Dobry gej, czyli zły pedał (i odwrotnie)

rozważania na marginesie „Lubiewa” Michała Witkowskiego.
..czyli że niby wiemy, że co pedał to obyczaj, ale wolelibyśmy (a w zasadzie to wymagamy), aby wszyscy odmieńcy grzecznie wepchnęli się do jednego worka i zajęli wyznaczone im przez nas miejsce…

Spośród tekstów zawartych w znowuż nie takiej nowej i nie takiej obcej, a za to całkiem już solidnie omawianej, omówionej, analizowanej i zanalizowanej „Homofobii po polsku” (red. Zbyszek Sypniewski i Błażej Warkocki, wyd. Sic! 2004) najważniejszy jest dla mnie pierwszy – „Fałszywi przyjaciele” Kingi Dunin.

Jest tak z kilku (a może z jednego?) prozaicznych dość powodów. Po pierwsze zdarzyło mi się z nim zaznajomić w najbardziej do tego właściwym czasie (a być może również i miejscu). Wydarzyło się to w 2003 roku, podczas przeglądu filmów dokumentalnych „Homofobia – spojrzenie z bliska”, w magicznym dla mnie okresie, gdy właśnie takie słowa, stwierdzenia, myśli (choć pewnie nie tylko takie) stanowiły rozwiązanie, czy może raczej podsumowanie, problemów nurtujących mnie w związku z moją tożsamością i działalnością społeczną, której właśnie zaczynałam się oddawać, a oscylujących zazwyczaj wokół kwestii, czy jesteśmy (mniejszości seksualne) inni czy tacy sami jak „reszta społeczeństwa” i cóż to właściwie znaczy być gejem i/lub lesbijką. Oraz co to ma wspólnego z byciem radykalnym (bo tak wówczas postrzegałam ruch queer) albo zachowawczym (w duchu akcji „Niech nas zobaczą”).

W czym się dzięki wystąpieniu Kingi Dunin upewniłam? Przede wszystkim w tym, że akceptacja „pod warunkiem, że” nie jest akceptacją, lecz jedynie „homofobią z wyrzutem sumienia” (cóż za piękne określenie, swoją drogą) oraz że nie każdy, kto uważa się za homofilnego, rzeczywiście taki jest. I że kupowanie przez nas / przeze mnie (jak wolicie) akceptacji – czy raczej przyzwolenia społecznego – za cenę odrzucenia tego, co „nienormatywne”, „przegięte”, „zboczone”, jest wyparciem się swojej tożsamości (w której, czy tego chcę, czy nie, tkwi również ciota z Centralnego i berlińska drag queen).

W „Homofobii po polsku” świetnych tekstów jest, rzecz jasna, więcej niż jeden. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że w mojej prywatnej wojnie o niehomofobiczny dyskurs każdy (no dobrze, pewna część, choć „każdy” brzmi znacznie lepiej) znalazł swój czas i miejsce – bo czasem trzeba kazać pomyśleć, czasem złapać za serce, czasem znacznie niżej… A jednak – i tu nadszedł czas na po drugi banalny powód, dla którego „Fałszywi przyjaciele” są dla mnie istotni – jakoś najczęściej sięgam właśnie po tezy i argumenty z tego tekstu. Na przykład gdy opowiadam, po co w ogóle powstała książka o homofobii. Lub protestuję przeciwko wykluczaniu tych, którzy w jakiś jaskrawy sposób „nie przystają” do reszty społeczeństwa, wyróżniają się z szarego tłumy, łamią schematy. Albo gdy czytam recenzję „Lubiewa” Michała Witkowskiego w „Gazecie Wyborczej” (numer z trzeciego stycznia 2005, wydanie ogólnopolskie). I przede wszystkim o tej recenzji teraz będzie.

Dariusz Nowacki, autor rzeczonej, zaczyna obiecująco: od stwierdzenia, że w „Lubiewie” dzieje się i radykalnie, i błyskotliwie, i gejowsko… Z miejsca angażuje czytelnika pytaniem, na które odpowie nieco później: „Czy Witkowski wie, co napisał?”. Skoro napisał, to pewnie wie, myślę sobie, ale – już zaciekawiona, czy Nowacki wie o czymś, o czym Witkowski nie wie – czytam dalej. Na pierwszy rzut oka rzecz wygląda rzetelnie – są cytaty ze swoistego posłowia do „Lubiewa”, które jego autor umieścił na swojej stronie internetowej ( free.art.pl/michal.witkowski/), jest odniesienie się do obaw Witkowskiego, że media podłączą jego książkę pod „walkę o prawa”, zrobią z niej „manifest”, „pierwszą polską książkę gejowską”. Wbrew tym obawom – Nowacki oczywiście nie podłącza (a właściwie twierdzi, że tego nie robi), dzielnie przy tym deklarując, że jego nie obchodzi, co media, on – jako recenzent – ma stwierdzić, czy książka jest dobra. Chwali zatem walory poznawcze powieści, barwny język, wielość stylów, przyznaje nawet, że czytał z zapartym tchem ów ciotowski „Dekameron”, tę przygodowo-obyczajową opowieść o obciąganiu (to podkreślone ja mu dodałam), wspomina o aspekcie poznawczym „Lubiewa”, zastanawia się nad stosunkiem narratora (alter ego Witkowskiego?) do swoich bohaterów. Oraz niby mimochodem wspomina, że treść książki stanowi głównie przechwalanie się miłosnymi wyczynami, a szczególnie zdobywaniem (a właściwie – uwodzeniem i „drutowaniem”, jak określają bohaterowie „Lubiewa” czynność obciągania) lujów – heteryków, zazwyczaj pijaków wracających przez park, żołnierzy czy więźniów. Niby – bo przyjdzie mu jeszcze do tej kwestii w drugiej części recenzji wrócić. I ten powrót oznacza zaskakujący (?) zwrot akcji (jak w każdym porządnym thrillerze).

Wygląda to tak: tolerancyjny Nowacki, przeczytawszy „Lubiewo” jednym tchem i uznawszy talent jego autora oraz prawo Witkowskiego do pisania o rynsztokowych wyczynach odrażających, przegiętych ciot, nad tym, że bohaterowie „Lubiewa” chcą „drutować” heteryków, których wcześniej, metodami plugawymi i podstępnymi, uwodzą, do porządku dziennego przejść jednak nie może. Bo w końcu można napisać powieść o brudnych, złych pedałach, zamiast o gejach z klasy średniej z ich domkami i ogródkami, ale nie wolno apoteozować sadomasochistycznego, rynsztokowego i agresywnego homoseksualizmu, gdyż w ten sposób – i tu następuje stwierdzenie wręcz szokujące – pisarz bynajmniej nie rozbraja konfliktu, nie zbliża obu światów, lecz wręcz przeciwnie – wspiera homofobię. A dlaczego wspiera? Ano dlatego, pisze dalej Nowacki, że owe marzenia o heteryku, o luju, owe nieczyste, podstępne podboje to bynajmniej nie swoisty pedalski skansen, to się dzieje nadal, wszak na plaży w Lubiewie (wciąż! – chciałoby się krzyknąć dla pogłębienia dramatyzmu) spotykają się zwolennicy dawnych form, kochający inaczej pośród kochających inaczej. Ortodoksyjne „ciotki” [...] nie mogą się porozumieć z eleganckimi, wysportowanymi gejami „fazy emancypacyjnej”.

Więcej – nazywają tych wyemancypowanych zdrajcami… Pominę nieistotny raczej fakt, że ostatnie stwierdzenie jest nieprawdą (panu recenzentowi zalecam nieco uważniejsze przeczytanie „Lubiewa”), gdyż właśnie udało nam się dotrzeć do punktu, w którym zdemaskowałyśmy „fałszywego przyjaciela”. Bo – mimo że polityczna wymowa „Lubiewa” to, jak pisze, nie jego zmartwienie (skoro nie jego, to po co było pisać o wspieraniu homofobii?) – Nowackiemu udało się je ocenić w kategoriach politycznych właśnie. Że negatywnie – chyba nie muszę dodawać. I choć kończy niewinnie, pisząc, iż bohaterowie „Lubiewa” są niesympatyczni i za żadne skarby nie chciałby się z nimi zaprzyjaźnić (i trudno mu się dziwić), nie dajmy się zwieść: pod ową niechęcią do ciotek rodem z szaletu kryje się czystej wody homofobia – akceptacja „pod warunkiem, że”, poparcie pedała, ale przebranego za heteryka, niby nie dosłownie „robiącego w domu po kryjomu”, lecz robiącego to po heterycku jednak – męsko, grzecznie i monogamicznie. I we własnym gronie, bo coś mi się wydaje, że najbardziej to obciąganie lujom Nowackiego przeraziło.

Może wymagam zbyt wiele. Wszak nie każdy (a właściwie mało kto) słyszał o campie, Różnicy czy queer theory. A i my sami – geje i lesbijki – wiele robimy, aby akceptowano nas za to, że jesteśmy podobni (choć przyznam, że nadal nie bardzo wiem, do kogo właściwie mamy być podobni), a nieakceptowano nas jako innych (niż… ?). W końcu to nie to stadium rozwoju – skąd tu nagle Derrida, Kristeva czy Buttler, skoro my się wciąż (my, społeczeństwo) nie potrafimy zdecydować, czy się lesbijką rodzisz, czy stajesz. Albo czy to uleczalne…

A tymczasem… ze strony internetowej Michała Witkowskiego dowiadujemy się na przykład (a zatem i wnikliwy recenzent może się, skoro już się do niej odwołuje, dowiedzieć), że mamy teraz przynajmniej trzy współistniejące i przenikające się modele zachowań, trzy różne języki – emancypacji, szaletu i konsumpcji. I że jemu (Witkowskiemu) akurat największą rozkosz sprawia „bezinteresowne i apolityczne portretowanie kompletnie nieznanej barwności tego wszystkiego”. Możemy też przeczytać cytat z Błażeja Warkockiego, że gej to afirmacja i emancypacja, a queer nie prosi się o akceptację, podważa tożsamość seksualną, neguje zastane reguły…

Także – tak, Witkowski wie, co napisał…

* * *

Krótka historia tej – początkowo ładnej, a później, delikatnie mówiąc, niefortunnej recenzji – ma dosyć interesujący ciąg dalszy. Tak jak Nowacki opacznie zrozumiał, czy może raczej niewspółcześnie (choć, jak na nasz rodzimy dyskurs, bardzo poprawnie…) odczytał Witkowskiego, tak jego recenzja została cokolwiek nietypowo zinterpretowana i posłużyła jako argument przeciwnikom emancypacji gejów z mojego ulubionego homofobicznego forum internetowego – www.forum.fronda.pl, na którym „Lubiewo” (a właściwie „Lubiewo” według Nowackiego, bo na nim bazowali autorzy wypowiedzi, które przytoczę) doczekało się zgoła innego potraktowania:

Pedalstwo zawsze było w jakiś sposób związane z buntem, undergroundem, samotnością i niezgodą – także niezgodą na siebie samego i własną pedalską seksualność. Dlatego pedalstwo musi być odrażające, jak odrażające są wyznania Wilde’a, Geneta czy przypadki bohatera „Mojego Giovanniego” Jamesa Baldwina (pedał i do tego czarnuch). Taki homoseksualizm zawsze istniał, będzie istnieć i to we wszystkich kulturach (z islamem włącznie). Co innego geje – ich „kultura” jest oparta na strukturach grzechu, który chce być podniesiony do rangi normy. Gej nie uważa, że przez swój homoseksualizm jest zepchnięty na społeczny margines, gdzie jego miejsce, chce od innych uznania swego zboczenia za normalność. Pedał tego nie chce. Dlatego w meczu Pedały vs Geje jestem zdecydowanie za tymi pierwszymi!

I jeszcze:

Ech, świat się kończy, kiedyś nawet pedały były lepsze jako komentarz do wspomnianej już opozycji: brudny, zły, polujący w ciemnych alejkach na lujów pedał – czysty, moralny, monogamiczny, wyemancypowany gej.

A zatem model zachowania, który jest nie do zaakceptowanie dla recenzenta „Gazety Wyborczej”, okazuje się czymś jak najbardziej pożądanym według forumowiczów Frondy. Co akurat nie powinno intrygować nikogo, kto rozumie różnicę między oświeconą homofobią a otwartą dyskryminacją. Zestawienie recenzji oraz jej odczytania interesująco natomiast ilustruje poziom świadomości tematu u poszczególnych uczestników dyskursu: homofob radykalny uważa, że ciotki Witkowskiego, żyjąc po swojemu, sytuują się na marginesie społeczeństwa, by potwierdzić dewiacyjność swoich zachowań, a zatem swoją gorszość i swoistą nielegalność – czyli czynią niejako zadość wymaganiom społeczeństwa nieżyczącego sobie widzieć w nich kogoś wprawdzie innego, ale równego w zakresie praw i obowiązków chociażby. Homofob liberalny wolałby, aby bohaterowie „Lubiewa” byli reliktami przeszłości, niewyedukowanym, odchodzącym w przeszłość niewielkim naroślem na w zasadzie zdrowej, uśmiechniętej, kulturalnej i dostosowanej (do czegokolwiek bądź, a najlepiej do wszystkiego) tkance społeczności gejowskiej.

Te dwa – pozornie skrajnie odmienne podejścia – wynikają tak naprawdę z jednego: chęci wygrania „dobrego” homoseksualizmu przeciwko „złemu”, pseudoakceptacji innego za cenę wykluczenia tego, co do wyobrażeń o tym, jaki powinien być, aby zasłużył na rzeczywiste istnienie, nie pasuje. Czyli że niby wiemy, że co pedał to obyczaj, ale wolelibyśmy (a w zasadzie to wymagamy), aby wszyscy odmieńcy grzecznie wepchnęli się do jednego worka i zajęli wyznaczone im przez nas miejsce…

A bohaterowie „Lubiewa”? Snują romansowe barokowe opowieści, wymyślają teorie na temat heteryków „całą gębą”, ich powagi, przywiązania do codzienności, auta, dziewczyny i drużyny oraz traktowania przez nich pedalskiej niewierności, matamorfoz, przebieranek jako ataku na ich heteryczny, poważny świat twardych wartości. Oraz piszą wiersze. Jak ten, który chciałabym zadedykować wszystkim domorosłym teoretykom, marudzącym o ich (naszej) domniemanej (ukrytej lub jawnej) niezgodzie na swoją tożsamość, swój byt, swój żywioł, swoją pedalską egzystencję:

Ja ciota

będę się przejmowała
ukrywała
prosiła o akceptację
ćwiczyła na ulicy męski krok
znosiła przytyki
podkulała ogon, gdy krzykną
robiła minę zbitego psa, gdy zagwiżdżą
garbiła się i przyspieszała kroku,
gdy bekną
ubierała się po męsku, żeby się przypad-
kiem nie obejrzeli
płaszczyła przed tym samym heterycznym
sanepidem?

A rośnie mi tu kaktus?!

jeśli wywalą – nie warto było należeć
opuszczą – ktoś tam zostanie
wyśmieją, to znaczy, że pieniądze wydane
na ich piwa były stracone
Odcedzę ich przez moje sito
W tym, co zostanie, uwiję gniazdo

M. Witkowski, Lubiewo, Kraków 2005, s. 279

tekst pochodzi z portalu Kobiety – kobietom.com

Autorzy:

zdjęcie Ewa Tomaszewicz

Ewa Tomaszewicz

Ewa Tomaszewicz – rocznik ’77, założycielka bloga http://trzyczesciowygarnitur.blogspot.com, współtwórczyni kabaretu Barbie Girls. Dziennikarka. Niezrzeszona, wspiera tych, których lubi. Muzyka: (polityczny) folk (kobiecy), prasa: tylko w internecie, książki: oprócz Winterson czeka na Rawińską, marzenie: Michigan Womyn’s Music Festival, wyznanie: SEO.

1 komentarz do: Dobry gej, czyli zły pedał (i odwrotnie)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa