Na paryskim sztrychu (wstęp)

Przedstawiamy wstęp Mariana Pankowskiego do rękopisu „Na paryskim sztrychu” Rudolfa Niemca, byłego żołnierza Wehrmachtu, więźnia KL Auschwitz, homoseksualisty. Autora zapisków Pankowski spotkał w latach siedemdziesiątych w Brukseli. Spotkanie to stało się okazją do wymiany poglądów i źródłem inspiracji dla polskiego pisarza. Stary Niemiec przekazał autorowi „Z Auszwicu do Belsen” (nominacja do NIKE 2001) swój rękopis, z którego wybór fragmentów można znaleźć w 18. numerze magazynu Ha!Art.

NA PARYSKIM SZTRYCHU*
Wstęp do rękopisu Rudolfa Niemca
Po raz pierwszy pojawia się w naszej literaturze tekst geja europejskiego. Jego autorem jest Rudolf Niemiec wychowany nad Wisłą, od lat już nie żyjący.
Było to w maju, trzydzieści lat temu, na złotym Grand Placu w Brukseli. Pochylony już w stronę starości niemiecki turysta ożył, usłyszawszy polską mowę! Taki był początek naszej rozmowy, najpierw badawczej, byłego żołnierza Wehrmachtu z byłym więźniem Auszwicu, rozmowy, która niebawem przeszła w ufny dialog niemieckiego homoseksualisty z autorem Matugi.
Zbliżyło nas może odkrycie, że obaj pochodzimy z tamtych, zaśnieżonych stron, chyba jeszcze więcej zbliżył nas osąd solidarny niegodnego prawa, które wtenczas karało i więziło mężczyzn za występstwo miłosne i dławiło cenzurą słowo nazywające rozdroża naszych zmysłów.
Tuż potem zaczęła się korespondencja. Przytoczę z niej ustępy dotyczące wyłącznie rękopisu Rudolfa Niemca. Jego powstanie i charakter komentuje sam autor, ucieszony entuzjastycznym przyjęciem powierzonych mi wspomnień.

… środa, 26.maja 1971
Drogi Panie Marianie!
/…/ Załączam panu kilka rzeczy, o których rozmawialiśmy – może Pan śmiechem się ucieszy… Czytam też teraz, co kiedyś – tak sobie – napisałem (atramentem i piórem, lecz dość czytelnie), ale nie wiem, czy naprawdę panu to posłać, choć Pan o MOWIE polskiej – a znaczy w ogóle o „wyrażaniu się” tak pięknie i liberalnie pisał – no, a że ja to pisałem właśnie TYLKO dla siebie, to też „granic” nie znałem, a pisałem ZUPEŁNIE swobodnie, nie bacząc na może „wskazane” granice bo przecież to nie dla żadnej „publiczności”, tak że i wiele chwastu w tym. Tak jak się zbiera i jada jeżyny, to i pokrzyw bać się nie trzeba…

A na co jest „wolność”? szczególnie gdy się tak dla samego siebie pisze?…No, ale też tak czytać to trzeb, to uwzględniając, a nie oburzając się: Mais quelle horreur!… Wie Pan, ja zawsze byłem ciekaw na w s z y s t k o – nie tylko na „dozwolone”, koszerne… z każdego musiałem próbować, no a nic nie kusi tak jak „zabronione”, nawet diabła bym pociągnął za ogon!… A „aniołki” zawsze zdawały mi się nudne, bo takie grzeczne, cholera!… Po co? Szczególnie gdy to już w n i e b i e!… ja na pewno nie zasługuje na to, by w niebie się nudzić, – wolę już piekło!…Niech mnie tam przezwą jak chcą!…Cochon, czy jak… Nikomu to nic nie pomoże, omijać pokus, to żadna zasługa, a tchórzostwo. Albo co najmniej a voir les choses telles qu’elles sont – jak to nawet sam de Gaulle mawiał, świętej pamięci. – Szkoda że młodość tak krótka, że Warszawa już nie taka jak była, no i ja także!…Comme le temps passe, sacrableu!
Cudowny był ce vin de Moselle (Auxerrois? Caves du Luxembourg?)…
Serdecznie pozdrawiam Pana, no i rodzinę, Rudolf…

3 czerwca 1971.
Drogi Panie Rudolfie!
Tak wspaniałej koperty nie otwierał chyba żaden pisarz. Obrazki i rysunki są przepiękne! Przyznam się szczerze, że oczekiwałem prac raczej amatorskich – a tymczasem to co oglądam jest doskonałą robotą artysty, który potrafił dać ewokację rzeczywistości nie uroniwszy nic z poezji tamtych chwil. Wszystko jest udane, ale dwa rodzajowe obrazki marsylskie, jak również trzeci, z sześcioma chłopcami na ławce w pociągu, są majstersztykami. Zawarł pan w nich cały entuzjazm i młodość mężczyzn szukających radości. Jest coś renesansowego w tych ciałach napiętych i szczęśliwych. Kolor i kreska uczestniczą w świętowaniu przygody.
Czy mógłbym jeszcze zatrzymać te obrazki przez dwa tygodnie?
Przeczytałem też i to z ciekawością wiersze. Są dobre i pełne cienkiego humoru, bądź ironii. Ale – jak na mój gust – trochę za intelektualne. Innymi słowy czytelnik zapoznaje się z Pańskimi myślami na pewien temat, ale nie otrzymuje nic na smak. Martiał w swych epigramatach pozwala nam być zazdrosnymi świadkami swych „grzechów”. Dlatego też proszę o teksty „pisane atramentem”. Wierzę, że zawierają tyle gorącej prawdy, ile zamknął Pan jej w swych rysunkach, tym bardziej, że pisał Pan dla siebie, nie bacząc na granice. Dla mnie pisanie „Matugi” stało się takim wyłomem w stronę pełnej wolności wyobraźni./……/
Łączę bardzo serdeczne pozdrowienia
MP.

8. czerwca 1971
Drogi Panie Marianie!
Dziękuję jak najserdeczniej za list! Chyba Pan rozumie z jakim zaniepokojeniem na niego czekałem i ogromnie się cieszę z tego, co Pan pisze, pojmując mnie tak doskonale i tak po ludzku i naturalnie. Też właściwie s ą to rzeczy naturalne, których się nikt wstydzić nie powinien, – a niestety tera nasz świat i jego towarzystwo jest zakłamane i nienaturalne i nie stać jemu na wyniosłe krytykowanie (? MP) bo sam się przez to okłamuje haniebnie!… Ale mnie to mało obchodzi i zawsze żyłem tak, jak mi się podobało według mojej natury, a gdybym według wiary reinkarnacji jeszcze raz na świat powrócił, to bym zupełnie tak samo znów żył! /……/
Załączam kilka stron z tekstu „pisanym atramentem”: jest to zdarzenie prawdziwe co mnie spotkało kiedyś w Paryżu. Lecz rozpisując się potem dalej, domięszałem też nieco” fantazji zabawnej, ale także zupełnie wiarogodnej i bardzo „soczystej”, no bo to przecież dla mnie samego pisałem pour m!amuser , bez żadnego innego zamiaru i też nikomu to czytać nie dałem – dopiero Panu teraz, bo czuję i w i e m , że Pan potrafi mnie rozumieć i że Pana to nie „peszy” a nawet bawi.
Te obrazki może Pan naturalnie zatrzymać, bo dla mnie to już „Roma locuta”… tak jak dla Pana „Matuga” – albo jak d a w n a Polska, która niestety już nie taka jak za mojej młodości czarująca i mnie zachwycająca (do tego należy też taki Franek „ud kuni”, etc. etc.).”Kośta sie pudzioła, Polska kochana?”…
Nie, te wiersze też nie zupełnie w moim guście, – rzeczywiście „za intelektualne”!
Za wycackowane, nie takie jak to raz na ścianie schodów do jednego kina czytałem: „Lampa jasna, pizda ciasna, chuj gorący pierdolący”. Ot obrazek świetny!.. Co?… II n’y a rien a ajouter. Krótko
i węzłowato! Ecco!Ten obrazek na ławcee w pociągu śnił mi się raz rzeczywiście i rano ten sen utrwaliłem: pokazuje to, co wszystko w takim człowieku jak mnie się, psiakrew, dzieje, jeżeli takie ma sny, co? /…./
Łączę pozdrowienia serdeczne
Rudolf….

17 czerwca 1971.
Drogi Panie Rudolfie!

/…../ A teraz przechodzę do Wielkiego Listu Pana. Cóż to za przepych życia! Ile cudownej, niezniszczalnej radości potrafił Pan zapisać w obrazkach i rysunkach, które oglądam i oglądam – urzeczony ich prawdą, przejawiającą się zarówno w samym spotkaniu ciał, jak i w szczegółach tła (drobiazgi na podłodze, na ulicy, w oknach itd) Właśnie te drobiazgi przydają scenie autentyczności i poezji.
Tekst, który Pan uprzejmie przepisał, jest niesłychany! Chyba nikt nie miał odwagi pochylić się nad tymi przeżyciami i utrwalić ich z taką wiernością! Myślę o Pana pisaniu i zastanawiam się, czy ten sam temat nie nabrałby jeszcze większej siły ludzkiej i artystycznej, gdyby Pan przedstawił narratora z większą precyzją, jako europejskiego dżentelmena z lat trzydziestych, elegancko ubranego, jadającego to i to” tam a tam… Wtenczas szukanie miłosnej przygody byłoby schodzeniem w inny świat. Równość rodziłaby się dopiero w akcie… Niektóre obrazki (np. „sen” czy też rysunek przedstawiający pana patrzącego na trójkę chłopców przed dworcem) oddają tę różnicę klas społecznych.
Drugim problemem – jest sprawa języka, którym posługują się narrator i Yazit. Zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, za każdym razem, zachować zdania oryginalne, tj. francuskie, polskie, czy włoskie, nawet jeżeli dialog prowadzony był w kosmopolitycznym argot… Sądzę bowiem, że ewokacje powinna cechować prawda. Odrobina „literatury” może czasem popsuć rzecz, zgasić jej urok. Przyszło mi to na myśl, kiedy czytałem słowo „chłop”. Próbowałem sobie zastąpić je francuskim „mon gars”, czy niemieckim „Kerl”… bo jakoś nie mogłem usłyszeć Yazita wypowiadającego w takich momentach strzępy zdań po polsku.
Na miejscu Pana, starałbym się zebrać dziesięć, czy dwanaście podobnych, jak ta, sytuacji, jak najbardziej różniących się atmosferą, jak najbardziej zaskakujących i opracować je tak, żeby sama scena miłosna zajmowała tylko wielką część tekstu, żeby była wtopiona w ewokacje tamtego, straconego już bezpowrotnie świata lat trzydziestych./…./ Trzeba, żeby to co Pan wspomina należało do czasu historycznego, żeby miłość została wpisana w siatkę ówczesności (sposób ubierania się, jakieś wydarzenia ówczesne, skandale polityczne, ceny…) nawet jeżeli nic Pana nie interesowało poza Przygodą. Martial czy Horacy nie postępowali inaczej. Sądzę, że tak opisane Przygody Europejczyka Rudolfa N. mogłyby stać się książką pełną zmysłów puszczonych na szczęśliwą swobodę, pełną też hojności serca…
Bardzo serdecznie Pana, Drogi Panie
Rudolfie, pozdrawiam
M.P.

Niedziela, 20. czerwca 1971
Drogi Panie Marianie !
/…/ Bardzo mnie bawi i cieszy, co Pan pisze o moim tekście, i oczywiście ma Pan słuszną rację w swoich uwagach. Lecz pisząc, „że tak opisane Przygody Europejczyka R.N. mogłyby stać się książką pełną zmysłów puszczonych na szczęśliwą swobodę”, to zapomina Pan, że nigdy nie myślałem, pisząc takie rzeczy, o „książce”, a zapisywałem jedynie DLA SIEBIE niektóre WSPOMNIENIA , starając się, powtórzyć je w sposób taki sam żywy, jak je kiedyś przeżywałem. Są to więc raczej „sprawozdania” sobie samemu i tylko dla mnie, a że daję je Panu do przeczytania (czy oglądania) to jedynie dlatego, że instynktownie poczułem w Panu człowieka dosyć rozumnego i z takim szerokim horyzontem, który potrafi takie to „rzeczy” rozumieć a nawet się nimi cieszyć. A to znaczy de facto, że jest Pan bardzo rzadkim człowiekiem, – może jednym na miljon!… Bo zdaję sobie sprawę, że cała ludzkość w olbrzymiej większości tego zrozumieć nie może, czy też nie chce, okłamując się samą, czy to ze wstydu czy też ze strachu… bojąc się takich to uczuć a tym bardziej ich realizacji, – jak djabeł święconej wody!… (Matko Bosko, módl się za nami!)
Oczywiście, że Yazit wyrażał się po francusku (i ja z nim także), jak Pan to zobaczy w moim rękopisie atramentowym, który obecnie wobec takich kwestji Panu jeszcze prześlę, nie bacząc na ryzyko, w pełnym zaufaniu. – Jest to pisanie bez początku i końca – tak sobie dla siebie -przy którym wplątało mi się szereg innych przygód po części prawdziwych, po części wymyślanych sobie z fantazji pragnącej, lecz nie mniej po to prawdziwej!… No, może Pan to sobie przeczyta, tę bazgraninę?!… W retrospektywie na moje życie i doświadczenia nic w tym nie jest NIE-prawdopodobne, mógłbym zaręczyć!… Cest la vie, telle qu’elle e s t! … (Heureusementi).
Mówi Pan o schodzeniu w inny świat… W pewnym sensie też tak to jest, – lecz nie jest to właściwie s-chodzenie, a w-chodzenie, a nie w inny świat,
a w ten WŁAŚCIWY, ten PRAWDZIWY, o który my durnie sami się oszukujemy – en nous frustrant…. Nic nie było dla mnie tak nudne jak takie życie w dogodnym bogactwie materjalnym i konwencjonalnym, – takie „jak się należy”, takim comme il faut!.
I jadąc samochodem, też zawsze wolałem te „boczne” drogi, jeszcze nieznane, a nie te autostrady wyjeżdżone!… Zawsze byłem impulsywnym, ustępując każdej intuicji zapalczywie/…./ w ogóle całe moje życie zawsze było improwizacją nieprzewidzianą, zawsze bez planowania, tak, jak akurat popadło…/…/
Łączę serdeczne pozdrowienia
Rudolf N

Piątek, 17. września 1971
Drogi Panie Marianie !
Dziś więc Pan powrócił znów do domu z podróży i wyobrażam sobie Pana w tym swoim otoczeniu domowym tak dobrze mi pozostałym w pamięci tak żywej. Witam Pana tam w duchu!… Bardzo serdecznie dziękuję Panu za list z 9. września z pobliżu Genewy i za to, że Pan na pisanie tego listu poświęcił kawałek swego czasu będąc właściwie na „wywczasach” i swobodzie. A najbardziej i najserdeczniej jestem Panu wdzięczny za tak rozumne i rozumiejące przyjęcie i osądzenie mej pisaniny „fioletowej”, bo rzeczywiście pełnej „fiołów”!… Do głębi wzruszają mnie słowa Pana: „Listonosz przywiózł mi grubą kopertę i otworzyłem ją z całą świadomością wagi gestu Pana” – Tak, rzeczywiście był to z mej strony gest niezwykle wielkiego zaufania posyłając Panu tę pisaninę o moich najwewnętrzniejszych sprawach życiowych, duchowych, uczuciowych i cielesnych; napewno Pan więc chyba rozumie, jak bardzo się waham, czy to nie spalić żeby poszło to z dymem a nie wpadło po mojej (chyba już bliskiej) śmierci w ręce /…./ bo co by myśleli o mnie ?! (Podobno Torwaldsen pozostawił po sobie moc pięknych rysunków erotycznych, które jego spadkobiercy spalili (bo fe!) a teraz znawcy jego sztuki to żałują). No, naturalnie Torwaldsen to człowiek i artysta innej wagi niż ja zwyczajny, prosty człowiek, ale to moje zastanawianie się, czy spalić czy nie, to podobny dla mnie problem. /…./ Jeżeli więc Pan zechciałby tę moją pisaninę zatrzymać u siebie, to proszę, bo inaczej ją spalę jak również wszystko inne co jeszcze przechowuję, żeby ani śladu tych rzeczy po mnie nie pozostało. /…./ Pisanina ta nie ma początku ani końca, no bo też jakże, bo żyję przecie jeszcze a jest to tylko wyłomek z mego życia, a póki człowiek żyje, to temat ten dalej się plecie, chociaż – niestety – już nie tak żywo i realnie! – Ale wiem z doświadczeń w moim życiu, że nie tylko ja jeden tak żyłem i czułem i że to nic takiego nadzwyczajnego, bo także Yazit takie miał pragnienia i chrapki i wiele, wiele też inni z tych znanych mi chłopaków i osób również: ile to chłopców opowiadało mi o swoich przeżyciach i erotycznych pragnieniach w uczuciu mego rozumienia i mojej do nich przyjaźni, – chyba nie uwierzył by Pan!… Zupełnie to samo dręczy takich najprostszych, zwyczajnych chłopaków pochodzenia wiejskiego, których „w ten sposób” poznałem „okazyjnie” (przez „oczko” porozumiewawcze) i nawet pośród „tapettes” jest bardzo wielu takich, których sama ich natura popędza do takich „przygód” niepowstrzymanie i którzy aż cieszą się znaleźć odpowiedniego do ich pragnień partnera a tym bardziej nawet przyjaciela!… Nic nie jest to nadzwyczajnego we wszystkich sferach „towarzyskich” czy też takich nie liczących się do tak zwanego „towarzystwa”. Mógłbym wyliczyć moc takich przykładów wprost wzruszających i najbardziej ceniłem takie spowiadania się proste i naiwne ze strony właśnie takich toprostych, nieintelektualnych chłopaków, jak np. krawczyków, kowalczyków, czy chłopaków Stajennych, lub takich co porzucili pracę i zawód,by chodzić „na sztrych” po prostu… (też i to jest dla nich popęd często zupełnie spontaniczny i naturalny i często bez względu materialnego). Lecz jak mało to ludzi wie coś o tamtym to „życiu podziemnym”,a jeszcze mniej „poznało” to życie, a to wcale nie takie „podziemne”a nawet bardzo „ziemskie”…. Ale przyznawać się do życia takiego – prawie nikt to nie chce!… Ja tego życia nie żałuję i też od samego początku nie żałowałem i się też nie wstydziłem. Matka i ojciec wiedzieli to o mnie../…/
Jeszcze raz Panu dziękuję serdecznie za tak miły i wielkoduszny list! Ściskam Panu wdzięcznie i mocno rękę!
Rudolf N.

2 października 1971
Drogi Panie Rudolfie!
List Pana przywitał mnie w domu, do którego wróciliśmy wypoczęci, zachwyceni Genewą, zarówno tą nowoczesną, jak i starą, pełną wąskich uliczek i antykwariatów.
Czytałem Pańskie słowa raz i drugi, świadom dziwności przypadku, dzięki któremu mogliśmy się spotkać. Nie mogłem bowiem przypuszczać, pisząc do Pana pierwsze listy, że tak się zbliżymy. Ze zbliży nas wspólna wiara w prawo do niezależności wyobraźni, do realizowania wszystkich marzeń duszy i krwi.
Słusznie podkreśla Pan ponadklasowy charakter wszelkiej miłości i urodę właśnie takich spotkań ludzi z różnych środowisk społecznych, którzy zderzają się nie tylko ciałem, ale i słownictwem i odmiennością reakcji psychicznych, z takich spotkań człowiek na pewno wychodzi wzbogacony i odbanalniony. Obrona takich pozycji przed naciskiem rodziny i tzw. społeczeństwa nie jest czymś łatwym. To, co Pan zechciał przytoczyć ze swych własnych przeżyć/…./ jest tego dowodem. Dlatego też wydaje mi się, że zniszczenie tekstów pisanych gorącym atramentem byłoby ucieczką, byłoby przyznaniem racji naszym prześladowcom. Toteż przyjmę je chętnie w depozyt, pomiędzy moje papiery. Może kiedyś gdyby Drogi Pan nie miał nic przeciwko temu – udałoby mi się stworzyć na tym tle jakąś wielką opowieść o ludziach wolnych i prawdziwych, nie stłamszonych terrorem eunuchów i przeciętniaków.
Wczoraj wróciliśmy z Paryża, gdzie żona uczestniczyła w „Journees Metallurgiques d’Automne”, a ja ociosywałem moją nową powieść./…./ Byliśmy też w pracowni Lebensteina, który maluje wspaniałe, „ohydne” i przerażające mieszczan obrazy. Na rogu St. Germain przed „drugstorem” widziałem dziesiątki chłopców „na sztrychu”, między nimi Murzyna. Obserwowałem ich przez dłuższą chwilę. Nie był to wcale jakiś świat „podziemny”, ale jak najbardziej widoczny i rzeczywisty. Dzięki Panu mogłem trafnie odczytać to, co się działo.
/…./, ściskam serdecznie dłoń
Drogiego Pana
oddany M.P.

- – -
O płci dwuznacznej

Dziś, latem 2002 roku, wróciłem do „starych papierów”, do moich kalendarzy z początku lat siedemdziesiątych z zapisem dziennych spraw, lat pracy, ale też żałoby, i także przyjaźni z Rudolfem Niemcem.
Tym razem czytam jego rękopis i listy nie jak adept drżący ze wzruszenia, kiedy mu mistrz ceremonii na moment ukaże posąg czarnej bogini pośród świętych ciemności, lecz jak pisarz którego cieszy polska proza geja europejskiego, w dzisiejszym, jakże nie tamtym czasie.
Oglądam kolorowe ilustracje, którymi opatrzył sceny swych uciech paryskich. Wczoraj ich treść godziła świętokradczo w obyczaj i prawo, o normach biblijnych. Dziś , kiedy obnażanie wszelkich misteriów stało się modnym programem telewizji, tekst Rudolfa Niemca stracił wiele ze swej wywrotowości.
Dziś, kiedy dzieciarnia zapatrzona w popołudniowy ekran, może sobie oglądać to co w nocy wyprawiają dorośli! Dziś, kiedy obrotny reporter otwiera dla nas, telewidzów, klauzurę klasztoru, żebyśmy mogli przyglądać się mniszkom leżącym krzyżem….
Ogromne zmiany – tym razem pozytywne. – zaszły w ustawodawstwie krajów demokratycznych. Jeden po drugim, parlamenty przyznają gejom prawo do pełnego obywatelstwa. Pozwalają im nareszcie wyjść na światło z poniżającego ukrycia. Koniec społecznego getta mężczyzn i kobiet, wyklętych przez monoteistyczne religie i posłuszny obyczaj. Lesbijki i geje, żyjący wczoraj poza prawem, w swoistym podziemiu, dziś z prowokującą dumą paradują na ulicach stolic Zachodu.
Skończył się czas jawnych prześladowań, zaczęła się stabilizacja społeczna mniejszości, czego dowodem jest rosnąca obecność homoseksualistów w oficjalnych instytucjach europejskich.
Czyżby więc w obecnych warunkach rękopis Rudolfa Niemca spowszedniał? Zapis ten był pomyślany jako powrót do Paryża gejowej młodości. Jest słowem nostalgicznym i próbą wskrzeszenia miłosnych emocji sprzed lat. Jest jakby zaprzeczeniem śmierci tamtych momentów miłosnego uniesienia, które nie przestały oddalać się od ciała więdnącego, jak arka zielonych zwierząt od lądu posuchy.
Słowem przesadnym i bezwstydnym Rudolf Niemiec wywołał z pamięci dreszcze rozkoszy, które przed laty były jego jedyną „religią”. Nasz gest wobec tych wyznań jest ambiwalentny. Ratuje dokument i równocześnie wprowadza tekst do literatury.
Od pierwszych stron zaskakuje konkretność szkicowanych sytuacji i miejsc, a równocześnie urzeka swada narratora. Mową polską, sękatą, często niepoprawną, bliski osiemdziesiątki., schorowany mężczyzna mówi o sobie, siebie opowiada sobie samemu. Szczerość tu bezgraniczna. Autor nie liczy się z przyjętymi normami estetycznymi i moralnymi. Opisy są drastyczne. Wulgarność słownictwa przechodzi wszelkie granice. To istna antologia wyczynów miłosnych, to przede wszystkim apologia ciała męskiego!
Pochwale miłości homoseksualnej towarzyszy kontrapunktem pogarda dla kobiety. Za „kobiece” uważane są tu wstępne czułości, bowiem prawdziwy gej natychmiast przystępuje do aktu. Czułość byłaby miękkością, antytezą jego credo, brutalności, twardości. Innymi, naszymi słowy – nie kądziel a miecz!
Wskrzeszeni marzeniem chłopcy z paryskiego trotuaru lat trzydziestych obdarzeni są przez Naturę wielkim, aroganckim penisem. Mają coś z Casanovy, czy nawet z mitologicznego Herkulesa. Działają wręcz baśniowo, jako bohaterscy i niestrudzeni dawcy rozkoszy.
Po przeszło czterdziestu latach narrator odnalazł w nieposiwiałych myślach aurę paryskiej ulicy i obskurnych hotelików, a w nich swoich „chłopaków”… „po harcersku” stale „gotowych”. I choć w swym liście Rudolf Niemiec odżegnuje się od zamiarów literackich, zapewniając, że pisał to… „pour s’amuser, bez żadnego innego zamiaru”, uważam że tekst jest utworem o niespotykanej intensywności. Przeżyte, bądź urojone zdarzenia wyraża mowa obsceniczna, przylegająca wiernie do miłosnego corps a corps partnerów. Autor rękopisu wybrał język polski, żeby nim wypowiedzieć siebie intymnego, zagrożonego w swej marginesowości. Pisze, jak w młodzieńczej gorączce, pragnie odtworzyć tamte uniesienia, odnaleźć smak i zapach ciał, odwołując się do swej bezwstydnej pamięci.
Jest inicjatorem seansów erotycznych. Prowadzi z partnerami dialog, o tym samym zawsze przebiegu. W jego marzennej relacji „szczytujący” mężczyźni komentują gorąco crescendo swych emocji. Zamiast jednak nazwać moment egzaltacji słowem tradycyjnej, religijnej symboliki uniesienia czy romantycznego wzlotu, określają swe „siódme niebo” wyrazem plugawym, przejętym prowokacyjnie z terminologii represyjnego, nietolerancyjnego społeczeństwa. Chwalą się więc swym „skurwieniem”, nobilitują przekornie bagno miłosnych wydzielin, delektując się jego obrzydliwością. Z dumą ogłaszają swe „zhańbienie”. Obsesyjnie chwalą dół.
Niczym dzieci taplające się w czerwcowej kałuży, oglądające swe zabłocone po kostki niedzielne buciki, podziwiają swą nieczystość, szczycą się swym pokalaniem. Fantazmat powtarza się w rękopisie niemal refrenem. I chyba ta apologia obrzędu pokalania, wyrażana za każdym razem z dumą , wyróżnia rękopis spośród tradycyjnych wyznań homoseksualistów.
Ze zdumieniem czytamy ten opis Krainy Szczęśliwości, gdzie płynie życie nie zamącone choćby mało ważną niesnaską! Niebieskooki Berber, Yazit, hebanowy Murzyn Lolo, blond Holender „Złote Runo”, i inni, wszyscy oni występują w rolach, które wyznaczył im wodzirej Rudolf, jedyny spośród nich inteligent. W gorącym, niemal fantastycznym scenariuszu jest paszą. Jego kanrysom starają się dogodzić „chłopaki” z ulicy, pełni jak ich pan hedonistycznej pogody ducha. W Paryżu lat trzydziestych zachowują się, jak dzieci… pozahistoryczne. Żyją w komiksowo kolorowym i uproszczonym świecie, w którym homoseksualizm jest Ładem Panującym, jedynym sensem ich ziemskiej egzystencji. Nie tylko sprzedają swe ciało, kształcą też i stręczą do nierządu nowicjuszy, w tym 13-, 14- letnich chłopców… którym za ból rozdzierającej defloracji płacą frankami… i ciastkami z kremem!
Nigdy się nie dowiemy, ile tu osobistych obserwacji, a ile – jak sam wspomina – fantazji. Fantazmatyczny charakter ma też chyba opis samego zjawiska prostytucji nieletnich. O gwałcie, którego padli ofiarą w dzieciństwie, mówi się nie jak o krzywdzie, lecz… jak o dobrym, koniecznym początku namiętnego życia, którego normalnym dalszym ciągiem jest „dawanie” klientom ze sztrychu.
Według autora, chłopcy mówią z entuzjazmem o tym, jak dostarczają klientom zamówionych przyjemności. Chwalą się sukcesami swego obustronnego ciała. Najpierw bowiem „załatwiają klienta” jak „łajdusy”, brutalnie, a potem, na odwrót – jak sami z dumą podkreślają – raczą go swym odbytem, przerobionym funkcjonalnie i leksykalnie… na „kurwią pizdę!”
W rękopisie motywem naczelnym jest oczywiście miłość homoseksualna. Spotkania opisane są naturalistycznie. Są przy tym nie kończącym się dialogiem. Jakby autor, wyobcowany na starość ZE środowiska gejów, wymyślał i zapraszał cienie partnerów do miłosnego teatru, pragnąc znowu usłyszeć ich repliki gorące a proste. Przypomina to obrazki, które Rudolf Niemiec wykonał kolorowa kredką. Ukazują „chłopaków” o twarzach neapolitańskich amantów, ubranych w pasiaste mini-trykociki… gotowych jak najwidoczniej do czynu!
Rękopis o paryskim sztrychu jest też komunikatem o świecie p ł c i t r z e c i e j , p ł c i d w u z n a c z n e j, tej która rodzi się z ciągłego wahania między dwoma tradycyjnymi, prokreacyjnymi, Adama i Ewy. Choć pogardzana w mowie Rudolfowych gejów „kobieta”, uczestniczy ona jak najbardziej w ich fantazmatach i praktyce miłosnej; już przez sam fakt upasywnionego doraźnie ciała partnera, które doznaje „poniżającego” przemianowania na „kobiece”. W ten sposób dla jednego z mężczyzn uroda aktu jest „męska”, zaś dla drugiego rozkosz jest natury kobiecej. Za chwilę zrewanżuje się zresztą koledze… jako pełen jurności „jebur”.
Mizoginia jest tu więc przede wszystkim dialektyczna, zaś czułości „kobiece” bynajmniej nie znikły z dyskursu kochanków! Tyle że zamiast, jak w relacji heteroseksualnej, stanowić preludium, u gejów paryskich czułości są emocjonalnym następstwem udanego stosunku. Entuzjastycznie oceniony przez obu mężczyzn akt miłosny wyzwala słowa podziwu, a wraz z nimi… czułe wyznania. Innymi słowy mizoginia absolutna istnieje tu jedynie jako swoista filozofia koniecznego kontrastu. W zmysłowej, seksualnej rzeczywistości gejów „kobiecość” jest niezbędną innością, często podkreślaną teatralnie.
„Fioletowy” rękopis i uroczo sprośne obrazki, wszystko to ma coś ze wspaniałej i bezczelnie zmyślonej Opery za trzy grosze, a ci chłopcy… sprzed siedemdziesięciu lat są jakby krewnymi cwanych rzemieślników ze Snu Nocy Letniej… Dziś, pijąc znowu kawę na brukselskim złotym Grand jakbym słyszał ich przekomarzania, z których wybija się głos mego Rudolfa, recytującego kabotyńsko:
Tak, tak, mój Pankosiu, takie to chłopaki były! Uch! Jak się pierdoliły!
I Rudolf tam był,
czarną kawę pił,
Uch, jak fajnie żył!
Dziś po nich i po nim tylko ten rękopis, tylko te obrazki. Ofiarował mi to jako fragment swego kończącego się gwałtownie życiorysu. Uczynił to w przedostatniej chwili, kiedy po drugim zawale niszczył ślady swych, wówczas jeszcze niebezpiecznych, kompromitujących lat… Spalił, jak mi pisze, „prawie wszystkie rysunki” i najprawdopodobniej resztę kart rękopisu; przysłał mi bowiem tylko „sztrych paryski”, strony od 31 do 137-ej.
Dar swój wyjątkowy opatrzył wzruszającym listem. Gestem tym Rudolf Niemiec pożegnał się z beztroskim księciem gejów europejskich. Został stary, czekający śmierci emeryt.
O jago życiu napisze… pojutrze… polonista, kiedy przeczyta cały rękopis i naszą pełną korespondencję. Odtworzy wtedy dialog homoseksualisty z pisarzem polskim, który już dziś zaprasza Niemca do bratniej pamięci. Wierzy bowiem, że proza ta, jurna i wulgarna, jest rajską baśnią dla wyzwolonych Bożych dzieci, i że niesie prawdę naszego ciała ziemskiego, nie do ugaszenia.


Bruksela, 9 listopada 2002.

* – sztrych , to fonetycznie spolszczony niemiecki Strich, rzeczownik oznaczający miejsce, gdzie męskie prostytutki (‚Strichjunge’) polują na klientów. Dla autora rękopisu dopiero takie sprzedawanie swego ciała na anonimowej ulicy jest sprawdzianem autentycznego gejostwa.
:: Tekst pochodzi z 18. numeru Magazynu Kulturalno-Artystycznego Ha!Art.

Autorzy:

zdjęcie Marian Pankowski

Marian Pankowski

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 90; nazwa: Marian Pankowski




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa