Trzy odsłony z podtytułami

Jutro

W czwartek rzucił mnie Alex. To musi zostać nazwane po imieniu, pomimo wszelkich litościwych eufemizmów cisnących się uporczywie na język. Mógłbym ulec i wierzyć w normalną kolej rzeczy albo, że moje ciągłe wyjazdy sprowokowały to rozstanie, ale prawda wyglądała tak, że to Alex z właściwą sobie lekkością i uroczym uśmiechem po prostu spakował się i niemal bez słowa, z jednym tylko pocałunkiem, który parzy mnie jeszcze teraz, odszedł do kogoś nowego. Nie wiem do kogo. Nie wiem też w istocie dlaczego. Dla Alexa nie istnieją przyczyny, a jedynie impuls. Poszukiwać powodu byłoby więc bezsensownym znęcaniem się nad samym sobą. Jego zdjęcie na szafce nocnej zostało przy mnie niczym ostrzeżenie, żebym nigdy więcej nie zadawał się z pięknymi.

W piątek nie zamierzałem mimo wszystko ruszać się z domu. Cierpienie zaczynało mi dopiero smakować goryczką złości i do pełnego upadku było jeszcze daleko. Chciałem tam dotrzeć sam z butelką wódki. Żadnych facetów. Żadnych niepotrzebnych wzruszeń.
Ale noc była duszna, a klimatyzator diabli wzięli, odkąd stado ciem, jedna po drugiej znajdowały w nim ostatni przystanek. Musiałem, naprawdę musiałem wyjść na spacer. Zapożyczonym od Alexa instynktem „wszelkiego przypadku”, wrzuciłem na siebie białą koszulę i garnitur, prawie bezwiednie. Nie planowałem niczego.
Nogi same zaniosły mnie w kierunku Marinere.
Robert stojący na bramce mrugnął do mnie odpinając łańcuch ogrodzenia. Wieści szybko się rozchodzą, stałem się znowu zwierzyną łowną dla wszelkiego rodzaju młodych duchem i ciałem ryzykantów, poszukiwaczy sponsorów etc…etc…Uśmiechnąłem się najobojętniej jak umiałem i wcisnąłem mu stanowczo za duży napiwek.
W środku ten sam tłum co zwykłe, gdzieniegdzie rozjaśniony jakimiś nowymi twarzami. Minąłem wejście i krętymi schodami wszedłem na drugie piętro galerii. Był tu mój stolik i dobra widoczność. Usiadłem twarzą do balustrady, poza którą poniżej ściskał się, gniótł i sapał cały ten świat pełen Alexów o bezproblemowych uśmiechach, gestach i spojrzeniach jak zaproszenia na przejażdżkę roller coasterem. Podróż może trwać kilka minut albo dwa lata, nie dowiesz się jeśli nie spróbujesz. Nie miałem na to najmniejszej ochoty.
Z tyłu podszedł kelner. Czekałem trochę zbyt długo więc nie odwracając się, chłodnym tonem zamówiłem aperitif. Alex zawsze flirtował z kelnerami, barmanami, z szatniarzem.
Dzisiaj ja chciałem być tym złym. Ale do tego potrzeba jeszcze odrobiny pewności siebie.
- Proszę, pański aperitif – głos miał dźwięczny, niski i śpiewny.
Zacisnąłem mocno zęby, nie chcąc się odwrócić. Nie chciałem, naprawdę.
Ale było za późno. Nie znałem go. A mógłbym przysiąc, że znałem tu wszystkich. Postawił kieliszek na stole, zmienił popielniczkę, zaniósł zamówienie do sąsiedniego stolika, wrócił a ja byłem wciąż słupem soli, niemą żoną Lota, marynarzem zgubionym przez syrenę.
Nigdy wcześniej nie widziałem kogoś tak pięknego.
Oczekiwałem ostrego dzwonka ostrzegawczego, kpiącego uśmiechu Alexa w mojej wyobraźni, ale zamiast tego poczułem nagły przypływ energii.
Pod tym spojrzeniem gorącym i zarazem ciepłym, iskrzącym i tajemniczym, młodym i zarazem starym poczułem się zdruzgotany nadmiarem czegoś co opływało mnie i czego nie odważyłem się nazwać szczęściem.
- Czy coś jeszcze podać ? –
- „Jasne, rękę” – uśmiechnął się jakby usłyszał moje myśli. Stał nade mną jak wąskoskrzydły, granatowopióry ptak ze srebrzoną tarczą, w której odbijała się moja zaskoczona mina. Uśmiechnął się jakby na sali oprócz mnie nie było nikogo.
- Butelkę czerwonego Martini. – wydusiłem wreszcie. Trwało to krótką chwilkę.
Zanurkował w tłum torując sobie drogę tacą, patrzyłem za nim śledząc światło przemykające po jego czarnych włosach, dopóki nie zlało się z innymi światłami i straciłem je z oczu.

Uśmiechnął się jakby na sali oprócz mnie nie było nikogo. Nikogo kto mógłby sobie przywłaszczyć tę chwilę. Postawił na stoliku Martini.
- Dodatkowe kieliszki ? – zapytał.
- Tak. Jeden. Dla pana. – oczekiwałem wyroku : ” nie wolno przysiadać się do gości”.
- W porządku. – usłyszałem. – Chętnie.
Dlaczego Alex wyparował nagle z mojej głowy ? Piliśmy w milczeniu.
- Kłopoty ? – zapytał nagle. Obejmował szklankę z wodą długimi palcami. Wąskolistny.
- To aż tak widać ? – Alex nigdy nie pytał o kłopoty. Dla książąt z bajki liczą się tylko piękne chwile. Ale ten pytał. Przyglądałem mu się. Siedziała ze mną przy stoliku długonoga, starocerkiewna ikona, z oczami z wyspy Hokkaido i ustami jak płatek hibiskusa. I troszczyła się o mnie. „Zostałem porzucony. Wszyscy o tym wiedzą.'' Poczułem ciepło jakim objął mnie od pierwszej chwili gdy stanął przy moim stoliku.
- Nie – zaoponował natychmiast. – nie widać. Ale spójrz dokoła. – dodał zataczając skrzydłem łuk. Posłusznie rozejrzałem się by odkryć stara prawdę. Tu nie było samotnych mężczyzn.
- Czyżbym wyglądał jak ofiara ? – spytałem z trudem, bo onieśmielał mnie coraz mocniej.
- Raczej jak smaczny kąsek – roześmiał się – powinieneś uważać.
„Jeśli na ciebie to nie mam zamiaru” – do bólu szczera myśl wystawiła moje spojrzenie na pastwę ryzyka. Odwzajemnił je.
Pora na zmianę tematu.
- Nigdy cię tu nie widziałem. – z rozpaczy zdobyłem się na banał.
- Pracuję tylko w piątki. – „Zatem oddałbym życie za jedną sobotę – skonstatowałem”
- Poza tym raczej tu nie bywam. To się stało niedawno prawda ? – kontynuował przerwany wątek. Powinienem był się zdenerwować.”Nie jesteś moim psychoterapeutą”, ale nie : „Zostań moim psychoterapeutą. Ach proszę, zostań moim psychoterapeutą. „
- Wczoraj. – powiedziałem prawie szeptem.
Milczał. Milczał i patrzył na mnie mądrymi, gorącymi oczami. I już wiedziałem, że nie pocieszy mnie ani dziś ani jutro. Też bym tego nie chciał.
- Spotkamy się za jakiś czas, dobrze ? – zapytał. Chcieliśmy tego samego. Dotknąłem jego długich palców. Chciałem je ucałować. Uprzedził mnie. Uspokoił i upił energetyzującą obietnicą któregoś jutra.
- Spotkamy się? – powtórzył pytanie.
- Nawet nie wiem jak masz na imię. – odważyłem się wreszcie zawalczyć o jakąś informację. W odpowiedzi odpiął z koszuli identyfikator i schował go do wewnętrznej kieszeni mojej marynarki. Musiał wracać do pracy. Siedziałem jeszcze chwilę obserwując jak porusza się pomiędzy stolikami, błyszcząc światłem we włosach i rzucając mi od czasu do czasu spojrzenie znad pełnej szklanek tacy.
Wróciłem do domu będąc w absurdalnej fazie akceptacji porzucenia. Schowałem Alexa do szafy z butami. Do ostatniej szuflady. Zapaliłem papierosa. Wyjąłem z szafy fotografię. I poszedłem spać. Obudziłem się pognieciony i wymięty, ze zdjęciem Alexa na sąsiedniej poduszce.
W poszukiwaniu papierosów w kieszeniach marynarki, ukłułem się w palec szpilką identyfikatora.
Prostokącik 3 x5, kawałek różowego plastiku ze srebrnym imieniem pośrodku.
Uśmiechającym się do mnie.
Wyciągnąłem z szuflady biurka kopertę w sam raz mogącą pomieścić ramkę wraz ze zdjęciem. To nie był jeszcze koniec. Ale kiedy zaklejałem kopertę, a potem pisałem na niej adres pracy Alexa, jedyny jaki miał naprawdę, poczułem, że jestem już bliżej jutra niż wczoraj.

Rainbow Frotté

– To nasza ostatnia randka – powiedział podnosząc brwi.
Spojrzał przelotnie w okno wystawy. Wciąż nie mogłem się nadziwić jak on to robi. Dobierał barwy w zestawieniach jakie nie przyszłyby mi do głowy, a jednak zawsze trafiał idealnie.

- Szary róż – przytuliłem go do siebie – pasujesz do niego.

Tak mówiłem, a on wtapiał się w kolory i zakwitał. Walczyłem na początku z frotkami, a one błyskawicznie stały się niezbędnym uzupełnieniem. Poddawałem się zafascynowany, że cokolwiek ma na sobie wygląda równie elegancko. Nie potrzebował trudu ani wielkich pieniędzy, aby pokazać mi na czym polega subtelna różnica pomiędzy marką a klasą.

- Bez tego czuję się nagi – prosił delikatnie, podsuwając mi pod oczy bransoletki i nadgarstniki.

Każdy element stroju w zetknięciu z jego ciałem stawał się nim samym. Ulegałem, a z czasem zacząłem się nawet buntować, gdy chcąc zrobić mi przyjemność próbował wtłoczyć swoją naturę w dyby stereotypu i grzeczności stylu. Fakt, w ciemnych garniturach wyglądał zabójczo, ale gdy pod marynarkę przemycał jedną ze swoich ukochanych podkoszulek padałem na kolana skruszony moją dotychczasową ignorancją wobec wiedzy o szyku i stylu.
Ja byłem typowym wytworem fabrycznie idealnego modelingu. Najpierw patrzyłem na metkę i datę kolekcji, dopiero potem na kolor. On jak motyl fruwał pomiędzy wieszakami i wyszukiwał cuda i cudeńka, których istnienia nawet nie przeczuwałem.
Był pedantem. Ale innym niż ja. Potrafił ze skazy uczynić pieszczotliwy wyróżnik rzeczy.
Wszystko wynikało samoistnie i niewymuszenie. Podziwiałem go i nieudolnie starałem się czasem naśladować i wtedy on strofował mnie, ściągając ze mnie nadmiar biżuterii albo koloru. Za to sam bezbłędnie znajdował w sklepach rzeczy, jakby przeznaczone specjalnie dla mnie, a których mój brak wyobraźni, bez przymierzenia nigdy nie potrafiłby docenić.
Nasze szafy stanowiły odrębne królestwa, w których on poruszał się jak wytrawny znawca, a ja zaledwie błądziłem po omacku.
Po kilku tygodniach i paru radosnych uwagach znajomych, doszedłem do przerażającego wniosku, że przedtem wcale nie bywałem elegancki a jedynie fashion correct.
To miała być nasza ostatnia randka. Tego dnia czekaliśmy obaj z utęsknieniem.
Od wczoraj wieczór nasze szafy stały we wspólnej garderobie.

Pride

– Dzisiaj – oświadczył – zabieram cię na konferencję Stowarzyszenie Kontra Homofobia.-
- Nie chcę – wzdrygnąłem się – nie czuję się prześladowany. Nie chcę.-
Zmarszczył brwi. W tych sprawach był uparty i konsekwentny do przesady. Już wiedziałem gdzie spędzę dzisiejsze popołudnie.
- Nie możesz być tym kim jesteś godząc się na bycie człowiekiem niższej kategorii. – tłumaczył mi cierpliwie i czule.
- Gdybym się tak czuł miałbyś ze mną ciężkie życie. Sam jesteś w czepku urodzony. – dogadywałem. Obrażał się na moją nieczułość wobec ogólnej nietolerancji. -
Związałem się z aktywistą, w dodatku o bardzo szerokich zainteresowaniach i nic na to nie mogłem poradzić. Żegnaj bezpieczna przystani leniwego egoizmu!
Biegał pomiędzy swoją redakcją a biurami rozmaitych organizacji, nie przepuścił żadnej imprezy związanej ze społecznym i kulturowym aspektem ruchu gejowskiego, żadnego festiwalu na którym choć jeden film albo choć 1/10 jury wiązała się z tematem.
Zbliżał się czerwiec. Nadchodziła pora parad, pochodów i ze zgrozą myślałem już jak się od tego wymigać.
Tylko, że to nie było proste. Z co najmniej dwóch przyczyn. Po drugie był uparty. Po pierwsze zaś, wbrew temu , że całe moje ego buntowało się przeciw wszelkiej propagandzie, imponował mi jak nikt do tej pory. Jako zwolennik małej codziennej rewolucji nigdy nie czułem na sobie specjalnego nacisku społecznego. Teraz w konfrontacji z najsłodszym i zarazem najbardziej stanowczym spojrzeniem jakie kiedykolwiek znałem, czułem jak moja droga poczyna z nagła, ledwo dostrzegalnie zmieniać kierunek.
Miał rację, kiedy mówił jak bardzo jesteśmy zakłamani i jak to zakłamanie zmienia istotę rzeczy w blichtr dwuznaczności i podejrzanych stereotypów.
Chciał świata idealnego. Z gejami, lesbijkami i heteroseksualistami, których z tłumu nie wyróżnia nic co mogłoby mieć związek z orientacją seksualną. Chciał normalności. Kochałem w nim tę żądzę czynienia dobra. Potrafił słuchać. Odgadywać i dawać.
I boleśnie trafiał w moje marzenia. Pragnąłem pokazać go całemu światu i nie mogłem, nie ryzykując oplucia nas przez znaczna jego część. Marzyłem o tym, żeby móc, witając go wysiadającego z pociągu, obrzucić pocałunkami i nie czuć się jak pod specjalnym nadzorem.
Wiedziałem, że pójdę na tę konferencję i na Gay Pride gdziekolwiek się odbędzie, też. Czasem czułem się przy nim jak ryba w oceanie. Cudownie i strasznie zarazem bo bezkres bywa przerażający. Ale pragnąłem płynąć do samego końca. Przyzwyczajał mnie delikatnie do swojego światopoglądu.. Jako partner chciał się ze mną dzielić wszystkim co go pasjonowało. Jako dziennikarz musiał czasem przesadzać. Nie umiem temperować jego żywej natury, w dodatku wciąż bywał czasem jak tajemnica pierwszego dnia, a jednak to on powiedział mi kiedyś -
- Przy tobie dojrzałem. I teraz będę już tylko kwitł.- Nie umiałbym mu odmówić nawet gdyby zaciągnął mnie na paradę naturystów. Jeszcze nim nie jest, ale kto wie…
Teraz patrzy przez chwilę na mnie wyczekująco, chociaż zna jedyną właściwą odpowiedź.
- Zawiozę cię, zawiozę. – śmieje się serdecznie i głośno – Może nawet dam ci mikrofon do potrzymania.
Przyciągam go do siebie. Całuję.
- Wiesz, że jesteś moją największą dumą, skarbie ? – pytam podając mu kluczyki.

Autorzy:

zdjęcie Claro Fijeza

Claro Fijeza

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 69; nazwa: ClaroFIjeza

3 komentarzy do:Trzy odsłony z podtytułami




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa