieję przyłapać mnie na kradzieży. I wtedy będzie okazja do: „synku, oddaj, nie twoje, nie twoje, za jakie grzechy mi się to należy?!” I potem cichutkie szlochy, smarkania, wzdychania i szepty do samej siebie mokrymi od łez i zaślinionymi wargami – taka cicha rozpacz robi większe wrażenie od wrzasków i przekleństw, które już dawno temu usiłowała na mnie bezskutecznie wypróbować.

—-

Nasza trójka „Córki Hindy” miała powodzenie nie tylko w Tel-Awiwie. Zapraszano nas do wszystkich znanych ośrodków kulturalnych w wielkich miastach. Do telewizji. Do kibuców. Trochę cierpliwości, a zaproszą nas nawet do baz wojskowych.
Arcy był absolwentem wokalistyki jerozolimskiej Akademii Muzycznej. Podbijał wszystkich swoim welurowym tenorem. Był piękny urodą greckiego posągu. Na wysokich obcasach, podczas wirujących piruetów w zwiewnych, przeźroczystych tunikach, zatrzymywał się nagle jakby hamując na skraju sceny i wbijał czarne, głębokie, ponure spojrzenie w pierwszy rząd na sali. Oszołomiony piruetem, Arcy nikogo nie widział, miał wszystko zamazane przed oczami, ale i żeńska, i męska strona publiczności, czuły się osobiście obdarowane i podbite tym wzrokiem. To samo zresztą robił wieczorami w naszych klubach. Nigdy z nikim pierwszy nie zaczynał. Siedział w kącie baru i czekał. Błyszczące od alkoholu oczy przesuwał powoli z obiektu na obiekt. Peszył czarnymi źrenicami, zawieszonymi pod gęstymi brwiami. Odstraszał zmarszczonym czołem. Pociągał sobą. I odstraszał. W końcu ktoś odważny przysiadał się do niego. Kiedy wychodzili razem, już objęci, mrugał do mnie porozumiewawczo. Zwierzył mi się kiedyś ze swojej metody – oprócz „łowienia” na spojrzenie, roztaczał przed swoją ofiarą widoki dalekich stepów rosyjskich, z których przybył samiuteńki, pozostawiając tam całą rodzinę. Czarna, aksamitna peleryna odsłaniała przy każdym ruchu jego wspaniale umięśnioną pierś, wymagającą kilku zastrzyków hormonalnych dziennie i specjalnej diety.
Duszą choreograficzną zespołu był Ofer. Przybył z Etiopii do Izraela jako dwuletnie dziecko podczas akcji „Mojżesz”. Szli na piechotę z Adis-Abebe do Sudanu. Jego matka zmarła po drodze z wysuszenia. Już w samolocie El-Alu zaadoptował go wysłannik Sochnutu. Zdolny, giętki, smukły, czekoladowy, urodzony w rytmie etiopskich bębenków, Ofer był dumą i ozdobą wydziału baletu Akademii Muzycznej w Tel-Awiwie. Wysłano go na prestiżowy kurs nowoczesnego tańca w Nowym Yorku. Nie było mu tam dobrze, zatęsknił za mną, przerwał naukę i wrócił do kraju.
A ja jestem odpowiedzialny za satyryczną i muzyczną stronę naszego zespołu. Wiem, że na scenie nie wyglądam zbyt imponująco, ale publiczność ryczy ze śmiechu, gdy wykonuję moje piosenki i skecze. Beze mnie nie ma zespołu, bo nie ma muzyki i tekstów. Umiem też naśladować akcenty wszystkich grup etnicznych. Potrafię być starą kobietą z Iraku i młodą Marokanką-fryzjerką, umiem też parodiować mamusię „Polkę” zaczynając wszystkie słowa na „cha”, zamiast na „ha”, albo na „a”. Lubię „być narkomanem”, czy „nowym emigrantem z Rosji – alkoholikiem”, a już najlepszy jestem w naśladowaniu akcentu arabskiego. Znam Arabów. Mam wśród nich wielu kochanków. Takich, którzy muszą się wyżyć przed żeniaczką, bo bez ślubu nie wolno im dotknąć żadnej kobiety pod groźbą poderżnięcia gardła przez jakiegoś jej brata, czy ojca. Lub takich, którzy się może w ogóle nigdy nie ożenią. Co raczej jest niemożliwe.
Ludzie pękają ze śmiechu. Wolno mi wszystkich naśladować i przedrzeźniać, bo dla publiczności jestem kaleką. Nie pochodzę z tego „normalnego” świata. Dlatego pozwalają mi na wiele. I wtedy nawet ostra satyra polityczna nikomu nie przeszkadza. Ale wszystko do pewnych granic. Do granic wytrzymałości strachu przed ujawnieniem tajemnicy kierownika filii mego banku, który lubi pojawiać się u nas raz na tydzień, żeby go tłuc, ciągnąć na smyczy i kazać lizać nasze buty. Do granic wytrzymałości sławnego speakera telewizyjnego, który dzwoni po nas techników-”specjalistów”, żebyśmy przyszli do studia na wieczorny dziennik i „pilnowali” aparatury soundu pod jego stołem, bo dziś są ważne wiadomości o rozruchach na terenach okupowanych, albo był wybuch autobusu w Jerozolimie, czy schwytano znanego terrorystę i nie może być żadnej awarii. Ciągnęliśmy mu druta pod stołem na przemian z Oferem, ale za to nawiązaliśmy kontakty z kim trzeba w telewizji. Niedługo będziemy mieli swój program prime time na pierwszym programie telewizji izraelskiej, a speaker ma sławę najbardziej dramatycznego i dlatego pasującego barytonu do czytania takich wiadomości. Polityk ze skrajnej, religijnej partii lubił nasze szczupłe, młodzieńcze ciała, a dostawał orgazmu tylko wtedy, kiedy zaczynał się prawie dusić pod nylonową reklamówką, którą mu szczelnie zakładaliśmy na głowę i dokładnie potem sprawdzaliśmy, czy nie ma dostępu powietrza. Zarykiwaliśmy się potem ze śmiechu, kiedy obły przedstawiciel narodu z jarmułką na głowie toczył pianę na ekranie telewizji krzycząc, że nie zgodzi się na żadne oddzielne spotkania w parlamencie z grupami homo-lesbijskimi.
Niedługo się wyprowadzę od rodziców, ale na razie muszę jeszcze wysłuchiwać ciągle powtarzających się przemówień ojca, który uparcie zapewnia, że koniec świata już bliski, że przez „nas” upadło rzymskie imperium, a niemieckie kabarety przy pomocy takich psychopatów jak ja, doprowadziły do ruiny stary, mądry świat.
Biedny ten mój ojciec. Siedzi na wózku inwalidzkim. Matka mówi, że to przeze mnie dostał wylewu. Nie musiałeś się ujawniać – powtarza w kółko. Można było wszystko zatuszować i ukryć przed rodziną i sąsiadami. W ogóle – przed światem. Matka nie chce się przyznawać do „takiego sławnego syna”.

—-

Idę na piechotę do teatru studenckiego, który znajduje się niedaleko mojego domu. Przedstawienie zaczyna się o ósmej. Jestem punktualny. Zawsze taki byłem, dobrze wytresowany przez rodziców – „punktualność to królewska cecha”. Dokładnie o ósmej rano trzeba się było stawić w przedszkolu. Pani Jaffa przedszkolanka nie lubiła spóźnialskich. To plątało szyki z góry ustalonego porządku dnia: najpierw chłopcy do swoich kątów z piłkami, młotkami i klockami, a dziewczynki do domków z lalkami. Potem – godzina przeglądania książek, opowiadania bajek dla wszystkich, następnie – czas wolny na podwórku. Dobrze kopałem piłkę i często wbijałem gola do śmiesznej, malutkiej bramki z czerwono niebieskiego plastiku. Ale wolałem zostawać z dziewczynkami w kąciku dla lalek. Siedziałem tam sobie cicho z boku i czułem się osobiście łaskotany, obejmowany i głaskany po głowie drobnymi rączkami, tak jak gdybym sam był lalką Ruti Smartuti*, która czesana w te i wewte, i bez przerwy przebierana w różne szmatki, była otaczana ze wszystkich stron nieustanną opieką. Przedszkolanka Jaffa opowiadała ze śmiechem mojej matce, że często tak słodko zasypiałem w kąciku dla lalek, aż szkoda mnie było budzić na obiad.

—-

Przedstawienie leci już po raz dwóchsetny. Potem pójdziemy do baru, żeby to oblać. Należy nam się. Ciężko pracujemy. Ofer dołącza do mnie po drodze i narzeka.
-Ta kurwa znowu wymyśliła jakąś nową historyjkę.
-Co, nie wyprowadza się?
-Dopiero za miesiąc.
Szkoda, że jeszcze będę musiał cierpieć u rodziców. Cieszyłem się, że już niedługo zamieszkam z Oferem, bliżej centrum Tel-Awiwu. Jego wspólniczka do mieszkania już dawno temu miała się wynieść. Ale w tej chwili o wiele bardziej żałuję, że wyszedłem z domu z gotowym makijażem. Jest gorąco, lepki morski wiatr, mieszany z wydzielinami samochodów, wwierca się przez nos do mózgu. Zaczynam się pocić i wszystko mi się niedługo rozmaże. Ale i tak wyglądam lepiej od dzielnicy Florentin, którą idziemy. W rozgrzanym powietrzu kontury obskurnych domów drżą jak dłonie staruchy. I tak jak u niej – odpychają zmarszczkami tynków, różnokolorowymi plamami i dziwnymi wypukłościami żelaznych balkoników, wybudowanych według zachcianek lokatorów. Widzę, że Ofer chce mi coś powiedzieć, ale już go nie słyszę. Potworna detonacja rzuca nami o chodnik. Cisza w białej chmurze pyłu. Sprawdzam, czy te ciepłe wypukłości koło mnie to Ofer. Dzięki Bogu tak! Szum w uszach i czuję, że teraz chętnie bym sobie nawet przysnął. Ale nagle kurz, którym jesteśmy otoczeni, wypluwa w stronę nieba wielki jęzor ognia. Gorąc syczy, wyje, zawodzi piskami, krzykami, płaczem, jękami rannych i syrenami ambulansów. Czuję na plecach mokry ciężar. Zrzucam go z siebie, żeby wstać i widzę, że to ręka urwana w łokciu. W przegubie ma zegarek Casio z czarnym cyferblatem. Dłoń męska. Jestem sanitariuszem w rezerwie i muszę ruszyć z miejsca, pomóc rannym, ale Ofer dalej leży skulony w pozycji embrionalnej i nie mogę go tak zostawić. Szukam właściciela ręki i widzę, że niechcący odrzuciłem ją od siebie na Ofera, który przyczepił się do niej i kurczowo trzyma pod brodą. Koło nas zawył hamujący z piskiem ambulans. Podnoszę Ofera razem z urwanym czyimś przedramieniem. Wygląda jak wielkie czarne niemowlę, które wyje w niebogłosy, bo chcą mu zabrać jego ukochanego misia. Pracownik Czerwonej Gwiazdy Dawida krzyczy z wnętrza karetki.
- Odsuń się kobieto, zostaw go nam, zajmiemy się nim jak trzeba, w ambulansie nie ma miejsca!
- Jestem sanitariuszem wojskowym i mogę pomóc w drodze do szpitala! – odkrzykuję.
– Spierdalaj stąd, cioto pedrylu ze swoim aidsem, mówiłem, że damy sobie radę!
W wiadomościach podali, że terrorysta – samobójca przebrany za żołnierza izraelskiego stanął na przystanku w kolejce do autobusu. Siedmiu zabitych i około stu rannych. Tym razem efekt był większy, bo akurat nadjechał podwójny autobus. Tak zwany akordeon.
Ofer został w szpitalu jeszcze jedną dobę. Skarżył się na szum w uszach. Lekarz izby przyjęć stwierdził wstrząs nerwowy i przepisał mu środki uspokajające. Mnie poradził, żebyśmy się zapisali do kółka grupowej terapii, które jest subsydiowane przez państwo do końca życia. W programie oprócz spotkań, są wycieczki krajoznawcze, kontakt z psychologiem, pracownikiem socjalnym, joga, śpiewy grupowe i tańce, jadalnia w domu żołnierza i w ogóle – stała opieka Ministerstwa Bezpieczeństwa i miesięczna pomoc finansowa.
Jest ich dużo, tych kółek. Rozsiane po całym Izraelu. Bo nigdy nic nie wiadomo po takim szoku. Czasami obrazy wracają po dwudziestu latach, kiedy człowiek jest zupełnie na nie nieprzygotowany.


—-

Do naszego baru przychodziły również dziewczyny i kobiety. I te z „naszych” i te „zwykłe”. Siedziałem tego dnia bez Ofera i obserwowałem ludzi. Czego przyszła szukać ta z lewej strony baru? Powinna mieć pod czterdziestkę. Tłusty tyłek odziany w obcisłą mini spódniczkę, wsysał w swoje fałdy malutkie okrągłe krzesełko barowe. Wyobrażałem sobie ślady potu, które kobieta pozostawi na siedzeniu po opuszczeniu baru. Paliła zawzięcie i manipulacyjnymi, niespokojnymi oczyma wodziła za barmanem. Knuła pewno, jak go namówić na „kobiecą” nockę. Wierzyła, że go jeszcze nawróci. Była żona? A może jeszcze jeden przypadkowy „numer” faceta, który ma zwyczaj tak długo potrząsać podłużnym ruchem shakerem do koktajli, aż niektórym spodnie pęcznieją w kroku? Może upił się kiedyś pod koniec swojej zmiany, czuł się samotny i było mu wszystko jedno? I może wtedy naplótł jej coś i naobiecywał?
A te dwie koło mojego stolika? Gapię się na ludzi, wyobrażam sobie, co myślą, jak żyją, co knują, co planują. Arcy kiwnął na mnie głową.
- Sara ma raka piersi, widziałem ją w przychodni Ichilowa – powiedział w sraczyku. – Przypadkowo na nią wpadłem i prosiła, żeby wam na razie nie mówić, ale nie mogę. Patrzył na mnie „no i co ty na to”. A ja nic. Pusto w głowie, cisza. Ten pod ścianą nadgryzał i oblizywał twarz gościowi dużo wyższemu od siebie. Onanizował się stojąc na ukos na palcach, jak jaka balerina, która przygotowuje się do kroku pas de chat. Usiadłem pod ścianą. Wszystkie plany poszły k'czortu.

1 komentarz do: Homiki polecają: Viola Wein, Rachmunes




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa