- homiki.pl - http://homiki.pl -

Skupmy się na sobie?

Po śmierci papieża umieściliśmy na naszych stronach teksty okolicznościowe, co wzbudziło wśród niektórych naszych użytkowników sensację: jak to – TU?! I lawinę krytycznych komentarzy. Jednym się to podobało, inni rzucali gromami. Po publikacji artykułów krytycznych wobec Kościoła zebraliśmy niemałe cięgi od wierzących homików. Dlaczego teksty oraz opinie pro i kontra sąsiadują obok siebie? Bowiem nasz portal jest otwartym forum, na którym prezentowane są różnorodne idee, opinie i poglądy i nikomu – sobie przede wszystkim – nie przyznajemy statusu osoby najmądrzejszej i wszystkowiedzącej.

Otrzymaliśmy interesujący list od Szarej w sprawie artykułów „kościelnych” – postanowiliśmy go opublikować. Ciekawi jesteśmy Waszych opinii.

Witajcie

Mało się znam na polityce – czy to świeckiej, czy kościelnej – mało mnie też ona jak dotąd obchodziła. Czytając jednak komentarze pod artykułami, spory i (chyba nieco) ideologiczne dysputy dochodzę do wniosku, że – mimo mojej ignorancji na tym polu – czas się odezwać.

Bezsprzecznie jestem kobietą i to wyzutą z zacięcia do władania światem, choć zbawiać – i to odruchowo – uwielbiam. Idąc za tą myślą wpadłam na pomysł, że nowy papież jeszcze dobrze nie rozsiadł się na swoim tronie, a już nas dość skutecznie skłócił. Wniosek z tego prosty, że tak naprawdę stary Niemiec nie musi już nic więcej robić, ogłaszać, czy nawet nakazywać. Najwyższy rangą katolik nie jest bowiem w stanie zrobić nam już nic gorszego niż sami sobie robimy. W sumie przecież nie on póki co skacze nam do gardeł, jeszcze się nie zdążył nawet odezwać – konkretnie na temat homoseksualizmu – więc macie/mamy tylko gdybania do dyspozycji.

Strach ma wielkie oczy, zabija umysł – jak kiedyś napisał Frank Herbert. Zamiast więc tworzyć kolejne mroczne scenariusze i to tylko po to, żeby móc się o nie kłócić, może wrócimy do „pracy u podstaw”. Rzeczywiście niech polityką i pro, czy antyklerykalizmem zajmą się inni? Może wzorem uosobienia rozsądku poczekajmy na rozwój wypadków. Zaniechajmy niesnasek. Środowisko już i tak jest wystarczająco skłócone i niespójne, nie pogłębiajmy tego stanu projekcjami własnych lęków.

Osobiście proponowałabym odłożyć na bok temat kościelny – na jakiś czas. Skupmy się na sobie odpuszczając tym samym katolikom. Każde słowo napisane i zamieszczone na portalu tyczące polityki kościelnej może zostać w każdej chwili wykorzystane przeciwko nam. Nietolerancyjna Polska nie zawaha się użyć naszych wewnętrznych nieporozumień w swoich ew. akcjach, czy niemal świętej wojnie ze „zboczeńcami”. To nierozsądne tak jawnie pokazywać światu swoje słabe strony. A nasze wewnętrzne swary są właśnie jedną z takich słabych stron.

Kiedy ludzi kupa i Herkules dupa – pamiętacie jeszcze to durnowate powiedzonko? Ale jest w nim przecież stara dobra prawda. Jeżeli w naszym „dziele” chcemy naprawdę ludziom (i sobie samym) pomóc, musimy być zjednoczeni. Nie musimy się nawzajem lubić, nie musimy też się ze sobą zgadzać, ale powinniśmy współpracować jak osoby cywilizowane (w pewnym sensie przynajmniej). Coraz częściej żądamy tolerancji, kiedy wobec siebie nawzajem miewamy z nią kłopoty.

Kto sieje wiatry, zbiera burze – kolejne powiedzonko niebezpiecznie bliskie prawdy. Jeśli nowa-stara polityka kościoła zacznie jeszcze silniej w nas uderzać, skłóceni i pozbawieni pewności siebie bezsensownie zareagujemy emocjami, zamiast rozsądkiem i wewnętrzną siłą. Znowu się zacznie licytowanie kto jest gorszy, a kto lepszy, kto psuje wizerunek idealnego geja, czy lesbijki, a kto daje dobry przykład (jakby coś takiego w ogóle mogło w czystej formie istnieć).

Warto oczywiście pamiętać, że większość społeczeństwa w naszym kraju to katolicy, a co za tym idzie, większość z nas to katolicy. Nawet jeśli z wielu przyczyn szereg z nas odeszła od kościoła – zagniewana i rozżalona – to i tak gdzieś głęboko w mózgach, we krwi i podświadomości nosimy w sobie nawyki dawnego myślenia o grzechu, piekle i potępieniu. Walcząc z kościołem – choćby tylko słowem bazgranym na papierze – zdaje się niektórym z nas, że zwalczą w sobie poczucie winy za inność. Dlatego doradzałabym na jakiś czas skupić się bardziej na sobie, a mniej na cudzych poglądach i decyzjach papieskich, których jeszcze nie podjął. Wróćmy do pracy nad prawdziwym lubieniem siebie (żeby uniknąć słowa zaakceptowaniem), zamiast kierować tę energię nie tam gdzie jej miejsce, czyli na zewnątrz.

Nie próbuję nawet przeczyć, że najprawdopodobniej będzie ciężko. Kościół w obecnej swojej formie łatwo nam nie odpuści. Nie oznacza to jednak, że musimy pogłębiać własną paranoję w kółko pisząc o tym – szczególnie na portali, gdzie wchodzą bardzo różni ludzie. Pokażmy światu własny spokój, czy też spokojną pewność, że żyjemy naprawdę w zgodzie z sobą – czy jak kto woli – Bogiem.

Wet za wet to nienajlepszy sposób na szczęśliwe i spokojne życie. Skoro kościół nam się nadokuczał – i nadal to robi – nie musimy mu wcale odpłacać tym samym. Można jak Ghandi usiąść na środku drogi i po prostu się nie dać ruszyć. Zaniechajmy polemik, piszmy o tym jak dobrze nam jest mimo wszystko. Przecież głównie za to nas tak „nieszczęśliwi, dźwigający przez całe życie krzyż” katolicy nienawidzą. W pojęciu wielu rozmodlonych wszechpolan jesteśmy zgnilizną, bo żyjemy w grzechu i dobrze nam z tym. Mamy swoje instynkty, których nie chcemy zakłamywać. Wiedze się nam w większości całkiem dobrze i to bez spowiedzi dwa razy do roku. Bóg, również ten katolicki – zgodnie z wykładnią kościoła – który jest miłością kocha nas nadal, czego wielu nie może znieść mściwie stawiając nas na tej samej półce z dewiantami. I tak dalej, i tym podobne. Wszyscy wiemy – jak przypuszczam – o co chodzi, więc nie ma sensu dalej ciągnąć tego wątku.

Ale jeśli jesteśmy zwalczani – co tu dużo mówić – przez katolików jako personifikacja ich domniemanych grzechów, to wcale nie znaczy, że my musimy łapać za ten sam miecz ognisty i obracać go przeciw nim jakby byli personifikacją naszego strachu przed potępieniem. Rozdzielmy politykę i wielkie słowa dotyczące działania na rzecz tolerancji dla osób homoseksualnych. Mam wrażenie, że za kurtyną sloganów kryją się głównie nasze co najmniej atawistyczne lęki. Zupełnie jakbyśmy stawali u progu epoki palenia na stosach za czyny lubieżne i sodomię.

Proszę państwa, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Owszem, kościół bierze udział w polityce świata i nadal ma wpływ na umysły wielu bogobojnych, ale chciałam nieśmiało zwrócić uwagę, że stary papież tak dobrze sobie radził z „ustawianiem” naszych rodaków, bo był Polakiem. Skąd przypuszczenie, że nowego również tak grzecznie będą słuchać, kiedy w polskiej naturze nie leży posłuszeństwo?

A nawet jeśli będą, to czy namiestnik kościoła pozbawiony takiego autorytetu jak jego poprzedni – już właściwie obwołany świętym – będzie nadal w stanie wymuszać jakiekolwiek decyzje na arenie politycznej całego świata? Śmiem twierdzić, że niekoniecznie. Dlatego moja propozycja wygląda następująco: poczekajmy!.

Jestem za odpuszczeniem sobie na Homikach tekstów dotyczących polityki kościoła – bez względu na to czy byłyby pro, czy antyklerykalne. Sprawę sumienia zostawmy do rozwagi każdemu z osobna, „czyniąc” tolerancję a nie tylko postulując o nią. Reszta czy tego chcemy czy nie i tak zrobi się sama. Cokolwiek powie lub napisze, czy nawet wymusi na wielkim świecie nowy papież i tak odbędzie się poza nami, więc po co się kłócić?

„Nie lękajcie się” – że tak nieco szyderczo sparafrazuję bardzo modny ostatnio cytat. Panowie i Panie – będzie dobrze jeśli w to uwierzymy i będziemy żyć w zgodzie ze sobą. To tylko tak gwoli przypomnienia.

Szara