Słodki Egika

Z nadejściem zimy, chłodnej i deszczowej, najbardziej upragnioną rozrywką mieszkańców Cezarei stawały się wieczorne biesiady, trwające niekiedy aż po środek długiej nocy. Toteż Aristobulos był niemal pewien, że do jego domu przybędą wszyscy zaproszeni goście. Nawet stary Demetrios, na co dzień i od święta zagrzebany wśród zwojów książek, odrywający się od nich niechętnie i zawsze z tym samym komentarzem, że szkoda mu życia na próżne dysputy. Ale najbardziej zależało Aristobu-losowi na obecności Hefajstiona, który całkiem niedawno wrócił z dalekiej podróży do północnych krain.

Hefajstion przybył z właściwym sobie wyczuciem miejsca i chwili, gdy megaron w połowie zapełnił się już gośćmi. Towarzyszył mu chłopiec, który, jak nakazywały dobre obyczaje, usiadł przy nim na brzegu sofy. Miał wyjątkowo jasne, proste włosy i pociągłą twarz. Jako ostatni przyszedł Teofrast, często wystawiający swym spóźnialstwem na próbę cierpliwość gospodarza i gości. Sadowiąc się na wskazanej mu sofie obrzucił złym spojrzeniem Hefajstiona i jego chłopca, i wymamrotał coś pod nosem. Obecni wymienili znaczące uśmiechy, wiedzieli bowiem dobrze o dzielącej Hefajstiona i Teofrasta niechęci, sięgającej czasów, gdy byli jeszcze młodymi mężczyznami. Kochali się wówczas w tym samym chłopcu, Kaliasie, który w końcu wybrał Hefajstiona, bardziej przedsiębiorczego od Teofrasta i o wiele odeń zamożniejszego. Przy Teofraście chłopiec pewnie nauczyłby się tego, jak będąc pięknym stać się jednocześnie dobrym i wędrować przez życie drogą cnoty. Ale wolał kosztowne prezenty od Hefajstiona, dzięki którym jego ojciec zbudował sobie nowy dom. Natomiast Teofrast zgorzkniał i postarzał się przedwcześnie.

Goście zajadali ze smakiem wnoszone przez służbę potrawy, rozmawiając między sobą o tym i o owym, o radościach i kłopotach jakie przynosiła im codzienność portowego miasta. Aristobulos do-brze wiedział, że muszą się swobodnie wygadać, by można było rozpocząć poważną rozmowę na określony temat. Hefajstion karmił swego chłopca wkładając mu do ust co lepsze kawałki potraw, a Teofrast spoglądał na nich coraz bardziej jadowitym wzrokiem. Jeszcze chwila, a wyrzuci z siebie ja-kiś złośliwy komentarz i miłe spotkanie może zamienić się w awanturę. Toteż Aristobulos postanowił jak najszybciej skierować uwagę obecnych na temat, który mieli rozważać tego wieczora. Dał znać służbie, by zebrała resztki potraw i wniosła na stoły ciastka, sery, owoce i oczywiście wino. Widząc to, goście przerwali swe pogawędki i spojrzeli wyczekująco na gospodarza.
- Zastanawiałem się ostatnio, moi drodzy przyjaciele – tymi słowami zwykł rozpoczynać dysputę – nad tym, czym jest ojkumene. Myślę, że Demetrios najlepiej spośród nas będzie potrafił objaśnić to słowo.
- Dziękuję ci Aristobulosie za wyróżnienie – odparł Demetrios, promieniejąc uśmiechem czło-wieka, który rzadko kiedy bywa przez kogoś doceniony. – Mniemam, że każdy z nas mógłby wiele powiedzieć na ten temat. Ja przytoczę więc na początek zdanie większości uczonych, które podzie-lam, że ojkumene to cały znany nam, zamieszkały przez ludzi świat.
- Doprawdy – przerwał mu Teofrast. – Myślisz, że znamy cały zamieszkany przez ludzi świat? I czy rzeczywiście wszyscy ludzie, a raczej wszystkie ludy tworzą jeden świat? Czyż my Grecy nie tworzymy świata odrębnego, piękniejszego i lepszego od świata barbarzyńców, rządzącego się do-skonalszymi niż tamten prawami i rodzącego najwspanialsze owoce ludzkiego ducha. Uważam, że ojkumene powinniśmy rozumieć wyłącznie jako świat zamieszkały przez ludzi myślących, mówią-cych i żyjących po grecku.
Demetrios machnął niechętnie ręką, dając w ten mało uprzejmy sposób znać, że nie ma ochoty dyskutować na ten temat z Teofrastem. I wówczas odezwał się Hefajstion:
- Sądzisz Teofraście, że możliwe jest wytyczenie granicy między twoją grecką ojkumene, a resz-tą świata. Że jest jakaś rzeka lub że są góry, poza które nie sięgają promienie boskiej idei piękna i do-bra.
- Właśnie, właśnie – pochwycił jego myśl Filon, kupiec zbożowy, zajęty bardziej układaniem epigramów niż handlem i od lat przynoszący z targu więcej plotek niż pieniędzy. – Ponoć w trakcie swej podróży dotarłeś Hefajstionie dalej na północ niż ktokolwiek przed tobą. Czy to prawda, że byłeś u Hyperborejczyków? Czy udało ci się postawić stopę na Ziemi Najdalszej?
- Nie, drogi Filonie, nie doszedłem do Thule i nie napotkałem Hyperborejczyków. Poznałem na-tomiast Kwadów, Lugiów i inne ludy, a wiele z tego, co u nich widziałem, pozwala mi mniemać, że duch grecki przenika najodleglejsze zakątki świata barbarzyńskiego silniej niż mogliby przypuszczać tutejsi uczeni.
- O, skoro tak – nadąsał się Lykofron, kapłan Apollina uważający się za chodzącą wyrocznię – opowiedz nam o swych przygodach.
- Tak, opowiedz! Opowiedz nam! – prosili jeden przez drugiego zaciekawieni goście.
- Chętnie – zgodził się Hefajstion. – Ale nie o wszystkich mych przeżyciach, a tylko o tym, jak na dalekiej północy ja i moi towarzysze natrafiliśmy na ślady herosów, czczonych przez tamtejsze ludy nie mniej niż przez nas. Zacznę od tego, że idąc w ślad za większością podróżnych przepłynęliśmy Ister pod Carnuntum i wkroczyliśmy na ziemie wolnych Germanów. Szlak naszej wędrówki wiódł dalej przełęczami oddzielającymi od siebie dwa pasma potężnych gór przecinających z zachodu na wschód krainę Swebów. Ma tam swe źródła rzeka Viadus, wzdłuż której dotarliśmy na tereny za-mieszkane przez Nahanarwalów. Tam, na szczycie jednego ze wzgórz, znajduje się święty gaj, w któ-rym pod przewodnictwem kapłana ubranego w kobiece szaty odbywają się święte obrzędy ku czci dwóch boskich młodzieńców. Przypuszczam, że kobiecy strój kapłana wywodzi się z czasów, gdy nad miejscem tym sprawowały pieczę kobiety, kapłanki składające krwawe ofiary czczonej tam wówczas bogini. Ale o tym opowiem za chwilę. Teras zaś powrócę do ubóstwianych młodzieńców, zwanych przez wyznawców Alkami. Nie zauważyliśmy w gaju żadnych posągów, które by ich przed-stawiały i pozwalały dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Z lektury pism Tacyta, które studiowałem przed podróżą, pamiętałem tyle, że herosi ci byli ponoć braćmi bliźniakami, niczym nasi Kastor i Pol-luks. Jednakże dzięki tłumaczowi, znającemu dobrze mowę Germanów, dowiedziałem się, że czczeni w świętym gaju młodzieńcy byli wprawdzie krewnymi, lecz jeden był nieco starszy od drugiego, a łą-czyły ich nie tyle więzy rodzinne, co wzajemnie umiłowanie dla przyjaźni, podobne świętej pajdera-stii. Wychowywali się razem od wczesnej młodości, niczym Patroklos i Achilles, a gdy osiągnęli wiek męski byli sobie towarzyszami w wędrówce po świecie oraz wszelkich niebezpieczeństwach. Krążąca wśród Nahanarwalów legenda mówi o tym, że gdy jeden z nich został przez bogów pokarany obłędem za zamordowanie matki, gdy w dzień i w nocy prześladowały go straszliwe boginie zemsty, drugi nie opuścił go, lecz opiekował się nim podczas tułaczki po świecie. A gdy kapłani boga Słońca, którego my czcimy jako Apollina, polecili nieszczęśnikowi, dla odwrócenia ciążącej nań klątwy, udać się w północne krainy, odnaleźć i wykraść wizerunek jego siostry, będącej niczym Artemida bo-ginią księżyca, przyjaciel wyruszył wraz z nim. Jeśli historia ta dotąd jeszcze niczego wam nie przy-pomina, pociągnę ją dalej aż odnajdziecie podobieństwo do jednej z naszych opowieści o bogach i herosach. Gdy młodzieńcy dotarli do ziemi Nahanarwalów, ówcześni jej mieszkańcy uwięzili obu i postanowili złożyć ich w ofierze czczonej przez nich bogini. Składano jej co roku krwawe obiaty z ludzi, by zapewnić sobie płodność ziemi i obfitość pożywienia. Boskim młodzieńcom udało się jed-nak pozyskać przychylność jednej z kapłanek bogini i we trójkę wykradli wyciosany z drewna wize-runek.
- Jeśli teraz powiesz nam jeszcze, że przywieźli posąg do Attyki, będzie to historia Orestesa i Pyladesa – wtrącił Lykofron z nutką powątpiewania w głosie.
- Nie, tego nie powiem – uśmiechnął się Hefajstion. – Ale wiedzcie, że gdy z kolei ja przedstawi-łem kapłanowi Alków dzieje Orestesa i Pyladesa, ten przyznał, że to właśnie oni są czczonymi przez Nahanarwalów boskimi młodzieńcami i ucieszył się niezmiernie, że łączy nas cześć dla tych samych herosów.
- A ty dałeś się zwieść jego pochlebstwom – odezwał się Teofrast i znów dał upust swemu gorzkiemu sceptycyzmowi. – Sądzę, że wszystko, co nam opowiedziałeś, jest jedynie zbieżnością podobieństw. Przecież wiemy, że Orestes i Pylades udali się po posąg Artemidy do Chersonezu Taurydzkiego. A tego nie potrzebujemy szukać aż w Germanii, skoro wiemy, że znajduje się u północnych brzegów Morza Gościnnego. Wiemy też, że bohaterscy młodzieńcy wykradli wizerunek bogini zamieszkującym tam Scytom, a nie Germanom.
- To nie zupełnie tak – zaprotestował Demetrios. – Orestes i Pylades wyruszyli na poszukiwanie posągu Artemidy, mrocznej bogini księżyca, do krainy nad którą włada, a do której słoneczny Apollo tylko na krótko zagląda podczas swej wędrówki po niebie. Taką krainą, położoną jakoby na krańcach ojkumene, była dla naszych przodków Scytia, toteż wyobrażali sobie, że tam skierowali swe kroki boscy młodzieńcy. Ale my dziś wiemy, że pogrążone w mroku skraje ziemi znajdują się znacznie da-lej na północ, może dalej nawet niż obszary zamieszkane przez Germanów. A jeśli chodzi o miejsce, do którego herosi przywieźli wizerunek Artemidy, choć na ogół mówi się o Attyce, nie ma co do tego pewności i zgody wśród autorów. Rację mogą mieć ci, którzy dowodzą, że było to Rodos, albo może Frygia, albo nawet Italia.
- Powiedz nam Hefajstionie, czy pytałeś o to kapłana Alków? – chciał wiedzieć Aristobulos, w milczeniu przysłuchujący się dyspucie i dyskretnie czuwający nad tym, by służba w porę napełniała winem puchary biesiadników.
- Owszem, pytałem – przytaknął skwapliwie Hefajstion. – I nie tylko pytałem, uczyniłem znacz-nie więcej, poszedłem tropem jego opowieści. Dowiedziałem się bowiem od niego, że boscy mło-dzieńcy udali się nie na południe lecz na północ, ku środkowemu biegowi rzeki zwanej Vistula. Wy-ruszyliśmy w tamtym kierunku i po dwunastu dniach wędrówki dotarliśmy do ziemi Manimów, przez którą przepływa rzeka Besara. Korzystając wciąż ze wskazówek udzielonych nam przez kapłana, od-naleźliśmy jeden z jej dopływów, zwany Skirneus.
- Może Skieros – dopytywał się Filon. Słuchając opowieści Hefajstiona cały czas bawił się do-rodnymi piersiami leżącej u jego boku Leajny, nieco podstarzałej hetery, o której mimo to złośliwi Cezarejczycy mawiali, że usta ma zawsze pełne roboty.
- Być może – zgodził się Hefajstion. – Nie wykluczone, że taką właśnie nazwę nadali rzeczce Orestes i Pylades, ponieważ jej brzegi istotnie są cieniste, porośnięte gęsto drzewami i krzewami. Mieszkańcy tych okolic początkowo nie chcieli zdradzić, gdzie znajduje się posąg Artemidy. W koń-cu jednak, zachęceni hojnymi prezentami, obiecali zaprowadzić mnie tam jednej z nadchodzących nocy, podczas wiosennego święta bogini, zwanej zresztą przez nich Nerthus. Pozwolono mi przyglą-dać się obrzędowi z oddali, widziałem jednak wszystko dobrze w świetle pełnego księżyca. Drewnia-ny posąg bogini wzięło na ramiona kilkunastu nagich chłopców i młodzieńców. A stojący za nimi kapłani smagali ich wierzbowymi rózgami tak długo, aż na kamienie ołtarza spłynęła z ich pleców krew, aż ból pobudził kilku z nich do rozkoszy i z uniesionych w zwodzie członków trysnęło nasie-nie. Jak mi później wyjaśniono, każdy z młodzieńców, którzy wzmocnili płodność ziemi zarówno swą krwią jak i spermą, może przystąpić do zgromadzenia kapłanów, prowadzących wspólny żywot w swym gronie, z dala od oczu postronnych.
- Przypomina mi to zwyczaje Spartan albo Arkadyjczyków – zauważył Filon.
- Prawdziwa Arkadia nad Skieros – rzucił kpiąco Teofrast.
- Próżne żarty – obruszył się Demetrios. Ale w sukurs Teofrastowi niespodziewanie pośpieszył Lykofron:
- Choćby Hefajstion nie wiem jak długo dowodził podobieństw łączących nas z barbarzyńcami, nie sądzę, by byli ludźmi obdarzonymi tymi samymi szlachetnymi cechami co my, tym samym du-chem wolności. Czytałem kiedyś mowy Antifona, sofisty sprzed sześciu wieków, który dowodził, że Grecy i barbarzyńcy są sobie równi z natury i z urodzenia. Ale mówcie co chcecie, jako zwolennik nauki Arystotelesa po prostu w to nie wierzę.
- Jeszcze chwila i ubliżysz sam sobie – westchnął ciężko Demetrios. Miał już na końcu języka uwagę, że nie powinien tak mówić ktoś, kto z urodzenia był bardziej Syryjczykiem niż Grekiem, ale pomyślał, że nie będzie walczył z Lykofronem jego bronią.
- Powstrzymajcie się z formułowaniem ostatecznego osądu aż skończę mą opowieść – zaproponował ugodowo Hefajstion. „Gdy wódz plemienia Manimów, dostojny Trojanir, dowiedział się, że przybysz z państwa rzymskiego przyglądał się obrzędom w gaju nad Skirneusem, rozkazał swym wojownikom przyprowadzić nas do siebie, do miejsca zwanego Askaukalis, położonego na prawym, wysokim brzegu Besary. Nie jest to miasto w naszym rozumieniu tego słowa, lecz zespół kilkunastu osiedli, otoczonych w koło lasami, z których każde składa się z kilkunastu lub dwudziestu kilku drewnianych domostw. Będąc pilnie strzeżonymi gośćmi Trojanira dowiedzieliśmy się niebawem, dlaczego Manimowie z taką niechęcią i podejrzliwością odnoszą się do przybyszów. Otóż na wschód od ich stolicy rozciągają się bagniste łąki obfitujące w rudę żelaza, z której w licznych małych piecach wytapiają żelazo i wykuwają z niego narzędzia oraz broń, którą sprzedają następnie plemionom walczącym z Rzymem. Nie to jednak było najważniejszym dla mnie odkryciem jakiego dokonałem wśród Manimów. Już podczas pierwszych dni pobytu u nich, a spędziliśmy tam resztę wiosny i dużą część lata, mą uwagę zwrócił najmłodszy syn wodza, Egika, chłopak może piętnastoletni o pięknej budowie ciała, co mogłem bez trudu zauważyć, ponieważ tamtejsza młodzież obywa się w ciepłej porze roku niemal bez odzieży. Zauważyłem również, że i on mnie obserwuje z rosnącym zainteresowaniem. Bardzo chętnie wyjaśniał mi wszystko, o co spytałem go za pośrednictwem tłumacza, a po pewnym czasie sam zaczął do mnie przychodzić, by pokazać jakąś miejscową ciekawostkę i z radością towarzyszył mi podczas dozwolonych przez wodza wędrówek po najbliższej okolicy. Pomyślałem, że może chłopak dostrzegł we mnie godnego siebie miłośnika i pragnie zostać mym lubym, i obdarzyć mnie swymi wdziękami. Skradłszy mu kilka całusów stałem się tego niemal pewien, ale by uniknąć bardzo ryzykownych w obcym kraju nieporozumień postanowiłem porozmawiać o tym z jego ojcem. Powiedziałem Trojanirowi, że pragnę połączyć się z jego synem więzami świętej pajderastii, by rozkoszując się pięknem cielesnym dążyć wraz z nim do piękna duchowego. Choć tłumaczowi brakowało tym razem słów na dokładne przekazanie mej myśli, wódz zrozumiał, o co mi chodzi i odparł, że nie zna tego zwyczaju, a prawa Manimów nie ingerują w to, co mężczyzna robi z chłopcem zanim ten wkroczy w wiek męski, o ile nie dopuści się gwałtu. Ucieszony i ośmielony taką odpowiedzią, podczas następnej kąpieli w rzece zacząłem wprowadzać Egikę w tajniki miłości erotycznej, a niebawem spędzaliśmy razem zarówno dnie jak i noce. Gdy lato miało się ku końcowi po raz kolejny przedstawiłem Trojanirowi nasze pragnienie powrotu do ojczyzny przed zimą. Wódz tym razem zgodził się, w związku z czym wyjawiłem mu, że pragnąłbym zabrać ze sobą jego syna. Rozgniewało to Trojanira, który oświadczył mi, że u nich porywać chłopców wolno jedynie kapłanom bogini Nerthus. Wyjaśniłem, że nie pochodzę ze szczepu Dorów i że nie zamierzam niczego czynić przemocą. Ponieważ jednak jego Egika jest piękny jak Ganimedes, idąc w ślady Zeusa jestem gotów ofiarować mu w zamian za niego wprawdzie nie wykutą ze złota winną latorośl ale dwa srebrne puchary. Wódz spytał mnie, kim był Zeus, a ja wyjaśniłem mu, że czcimy go jako ojca bogów i ludzi. Wówczas oświadczył mi, że gotów jest przyjąć ode mnie tak hojny dar i powierzyć mi opiekę nad swoim synem na znak przymierza między jego ludem a moim. Jak się możecie domyślać, z radością przystałem na jego propozycję.
- I co zrobiłeś ze swym nabytkiem? – dociekał Filon.
- Jak to, co. Siedzi tu obok mnie – odparł Hefajstion – wskazując na towarzyszącego mu chłopca.
- To on jest tym młodym barbarzyńcą? – Teofrast nie posiadał się ze zdziwienia, przez które przebijała kłębiąca się w nim zazdrość.
- Pewnie wyobrażałeś go sobie ubranego w niedźwiedzią skórę i umazanego błotem – roześmiał się Hefajstion. Ale Teofrast nie dawał za wygraną:
- Cóż z tego, że kazałeś go wykąpać i ubrać w greckie szaty. Powiedz nam lepiej, w jakim języ-ku z nim rozmawiasz.
- Po grecku, Teofraście. Rozmawiamy po grecku. Egika czyni szybkie postępy w nauce u gram-matysty – pieszczotliwie położył dłoń na ramieniu chłopca. – Egiko, wyrecytuj nam któryś z epigra-mów Meleagra, wiesz, ten mój ulubiony – Chłopiec uśmiechnął się i zaczął recytować. Wymawiał słowa wyraźnie i melodyjnie, choć ze słyszalnym obcym akcentem:
- Spragniony całowałem latem rozkosznego chłopca,
a ugasiwszy w końcu palący mnie żar, powiedziałem:
Ojcze Zeusie, który pijesz nektar pocałunków Ganimedesa,
czy on również podaje ci tak wyborne wino w swych ustach?
Gdy ja pieściłem Antiochosa, najpiękniejszego z chłopców,
spijałem słodki jak miód napój wypływający z jego duszy.
- Brawo, brawo – zakrzyknął Filon. – Jeśli twój luby jest równie pojętny w każdej ze sztuk, możemy ci tylko zazdrościć rozkoszowania się słodkim owocem twego sojuszu z Manimami.
- Czyżbyś pragnął Filonie, by Hefajstion dopuścił cię do swego miłosnego przymierza? Biedna Leajna! – zakpił Lykofron. Większość obecnych wybuchnęła śmiechem, ale ten i ów ziewnął, nie kryjąc znużenia.
- Zbliżała się północ i czas już było kończyć biesiadę. Aristobulos pożegnał się równie serdecznie z każdym swym gościem, ale tylko z Hefajstionem zamienił jeszcze kilka zdań. Powiedział:
- Dowiodłeś nam dzisiaj, że ojkumene rozciąga się dalej niż dotąd sądziliśmy i że nie ma granic, które mogłyby powstrzymać ludzkiego ducha w dążeniu do tego co piękne i dobre.

Potem poszedł do swej sypialni i polecił sekretarzowi, by usiadł obok jego łoża i zaczął mu czytać nabyte kilka dni wcześniej dialogi Lukiana.

Autorzy:

zdjęcie Paweł Fijałkowski

Paweł Fijałkowski

archeolog i historyk; zajmuje się dziejami Żydów w dawnej Polsce, historią polskiego protestantyzmu, pradziejami Mazowsza oraz homoerotyzmem w starożytnej Grecji i Rzymie; autor książek: „Seksualność, psyche, kultura. Homoerotyzm w świecie starożytnym” (2007), „Homoseksualizm. Wykluczenie – transgresja – akceptacja” (2009).

2 komentarzy do:Słodki Egika

  • Kasia Kozlowska

    [piosenkarka]

    che zostac gwiazda ale niewiem jak umiem tanczyc i rozne spiewć pomoz mi to bede szczescliwa papa pozdrowienia :*:*:*:*:D:D:D::):):)




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa