Trzy testy

– Zabawimy się w taką grę – oznajmiła Tereza zaraz po wypakowaniu kosza z prowiantem.
– Jaką grę?
– Fajną. To taki rodzaj testu – wyjaśniła. – No dobrze, właściwie są to trzy testy. Ale jak przejdziesz je pomyślnie, to dostaniesz piękny prezent.

Na słowo „prezent” Dianne podniosła wzrok z nadzieją. Jej blond lalka, wiecznie robiąca siusiu, widocznie jej nie wystarczała.

– To gra, w którą możemy zagrać tylko z Philem, okay? – rzuciła Tereza w jej stronę.

Dianne skinęła głową, to wszystko. Głośny protest nie był w jej stylu. Ale ja natychmiast stałem się podejrzliwy. Dodatkowy prezent nie interesował mnie w najmniejszym stopniu, żeby nie wiem jak był piękny. Glass też gadała o pięknej piłce, było więc oczywiste, że istnieją wyobrażenia piękna oddalone od siebie o kilometry. Choć z drugiej strony obudziła się we mnie ciekawość – jakkolwiek tylko do chwili, w której, ku mojemu przerażeniu, Glass wydobyła z kosza piłkę. Podała ją Terezie, a ta uśmiechnęła się do mnie.

– Nie pękaj, Phil. To naprawdę tylko gra.
Wzięła piłkę pod pachę. Zaświtała we mnie nadzieja.
– Gotów?
Skinąłem.
– Pierwszy test – powiedziała spokojnie Tereza. – Gwizdanie na dwóch palcach.
– Co?
– Gwizdanie na dwóch palcach. To całkiem łatwe, patrz, pokażę ci.

Upuściła piłkę na trawę i zademonstrowała. Zrobiła na mnie wrażenie. Jej gwizd był tak ogłuszający i przenikliwy, że wydało mi się, że na lśniącej w słońcu rzecze widzę małą, przestraszoną falę.

– Wow! – powiedziała Glass. Siedziała po turecku na rozłożonym kocu i skręcała grubego papierosa w formie lejka.
– Teraz ty – zakomenderowała Tereza.

Zawahałem się przez moment. Potem wsadziłem sobie palca wskazującego i kciuka do ust, i dmuchnąłem, ale nie wyszło mi z tego wiele więcej niż nieco głośniejszy podmuch. Powtórzyłem całość pod instrukcję Terezy. Cierpliwie tłumaczyła mi, jak naciska się czubkami palców na zęby, a językiem na czubki palców. Tym razem z ust bryznęła mi ślina, płynąc po brodzie i kapiąc na koszulkę. W końcu wsadziłem sobie w gardło prawie całą rękę, ale poza potężnym odruchem wymiotnym, także ta próba pozostała bez pożądanego rezultatu.

– Nie patrz tak ponuro. Bardzo dobrze się spisałeś! – Tereza ujęła mnie pod brodą, uśmiechnęła się i zmierzwiła mi włosy.

Potem dosiadła się do Glass na kocu.
Dobrze się spisałeś? Dałem plamę!

Glass zapaliła skręta, pociągnęła dwa razy i podała go Terezie. Szarobłękitne obłoczki dymu unosiły się w stojącym nieruchomo nad łąką powietrzu, niczym żyjątka z mgły. Ich zapach przyjemnie słodko drażnił nos: wilgotne siano z polewą cukrową. Pewnie z powodu tego pięknego zapachu, a nie – czego się skrycie obawiałem – mojego żałosnego popisu, obie kobiety nieustannie chichotały bez sensu. Była to jakaś pociecha, nawet jeśli marna. Jak długo chichotały, zapominały o moim blamażu.

– Drugi test – zagrzmiała wesoło Tereza, kiedy papieros już zgasł. Wstała z koca, zachwiała się nieznacznie i wskazała na piłkę, której czarnobiałe cielsko błyszczało złowrogo w trawie. – Rzucanie piłki!
– Już nie chcę.
– Zrób to dla mnie, darling – przymilała się Glass. – Proszę!

Spojrzałem na Dianne, szukając pomocy, a także trochę zazdrośnie. Siedziała sobie w trawie, gdzie czesała lalkę i po raz setny wysadzała ją siusiu. Siusiu dolewało się ze specjalnie w tym celu przyniesionej butelki, którą Dianne co parę minut uzupełniała świeżą wodą z rzeki. Dziwne testy, którym zostałem poddany, wydawały się nie interesować jej w najmniejszym stopniu. Potem odwróciłem się znów do Glass, która wciąż wpatrywała się we mnie prosząco.

A więc rzucanie piłki.
To nie mogło być aż takie trudne.
Dwa razy piłka po prostu wyśliznęła mi się z rąk i pacnęła w trawę. Raz rzuciłem ją ukosem do góry tak, że o mało nie spadała mi na głowę. Ostatnie podejście umiejscowiło ją w naczyniach piknikowych, wskutek czego, przy akompaniamencie protestującego brzęku, ubyła jedna filiżanka.

– No proszę – Tereza uśmiechnęła się szeroko. – Potłuczone szkło przynosi szczęście, Phil!

Uśmiechnąłem się dzielnie w odpowiedzi, mając nadzieję, że nie zauważy, jak dolna warga zaczyna mi się trząść. Za oczami wzbierało trudne do zniesienia pieczenie.
Tym razem nie było przerwy na papierosa.

– A teraz strzelanie goli! – obwieściły Tereza i Glass, niczym na komendę, co ponownie dostarczyło pretekstu do jednego z owych niestosownych wybuchów wesołości.
Strzelanie goli!

Oto ona, ostatnia i najbardziej perfidna z zadanych mi prób. Czy te kobiety nie zauważyły, że to szczyt szczytów, matka wszystkich tortur? Jakim cudem sądziły, że jestem w stanie strzelać gole, jeśli byłem za głupi na samo rzucanie piłki? Z czasem opuściła mnie wszelka odwaga, ale najlepsze, co mogłem zrobić, to całą tę poniżającą sytuację możliwie szybko doprowadzić do końca.

Ułożyłem znienawidzoną piłkę pod nogami i stałem niezdecydowany. Wziąć rozbieg? Strzelić z miejsca? Lewą czy prawą?
Tereza kiwnęła zachęcająco głową.
– No spróbuj, darling – dopingowała Glass.
– Ale, mum…
– Strzelaj!

Blizny za uszami zaczęły mnie swędzieć. Wpatrywałem się w wielkie, zachwycone oczy mojej matki, w których, dziwnie skurczone, iskrzyły źrenice. Potem wpatrzyłem się w inne, głębiej ukryte iskrzenie, które wydawało mi się, że dostrzegam za źrenicami, i teraz, dokładnie w tym momencie, wiedziałem, jak musiał się czuć Dumbo, zanim skoczył z dwudziestometrowej wieży w kaszę mannę. W straszny sposób Glass zamieniła się w jedną z nich.

Dianne odłożyła wreszcie lalkę i też mi się przyglądała, żądna sensacji, jak uznałem. Tereza stała obok niej, spojrzenie miała dziwnie zawieszone, usta lekko rozchylone. Z jej warg nie kapnęła ani kropelka śliny, mimo to wyglądała jak zaśliniona idiotka.
Uśmiechnąłem się i nienawidziłem ich wszystkich.

Zebrałem w sobie całą nienawiść, wziąłem rozbieg i strzeliłem.
Trafiłem gałę samym czubem, kopniak nie mógł być lepiej wymierzony. Piłka oderwała się od ziemi i zakreśliła w magicznie pięknym locie perfekcyjny, parabolicznym łuk. Przekręciłem głowę i patrzyłem za nią. Żadnego podrygiwania, żadnego chybotania, jedynie owo błyszczące, bezszelestne, czarnobiałe wirowanie wokół własnej osi. Osiągnięcie punktu najwyższego. Potem delikatny łuk w dół.
Następnie lądowanie w rzece.

Dało się słyszeć ciche plaśnięcie, co do którego nie byłem pewien, kto, czy co je spowodowało, uderzenie piłki o powierzchnię wody czy moje serce, które właśnie w tej chwili osunęło się do zamienionego w płyn żołądka. Wstrzymałem oddech.

– Test zdany! – wrzasnęła radośnie Tereza obok mnie i zaklaskała w ręce. – Świetnie się spisałeś, mój mały!
– To już wszystko? – spytała Glass z powątpiewaniem. Spoglądała przy tym, jak my wszyscy, w dal za odpływającą piłką, która niesiona małymi, pobłyskującymi falami, dryfowała żwawo w dół rzeki i stawała się coraz mniejsza. – Rozpoznajesz geja na podstawie braku talentu sportowego?
– Raczej braku ambicji sportowej.
– No, nie wiem…
– Ale ja wiem! – upierała się Tereza. – Z pewnego źródła. Każdy gej zna te testy i zaśmiewa się z nich. Wierz mi, twój syn jest pedałem jak się patrzy! Tereza pochyliła się nade mną i wycisnęła mi całusa na czole. – Nigdy nie zapomnę, jak koniecznie chciał być śpiącą królewną, a było to całe wieki temu.

Nie wiedziałem, kto to jest pedał. A już kompletnie nie wiedziałem, co pedał ma wspólnego ze śpiącą królewną. Wiedziałem jedynie, że właśnie wystrzeliłem do rzeki drogą piłkę, mój prezent urodzinowy, a więc per se świętość, nawet jeśli go nienawidziłem, i że przestały obowiązywać wszystkie zasady zdrowego rozsądku, gdyż nikt, absolutnie nikt, się tym nie zdenerwował.

Teraz Glass uniosła mi brodę jedną ręką, drugą pogłaskała po włosach. – Jeśli tak jest… to jest i już – przyjrzała mi się w zadumie. Coś przemknęło jej po twarzy, mroczny cień, który pojawił się i zniknął tak szybko, jak mrugnięcie. – To niech już będzie.

Wreszcie się uśmiechnęła. Odetchnąłem z ulgą. Przyjrzałem się uważnie jej twarzy w poszukiwaniu mogących ją zdradzić znaków, najmniejszych oznak, że nie godziła się na bycie matką pedała i że będzie niezłomnie próbowała to skorygować, w ostateczności drogą operacji, jak ustawienie moich łyżeczek. Jeśli taką oznaką był ulotny cień na jej twarzy, to już o nim zapomniała. Najwyraźniej egzystencja pedała była znacznie mniej naganna, niż posiadanie odstających uszu.
– Już myślałam, że wszystko stracone, kiedy trafił w piłkę. Niemniej – Tereza znów wpada w chichot – niemniej jest naszym bohaterem. Jesteś bohaterem, Phil! A teraz pora na ciasto. A rany, ale mam ochotę na coś słodkiego!

Byłem więc bohaterem. Co było niepojęte, gdyż w moich oczach zawiodłem na całej linii, jednak w oczach Terezy i mojej matki dokonałem gigantycznego czynu, bohater, niemniej. Było to miłe uczucie, uczucie, które stawało się coraz milsze, im dłużej się nad nim zastanawiałem, i przez parę kolejnych dni życzyłem sobie, by móc komuś opowiedzieć o moim walecznym czynie, Annie Glösser na przykład albo panu Tröhtowi. Ale Annie od roku leżała w tym strasznym sanatorium, gdzie zakładano jej pieluszki i maltretowano elektrowstrząsami, a od dnia, w którym pan Tröht, stare dobre truchło, z uśmiechem na ustach zakończył swoją ziemską wędrówkę i rozpoczął niebiańską, minęły już dwa lata. Nie było nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Nie pozostawało mi nic innego, jak cierpliwie czekać do następnej wizyty Gable.

Kiedy Tereza, Glass i Dianne rzuciły się na przyniesione ciasto przy akompaniamencie brzęku talerzy i filiżanek, po szemrzącej trawie poszedłem nad rzekę i usiłowałem rzucić ostatnie spojrzenie na piłkę. Ale prąd rzeczny dawno ją porwał, na pewno już przepłynęła koło Wielkiego Oka i nie było jej widać. I właśnie co do tego chciałem się upewnić. Swędzenie za uszami nie ustało, a to mnie zaniepokoiło. Miało to coś wspólnego z moją nowo przybraną egzystencją pedała, nie wiedziałem, co dla mnie oznacza, a przede wszystkim ze sposobem, w jaki Glass, mimo całego chichotu i śmiechu powiedziała, to jest i już. Te słowa poprzedziło krótkie wahanie, a wtedy się nie śmiała. Potem także nie. A potem błyskawicznie przemknął jej po twarzy ten cień.

To niech już będzie.

Nagle zrozumiałem, czym był ten cień: troską. Nie jakąś dowolną troską, ale tą szczególną troską o moją przyszłość. Nagle nie byłem już taki pewien, bohater nie bohater, czy będzie łatwo wieść życie pedała. Ale byłem najzupełniej pewien, że to czekające mnie życie miało ścisły, nawet jeśli niezrozumiały związek z odpływającą w siną dal piłką. W końcu wszystko zaczęło się od niej. Miałem dziewięć lat, wiedziałem, że nie ma złych duchów ani pokrytego szlamem i wodorostami boga rzecznego, który potrafiłby zawrócić wodę w rzece i zwrócić mi piłkę. Wiedziałem o tym, ale nie byłem całkiem pewien.

fragment książki Środek świata
Andreas Steinhöfel
tłumaczenie: Agnieszka Kowaluk
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co
wydanie 1
Czerwiec 2005
Stron: 384
Format: 13,5 x 21,5 cm
Oprawa: miękka

Autorzy:

zdjęcie Andreas Steinhöfel

Andreas Steinhöfel

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 140; nazwa: AndreasSteinhöfel

7 komentarzy do:Trzy testy

  • kotek

    [Re: Trzy testy]

    swietna książka, naprawdę gorąco polecam!!!!!!!! :)

  • kotek

    [Re: Trzy testy]

    jeszcze raz ja, oto co przeczytałem na temat książki w jakimś serwisie internetowym: >
    hehe – Niemcy;), wyobrażacie sobie żeby w naszym kraju ktoś napisał książkę, której głównym bohaterem i narratorem jest nastoletni gej opisujący swoje życiowe perypetie – także miłość do innego chłopaka i został za to nominowany do nagrody za najlepszą książkę dla młodzieży??;)))

  • Erico

    [Re: Trzy testy]

    piękna, pozytywna książka.
    polecam, znacznie lepiej się czyta niż Lubiewo i Panowie w Łóżku razem wzięci.

  • je

    [Re: Trzy testy]

    testy zdałem śpiewająco jestem pedałem :D

  • kulka_miodu

    [Re: Trzy testy]

    jeśli cała książka jest takt jak ten fragment…
    to chce ją mieć!! -fantastyczne

  • Qot

    [Re: Trzy testy]

    Fatalne, kawał naprawdę złej literatury moim skromnym zdaniem, ale nikt nie musi się ze mną zgadzać. Pomimo, że czyta się to lekko z pozoru i wyraźnie nawiązuje się więź z bohaterem, to jednak są wyraźne braki – całość jest niejasna, tak naprawdę wiadomo tylko mniej-więcej co się dzieje (Spróbujcie zrozumieć całość, razem ze szczegółami) .
    A poza tym… Jak na litość boską można oceniać orientację seksualną na podstawie „ambicji sportowej”?!?!?!? Nie mówiąc już o tym, że bohater WYKAZAŁ się w tym fragmencie właśnie ambicją (przypominam, że właśnie jej brak zadecydował o „diagnozie”)!
    Być może ktoś z Was odpowie, że może to dla mnie zbyt trudne.. Może i tak.. także nie silcie się na takie posty.

    Qociaq

  • mTV

    [Re: Trzy testy]

    a mi się podobałą. szczerze polecam ją na wakacje, urlop, czy ferie. ja ją pochłonąłem na właśnie „zimowisku”.
    do Qota – autor sam podaje że bazuje na mitach, archetypach, starożytnej kulturze łacińskiej, botanice i że całość około 400 stronicowa ma skłonić do retropsektywy ale i do napisania własnego zakończenia…

    polecam książkę. na pewno dobrze się czyta, wciąga, ma swoisty baśniowo ( jak willa Visible) – przygodowy (jak podróże dalekomorskie, o których każdy marzy) kliamat. a poza tym każdy zdoła się odnaleźć w jakiejś postaci, są jak lustra.

    książka uczy też poszukiwań własnego Źrodka Źwiata, tworzenia własnej historii i odkrywania człowieczeństwa, także homoseksualnego…




Skomentuj: Qot Anuluj odpowiedź

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa