Nie leczyć się, lecz żyć

Po raz pierwszy w internecie prezentujemy polskie tłumaczenie powieści „Korydon” autorstwa noblisty Andre Gidea. Tłumaczenia podjął się Wojciech Śmieja.

W roku 190. pewien skandaliczny proces ponownie postawił opinię publiczną przed irytującą kwestią uranizmu. W kawiarniach i salonach, przez siedem dni w tygodniu, nie mó-wiono o niczym innym. Znudzony słuchaniem przekrzykujących się bądź teoretyzujących od ignorantów, ludzi ograniczonych i głupców, zapragnąłem rozjaśnić mój sąd i, zawierzając tylko rozumowi – wcale zaś usposobieniu – prawo do potępienia lub rozgrzeszenia, postanowi-łem pójść i przepytać Korydona. Nie wyrzekał się on, jak mi mówiono, niektórych nienatu-ralnych skłonności, o które go oskarżano; chciałem mieć czyste sumienie i wiedzieć, co może rzec, by je usprawiedliwić.
Nie widziałem go od dziesięciu lat. Wówczas był to chłopiec pełen ognia, a zarazem łagodny i wierny; hojny, uczynny, jego spojrzenie nakazywało szacunek. Jego studia me-dyczne należały do najwyśmienitszych, a pierwsze prace naukowe przyniosły mu pochwały wśród ludzi jego zawodu. Kiedy opuszczaliśmy liceum, gdzie chodziliśmy do jednej klasy, łączyła nas już długa i dosyć zażyła przyjaźń. Później rozdzieliły nas lata podróży, a kiedy wróciłem, by zamieszkać w Paryżu, pożałowania godna opinia, jaką jego obyczaje zaczęły mu przynosić, powstrzymała mnie przed spotykaniem się z nim.
- Dawniej był pan moim przyjacielem – powiedział siadając obok mnie – Pamiętam, że potrafiliśmy się zrozumieć. Czy to naprawdę niezbędne, by dziś każde moje zdanie wysta-wione było na pańską ironię? Nie umiałby pan, z pewnością, mi przyznać racji, lecz mógłby pan mnie pan przy odrobinie dobrej woli wysłuchać? Tak jak ja z dobrej woli mówię… lub będę mówił, kiedy poznam, że pan mnie słucha.
- Proszę wybaczyć – powiedziałem rozbrojony tonem jego słów – To prawda, nie umiem za panem nadążyć. Tak, byliśmy ze sobą blisko, w czasach, gdy pańska konduita nie przywodziła na myśl jeszcze pańskich skłonności.
- Później przestał pan się ze mną widywać, powiedzmy lepiej: zerwał pan znajomość.
- Nie tłumaczmy się teraz, lecz pomówmy tak, jak robiliśmy to przed laty – powiedzia-łem chwytając go za dłoń – Mam czas, by pana wysłuchać. Kiedy się jeszcze spotykaliśmy, był pan studentem. Czy wówczas spoglądając w głąb siebie, widział pan już jasno? Proszę mówić! Takiego wyznania oczekuję!
Rozpoczął, zwracając ku mnie spojrzenie, w którym odradzało się zaufanie:

- W latach mej praktyki szpitalnej, świadomość, jaką nabyłem o mojej… anomalii pogrążyła mnie w śmiertelnym niepokoju. Brednią jest utrzymywać, jak wciąż niektórzy czy-nią, że stajemy się pederastami tylko przez rozpustę i, że jest to upodobanie zblazowańców. Nie mogłem się również rozpoznać jako degenerat bądź osobnik chory. Pracowity, bardzo cnotliwy, żyłem wierząc, że poślubię, ukończywszy mą szpitalną praktykę, pewną młodą dziewczynę – wiara ta we mnie umarła – którą kochałem bardziej niż wszystko inne na świe-cie.
Kochałem ją zbyt mocno, by nie zdać sobie jasno sprawy, że jej nie pożądam. Dobrze wiem, że są tacy, którzy z trudem przyznają, że jedno śmiało może obyć się bez drugiego, sam o tym nie miałem pojęcia. W tym czasie żadna inna kobieta nie gościła w mych marze-niach, żadna nie budziła pożądania. Jeszcze mniej pociągały mnie dziewczyny, za którymi uganiali się niemal wszyscy moi koledzy. Ale, ponieważ wtedy jeszcze w ogóle nie przypusz-czałem, że mógłbym pożądać innych istot, ani nawet, że owe inne istoty mogą być autentycz-nie pożądane; moją abstynencję postrzegałem jako zasługę, egzaltował mnie pomysł pozosta-nia czystym do ślubu, gloryfikowałem mą czystość, której złudności nie mogłem się domy-ślać. Dopiero powoli zacząłem dochodzić do zrozumienia samego siebie; musiałem w końcu sam przed sobą przyznać, że te uroki, tak wychwalane, z oporu wobec których byłem tak dumny, nie pociągały mnie zgoła wcale.
To, co mniemałem być cnotą, nie było więc niczym innym jak obojętnością. Czegoś takiego szlachetna młoda dusza nie umiałaby przyznać bez uczucia wstrętnego niesmaku. Jeno praca odrywała mnie od melancholii; ta zaś odebrała memu życiu wszelką barwę, pogrą-żyła je w cieniu; przekonałem się wnet, że nie nadawałem się do ożenku i, nie mogąc niczego wyznać mej narzeczonej o powodach mych smutków, zmieniłem mój stosunek do niej – sta-wał się on coraz bardziej dwuznaczny i kłopotliwy. Jednocześnie kilka doświadczeń, których chciałem zakosztować w burdelu dowiodło mi, że nie byłem impotentem, ale, zarazem, prze-konały mnie.
- Przekonały o czym?
- Mój przypadek wydawał mi się jednym z najdziwniejszych (ale czy mogłem wątpić, że jest on częstym?). Uznałem się zdolnym do rozkoszy, ale postrzegałem się niezdolnym, by dobrze się wyrazić, do pożądania. Zrodzony ze zdrowych rodziców, byłem krzepki i solidnie zbudowany, mój wygląd nie mówił o mym nieszczęściu; żaden z mych przyjaciół nie domy-ślał się go. Raczej dałbym się poćwiartować, niż zdradził przed kimś. Ta komedia dobrego nastroju i wesołości, którą czułem się zmuszony grać, by oddalić wszelkie podejrzenie, stawa-ła się nie do zniesienia. Wkrótce sam się pogrążyłem.
Powaga, przekonujący ton jego głosu pogłębiły moje zainteresowanie.
- Jakaż wyobraźnia w tym wszystkim – powiedziałem łagodnie – Po prostu był pan zakochany; pragnący, pełen obaw. Wnet po ślubie, pożądanie całkiem normalnie pojawiłoby się w ślad za miłością.
- Tak się mówi, wiem… Jak bardzo miałem rację będąc sceptycznym!
- Teraz widzę w panu inklinację ku hipochondrii. Jak pan się z tych nastrojów wyle-czył?
- W tamtym czasie wiele czytałem. Podczas moich lektur dotknęło mnie zdanie będące – dla mnie – zbawczym ostrzeżeniem. Pochodzi ono od ojca Gallianiego: „Ważne jest – pisał on do pani d’Epinay, – ważne jest nie wyleczyć się, lecz żyć z naszymi dolegliwościami”.
- I to mówi pan swoim chorym?
- Mówiłem je tym, którzy nie mogą być wyleczeni. Te słowa są dla pana zapewne bar-dzo proste; ja z nich wyprowadziłem moja filozofię. Nie zostało mi nic więcej jak tylko do-wiedzieć się, że nie jestem czymś monstrualnym, wyjątkowym przypadkiem, by odzyskać pewność siebie, uniknąć awersji do samego siebie.
- Powiedział mi już pan jak pan odkrył znikomość pańskiego zainteresowania kobie-tami, ale nie rzekł pan nic o tym, jak ujawniła się pańska skłonność….
- To historia tak bolesna, że nie mam jej wcale ochoty opowiadać. A jednak wierzę, że uważnie pan słucha i być może moja opowieść pomoże w tym, aby nie mówił pan już tak lekko o tych sprawach.
Zapewniłem go, jeśli nawet nie o sympatii, to przynajmniej o mojej pełnej szacunku uwadze:
- Wie pan już, że byłem zaręczony – zaczął – kochałem tę, która miała zostać moją żoną, czule, lecz miłością quasi-mistyczną i, naturalnie, przy moim braku doświadczenia, ledwo sobie wyobrażałem, że istnieje inny rodzaj miłości. Moja narzeczona miała o jakieś kilka lat od niej młodszego brata, którego widywałem często i który zapałał do mnie najżar-liwszym uczuciem.
- Ach! – westchnąłem mimowolnie.
Korydon spojrzał na mnie surowo
- Nie: nie doszło między nami do niczego nieczystego; jego siostra była moją narze-czoną.
- Proszę mi wybaczyć.
- Proszę zrozumieć mój kłopot, moje rozbicie, gdy, podczas pewnego wieczoru zwie-rzeń, rozpoznałem łatwo, że ten chłopiec nie tylko chce mej przyjaźni, lecz pragnie także mej pieszczoty.
- Pańskiej czułości, chce pan powiedzieć. Jak wiele dzieci, na Boga! To do nas, star-szych, należy nad tym czuwać.
- Czuwałem, przysięgam. Ale Alexis nie był już dzieckiem, był to młodzieniec pełen wdzięku i rozumu; wyznania mi czynione w międzyczasie, zmieszały mnie tym bardziej, że, w tym, co mi objawił, co w sobie w całej przedwczesności z osobliwą przenikliwością obser-wował podobny był do mnie, jakbym to ja sam się sobie samemu spowiadał. Nic nie uspra-wiedliwiało więc surowości, która się wobec niego posłużyłem.
- Surowości?
- Tak; obawiałem się za nas dwóch. Mówiłem do niego surowo, wręcz twardo i, co gorsza, z niezmierną pogardą do tego, co nazywałem zniewieścieniem, a co było tylko natu-ralnym wyrazem jego wrażliwości.
- W takich wypadkach należy być delikatniejszym.
- Byłem tak delikatny, że biedne dziecko – tak, to jeszcze wówczas było dziecko – z moich zarzutów uczyniło tragedię. Przez trzy dni, próbując przezwyciężyć, zmagał się po-dwoiwszy swą uprzejmość, z tym, co brał za mój gniew, a ja z kolei przed nim wzmagałem jeszcze mój chłód tak, że…
- Proszę dokończyć.
- Co! Czy pan nie wie, że Alexis B. się zabił?
- Ośmiela się pan twierdzić, że…
- Niczego nie twierdzę. Najpierw mówiono o wypadku. Byliśmy na wsi: ciało znale-ziono u stóp nadmorskiej skarpy… Wypadek? W to z pewnością nie uwierzę. Proszę spojrzeć oto list, który znalazłem przy mym łóżku.
Otwarł szufladę, drżącą ręką wyciągnął z niej papier, spojrzał nań i powiedział:
- Nie; nie przeczytam panu tego listu, błędnie osądziłby pan to dziecko.- opowiedział mi w nim w skrócie, lecz z wyrazem jakiej pasji! – „Niepokój zasiany przez naszą ostatnią rozmowę…”; szczególnie niektóre zdania: „Przed tym fizycznym niepokojem – oburzyłem się obłudnie przeciwko upodobaniu, które mi wyznał – tylko wielka miłość może cię urato-wać”. „Niestety – pisał mi – tę miłość, którą odczuwam, odczuwam do ciebie, przyjacielu. Nie zrozumiałeś mnie, lub, co jeszcze gorsze, zrozumiałeś mnie i mną pogardzasz; widzę, że stałem się dla ciebie czymś obrzydliwym; w tym samym momencie stałem się kimś takim dla samego siebie. Jeśli nie potrafię niczego zmienić w mej potwornej naturze, mogę ją przy-najmniej unicestwić…” Ostateczne cztery stron patosu, charakterystycznej dla tego wieku pompatyczności, którą później nazywamy tak łatwo emfazą.
Jego opowieść sprawiła, że było mi dosyć przykro…
- Rzecz jasna – podjąłem w końcu – że deklaracja takiej miłości skierowana była spe-cjalnie do pana, oto złośliwość losu; rozumiem, że to wydarzenie pana dotknęło.
- Do tego stopnia, że natychmiast zarzuciłem pomysł małżeństwa z siostrą mego przy-jaciela.
- Ale – kontynuowałem chcąc dokończyć mą myśl – jestem szczerze przekonany, że nikogo nie spotyka to, na co nie zasłużył. Niech pan przyzna, że gdyby ten młodzieniec nie przeczuł w panu odzewu dla tej karygodnej żądzy, tej żądzy…
- Być może, jakiś tajemniczy instynkt mógł go faktyczne uprzedzić, lecz, w takim ra-zie, szkoda, że ten instynkt mnie nie ostrzegł!
- Co by pan wtedy zrobił?
- Wierzę, że mógłbym wówczas uzdrowić to dziecko.
- Przed chwilą powiedział pan, że tego nie da się wyleczyć, zacytował pan słowa: „Ważne jest nie uleczyć…”
- Ach! Proszę przestać! Mógłbym go uzdrowić tak, jak uzdrowiłem samego siebie.
- To znaczy?
- Przekonując go, że nie jest chory.
- Niech pan powie, że zepsucie jego instynktu było naturalne.
- Przekonując go, że odchylenie jego instynktu nie miało w sobie nic nienaturalnego.
- I, gdyby można wszystko rozpocząć raz jeszcze, uległby mu pan zapewne.
- Och! To całkiem inne pytanie. Gdy problem psychologiczny jest rozwiązany, rozpoczyna się problem moralny. Bez wątpienia, przez wzgląd na jego siostrę, z która byłem zaręczony, zachęciłbym go do pokonania tej żądzy, jak sam nad nią zatriumfowałem, przynajmniej tak, by ta pasja straciła swój potworny charakter, jaki przybrała przed jego oczami. – Ten dramat, osiągając to, że otworzył mi oczy na mnie samego, pokazał mi natu-rę afektu, którym darzyłem to dziecko; ten dramat, nad którym długo medytowałem, skierował mnie w stronę… specjalności, która wydaje się panu tak godną pogardy; na pamiątkę tej ofiary, pragnę leczyć inne, cierpiące na skutek tego samego nieporozumienia: leczyć je tak, jak już o tym wspomniałem.

Więcej przeczytasz w 19. numerze czasopisma Ha!Art.

3 komentarzy do:Nie leczyć się, lecz żyć

  • Nina2

    [Re: Nie leczyć się, lecz żyć]

    Jasne, ze zyc! Moje zycie – moj wybor (i nikomu nic do tego)!

  • pedziorello

    [Jasne! Mój sisior = moje life!]

    Precz wszystkim od mojego sisiorka! Chce sie dotykać z księdzem, to bedę! A co! A najchętniej włożyłbym sisiorka do wiadra z pomyjami! Huraaaaa! Do wiadra! A chyżo!!!

  • Erico

    [Re: Nie leczyć się, lecz żyć]

    >>>pedziorello
    ten poziom abstrakcji przyprawia mnie o obstrukcję




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa