- homiki.pl - http://homiki.pl -

Tako rzecze Michaśka

Gdziekolwiek by ostatnio nie spojrzeć, zewsząd wyziera uśmiechnięta twarzyczka lub wydobywa się sympatyczny głos Michasi: telewizja, radio, prasa (ta liberalna i ta mniej). Media znalazły nowego ulubieńca – w sezonie skandali politycznych i gospodarczych skandalik w kulturze by się przydał: publika jest znudzona Bardzo Ważnymi Komisjami, publika żąda nowości, jakiejś kontrowersji, czegoś, na co można by powybrzydzać, potupać, lub też – klaskać z uciechy w łapki. Michał Witkowski zapraszany jest do programu telewizyjnego, dziennikarze znanych pism ustawiają się w kolejce do wywiadu. Żyć nie umierać – mamy SWOJEGO pisarza! I byłoby jak w baśni, gdyby nie to, że Michaś śmieszy, tumani, przestrasza…

Nie byłoby Michała „na łamach”, gdyby nie jego „Lubiewo” (opisane przeze mnie w innym miejscu, nie będę zatem wracać do książki). Sama powieść niezła, serce rośnie: Michała Witkowskiego zna tu we Wrocławiu wielu gejów – lepiej lub mniej (nie wyłączając piszącego). Szlag mnie jednak trafia, gdy śledzę medialne poczynania Michasi. Niewątpliwie Michał-pisarz ma coś ważnego do powiedzenia, czego dał dowód na kartach „Lubiewa”. Michał numer dwa to taki sobie chłoptaś, do którego cisną się dziennikarze, aby zapytać ciotowską papieżycę o papuzi świat. I Michaś gada, gada, paple… Doprawdy trudno mi połączyć te dwie postaci w jednego człowieka – z jednej strony wrażliwy autor, z drugiej skandalista na miarę polskiego podwórka.

Szkoda, że Witkowski ubiera się w szatę skandalisty – szkoda talentu, rozmieniania się na drobne. Niektóre teksty wypowiadane do mikrofonów wywiadujących go dziennikarzy są żenujące. Im więcej szajsu, tym lepiej – bo GŁOŚNIEJ. Zaczynam podejrzewać, że w tej wrzawie chodzi o jedno – „trzeba zaistnieć!”, nie w pedalskim światku czytaczy literatury, ale również w świadomości prostego człeka, który – nie mogąc zasnąć – włącza tiwi i patrzy na tokowanie „kontrowersyjnego pisarza”.

Co mówi Witkowski? Oto przykład. – W „Dużym formacie” z ubiegłego tygodnia (nr 11, 14 marca 2005) czytamy m.in. „Wśród homoseksualistów są z grubsza dwie grupy – bardzo męskich, którzy nie posiadają jakiejś specjalnej nazwy, są aktywni w łóżku, krótko obcięci, napakowani, i kobiecych, czyli właśnie cioty”. I dalej: „Męscy geje nie chodzą ze sobą do łóżka, to można zobaczyć tylko w pornografii amerykańskiej, bo w Stanach na cioty jest cenzura absolutna. Ich podnieca w ciotach coś kobiecego. Po prostu męscy lecą na kobiecych, a kobiecy na męskich”. Jakie to proste, prawda? Proste, po prostu! Tak proste, że aż się chce traktować te słowa podejrzliwie. Michał niestety nie wykracza poza rozpowszechniony wśród heteryków prymitywny w swej istocie stereotyp, że wśród gejów jedni są mężczyznami, inni natomiast odgrywają role kobiece. W łóżku przede wszystkim! Słowa o tym, jakoby „męscy” byli aktywni seksualnie, a „zciociali” to uległe baby z fiutem i wypiętą dupką są na poziomie Radia Maryja i młodzieży wszech-jakiejś-tam. Rozmawiająca z autorem „Lubiewa” Katarzyna Bielas też widocznie zauważyła homofobiczną treść tych wypowiedzi, stwierdziła bowiem: „Słyszałam, że te role to wstrętne heteryckie stereotypy”. Szkoda, że dziennikarka nie pociągnęła tematu i zadowoliła się odpowiedzią „W odłamie środowiska, o którym mówię, to jest prawda”. Odpowiedź jest w zasadzie ucieczką od pytania, bo jak byk widać, że Michasia dzieli podług swego klucza wszystkich pedałów jak popadnie.

Witkowski wielokrotnie wypowiada się, że nie jest działaczem w sprawie emancypacji gejów, że to go nie interesuje, gdyż nie interesuje go przyszłość jako projekt. We wspomnianym wywiadzie stwierdza jednak, że jest za „małżeństwami, dziećmi itd., bo trzeba poszerzać pole wolności”. To chyba jedyna wypowiedź Michała przychylna ruchowi emancypacyjnemu. Z innych wyziera – delikatnie mówiąc – nieskrywana niechęć. – „Ostatnia dyskusja w >>Nakręconej nocy<< poświecona gejom prowadzona była w tonie, którego nie znoszę, w którym w powieści posługuje się grupa wyzwolonych gejów z Poznania. Szermowano hasłami politycznymi, tymi słowami - kluczami: małżeństwa gejów, prawo do adopcji, emancypacja ..." - mówi Witkowski w Dik Fagazine. I dalej: "Bardziej mnie obchodzą wszy łonowe niż ruch gejowski". Ta niespójność mnie razi - jak bowiem poszerzać "pole wolności" bez wikłania się w politykę? Żyjemy przecież w kraju, gdzie sama publiczna deklaracja "jestem gejem" staje się od razu sprawą polityczną! Zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi? Skąd to miotanie się od jednej opinii do drugiej – zupełnie przeciwnej tej pierwszej? Może o to, by w kapryśny sposób „śmieszyć, tumanić i przestraszać” właśnie? Mocno zapracować na łatkę „gejowskiego” pisarza – pełnego gniewu, buntu wobec wszystkiego, kontestującego wszystko co popadnie – nawet samą kontestację? – „Zawsze uważałem się za wcielenie pani de Merteuil, której życiowym powołaniem było psucie różnych ludzi. Psucie i intrygi. I to jest właśnie to, co my – stare hrabiny – uwielbiamy najbardziej” – to znowu Michaś (o pardon – hrabina de Merteuil) w Dik Fagazine. Witkowski mówiący o buncie wzbudza uśmiech politowania, bowiem taki nastoletni artystowski bunt przystoi może młodziuchnej Masłowskiej (z którą – jak twierdzi sam Witkowski – dokonał rewolty w literaturze) w wykonaniu 30-letniego doktoranta z Uniwersytetu Wrocławskiego jest jedynie żałosną fanfaronadą. Zastanawiam się, dokąd zawędruje Michał – czy sam siebie wtłoczy na stałe w ramki buntownika i rewolucjonisty, co – jak często pokazuje czas – żadnej rewolucji nie dokonał, czy też zaskoczy nas kolejną swoją książką. „Lubiewo” to kawałek dobrej literatury, szkoda by było, gdyby była to ostatnia powieść. Szkoda by było talentu zamienionego na artystowską pozę.

Autorzy:

zdjęcie Jerzy Piątek

Jerzy Piątek [1]

Jeden ze współzałożycieli i redaktor portalu Homiki.pl, w stowarzyszeniu Otwarte Forum.
Zawodowo związany z branżą PR.
Prywatnie – zapalony fotograf, miłośnik poezji Rolfa Dietera Brinkmanna, dobrej kawy i rowerów.