Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?

Kilka krótkich słów komentarza, które kieruję zarówno do gości portalu, jak i dla uwagi dotychczasowych recenzentów, chciałbym poświęcić zbiorowi opowiadań prozatorskich Michała Witkowskiego, który ukazał się w bieżącym roku nakładem wydawnictwa Ha’art pod zbiorowym tytułem „Lubiewo”. Książka ta przedstawiana jest powszechnie jako pierwsza polska powieść gejowska, wytyczająca nowe literackie szlaki dla odważnych kontynuatorów. Oczywiście nie obywa się również bez dorabiania jej dyżurnej w takich wypadkach, emancypacyjnej ideologii głoszonej przez aktywnych luminarzy gejowskiego środowiska wyzwolonego.

Zdaje się, że pogląd na temat wyjątkowości ujęcia tematu (z uwzględnieniem jego formy) w książce jest niesłuszny – przypomnijmy zwłaszcza te burleskowe, orgiastyczne libacje alkoholowe w środowiskach akademickich umieszczone w rozporkowo-dworcowej atmosferze wykreowanej przez pisarzy z ostatnich dekad (ci, którzy czytują nie tylko nowości, wiedzą o kim mowa) – a i powoływanie się przy okazji jej promocji przez niektóre osoby na autorytet literacki Jeana Geneta może tylko dziwić naszym polskim brakiem dystansu do samych siebie. Co wrażliwsze uszy bardzo rażą też ideologiczne sofizmaty wykrzykiwane na jej temat. Na szczęście głosy te imputowane są z zewnątrz, a sam autor się pod nimi nie podpisuje. Michał Witkowski to Michał Witkowski, a nie Jean Genet! Pisarz, a nie wojujący ideolog, i basta! Zgodzę się natomiast, że „Lubiewo” można odebrać jako twórczość kampową. I tu kłaniam się wszystkim, którzy popierają tę tezę.

Jak już zaznaczyłem, porównywanie książki Michała Witkowskiego do twórczości Jeana Geneta jest mocno przesadzone. „Lubiewo” jest chaotyczne, z nierówną fabułą (przeszkadzają zwłaszcza wtręty w postaci pojawiających się ni stąd ni zowąd takowych miniaturek: a to cytowanie ogłoszenia z prasy gejowskiej, a to podsłuchana gdzieś rozmowa dwóch „ciotek”, itp.), załamującym się miejscami stylem… Ale przede wszystkim nie ma w nim wrażenia ciągłości historii, czego nie można wszak zarzucić genialnej „Matce Boskiej Kwietnej” Geneta… Wspólna natomiast obu autorom jest dosadność obrazowania i doskonałe użycie słownictwa kryminalno-rynsztokowego, które wypływa z treści ich dzieł, niczym ciecz z nieszczelnego zbiornika szambiary…

Jednak pomimo paru niedociągnięć pióro utalentowanego Michała Witkowskiego wykazuje dużą zręczność, książka pełna jest krótkich, ale wciągających opowiastek pisanych z emfazą, czasem z humorem, ironią i narracyjnym dystansem (majstersztykiem jest zwłaszcza początek książki i opowiadanie „Burza”, ale także inne fragmenty). Często jest błyskotliwa i wzbogacona o ciekawe, zdroworozsądkowe spostrzeżenia na temat środowiska – jest ono u Witkowskiego poddane swoistej wiwisekcji obyczajowej, z tym że bez krzty moralizatorstwa. I może stąd właśnie wrażenie, że książka jest z jednej strony rzetelnym zapisem faktograficznym prawdziwego życia społecznego zepchniętych na margines ekonomiczny podstarzałych mężczyzn z mrocznej epoki pewexów, państwowych wczasów i oranżad w torebkach, a z drugiej „apoteozą” (jako formą „ucieczki w siebie”, ratowania resztek godności?) egoizmu i zepsucia obyczajowego, a nawet zgnilizny moralnej głównych bohaterów (czyli wszystkich postaci, prawdziwych bądź wymyślonych, które się w niej pojawiają!) – złodziei, oszustów, intrygantów, bandytów, bądź nawet morderców.

Nie potrafię dostrzec u Michała Witkowskiego ani jawnej, ani ukrytej sympatii wobec opisywanych „ciotek” i ich pikieciarskich perypetii. Autor według mnie jest zazwyczaj bezstronny (choć czasem posługuje się dyskretną ironią!), zajmuje stanowisko kronikarza, który obserwuje życie tych homoseksualistów i w końcu decyduje się ujawnić ich sekrety, publikując notatki wydobyte ze swojego sztambucha. Na ile kieruje się wyobraźnią, a na ile własnym doświadczeniem pozostaje w sferze domniemań. Jedno jest pewne: bez względu na to, czy utożsamiamy się z „ciotkami” Emerytkami czy z nowoczesnymi, depilowanymi sporstmenami lub tekstyliolubnymi gejątkami z plażowego grajdołka, musimy zastanowić się czy nieświadomie nie popadamy w śmieszność. Każda bowiem ostentacja – tak rodzimej, siermiężnej proweniencji, jak i bezkrytycznie importowana z zachodnich krajów – razi, gdy serwowana jest w nadmiarze. Ale z kolei zwyczajna codzienność może niektórym jawić się jako bezbarwna i nudna, zbyt ułożona, konformistyczna, ciasna, jak buty z czasów pierwszej komunii…

Proza ta nie jest wodą na młyn środowisk walczących o prawa i emancypację gejów, bowiem nie może być ich wizytówką – nie przedstawia ogólnego obrazu przedstawicieli mniejszości, ale swoistą subkulturę, zdominowaną przez ludzi, których głównym życiowym celem zdaje się być erotyczny hedonizm – pogoń za przygodnym seksem w toalecie, na plaży lub w parku (inną wariacją ulubionych miejsc spotkań homoseksualistów są przedziały w pociągach i dworce kolejowe?). Obciągnięcie „luja” – oto prawdziwy sens egzystencji, w którym odnajdują się zarówno homoseksualiści intelektualnie wysublimowani, miłośnicy opery, jak i ci niewykształceni, obsługujący szalety! Autor nie precyzuje kiedy jego bohaterowie przyjęli tak płytkie priorytety, a chyba wręcz sugeruje, że byli takimi od zawsze – grzech pierworodny ciotostwa… Nie jest to dla gejów dobra laurka!

Po lekturze „Lubiewa” doznajemy uczucia przesytu i nie możemy oprzeć się chęci zadania ważnego pytania, które można sformułować przy użyciu polskiej, lewicującej retoryki: w jaki sposób „inny” czytelnik „Lubiewa”, nie-homoseksualista, heteryk, normalniak, „luj”, Polak-katolik i każdy inny prawicowiec-oszołom odróżni przegiętego homoseksualistę od tego nieprzegiętego, staroformatową ciotę od geja nowoczesnego. I jak w kontekście lektury wynoszonego na tęczowych sztandarach „Lubiewa” (pamiętamy mord z lubieżności dokonany przez „bohaterki” na przypadkowym luju?) miałaby wyglądać „nasza” walka o tolerancję? Plus dla dobrej prozy Witkowskiego, minus dla niepotrzebnej propagandy, jaka się wokół niej rozpętała!

nafir@poczta.fm

Autorzy:

zdjęcie Kamil Zachert

Kamil Zachert

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 115; nazwa: KamilZachert

8 komentarzy do:Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?

  • ́ukasz Smuga

    [Re: Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?]

    Muszę przyznać, że zgadzam się z autorem artykułu co do etykietownia Witkowskiego mianem „polskiego Geneta”… Witkowski to Witkowski i tyle. Natomiast mam parę zastrzeżeń do powyższego tekstu.

    Na pierwszy ogień powinny pójść rzekome „niedociągnięcia”, czyli „nierówność fabuły”, „chaotyczność”, „wtręty”. Uwaga, bo pozory mylą! O ile dla jednych są to „niedociągnięcia”, dla innych jest to duży plus. Forma, na jaką zdecydował się autor, wcale nie jest przypadkowa. We współczesnej literaturze można zaobserwować pewne nowe tendencje. (Od razu zaznaczam, że nie jestem specjalistą od polskiej literatury. Tej niestety aż tak bardzo nie śledzę.) Chodzi o odzwierciedlenie również za pomocą formy współczesnego, sfragmentaryzowanego świata, w którym człowiek się gubi. Literatura nie pozostaje w tyle i nie zatrzymuje się na tradycyjnych formach narracji, lecz zaczyna przejmować to, co krytycy nazywają „poetyką teledysku” i „poetyką zappingu”, kiedy zastanawiają się nad wpływem massmediów na współczesną narrację. (Osobom interesującym się literaturą iberoamerykańską polecam książkę „Tajos” Rafaela Courtoisie, gdzie stosuje się właśnie poetykę teledysku.) Rozumiem, że niektórych ta nowa narracja razi i dyskwalifikują ją jako „niedociągnięcie”. Ja jednak uważam, że ta chaotyczność jak najbardziej pasuje do wizji nowej rzeczywistości, jaką mają bohaterowie „Lubiewa”. Forma wiąże się tu z treścią. (O wiele ciekawszym pytaniem od tego, czy jest to „niedociągniecie”, czy jak najbardziej „dociągnięcie”, jest pytanie, na ile czytelnicy będą w stanie zaakceptować tę nietradycyjną formę.) Ogłoszenia z prasy gejowskiej, które przeplatają się z resztą tekstu, są takimi reklamami, którymi przerywa się telewidzowi odbiór programu. Źle czy dobrze? Czytelnik sam oceni, ale może bądźmy ostrożniejsi przy zarzucaniu Witkowskiemu potknięcia.

    Kwestia „kronikarz czy ideolog?” jest troszkę bardziej skomplikowana. Moim zdaniem nie da się pisać obiektywnie. Pisarz, choćby się starał, zawsze przemyca swój punkt widzenia czy ideologię (paskudne słowo – a fe!). Nie ma literatury niezaangażowanej. Wypowiedź publiczna, zwłaszcza na temat homoseksualizmu, zawsze jest nacechowana. Przykładów mamy aż nadto. Witkowski kronikarz? Owszem, bo przedstawia sytuację peerelowskich ciot, które nie potrafią się odnaleźć w zastanej rzeczywistości. Witkowski ideolog? Również. (Nie bądźmy naiwni. Nawet zwykła fotografia – tak obiektywna ponoć – w zależności od kontekstu traci neutralność.) Zamiast pytać „kronikarz czy ideolog?”, zapytajmy raczej o jaką ideologię tu chodzi. Bo jakąś reprezentuje. Reprezentowałaby jakąś nawet niezależnie od intencji autora. Według mnie chodzi o ideologię queer. Za tym przemawia też fakt, że nie ma „ani jawnej, ani ukrytej sympatii wobec opisywanych „ciotek” i ich pikieciarskich perypetii”. Nie ma też sympatii wobec poznańskich gejów, co to marzą o domku, monogamicznej wierności i koszeniu trawników. Mało tego. Nie ma też antypatii ani wobec ciot, ani gejów, bo w świecie tęczy jest miejsce i dla tych, i dla tamtych. Ta niewykluczająca neutralność narratora świadczy właśnie o tym, że „Lubiewo” to queerująca literatura. Kolejnych argumentów (np. o łamaniu tabu, niepoprawności politycznej itp.) przytaczać nie trzeba, bo zrobili to inni, mądrzejsi ode mnie.

    Oczywiście nie obywa się również bez dorabiania jej dyżurnej w takich wypadkach, emancypacyjnej ideologii głoszonej przez aktywnych luminarzy gejowskiego środowiska wyzwolonego.

    Ja mam z powyższym stwierdzeniem problem. Kim są „aktywni luminarze gejowskiego środowiska wyzwolonego”? I czy przypadkiem nie mamy tu do czynienia z pomieszaniem pojęć, jak to działo się w przypadku dyskusji o „Złym wychowaniu” Almodovara? (Przypominam, że chodzi o dyskusję, czy nowy film P.A. jest, czy nie jest „manifestem gejowskim”.) Byłbym wdzięczny, gdyby autor artykułu sprecyzował, kogo dokładnie ma na myśli, bo chyba nie Kingę Dunin czy Jacka Kochanowskiego, bo oni interpretowali „Lubiewo” raczej z punktu widzenia queer a nie „gejowskiego środowiska wyzwolonego”. Domyślam się, że Nowackiego z „Wyborczej” autor też nie miał na myśli, bo to żaden aktywista „gejowski”. A może zwyczajnie nie dotarłem do niektórych recenzji i świecę tu ignorancją niczym budynek Windsor w madrycką noc…? Dlatego proszę, żeby autor doprecyzował. Pozdrawiam.

  • Adam

    [Re: Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?]

    Drogi Łukaszu, określenie sztuki teatralnej mianem „formalnej” (skupionej na formie a nie treści) jest eleganckim określeniem, że spektakl jest do d… i do niczego się nie nadaje. Dokładnie tak samo odbierane jest określenie jakiejkolwiek powieści tym mianem.

    Uważam, że siłą „Lubiewa” jest właśnie jego treść a nie przyjęta forma. Fabuła rozwijająca się poklatkowo zawiera oczywiście pułapki: tylko bardziej wyrobiony czytelnik wyczuwa, że to nie są oderwane od siebie „teledyski”. W gruncie rzeczy Witkowski opowiada bowiem o jednej osobie, jednej postaci i taki jest końcowy efekt w umyśle czytelnika po odstawieniu książki na półkę. Teraz, po kilku tygodniach od lektury, naprawdę pamiętasz choćby imiona podmiotów fabularnych z poszczególnych rozdziałów? Nie. Właśnie dlatego, że czytaliśmy o jednej postaci, którą oglądamy z mnóstwa stron i pod różnym kątem.

  • ́ukasz Smuga

    [Re: Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?]

    Adamie, zgadzam się z Tobą, ale muszę wyjaśnić jedno nieporozumienie. Ja wcale nie uznałem, że książka jest „formalna”, czyli skupiona na formie a nie treści. Chciałbym, żeby to było jasne. Ja również uważam, że treść jest najsilniejszą stroną „Lubiewa”. Wskazałem tylko, że „chaotyczność”, o której pisał autor artykułu, nie jest żadnym błędem czy minusem, lecz zamierzonym zabiegiem autora powieści. Zgadzam się z Tobą, że „teledyski” tylko pozornie są ze sobą niezwiązane. Identycznie rzecz ma się w książce „Tajos”, o której wspomniałem. Tam też czytelnik łączy puzzle w całość i wyciąga wnioski.
    Pozdrawiam serdecznie.

  • Arkadiusz Brzask

    [Re: Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?]

    Tekst Pana Kamila Zacherta dogłębnie oddaje istotę powieści Michała Witkowskiego. Feliton napisany został zręcznym językiem z dużym wyczuciem fenomenu tej powieści i z wielką swadą zawodowego krytyka literackiego. Gratuluję Redakcji i Panu Kamilowi tak wspaniałych tekstów.

  • xyz

    [Prawdziwe oblicze Michaśki Literatki...]

    znajdzemy w internecie pod adresem:
    http://www.michaszeknovy.com/galeria.php?id=8
    i kto nie powie ze to „powieść autobiograficzna?

  • Gina

    [Re: Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?]

    A ja, chociaz z dosc odleglej pozycji, bo nie dotyczacej mnie w najmniejszym stopniu, ale i tak padam przed Michalem na kolana. Literatura przez duze L!

  • Twoje imię Edward Michał

    [Re: Michał Witkowski. Kronikarz czy ideolog?]

    Trudno sobie wyobrazić książki bez formy.Nie ma takiej.I "Lubiewo’ ma rĂłwniez formę,i to ciekawą.Jej dostrzeĹźenie jest podobnie waĹźne jak przyglądanie się treści.Niestety,krytycy)(recnezenci)głównie patrzą na tę pierwszą kategorię struktury tejkstu,co jest wyra znym spłyceniem oceny "badanego" utworu.I przypomina recenzje(krytyki) XIX-wieczne,skupione na np. streszczeniach omawianych powieści,nowel itd.Podobnie jest z kaĹźdym dziełem myśli twĂłrczej(architekturą,nuzyką,teatrem,a nawet-sportowym wysiłkiem).Jeśli więc patrzymy na jakikolwiek wytwĂłr ludzkiego umysłu pod kątem zamiaru jego oceny(zrecenzowania),powinniśmy uwzględnić obie strony dzieła.

  • Moje imię

    [wasze komentarze]

    nie znaczą nic




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa